Biżuteria Handmade

 BohaterkiTWD

       Bohaterki „The Walking Dead” to bardzo ważny element ogólnej scenerii serialu. Jego twórcy co roku chełpią się tym, jak dużo uwagi poświęcili wszystkim protagonistkom i jak wiele można od nich oczekiwać, co oczywiście ma być dla widza potwierdzeniem zaplanowanej wielowymiarowości ich rysów charakterologicznych. Szkoda jedynie, że z perspektywy tegoż właśnie widza sytuacja wygląda całkowicie odwrotnie. Bardzo często padają głosy, że serial ma problem z kobietami z racji tego, iż nie radzi sobie z tym co generalnie oferują. Po przeanalizowaniu wszystkich dotychczasowych pięciu serii można dojść do wniosku, że ten argument jest jak najbardziej trafny, gdyż jak dotąd żadna „heroinaŻywych Trupów” poza niedawno wprowadzoną Deanną, nie może pochwalić się przynajmniej poprawnie poprowadzonym rozwojem. Jest to tym bardziej dziwne, ponieważ męska część składu posiada kilka naprawdę imponujących perełek co dowodzi temu, że jednak twórcy potrafią rozwijać swoje postaci. Pojawia się zatem pytanie, co jest powodem tak tragicznego wręcz stanu rzeczy po żeńskiej stronie obsady? 

Jessie

       Pierwszą rzeczą jaką należy wziąć pod uwagę analizując tematykę rozwoju kobiet w TWD jest to, że bardzo często przedstawiane są one w wyjątkowo nieinteresujący dla widza sposób, przy czym ten brak zainteresowania z czasem przeradza się w obojętność, antypatię, irytację czy nawet zażenowanie. Twórcy pomimo faktu dysponowania naprawdę różnymi damskimi osobowościami, nie są w stanie bądź nie umieją znaleźć dla każdej z osobna złotego środka, który pozwoliłby ująć ich osoby w ciekawym dla odbiorcy ubarwieniu. Początkowe zdystansowanie wynikające z niechęci jeszcze jakość można przetrawić, ale im dalej brnie się z sezonem, tym coraz mocniej odczuwa się zmęczenie lub żywą niestrawność widząc to co dzieje się z nimi na ekranie. Ostatnimi czasy z takim traktowaniem zmaga się chociażby Sasha, której wątek PTSD bombarduje widza z taką siłą, że ciężko jest go przetrawić. Choć cała jego idea została dość dobrze umotywowana przejściami bohaterki, to jednak nie można nie odnieść wrażenia przesytu z jaką próbuje się przedstawić jej emocjonalność oraz związaną z tym depresyjność. 

the-walking-dead-episode-513-sasha-martin-green-935

       Wyjątkowo dziwnym dla mnie trendem, który przyczynia się do pogorszenia sytuacji protagonistek jest niejasność z jaką ukazuje się ich motywacje, a co za tym idzie również emocje, co natomiast kładzie cień na cały ciąg przyczynowo-skutkowy ich rozwoju. Scenarzyści nie są w stanie utrzymać stabilnego połączenia, które pozwoliłoby im płynnie przejść pomiędzy dwoma różnymi stadiami danej osoby. Albo zapominają o katalizatorze zmian, albo pomijają stadium przejściowe przechodząc w skrajności, albo idą w schemat polegający na tym, że w krytycznych sytuacjach kobiety zachowują się w sposób przeczący wcześniej zaprezentowanym poglądom, sprawiając wrażenie całkowicie innego człowieka. To powoduje, że widz wchodzi w pewien stan skonsternowania, który uniemożliwia mu nawiązanie nici empatii z określoną bohaterką. Idealnym przykładem, który poprze przedstawione przeze mnie argumenty jest tutaj Carol, której ewolucja w serii trzeciej i czwartej była w pełni oderwana od cyklu zapoczątkowanego w sezonach 1-2 i na nowo wznowionym w sezonie 5. Porzucono obraz Peletier jako wycofanej z akcji manipulantki, która zakulisowo prowadzi swoją grę na rzecz kobiety o morderczych zapędach, która nie tylko namawia do tego czynu innych, ale również sama podejmuje ten krok bez żadnej głębszej refleksji czy też obaw. Co nią kierowało? Nikt tak na dobrą sprawę tego nie wie ponieważ scenariusz koncertowo zawalił sprawę konkretnego umotywowania jej postępowania. Fakt faktem, postać ta stała się centrum znaczącej ilości dyskusji, niemniej z automatu zrażono do niej niewiarygodnie wielką ilość odbiorców, co przekształciło się w pasmo dwuletniej krytyki sprawiającej wrażenie niemającej końca. Z podobnym losem spotkała się także niedawno wprowadzona Jessie, na której amerykańscy widzowie (polscy byli ciut bardziej wyrozumiali) nie pozostawili suchej nitki, co wcale nie jest zaskakujące biorąc pod uwagę fakt, iż dziewczyna ledwo co pojawiła się w serialu a już praktycznie wskoczyła Rickowi do łóżka, nie rozwiązawszy nawet swoich prywatnych problemów. Twórcy po prostu polegli w sprawie ukazania szczegółowego problemu jej patologicznego małżeństwa, wskutek czego zachowanie Anderson z marszu zostało pozbawione sensu, a ona sama nabrała negatywnego zabarwienia.  

