Biżuteria Handmade

Alone-intro

Kolejny odcinek, mimo nieco górnolotnie brzmiącego tytułu, okazał się dosyć luźnym rozwinięciem wydarzeń z ostatniego epizodu i wcześniejszych przygód grupy Maggie, Sashy i Boba. Dużo miejsca poświęcono tu temu ostatniemu, swoje trzy grosze wtrąca też reszta ekipy i baraszkujący po bajkowej rezydencji Beth, Daryl. Odcinek trzymał przed ekranem głównie dzięki obecnym, w każdym z wątków, tajemnicom, bo zarówno powracający temat schronienia w Terminus, jak i wysprzątany domek, wzbudziły sporo proszących się o odpowiedzi pytań.

 

Jedną z kwestii mających podratować sezon czwarty była luka czasowa jaką twórcy zostawili między trzecią, a bieżącą serią. Co prawda przypomnieli sobie o niej dopiero teraz, ale jak to mówią lepiej późno niż w cale. Przy okazji zajęto się też jednym ze słabiej rozwiniętych bohaterów – Bobem. Retrospekcje zawsze są przeze mnie mile widziane, a właśnie dzięki nim postać Boba nabrała barw. Jak pisałem we wstępie w odcinku jest też coś tajemniczego i klimatycznego, zarówno w powracającym już Terminusie jak i bajkowej rezydencji, odnalezionej przez Beth i Daryla. Sprawia to, że epizod ogląda się z zainteresowaniem, w oczekiwaniu na ewentualny zwrot akcji, który nastąpił niestety tylko w jednej z historii. Średnio wypadła dalsza część przygód Boba, Maggie i Sashy. Pomijając już wałkowany temat samotności, zaliczyliśmy obowiązkowy grupowy kryzys, który ostatecznie wniósł do seansu romans Boba I Sashy (ciekawe jak zareaguje na to Tyreese). Wracając jednak do Boba – zdecydowanie zyskał pewności siebie, pokazał czym się obecnie kieruje, a także że wie czego chce. Może tylko trochę zbyt natarczywie próbował bawić się w psychologa w rozmowie z Sashą, ale nie jest już tylko niejednoznacznym alkoholikiem, który potrafi tylko wpadać w tarapaty.

SASHA, MAGGIE, BOB

Małe różnice zdań sprawiły za to, że postacie nabrały jeszcze bardziej wyrazistych charakterów. Każdy dąży do celu obranego według różnych determinantów. Maggie ma nadzieję na odnalezienie w Terminisie Glenna, Bob poświęca się dla niej tylko dlatego by nie musiała wędrować w samotności. Sasha natomiast, po wydarzeniach z więzienia nie wierzy już w bezpieczne schronienie, chcąc zadomowić się gdzieś na własną rękę. Jej motywację, przezwycięża jednak narastające uczucie i samotność. Cała sytuacja z rozłamem w grupie i podsłuchaną rozmową znów zmieściła się w filmowych ramach, poza które TWD od dawno już stara się nie wykraczać, by nie wystraszyć widowni.

Początkowa walka we mgle nie robiła większego wrażenia – trochę stracha napędziło tylko ostatecznie niegroźne ugryzienie Boba. Więcej wydarzyło się za to w historii Daryla i Beth. Nieco groteskowo prezentuje się fakt, że odnaleziona przez nich bajkowa rezydencja okazała się domem pogrzebowym. Spędzone w niej chwile nie upłynęłyby jednak tak szybko, gdyby nie ciągłe myśli o tym do kogo należy ta zadbana, świetnie wyposażona chałupa i co z tego wszystkiego wyniknie.  

BETH&DARYL

Zawsze przecież kiedy robi się już słodko, na stole pojawia się masło orzechowe, a Beth daje popisy wokalne, musi wydarzyć się coś niedobrego.  Przy okazji poświęcono też trochę czasu młodej Green, która z odcinka na odcinek staje się jeszcze bardziej naiwną postacią, przez swoje banalne rozważania na temat dobra i zła. Daryl od jakiegoś czasu dobrze spełnia się w widowiskowych scenach masakrowania zombiaków. Muszę przyznać, że efekt końcowy był troszkę zaskakujący, bo porwania jakoś się nie spodziewałem. O wiele fajniej jednak było zobaczyć na ekranie kolejnych nowych bohaterów, bo świeże wątki są obecnie w cenie. Zapewne szykuje nam się konfrontacja nowej kompani Daryla z resztą ocalałych z więzienia (a w szczególności z Rickiem).

DARY&COMPANY

The Walking Dead nadal ogląda się dobrze, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że powoli staje się widowiskiem drugiej kategorii, tworzonym głównie dla jak największej oglądalności, a wszyscy wiemy na co się ona przekłada. Często łapie się widzów na schematy, a serial robi się przewidywalny. Do końca jeszcze trzy odcinki, oby okazały się naprawdę dobre.

 

ALONE-OUTRO

Larone

Na Strefie zajmuje się głównie newsami, artykułami i recenzjami odcinków serialu TWD. W przeszłości udzielał się amatorsko w paru innych projektach. Kiedy najdzie go ochota, bawi się w krytyka filmowego (choć chyba podchodzi do kina zbyt optymistycznie). Poza Strefą: gorliwy widz serialowy, niestety nigdy nie zobaczył do końca Miasteczka Twin Peaks. Choć za popcornem nie przepada, gdyby mógł, większą część życia przesiedziałby w kinie. Dlaczego pisze na Strefie? Bo lubi :)

More Posts