Biżuteria Handmade

a-introO ile rzeczywiście druga połówka czwartego sezonu mogła wydawać się niektórym wielkim sprzątaniem po sezonie trzecim, to finał daje nadzieję, że TWD odnalazło wreszcie odpowiednią drogę i jakościową równowagę. „A” to bardzo zgrabne i  satysfakcjonujące zakończenie, stanowiące równocześnie rozpoczęcie nowej historii.

Można by powiedzieć, że przewidywania odnośnie finału sprawdziły się w niewielkim stopniu. Kiedy tylko nadarzyła się okazja, sugerowano nam przecież, że śmierć krąży nieustanie nad obsadą i powinniśmy spodziewać się jej udziału w ostatnim epizodzie. Tymczasem A, okazał się chyba najbardziej oryginalnym zwieńczeniem sezonu, jakie pokazano nam do tej pory. Nie było w nim wielkich wydarzeń, w których udział brałaby cała serialowa ekipa. Z resztą, to bardzo dobrze, bo finał rozumiany jako okazja do zmasakrowania głównych bohaterów, kojarzy się z prymitywnym zawołaniem „chleba i igrzysk”. Bałem się już, że wraz z ostatnim epizodem, TWD naprawdę stoczy się do poziomu trwających przez 9 sezonów „serialisk”, w których finał oznacza, zwykle śmiesznie patetyczne zakończenie, koniecznie na wielką skale. Tymczasem zaprezentowano nam materiał całkowicie nietypowy. Nie sprowadził się przecież do efektownego rozwiązania wątku, stając się raczej jego początkiem. Szczerze, kto chciałby żeby motyw Terminus zakończył się w jednym epizodzie? I tak otrzymaliśmy mnóstwo intensywnych scen, a wolę rozumieć finał jako konfrontacje ludzi, przynoszącą masę emocji.

RICK&JOE

Dodatkowo było to prawdopodobnie najcięższe zakończenie sezonu, jakie dane nam było do tej pory oglądać. I to nie tyle przez obecną w wielu scenach brutalność, co przez podjęte tematy. Znów pojawiło się sporo odwołań do komiksu tym razem świetnie wykorzystanych i rozwiniętych. Dochodzi do tego ciekawa konstrukcja oparta częściowo na przecinających akcje retrospekcjach. Wprowadziły one ożywczy ton, w prosty sposób uświadamiając nam fakt, że walka ocalałych nigdy się nie skończy, nigdy nie zasiądą spokojnie, by hodować świnki i plewić roślinki, jak miało to miejsce na początku sezonu czwartego. W A przyszła pora na zastanowienie się nad tożsamością bohaterów. Ładnie zobrazowano ten motyw w rozmowach trójki – Carla, Ricka i Mich. Wydarzenia, świadczące o przemianie bohaterów wywołały oczywiste pytania: kim są, do czego się posuną? Nabrały one szczególnego znaczenia w zestawieniu z obrazem zakrwawionego Ricka z Intra, które niektórzy mogliby uznać za silenie się na dramatyzm. 

Joe i jego banda okazali się zwykłymi zwyrodnialcami, choć przyznam, że podobnie jak Daryl nie podejrzewałem ich o aż tak nieludzkie zachowania. Dixona trzeba by tu pochwalić, za odwagę. W dodatku, o ile wcześniej służył przede wszystkim jako chłopiec na posyłki, stał się Rickowi bratem i znów wniósł co nieco do historii. Szeryf (choć ciężko już go tak nazywać), wybiega o krok do przodu, wreszcie można poczuć szacunek do jego postawy. Nie daje się wykiwać, jest ostrożny i w miarę rozsądny.

640px-A_Surrounded

Rick całkowicie dorósł już do niewybaczających realiów apokalipsy, znów nabrał charyzmy, bezwzględności oraz pozbył skrupułów. Jak brutalny nie był wobec grupy Joe naprawdę czułem, że typki zasłużyły sobie na swój los. Nawet tacy zwyrodnialcy nie spodziewali się jednak do czego może posunąć się zdesperowany człowiek. Szok po ugryzieniu, charczącego Joe niesamowity. Rick być może stał się potworem, ale ciężko jest go tak ocenić, ze względu na realia w jakich się znalazł. Bohater oddał człowieczeństwo dla bezpieczeństwa Carla, bo jego zachowanie przyrównać można do działania pod wpływem zwierzęcego instynktu. Początkowe sceny to kawał ciężkiego materiału. Pozostawienie na pastwę losu błagającego o pomoc mężczyzny (jakby cynicznie to nie zabrzmiało, z drugiej strony widać ten Grimesowy pragmatyzm), zagryzienie Joe. We wzroku Carla odkryć można było akceptację tego, co działo się z jego oprawcą. Nie był to strach przed ojcem, jak zinterpretowała go Michonne, ale strach przed tym, że sam również stał się równie bezwzględny i potworny. Rick tak bardzo starał się trzymać Carla od okrucieństwa i upadku, ostatecznie mogąc ledwo zapewnić mu fizyczne bezpieczeństwo.

Podejrzewam, że wzrost napięcia podczas omawianych scen zależał głównie od tego, czy znało się już wcześniej analogiczną sytuację z komiksowego pierwowzoru (nie czytałem, ale zgłębiłem temat po seansie). I bez niego rzeczywiście można było przewidzieć pojawienie się ekipy Joe czy intencje gospodarzy Terminus, ale wskazówki pomagające w rozeznaniu się w sytuacji podano nam w sposób niegłupi. W dodatku sama realizacja tych scen zahacza o mistrzostwo, w budowie klimatu.

Warto też zwrócić uwagę na bardzo dobre kadrowanie i ujęcia, sceny nocne zawsze wychodziły w TWD klimatycznie (cały czas w pamięci mam scenę z 2 sezonu z Rickiem, Shanem i wielkim księżycem w tle).

 Świeczniki

Wydarzenia w Terminus także przedstawione zostały w sposób satysfakcjonujący. Rick w końcu podejmuje w miarę przemyślane decyzje. Zarówno wejście do Terminus tylnymi drzwiami jak i dalsza szczególna ostrożność zasługują na pochwałę, nawet jeśli skończyło się na tym, że dali się zagonić jak zajączki do klatki. Nie ulega jednak wątpliwości, że sceny te zaprezentowano bardzo klimatycznie, dając nam poczucie czegoś nowego, tajemniczego i niebezpiecznego. Klimat rządził po prostu odcinkiem i miejmy nadzieje, że był to jedynie zalążek tego, co zostanie pokazane w 5 sezonie. Terminus ze swoimi pełnymi świec i napisów na ścianach pomieszczeniami buduje naprawdę cudowną atmosferę.

Michonne nie powiedziała o sobie o wiele więcej niż wiedzieliśmy, ale pokazała jednocześnie, jak przemyślana była droga, którą tę postać poprowadzono. Pierwsze spotkanie z bohaterką w finale 2 sezonu, nie powiem, było lekko szokujące – w końcu zakapturzona samuraj z zombiakami na łańcuchach to niecodzienny widok. Co prawda, jej zatracenie się objawiono głównie w milczeniu i braku ufności, ale wystarczyło te paręnaście minut, w których trzymała truposze na łańcuchach, by zasłużyć sobie na miano nieludzkiej/pozbawionej wrażliwości. Dopiero z czasem zaczęła odzywać się do młodego Grimesa i reszty drużyny. Zwierzenie się Carlowi miało zapewne ulżyć mu nieco, po masakrycznych przeżyciach. Nie była to może scena przesadnie wzruszająca, ale wzbudzała współczucie dla samotnej Michonne. Świetnie, że wątek ten udało się domknąć w kontekście wydarzeń krążących wokoło utraty człowieczeństwa (która to zresztą nie została zaprezentowana w patetyczny sposób, jak mogłoby to wynikać z tekstu).

RAZEM

Może Rick stał się złym człowiekiem, ale dobrze było w końcu usłyszeć w jego słowach coś twardego, świadczącego o tym, że już się ograniczał nie będzie. Napięcie w ostatnich chwilach – pytanie Abrahama i oczekiwanie na odpowiedź: They’re screwing with the wrong people sprawiły naprawdę rewelacyjne wrażenie, klimat i poczucie, że grupa odzyskała silnego, pewnego przywódcę. Skończyło się to wszystko bardzo zgrabnym Cliffhanger. Tekst Ricka, świadczący, że skrupułów się już wyrzekł zapowiada nowości w kolejnej serii, na którą poczekamy do października tego roku.

 

A-outro

Larone

Na Strefie zajmuje się głównie newsami, artykułami i recenzjami odcinków serialu TWD. W przeszłości udzielał się amatorsko w paru innych projektach. Kiedy najdzie go ochota, bawi się w krytyka filmowego (choć chyba podchodzi do kina zbyt optymistycznie). Poza Strefą: gorliwy widz serialowy, niestety nigdy nie zobaczył do końca Miasteczka Twin Peaks. Choć za popcornem nie przepada, gdyby mógł, większą część życia przesiedziałby w kinie. Dlaczego pisze na Strefie? Bo lubi :)

More Posts