the-walking-dead-episode-514-carol-mcbride-935       Kolejnym zauważalnym trendem scenariuszowym jest to, iż kobiety w TWD bardzo często stanowią katalizator dla zmian protagonistów/antagonistów, lecz niestety nie jest to ujęte w pozytywnym świetle dla nich samych. Jak wiadomo „Żywe Trupy” prezentują trend, w którym to ewolucja charakteru facetów napędza główną oś historii i mimo tego, że bohaterki zawsze są tego elementem, żadna nie jest w stanie czerpać z tego korzyści. Powodem takiego stanu rzeczy jest to, że twórcy naginają ich sytuację fabularną na wszelkie możliwe sposoby, co choć daje pożądany efekt u mężczyzn, u protagonistek odbija się tak niewyobrażalnie negatywnym echem, że widz po wpływem irytacji zaczyna dokooptowywać kolejne negatywy, jeszcze mocniej demonizujące ich obraz. Co jednak w tym wszystkim najgorsze, te reakcje odbiorców nie są nieuzasadnione. One przeważnie są tak dobrze zakotwiczone w ukształtowanej przez serial bazie, że ciężko jest przeforsować narastającą falę krytyki. Zresztą czemu tu się dziwić; trudno jest przejść obojętnie obok absurdu wynikającego z nieprzemyślanego zachowania zidiociałych na zawołanie lasek, które zamiast działać sprawnie i efektywnie, zaczynają mieszać i kręcić idąc w kompletnie niepotrzebnym z perspektywy zdrowej logiki kierunku. Ofiarami takiego traktowania stały się Lori, Andrea oraz Michonne. Chyba każdy z nas doskonale pamięta jak to Grimes przez praktycznie dwanaście odcinków podjudzała przeciwko sobie Ricka oraz Shane’a, co skończyło się śmiercią jednego z przyjaciół. Postać ta w całym tym procesie była tak otumaniona i zaślepiona, iż z czasem straciła jakikolwiek sens swojego działania przeradzając się w jedno wielkie pomieszanie z poplątaniem. Andrea natomiast miała za zadanie doprowadzić do konfrontacji pomiędzy Szeryfem oraz Gubernatorem, co choć odbywało się dla niej samej w mniej destrukcyjny sposób, to jednak nie uniknięto narastającego wrażenia naiwności i ślepej wiary w zduszenie wojny w zarodku. Widzowie czekali niemalże czternaście epizodów na to aby dziewczyna ocknęła się z letargu, lecz jej efektywność trwała zaledwie jeden odcinek ponieważ nie dość, że Glen Mazzara robił wszystko by jej plan okazał się fiaskiem, to jeszcze zakończony został jej śmiercią. Najgorzej z całej trójki wypadła jednak Michonne, która w swoich próbach ukazania prawdziwej natury Philipa sama przerodziła się w istną karykaturę, której egzystencja oparta została na niekończącej się hiperbolizacji. Lista kuriozalnych zachowań z czasem urosła do takich rozmiarów, że brakłoby po prostu sił na wymienienie wszystkich. Twórcy zrobili z niej Sherlocka Holmesa w spódnicy, który prawdziwe intencje rozpozna po kiwnięciu palcem, a gdy trzeba to przerodzi się w ninja skaczącego po okolicznych drzewach.

The Walking Dead (Season 2)

       Jak widać po powyższych akapitach, twórcy TWD obchodzą się z damskimi bohaterkami  po prostu strasznie, niemniej nie jest to końcem całego problemu ich ukazywania. Jedną z kolejnych często zauważalnych kwestii jest czasowe wymazywanie niektórych rozwiniętych już cech ich charakteru po to aby skupić się tylko i wyłącznie na tych, które są niezbędne z perspektywy fabularnej, co oczywiście ma sztucznie popchnąć obecnie realizowaną historię do przodu. Takim działaniem scenariusz wprowadza do osobowości protagonistek nie tylko regres, ale również monotematyczność wskutek czego widz nie może oczekiwać różnorakich przejawów zachowań w stosunku do skrajnie odmiennych sytuacji.  Proces ten niestety objął wspomnianą wyżej Andreę, u której rozwój pacyfistycznej natury całkowicie przykrył wcześniej ukazaną waleczność, natarczywość w działaniu, upór czy też analityczne podejście do swojego położenia. Wpadła przez to w niekończące się pasmo stagnacji i statyczności, będąc wycofaną mimo udziału w głównym wątku trzeciego sezonu jakim było Woodbury.  Podobny problem dotknął także Maggie, której empatia względem bliskich jej osób i przywiązanie do więzów rodzinnych całkowicie wyparowały, po to tylko aby ustąpić miejsca przesłodzonym lamentom za Glennem. Na domiar złego zostało to jeszcze ukazane na tle kompletnego zaślepienia i zidiocenia tej postaci, która aby osiągnąć cel zapomniała o własnej siostrze i była w stanie zostawić rannego Boba i Sashę w środku głuszy. 

Andrea       Następnym zgrzytem, który możemy spokojnie dodać do powyższej listy jest wszechobecna marginalizacja kobiet w celu zaoszczędzenia czasu antenowego. Działanie to odbywa się z myślą o protagonistach (np. Daryl, Tyreese, Gabriel, Glenn), tylko szkoda że mało który potrafi spożytkować oddany im czas w ciekawy sposób. Po objęciu sterów przez Scotta M.Gimple aspekt ten przyjął tak wielkie rozmiary, iż za wyjątkiem Carol reszta damskiego składu uległa maksymalnemu wycofaniu. Takie zjawisko uniemożliwia scenarzystom pełne wykorzystanie potencjału jaki niosą ze sobą poszczególne osoby, wskutek czego gro z nich osiada na fabularnej mieliźnie, wpadając w niekończącą się bezcelowość i snucie po ekranie. O tym, że ogrom ciekawych wątków, które są z nimi związane bezpowrotnie ulega zniszczeniu nie wspominając. Czasami odnoszę wrażenie jakoby twórcy celowo to robili, nie wiedząc po prostu jak efektywnie wybrnąć z sytuacji przesycenia fabuły motywami pobocznymi, które automatycznie wymuszają na nich skupienie uwagi na większej grupce postaci. Najgorzej na tym wypadają najświeższe nabytki serialu czyli Tara oraz Rosita, które od ponad półtora sezonu pełnią tylko i wyłącznie rolę ładnej ozdoby. Widzom nieznane są ich nastroje, emocje, motywacje czy cele. Szczytem jest jeżeli którakolwiek z nich dostanie choć cztery linie dialogowe i dziesięć minut czasu dla siebie co trzy kolejne odcinki. W piątej serii również Maggie została zdystansowana, ponieważ perfidnie odebrano jej wątek poszukiwań Beth na rzecz duetu Carol-Daryl. Nie uważacie tego za mocno nieprofesjonalnie podejście producentów? 

Tara Chambler       Kiedy zaczynaliśmy serial praktycznie pięć lat tamu, fabuła dała nam wprost do zrozumienia, że kobiety bardzo często będą podejmować wyjątkowo dyskusyjne decyzje, które niekiedy będą mocno sprzeczne z ogólnie przyjętymi zasadami czy szeroko rozumianą moralnością. Miało być to wynikiem ich naturalnego toku rozwojowego, który w zależności od przeżytych zdarzeń powinien wpływać na zmianę bądź korektę ich światopoglądu. Do pewnego momentu proces ten był dość sprawnie realizowany, niemniej wraz z postępującymi sezonami, zauważalnym zjawiskiem który dotknął praktycznie wszystkie protagonistki był spadek tej hucznie zapowiadanej kontrowersyjności. Ostatnim wydarzeniem, którego centrum były kobiety i którego powód wynikał z naprawdę racjonalnego toku przyczynowo-skutkowego było pozwolenie Beth na popełnienie próby samobójczej, co miało miejsce praktycznie trzy i pół sezonu temu. Nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego twórcy dokonali aż tak dużego scenariuszowego regresu bohaterek, czyniąc je po prostu mocno przewidywalnymi oraz jednocześnie rozczarowującymi. Na chwilę obecną problem ten nasilił się do takiego stopnia, że kobiety sprawiają wrażenie jakby nie myślały. Bezwiednie idą one od sceny do sceny, nie podejmując nawet prób zamanifestowania swoich poglądów czy obaw. Mówiąc prosto, istny dramat. Czyżby powodem takiego stanu rzeczy był sezon trzeci, który sporo namieszał w praktycznie wszystkich strukturach TWD lub może najzwyczajniej w świecie przerosło to możliwości twórców, po tym jak serial opuścił Frank Darabont? Oczywiście od czasu do czasu producenci podejmowali próby reaktywowania tego aspektu, niemniej oprócz nadania Carol oraz Michonne pewnej dozy kontrowersji w sezonie 5, cała reszta okazywała się fiaskiem. Dawn Lerner i jej przywództwo, Andrea i próba „naprawy” Gubernatora, opieka Carol nad psychicznie chorą Lizzie czy Beth zabijająca celowo lub przypadkowo praktycznie wszystkich zdegenerowanych policjantów Grady Memerial Hospital – każdy z tych motywów miał być dyskusyjny, ale w rzeczywistości przyniósł odwrotny efekt do zamierzonego. 

Dawn Lerner       Wśród widzów „The Walking Dead” utarło się takie przekonanie, że im twardsza babka tym lepiej dla fabuły. A bo więcej działa, a bo bardziej efektownie, a bo bardziej widowiskowo oraz super, hiper, nice. W generalnej większości protagonistki tego serialu skorzystały na zjawisku tzw. bad-assowienia (np. Andrea i jej ucieczka z farmy czy Maggie podczas odbijania więzienia), lecz niestety nie wszystkim ten proces ujednolicenia wyszedł na dobre. Twórcy zapomnieli, że nie każdy charakter ma ku temu predyspozycje i nie każdy wcześniej rozpoczęty styl ewolucji pozwoli na zaimplementowanie takiej zmiany. Koronnym przykładem na to jak negatywnie na postaci odbiło się hartowanie jest Beth czyli największa porażka TWD. Dziewczyna, która dwa swoje pierwsze sezony nigdy nie trzymała broni w ręku z efektywnym skutkiem, nigdy nie brała udziału w czynnej walce i zawsze kryła się za plecami innych, w czwartej i piątej serii niczym doświadczony survivalowiec kontratakuje z kałachem w ręku w wojnie o więzienie, a w zaciemnionych szybach GMH zalicza więcej celnych strzałów w głowę niż niejeden inny heros. O tym, że chciała się obronić igłą od kroplówki i nożyczkami nie wspominając. Nie czujecie w tym pewnego zgrzytu i zażenowania? Bo ja tak. Również Carol oberwało się od widzów po głowie za to co działo się z nią w S4 i pierwszej połowie S5. W mgnieniu oka Peletier stała się ekspertem od przetrwania, specem od broni białej i nabrała większego doświadczenia w broni palnej niż Rick, Shane i Andrea razem wzięci. I to wszystko siedząc za bezpiecznymi murami więzienia, zajmując się praniem, gotowaniem i niańczeniem Judith. Takie zagranie scenariuszowe sprawiło, że do postaci tej przylgnęła prześmiewcze ksywki Carambo czy Terminator, choć mogę się założyć iż twórcy mieli zgoła inne intencje.

Beth

       Pod sam koniec niniejszego artykułu chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedną i chyba ostatnią sprawę związaną z omawianym przeze mnie tematem, czyli na całkowity brak relacji pomiędzy kobietami lub koszmarne ich przedstawienie. Na wstępie chce powiedzieć, iż nie trwa to od samego początku funkcjonowania TWD. Co to to nie. Rozpoczęło się to dopiero w trzecim sezonie, po czym osiągnęło istne apogeum w dwóch kolejnych seriach tworzonych pod artystycznym kierownictwem Scota M.Gimple – człowieka który wsławił się poniekąd idealnym zrozumieniem dramatyzmu korelacji międzyludzkich w obliczu apokalipsy. W mojej ocenie zaistnienie tego problemu to czysta kpina z widza. Nie będę w błędzie jeśli powiem, iż od czasów trio Lori-Andrea-Carol nie mieliśmy ani jednej dobrze i wielopłaszczyznowo zarysowanej korelacji między protagonistkami. Nie wiedzieć mi czemu, twórcy stale prowadzą ich alienację oraz zdystansowanie między sobą. Mimo dzielenia niekiedy wielu tragicznych momentów, żadna z nich nie nawiązuje bliższej nici zrozumienia. Nie ma przyjaźni, nie ma oddania, nie ma między nimi zaangażowania. Siostrzane więzi również są traktowanie po macoszemu, a próba ukazania sprzecznego światopoglądu (Andrea-Michonne) i nadania temu negatywizmu też skończyła się fiaskiem. Każda bohaterka żyje w jakimś tam świecie ubranym w inny koloryt, nie pozwalając aby jakakolwiek inna kobieta do niego wkroczyła. Weźmy dla przykładu Maggie oraz Tarę, które w teorii połączyła śmierć Hershela. Mówię „w teorii” bo w praktyce wygląda to zgoła odmienne. W trakcie trwania całego sezonu piątego obydwie zamieniły raptem dwa tudzież trzy zdania. Nie uważacie tego za śmieszne? Idealna baza do nawiązania złożonej zażyłości opartej na różnorakich emocjach została po prostu wepchnięta pod dywan. Dlaczego tak się stało? Nie mam zielonego pojęcia. Co w tym najśmieszniejszego, to nie są jedyne przykłady jakie można przytoczyć. Nie będę ich wszystkich przywoływał ponieważ najzwyczajniej w świecie brakłoby na to czasu, niemniej mogę powiedzieć, że jako widz jestem szczerze zawiedziony ponieważ serial, który początkowo przyciągnął mnie przed ekran mocnymi związkami pomiędzy protagonistkami, rozumianymi na naprawdę wielu płaszczyznach, z czasem kompletnie o nich zapomniał nie próbując ich nawet reanimować. 

michonne       Reasumując, kobiety w „The Walking Dead” mają wyjątkowo pod górkę. Twórcy kompletnie nie zdają sobie sprawę jakimi materiał dysponują i co mogliby z nimi zrobić. Kiedy w innych serialach protagonistki regularnie święcą triumfy i robi się wszystko by błyszczały, w TWD ciągłe kładzie się im kłody nogi w postaci złego scenariusza i jeszcze gorszego showrunnerowania. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że wyjątkowo trudno jest którąkolwiek polubić. Problemy z nimi związane tak często wystawiają cierpliwość widza na próbę, że czasami ma się tego wszystkiego po prostu dość. Oczywiście przychodzą momenty zreflektowania, podczas których siedzimy przed telewizorem i wypowiadamy przeciągłe „WOW” (np. Carol w Aleksandrii czy Michonne w odcinku „After”) ale jest tego zdecydowanie za mało. Jako człowiek który ceni sobie świetnie wykreowane damskie charaktery, już dawno pogodziłem się z faktem, że twórcom TWD nigdy nie uda się stworzyć protagonistki na miarę Dany Scully, Meredith Grey, Claire Underwood czy chociażby Vanessy Ives. 

 

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts