Biżuteria Handmade

TWD A Recenzja       Finał sezonu był określany przez twórców serialu mianem najbardziej szokującego epizodu jaki do tej pory pojawił się w serii „The Walking Dead”. Począwszy od stycznia bieżącego roku, aż po dzień poprzedzający ostatni odcinek S4, z ust obsady padały przeróżne pochlebne opinie jeszcze mocniej dopompowujące ten i tak już przerośnięty balonik oczekiwań. „Brutalny”, „kontrowersyjny”, „krwawy”, „zabójczy” to jedne z wielu określeń jakie docierały w tym czasie do widzów budujących sobie obraz czystej niesamowitości zwieńczającej tą część historii Ricka Grimesa i reszty. O tym, że „A” miało być również końcem dla jednego z głównych bohaterów nie chcę nawet wspominać. Mówiąc najprościej w świecie, S04e16 w założeniach było czystym ideałem, a wręcz nawet kwintesencją „Żywych Trupów”. Pięknie, ładnie, kolorowo. Szkoda jednak, że żadne z tych zapewnień nie ma swojego odzwierciedlenia w rzeczywistości. Owszem, dostarczono fanom kawał dobrze i rzetelnie wykonanej roboty, niemniej robota ta na pewno nie stała obok tych rzewnych zapowiedzi których byliśmy świadkami. Ja osobiście poczułem się kolejny raz oszukany przez Roberta Kirkmana i jego trzon decyzyjny ponieważ tradycji stało się zadość i powtórzyła się tutaj sytuacja z „Welcome to the Tombs” o której zdecydowanie wolałbym zapomnieć.  Z tego też względu moja recenzja będzie miała w tym przypadku słodko-gorzki wydźwięk, ponieważ o ile doceniam finał, o tyle mam względem niego sporo obiekcji.

Rick-Michonne       Muszę przyznać, że fabuła zawarta w „A” po raz pierwszy miała jakiś odgórnie nałożony cel. Od pierwszej minuty odcinka czuć, że ci bohaterowie do czegoś zmierzają, a pewne wątki w końcu znajdą swój upragniony koniec. Jest to naprawdę przeogromnym pozytywem ponieważ wcześniej wszystko było prezentowanie niczym w rzucie na taśmie bez żadnego celu i wynikających z tego skutków. Czy scenarzyści w końcu nauczyli się, że mieszanina różnorakich motywów bez ładu i składu nie zdaje egzaminu? Cóż, o tym przekonamy się w sezonie piątym, niemniej tutaj nareszcie udało im się stworzyć strukturalnie stabilną historię mającą swój początek w punkcie A i koniec w punkcie B. Dodatkowo nie sposób pominąć faktu etapowości tego epizodu. Zastosowano tutaj zgrabne zagranie w postaci subtelnego, a wręcz nawet sielankowego początku pełnego względnej radości i zadowolenia, a zakończono na pełnym napięcia schwytaniu i uwięzieniu bohaterów w miejscu jawiącym się jako ich nadchodzący koniec. W miejscu niepewnym, przerażającym, przytłaczającym swoją wielkością oraz zorganizowaniem. To też prowadziło do znacznej intensyfikacji prezentowanych treści. Dynamizm, zagrożenie czy swego rodzaju przytłoczenie rosły z minuty na minutę. W odcinku 16 nie dano widzowi odpocząć. Po szokującej sekwencji z Joe wydawało się, że to już koniec kolejnych mocnych momentów, ale jak się okazało zaserwowano nam później pełny akcji fragment w Terminus. To co podobało mi się najbardziej to symboliczne klamrowe spięcie początku i końca „A”. Wywód Ricka odnośnie łapania w sidła miał swoje odbicie w zaganianiu bohaterów do wagonu, gdzie to mieszkańcy wspomnianego Terminus tak zorganizowali akcję aby zapędzić wszystkich w sytuację bez wyjścia. Pokazuje to, że w momencie maksymalnego zagrożenia każdy człowiek, bez względu na swoje doświadczenie czy umiejętności, traci zmysł racjonalnego myślenia i może być prowadzony według czyjegoś „światopoglądu”. Jest to ciekawe rozważanie odnośnie ludzkiej kondycji z świecie postapokaliptycznym, ponieważ obnaża najbardziej skrywaną prawdę mówiącą o tym że bohaterowie przywdziewają maskę zaciętości mającą zakryć fakt tego iż są oni jedynie zagubionymi w próżni jednostkami nie wiedzącymi co dalej robić robić, chwytającymi się tego co ulotne, chwilowe, słabe. 

Rick       W poprzednim akapicie wspomniałem o tym, że pewne wątki zmierzały ku końcowi. To nie jest tak naprawdę zgodne z rzeczywistością. Oczywiście faktycznie część z nich znalazło swoje rozwiązanie, niemniej zdecydowania większość została tutaj całkowicie zepchnięta w niepamięć. Twórcy poszli w zagranie „nic nie widzę, nic nie słyszę”. Poza finalną konfrontacją z „calimersami” oraz scaleniem około 90% naszej pierwotnej grupy, nie dostaliśmy kompletnie nic z motywów które zostały zapoczątkowane bite 6 epizodów wcześniej. Dla mnie jest to ogromnym minusem oraz swego rodzaju niekonsekwencją twórców, którzy najwidoczniej w świecie za dużo na siebie nałożyli i nie wiedzieli jak się z tym wszystkim uporać aby jak najlepiej grało. Moje pierwsze pytanie dotyczy tego, dlaczego całkowicie olano (przepraszam za kolokwializm) sprawę Carol wraz z Tyreesem oraz Judith? Nie dość, że motywowi temu poświęcono minimum uwagi w trakcie trwania sezonu to na domiar złego nie raczono zająć się tym w finale, który jakby nie patrzeć obliguje do szerszego spojrzenia na bohaterów i ich problemy. Żadnego śladu ich obecności, mimo tego że już dawno powinni być w tej okolicy. Przecież tempo narzucili sobie zbliżone do Ricka i reszty. Po drugie, dlaczego nie dostaliśmy jakiegoś zaczątku tego co stało się Beth? Dziewczyna zniknęła z ekranu tak dawno, że aż prosiło się to o jakieś minimalne wspomnie sugerujące czego możemy spodziewać się w przyszłości. Są to dwie podstawowe kwestie (choć na pewno znalazłoby się więcej), które moim zdaniem musowo powinny być w „A” poruszone. Wielu z Was uznało to pewnie za ciekawą formę cliffhangera na zakończenie, niemniej dla mnie to taki tani sposób na zrobienie sztucznej sensacji. Dodatkowo doprowadziło to do tego, że S04E16 zacząłem traktować nie jako „grande finale”, a jako epizod wyciągnięty gdzieś z środka sezonu. Cała magia końca prysnęła przez to w mgnieniu oka. Co jednak w tym najgorsze, brak dokończenia tych wątków sprawia, że S4 jako całość jest po pierwsze niespójny, a po drugie nie ma odgórnie ułożonej fabuły potwierdzając to, że scenarzyści najzwyczajniej w świecie nie mieli na niego dobrego pomysłu.

Beth-Judith       Kompletnym zaskoczeniem finalnego epizodu był jego dwojaki charakter przeplatający ze sobą teraźniejszość z przeszłością. Mówiąc szczerze nie spodziewałem się takiego zagrania ponieważ twórcy nie są skorzy do zapętlania historii przy użyciu inwersji czasowej. Statystycznie wszystko toczy się przecież tym znanym nam żółwim tempem, a tu taki surprise ku uciesze widzów. Cóż, może jednak nie tak całkowicie „ku uciesze” gdyż patrząc obiektywnie na „A”  flashbacki nie miały w nim racji bytu i były po prostu zbędne. Na pewno cieszy to, iż ponownie na salony wprowadzono jedną z najdynamiczniejszych postaci serialu czyli Hershela Green. Oglądanie jego osoby to czysta przyjemność, a sama gra aktorska Scotta Wilsona jest niczym miód na serducho zawiedzionych fanów. Niemniej na tym kończą się pozytywy gdyż warstwa fabularna tych wstawek nie ma najmniejszego sensu na tym etapie sezonu. Zdaję sobie sprawę z tego, iż twórcy chcieli skontrastować dawną i obecną postawę Ricka, ale powracanie do farmerowania i znienawidzonego przez wszystkich więzienia? Po co to? Na co to? Dostarczono tutaj wniosków do których każdy doszedł już podczas oglądania „30 Days Without an Accident”. Czy w oczach twórców widzowie są aż tak głupi, że nie potrafią pamięcią wrócić do początków i trzeba im łopatologicznie wszystko wyłożyć? Geneza światopoglądu Grimesa jest wszystkim znana. Ja nie widzę w tym żadnego celu, a samo działanie pochłonęło połowę czasu antenowego który mógł być spokojnie przeznaczony na motywy, których nie raczono rozwiązano, a o których wspominałem w akapicie wyżej. 

Rick-Joe        Twórcy w S04E16 ponownie przekroczyli granice, których teoretycznie przekraczać w ogólnodostępnej telewizji nie powinni. Zresztą samo AMC miało spore obawy więc czemu tu się dziwić. Pytanie jednak o co chodzi? Rozchodzi się o motyw konfrontacji Ricka Grimesa z grupą Joe czyli najbardziej klimatyczny, intensywny i zarazem dramatyczny wątek jaki przewinął się dotychczas przez „The Walking Dead”. Jeszcze nigdy nie miałem takiego opadu szczeny jak właśnie w tym momencie. Stwierdzenie, że było to straszne jest sporą nieprawdą. To było wręcz przerażające! Zewsząd otaczająca bohaterów czerń, a w środku tocząca się bitwa z realnym zagrożeniem jak i samym sobą. Dosłownie cud, miód i orzeszki. Właśnie przez takie rzeczy nadal oglądam ten serial, bo inaczej już dawno odstawiłbym go w kąt. W czasie jednej krótkiej chwili ukazano widzowie dno ludzkiej psychiki, kompletny moralny upadek oraz zezwierzęcenie w najczystszej i najbardziej tragicznej postaci. Sparowanie zepsutego do szpiku Joe oraz nadal balansującego Ricka było niczym fizyczne ukazanie walki dobra ze złem. W takich chwilach widz zadaje sobie pytania: „Czy ci bohaterowie nadal są tacy jacy byli przedtem?” „Czy nadal są w stanie dokonać właściwych wyborów?” „Czy ich wewnętrzne ja jest na tyle silne by stłamsić brutalność jaką wywołuje ten świat?” „Czy Ci bohaterowie wciąż mogą być i cieszyć się sobą?” Te egzystencjalne i górnolotne pytania wydają się nieadekwatne do całej tej sytuacji, ale jednak trzeba przyznać że to właśnie tutaj showrunner dokonuje finalnego rozstrzygnięcia kwestii „być, albo nie być”. Pocieszające w tym wszystkim jest to, że Rickowi jednak udaje się wygrać, ale nie z sukcesem którego chciałoby się oczekiwać. Nasz protagonista jedynie tłamsi swój gniew, ale nie jest w stanie się go pozbyć. Ma świadomość, iż musi nadal funkcjonować z tą częścią swojej natury, która niestety nie jest dobra dla ludzi na których mu zależy. Zamordowanie Joe poprzez wygryzienie mu tętnicy, a następnie rozpłatanie na żywca człowieka który próbował zgwałcić Carla jest wyrazem szczytów do których Grimes jest w stanie się posunąć, ale nad którymi nie potrafi w pełni panować.

       Sam motyw Joe nie jest jednak tylko i wyłącznie rozważaniem nad kondycją ludzkiego stanu emocjonalnego. Jest to również poważna i zarazem ostateczna próba przywrócenia Ricka do stanu wyważenia, którego nie mógł osiągnąć od czasów śmierci Lori w odcinku „Killer Within” trzeciego sezonu. Po raz pierwszy widzimy tutaj jego osobę jako aktywnego uczestnika wydarzeń, kształtującego to co dzieje się w około. Grimes zaczyna myśleć, analizować, podchodzić w sposób taktyczny do zagrożenia. Choć wydaje się, że traci powoli kontrolę to tak naprawdę rozważa on wszystkie za i przeciw opcji, które się przed nim pojawiają. Szuka najefektywniejszego rozwiązania problemu kosztem jak najmniejszego zagrożenia życia. Efektem tego jest bezpośredni atak na swojego kata, co nie było jedynie ostatnią deską ratunku. Nasz „Officer Frendly” zastosował tutaj starą jak świat taktykę polegającą na zasianiu w przeciwniku uczucia dezorientacji oraz ogarniającego szoku mającego swoją bazę w największym mankamencie atakującej go grupy- dezorganizacji. Ludzie Joe byli jedynie zbieraniną półgłówków, którzy potrzebowali lidera potrafiącego nimi przewodzić. Wraz z upadkiem tego lidera upadła cała hierarchia gwarantująca wygraną. Nie wiedzieli co robić, a to było ogromnym plusem dla Ricka i reszty, którzy po doświadczeniach z Gubernatorem doskonale wiedzą, że chwila może zadecydować o wszystkim. W tym konkretnym przypadku udało im się wyjść cało. Oczywiście wygryzienie tętnicy jest bardzo radykalnym i szokującym zagraniem, ale w świetle tych wydarzeń nic innego raczej nie było dostępne.

       Analizując jeszcze przypadek Joe jak i towarzyszący temu wątek próby gwałtu Carla chciałbym się zastanowić czy aby na pewno motywy te były aż tak kontrowersyjne jak to opisywali je twórcy. Owszem, wbija to widza w maksymalną konsternację podszytą strachem i szokiem, niemniej czym tak naprawdę sekwencja ta różni się od tego co do tej pory pokazano w serialu? Wiemy, że na swój sposób przełamało to granice wytyczone w ogólnodostępnej telewizji, ale patrząc na to z punktu widzenia odbiorcy Scott M.Gimple nie dokonał tutaj jakiegoś Bóg wie jak radykalnego kroku, który stawałby w cień wszystko inne na czym stoi „The Walking Dead”. Moim zdaniem nie przebił tutaj największej kontrowersji serialu czyli śmierci Lori podczas cesarskiego cięcia, która była tak druzgocąca i niecodzienna, że aż niewyobrażalna. To samo tyczy się sprawy sióstr Samuels z 14 epizodu. Pokuszę się zatem o stwierdzenie, iż określenie „A” mianem najbardziej kontrowersyjnego odcinka jest zdecydowanie zbyt dalekosiężne. Na pewno znajduje się w grupie „naj”, ale na pierwsze miejsce się nie przebił.

 Rick-Daryl-Carl-Michonne

       Największym minusem w kwestii zawartej w odcinku psychologii bohaterów jest sposób przedstawienia Daryla Dixona, który w moim odczuciu sięgnął tutaj dno dna. Mam tuta na myśli nie tylko kwestię nagłego analizowania sytuacji, ale także sprawę jego ciężkostrawnej emocjonalności, która została tutaj wylana w ilościach oscylujących wokół niepotrzebnych hektolitrów. Zacznę może jednak od początku, czyli od jego prób rozwiązania konfliktu z Joe. Mimo wielu opcji jakie jawiły się przed Dixem w tym właśnie momencie, on postanowił zrobić najbardziej idiotyczną rzecz z możliwych, czyli wyjść na przeciw zatwardziałego kryminalisty prosząc o litość. W chwili tej nie wiedziałem czy mam się śmiać czy może płakać, ponieważ absurdalność tego zachowania pomieszana z moim zawodem była tak wielka,  że aż zastopowała wszelkie inne odruchy. Nasz „postrach wiewiórek” jawiący się jako najlepiej przystosowany do przetrwania człowiek zamiast myśleć woli wydać się na możliwą śmierć mimo tego, iż w swoim głębokim rękawku miał pełno asów do wykorzystania. Po pierwsze to jestem pewien, iż doskonale widział Michonne gdyż wychodził od strony drogi. Nie ma możliwości aby ją przeoczył bo dziewczyna była na pełnym widoku. Po drugie to doskonale znał grupę Joe i jej funkcjonowanie. Świadomość, że to właśnie ich przywódca napędza ich działanie powinno dać mu do myślenia, że jego wyeliminowanie wywoła paraliżujący szok uniemożliwiający reszcie działanie. Dlaczego tego nie wykorzystał? Nie mam zielonego pojęcia. Przecież osiągnąłby efekt taki sam jaki osiągnął Rick, dzięki czemu później stopniowo każdy z grupy ocalonych mógł wyeliminować po jednej osobie z atakujących. W każdym bądź układzie Daryl zachował się tutaj jak niemyślący jak laik. W Woodbury szedł na kilkudziesięciu chłopa prących na niego samego z karabinami, a tutaj nie był wykorzystać naturalnie jawiących się plusów. Późniejsze jego tłumaczenie o tym, że nie wiedział z kim się zbratał też nie poprawia jego sytuacji. Czy stwierdzenie „Po co ranić siebie skoro można krzywdzić innych” nie nakreśla sytuacji jaka panowała w tej zgrai? Czy zmaltretowanie Lena oraz jego zamordowanie nie było wystarczającym dowodem na niestabilność tych ludzi i ich czystą agresję? Odniosłem wrażenie jakby Dixonowi zachciało się wypłakać w chusteczkę po to aby znieść sztucznie wygenerowany ciężar z jego przebrzmiałego serduszka, który sam sobie nałożył. Przepraszam ale nie kupuję tego. Obecnie Daryl sprawia wrażenie jakby musiał mieć na sobą osobę wydającą mu polecenia bo inaczej ciężko u niego z racjonalnym i klarownym myśleniem.

Michonne       Na koniec zostawiłem sobie sprawę Michonne, która wprawdzie weszła już do grupy najciekawszych bohaterów, ale finałem lekko sobie namieszała w swojej nieskazitelnej reputacji wypracowanej czwartym sezonem. Cieszę się z faktu takiego, iż postać ta otworzyła się przed innymi ocalonymi, ale także przed samymi fanami którzy w końcu mogą zagłębić się w jej złożony rys charakterologiczny. Droga, którą przebyła jest tak burzliwa, że aż niewyobrażalna. Twórcy niestety nie mają tendencji do budowania złożonych portretów psychologicznym więc tym bardziej jest ona lekko szokująca. Niemniej jak mówiłem, Mich nabawiła się dość poważnej rysy, która wypłynęła w czasie jej dialogu z Carlem, a która to odnosi się jeszcze do czasów trzeciego sezonu. Jak wiadomo dokonała ona tutaj finalnego rozliczenia z samą sobą. Stwierdza, że trzy osoby przywróciły ją do życia. Należą do niej wspomniany Carl, następnie Rick i na końcu Andrea. I teraz moje pytanie, skoro Michonne jest tak wdzięczna Andy za to, że ponownie mogła ona wróć do normalności to dlaczego przez cały czas trwania ich relacji zachowywała się w stosunku do swojej przyjaciółki niczym rasowa egoistka zapatrzona w swoje potrzeby? Dlaczego pozostawiła ją w rękach domniemanego psychopaty negując przy tym jej sytuację jak i stawiając emocjonalny szantaż? Dlaczego nie raczyła poinformować grupy o tym, iż Andrea żyje i robiła wszystko by ją zranić? Dlaczego nie podjęła prób jej ratowania mimo pełnej świadomości zagrożenia w którym żyła? Moim zdaniem jest to przejaw ogromnej hipokryzji Michonne o której niestety nie jestem w stanie zapomnieć.

Michonne2       Podsumowując już, odcinkiem finałowym jestem odrobinę rozczarowany. Miał on wiele plusów, ale także kilka minusów które nie pozwalają mi patrzeć na niego w samych superlatywach. Jego dynamizm jest godny podziwu, jednakże brak rozwiązania znaczących kwestii dyskredytuje ten materiał jako formę wieńczącą cały sezon. Sprawa Terminusu została przeze mnie specjalnie pominięta, ponieważ nie nie chcę snuć teorii, które nie mają swojego pokrycia w rzeczywistości. Miejsca tego było zdecydowanie za mało aby wyciągnąć z tego sensowne wnioski oraz spostrzeżenia. W mojej ocenie S04E16 to kawał dobrej rzemieślniczej roboty, ale nie wybijającej się zbytnio ponad to co nam już zaprezentowano. Z tego też względu wystawiam mu ocenę 7.5/10

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts