Biżuteria Handmade

4.3       Długo wyczekiwana premiera czwartego sezonu „The Walking Dead” nareszcie za nami. Pełen obaw, ale i zarazem nutki zaintrygowania ponownie zasiadłem w poniedziałkowy ranek przed ekranem swojego komputera zastanawiając się co przyniesie najnowszy pilotażowy odcinek S4. Wokoło pełno pytań, jak to się wszystko zacznie, co twórcy mają w zanadrzu, jak rozwinęli się bohaterowie oraz jakie zmiany zaszły na przestrzeni praktycznie pół roku od ostatnich wydarzeń przedstawionych w „Welcome to the Tombs”. Mimo wszystko jednak najważniejszą, a zarazem zasadniczą wręcz kwestią, która kłębiła mi się w głowie przez ostatni tydzień stało się to, czy tak sprawnie napompowany przez twórców balonik oczekiwań w końcu będzie miał możliwość przełożenia się na rzeczywistość czy może ponownie ujdzie z niego powietrze podobnie jak w latach poprzednich. Według zapowiedzi tak rzewnie przez obsadę rozpowiadanych dwa pierwsze epizody powinny być piorunujące, a wręcz nawet powalające widza na przysłowiowe kolana. Czy ta myśl została spełniona? Te jak i inne aspekty postaram się szczegółowo omówić w dalszej części recenzji dodając przy tym odrobinę analitycznego spojrzenia na sprawę.

tumblr_mtqtuidhNf1r7m38ro1_500

       Jak wiadomo pilotażowe epizody wszystkich poprzednich sezonów wywierały przeogromne pozytywne wrażenie. Każdy z nich był niezwykle wyważony, racjonalnie poprowadzony do A do Z oraz posiadał kilka naprawdę symbolicznych wręcz da serii scen. Czy to wjazd Ricka na koniu do Atlanty, czy to przemarsz hordy zombie przez autostradę czy to znowuż pierwszy szturm Grimesa i reszty na więzienie. Każdy z tych elementów był ważny, ale nie zdominował epizodu, który obok tego był pełen dramatyzmu, napięcia i klimatu. Czy tak samo może oczarować wstęp do sezonu czwartego? Bardzo bym tego chciał, lecz niestety „30 Days Without an Accident” odznacza się bardzo słabą warstwą fabularną i wypada jedynie poprawnie na tle pozostałych wspomnianych przeze mnie odcinków. Brak tutaj jakiego polotu, werwy oraz progresu. Wszystko tak jakby stało w jednym miejscu i kręciło się jedynie wokół własnej osi bez żadnego powodu. Mówi się, że lekkie przystopowanie jest wręcz niezbędnym dla retardacji akcji, jednakże nadmiar rzadko kiedy wychodzi na dobre, czego tutaj właśnie mamy przykład. Ktoś może również powiedzieć, że dialogowe sekwencje z natury nie mają tego „czegoś”. Ja się osobiście z tym nie zgadzam. Wielokrotnie twórcy pokazali, że potrafią dodać typowym rozmowom iskry, ponieważ mają ku temu wszelkie niezbędne możliwości i umiejętności. Tutaj natomiast wszystko odbywa się bezcelowo, a nawet powiedziałbym, że w pewnym sensie mechanicznie przez co widz kompletnie nie jest zaangażowany w to co się dzieje na ekranie. Widzimy wprawdzie ciągły rozwój kompleksu, kwestię survivalu, chęć przetrwania ale nie wciąga nas to zarówno emocjonalnie jak i intelektualnie. Bezwiednie przechodzi się przez kolejne minuty odcinka. Sytuacji nie ratuje nawet sekwencja w Big Spot, która była jedną z najbardziej przewidywalnych całej serii. Mamy tutaj wprawdzie pewien zastrzyk adrenaliny widząc rozległość terenu i bezmiar pustki otaczający bohaterów, jednakże twórcy nie wiedzieć mi czemu zburzyli to wrażenie już na samym początku odsłaniając wszelkie karty. Suspens jak szybko się pojawił tak szybko zniknął. Jest to jedyny odcinek, który nie posiadał żadnego motywu będącego choć w minimalnym stopniu zaskakującym (włączając w to śmierci niektórych postaci) oraz już na starcie włożono do niego jeden zbędny wątek którym było spotkanie Ricka z Corą nic nie wnoszące do historii poza zapchaniem luk. W moim odczuciu za taki obrót sprawy odpowiedzialny jest sam trzon producentów, który definitywnie za dużo zdradził we wszelkich wywiadach.  Z jednej strony dokładali wszelkich starań by usunąć z trailerów tyle scen ile było możliwe, ale z drugiej strony nadrabiali spoilerami w swoich wypowiedziach jasno klarując sytuację początku sezonu. Scotta M.Gimple zawsze uważałem za naprawdę świetnego scenarzystę, a to za sprawą chociażby „Pretty Much Dead Already” drugiego sezonu, niemniej jednak na polu tego odcinka poległ on z kretesem. Duży wpływ miała na to również zmiana fabuły, którą wymusiło AMC. Widać spore niezgodności między innymi z tym co zostało zaprezentowane w trailerze lipca oraz września tego roku.

tumblr_mtqtohmwol1r7m38ro1_500

      Widząc przed oczami „The Walking Dead” w głowie kształtuje się widzom obraz dynamicznych oraz dogłębnych zmian zachodzących w psychice bohaterów, co za każdym razem swój początek ma już w pierwszych sekundach pilotażowego odcinka. Było to widać w „Days Gone Bye”, „What Lies Ahead” oraz oczywiście najmocniej w „Seed” trzeciego sezonu. Oglądający miał świadomość tej ciągłości ewolucji osobowości jak i zdarzeń, których bohaterzy byli lub są częścią. Tego samego zatem oczekuje się od sezonu czwartego, jednak czy może on nam to dać? Według zapowiedzi powinniśmy być świadkiem gromkiego dynamizmu w psyche postaci jak i relacjach pomiędzy nimi. Jednakże na próżno tego szukać. Widać, iż osadzenie na mieliźnie jakie miało miejsce w S3 jest nadal kontynuowane. Wprawdzie można powiedzieć, że ciężko oczekiwać przysłowiowego szoku, ale 6-miesięczna wyrwa w czasie zobowiązuje do przynajmniej minimalnego posunięcia tych aspektów do przodu. Pierwotny skład bardzo na tym punkcie zawodzi. Rick nadal jest rozdartym emocjonalnie człowiekiem, który jedynie zachowuje pozory normalnego stanu rzeczy poprzez akceptację nowoprzybyłych. Daryl ciągle sprawia wrażenie stłamszonego oraz przytłoczonego sytuacją dając się kierować innym. Glen wciąż jest udającym dorosłego nastolatkiem, który zamiast przemyśleć swoje postępowanie miota się jak dziecko we mgle. O wiele gorzej też wypada chociażby Carol czy Michonne, których postępowanie nie ma żadnego połączenia z tym jak to je przedstawili w sezonie poprzedzającym. Peletier ni stąd ni zowąd zaczyna zajmować się walką, przewodzeniem, decyzjami oraz weszła co najważniejsze w skład rady rządzącej, co gryzie się z jej odsunięciem się w cień jakie reprezentowała wcześniej. Mich natomiast zaczyna żartować, uśmiechać się oraz z humorem podchodzić do świata. Niestety ale przez ukazanie jej jako niesamowicie ksenofobicznej oraz milczącej bohaterki, wszelkie próby uczłowieczenia jej okażą się fiaskiem przy takim nagłym tego ukazaniu. Żadnego progresu nie uczynił też sam Tyreese, który dalej jest tym niezdecydowanym, pewnym obaw człowiekiem roztaczającym jedynie wokół siebie wizję stanowczości. Kompletna stagnacja, choć i tak jest to lepsze w porównaniu do regresu wyżej wymienionych pań. By nie być jednak tak krytycznie nastawionym muszę przyznać że niemałe wrażenie zrobili na mnie Carl, Sasha, Maggie czy Hershel. Pierwszy przedstawił naprawdę godną podziwu dorosłość nie bagatelizującą zagrożeń otaczającego świata. Siostra Ty to jedna z niewielu damskich postaci twardo stąpających po ziemi, która nie boi się brać na siebie ryzyka. Maggie tak jak to zwykle bywało „nosi spodnie” w związku z Rhee, a Hershel w końcu zaczął odrobinę pozytywnie patrzeć na rzeczywistość. Warto zwrócić uwagę na to z jakim spokojem podchodzi do bieżących spraw i jak coś na pozór poważnego umie obrócić w subtelny żart.

      Wspomniane relacje również nie należą do najmocniejszych elementów odcinka i podejrzewam, że nie ulegnie to zmianie na przestrzeni następnych epizodów. Twórcy sparowali ze sobą wszystkich tych bohaterów, których w ogóle można było z kimś połączyć. Szkoda jedynie, że nie oparli się o pewną stanowczość związków tylko poszli w niesamowicie przesłodzone, cukierkowe oraz polane lukrem zagrywki. Słodkie oczka pomiędzy Tyreesem a Karen oraz do bólu niestrawne minki Daryla i Carol wywołują uczucie przekoloryzowania. Gdzie się podziała ta odwaga, siła oraz bezkompromisowość w ukazaniu naprawdę mocnych i pełnych napięć związków jakimi raczył nas Kirkman w pierwowzorze? Czyżby uległ on modzie na młodzieńcze ochy i achy, które tak zdominowały dzisiejsze kino? Jedynym pozytywem są relacje między Rickiem i Michonne. Pomiędzy tą dwójką czuć było chemię, zrozumienie, umiejętność postawienia się w swojej sytuacji, przy czym to wszystko podszyte zostało lekkim humorem, delikatnością oraz uszczypliwością zarazem.

tumblr_mtqtuidhNf1r7m38ro2_500      Nie sposób również nie zwrócić uwagi na precyzję z jaką wykonano „30 Days Without an Accident”, a która to jeszcze nigdy nie cechowała się tak wysokim poziomem, przy czym odnosi się to do każdego aspektu odcinka. Widać, że Gimple przykłada sporo uwagi do szczegółów, detali oraz najmniejszych aspektów zarówno jeśli chodzi o charakteryzacje, fabułę czy scenografie. Żadna lokacja nie była jak dotąd tak skrzętnie dopracowana. Kompleks swoją powierzchnią, elementami oraz ilością przedmiotów robi niemałe wrażenie. Nicotero natomiast przeszedł samego siebie w kwestii wyglądu zombie. Każda najmniejsza część jest tak profesjonalnie wykonana, iż zdarza się że ciężko czasami odgadnąć czy to rzeczywiście jest sztucznym makeup’em. Widać ewidentnie iż Greg dokłada wszelkich starań by polepszyć kwestię wyglądu otoczenia, co staje się wręcz elementarną częścią tego serialu. Wszystkie elementy mają swoje stałe miejsce w danej lokacji i pełną w pewnym sensie integralną rolę sekwencji. Małą cegiełkę do wysokiej jakości wykonania dołożył wspomniany Scott, który na zasadzie easter egga zaimplementował motyw trzech pytań Ricka odnoszących się do odcinka „Hounded” w który to po kolei te same pytania zadawali mu Amy, Jim oraz Jacquie. Sama postać Cory łudząco przypomina również Beatrice z pierwszego sezonu gry od Telltale. Mniejsze wrażenie robi technika komputerowa wykorzystana w pilocie, jednakże przy takim nakładzie funduszy niedoróbki efektów mogą być śmiało wybaczone.

The-Walking-Dead-S04E01-30-Days-Without-an-Accident-e-E02-Infected-18

      Na koniec sprawa najważniejsza, czyli kulminacyjny moment całego epizodu oraz zarazem jeden z lepszych cliffhangerów jakie ten serial miał – wprowadzenie do fabuły elementu epidemii (pomijając kwestię zombiezmu).  Zastanawiające jest to, czy twórcy chcą ukazać to w formie ogólnogrupowej czy jedynie jako pomniejszy czynnik będący tylko epizodem prowadzącym do szeregu innych wydarzeń. Z tego co udało się wyciągnąć raczej scenarzyści skłaniali się ku opcji pierwszej. Jest to o tyle interesujące, że w końcu w serialu poruszony zostanie stricte biologiczny aspekt funkcjonowania grupy. Dodaje to ich przeżyciu sporej dozy realizmu, ponieważ oprócz żywych trupów na ziemi mamy masę innych czynników o wiele bardziej śmiertelnych i przerażających, z którymi niestety nie będą mogli sobie poradzić. Tutaj chylę czoła przed showrunnerem ponieważ zajęcie się takim tematem wymaga naprawdę ogromu pracy po to by utrzymać to w ciągu logicznym bez większych udziwnień. Wracając jednak do samego wątku zastanówmy się więc co może być powodem takiego obrotu sprawy? Jestem pewnym, że wielu z was zachodzi w głowę, jak, gdzie oraz kiedy. Biorąc pod uwagę równoczesną chorobę zarówno mieszkańców więzienia jak i zwierząt hodowlanych można od razu postawić na bakteryjne zakażenie, które ma możliwość rozwijania się w różnych skrajnych warunkach, co natomiast przy braku zachowania higieny, niskiej czystości więzienia, problemem w przechowywaniu żywności oraz wszechobecnych roślinach uprawnych jest istnym rajem dla rzeczonych bakterii. Jednym słowem high life, który zapowiada pasmo naprawdę sporych problemów w grupie. Patrząc na Patrick’a choroba działa niezwykle szybko i objawia się zakażeniem septycznym, niewydolnością wielonarządową, krwotokami, a w efekcie zgonem. Pytanie zatem, z czym musi poradzić sobie grupa? Czy jest to mutacja wirusa, którym są już zakażeni, czy może mamy coś nowego jak febra, ebola czy listerioza? Jak nigdy dotąd tak teraz muszą naprawdę pogratulować twórcom za sporą innowacyjność, na którą przyszło mi czekać prawie cztery lata.

tumblr_mtqtd5Ldjq1r7m38ro2_500

      Podsumowując „30 Days Without an Accident” nie spełnił w pełni moich oczekiwań, ale również nie zawiódł mnie na całej linii. Utwierdził mnie jedynie w przekonaniu, że ciężko będzie twórcom wyciągnąć serial na w miarę dobry poziom ponieważ luki które powstały po uśmierceniu tak wielu kluczowych dla fabuły bohaterów wołają dosłownie na każdym kroku. Niemniej jednak daję Gimple kredyt zaufania bo przyszły materiał plasuje się mimo wszystko interesująco. Sam pilot oceniam na 6 pkt w skali 10 pkt. Znacząco nadrobił pewnymi detalami tak znaczącymi dla pełnego odbioru epizodu.

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts