Biżuteria Handmade

episode-411-feat

       Twórcy jak zapowiedzieli tak i zrobili. Za sprawą epizodów „After” oraz „Inmates” w fabule „The Walking Dead” zapanował istny chaos. Nie tylko zrównano z ziemią więzienie za sprawą finalnego ataku Gubernatora ale także rozbito znaną nam grupę ocalonych na pomniejsze zbiorowości, które pozostawione zostały same sobie. Zaszczute, załamane, zdesperowane, bez dachu nad głową oraz gwarantujących przetrwanie zapasów. Sytuacji nie polepsza także fakt, iż dokonano sporego miszmaszu w bohaterach łącząc w pary te indywidua, które na dobrą sprawę nie wchodziły między sobą w bardzo zażyłe i burzliwe relacje. Po dłuższym namyśle, każdy z widzów doszedł pewnie do wniosku, iż takie rozwiązanie daje niezwykle ciekawe drogi rozwojowe sprawiając, że scenariuszowo „Żywe Trupy” wchodzą na wyższy poziom jak i nową formułę, które do dnia dzisiejszego nie były spotykane i stosowane w tym serialu. Robi się ciekawie, nieprawdaż? Mimo wszystko jednak by nie wybiegać aż zanadto w przyszłość spojrzę na epizod „Claimed” i zastanowię się jak poradził on sobie z aż tak dużym natężeniem akcji.

tumblr_n1ijcfNsq81r7wse8o1_500

       Jak większość doskonale wie, im większe zamieszanie na tapecie serialu, tym gorsza jakość prezentowanego odcinka. Z taką sytuacją mieliśmy do czynienia niemalże przez cały sezon trzeci jak i połowę sezonu czwartego włączając w to ostatni odcinek „Inmates„. Zaczyna się w takim przypadku kombinowanie, szamotanina między wątkami, wypowiadanie półsłówek jak i masa niedopowiedzianych wątków, które to aż proszą się o głębsze wyjaśnienie. Mówiąc prosto standard z jednoczesną tragedią w tle. Nie możecie sobie zatem wyobrazić w jakim szoku byłem, kiedy dowiedziałem się iż w najnowszym materiale twórcy bzdurny rozwój fabularny porzucili na rzecz zaprezentowania raptem dwóch znanych nam grup, w tym jednej całkowicie świeżej. Epizod „Claimed” już na stałe utwierdził mnie w przekonaniu, że postawienie na ograniczony skład z łatwością przyczyni się do polepszenia jakości przedstawianych widzom wątków, które wypadają w tym przypadku pewniej jak i racjonalniej na tle całego rysu tej telewizyjnej ekranizacji uniwersum stworzonego przez Roberta Kirkmana. Historia zarezerwowana na ten tydzień była nie tylko składna, ale również mocno dramatyczna jak i pełna napięcia oraz burzliwych relacji między postaciami. Czuć było, że każda kolejna akcja wynika z wcześniejszej i nie jest w sposób nachalny oraz usilny wbijana w to co dzieje się na ekranie. Wszystko bardzo łagodnie idzie do przodu stopniowo budując coraz bardziej kondensujące się napięcie. Doskonale widać tutaj pewną etapowość oraz skrzętnie ustaloną strukturę dzięki czemu widz czuje panujący w około ład. Ta część fabuły został przemyślany od A do Z, nie tylko kontynuując wcześniej zapoczątkowane wątki ale także wprowadzając kolejne jeszcze ciekawsze od poprzednich. Co jest jednak w tym najważniejsze toto, iż pozbyto się wszelkich nielogiczności będących tak wielką bolączką tego serialu. Oczywiście przyjmuję do wiadomości, iż może niezbyt uważnie oglądałem odcinek, niemniej jednak nawet przy drugim seansie nie wyłapałem jakiś zgrzytów, co pozwala m wierzyć iż najzwyczajniej w świecie ich nie ma. Dla mnie jest to przeogromnym plusem świadczącym o tym, że scenarzyści w końcu zaczynają zwracać uwagę na finalny wygląd serwowanego przez nich produktu. Warto zwrócić również uwagę na sam klimat epizodu, który po raz pierwszy od dawien dawna nie był tak mocno monotematyczny. Twórcy uderzyli w różnorakie emocje zaczynając od czystej radości, poprzez nostalgię, melancholię, smutek i na strachu oraz lekkim przerażeniu kończąc. Bardzo mocno podobało mi się to, iż zdecydowano się na przeplatanie tych odczuć przez co zbudowano swego rodzaju „huśtawkę nastrojową„. Taki zabieg znacząco zintensyfikował pozytywny odbiór „Claimed” jako całość.

tumblr_n1insfBQ691r7wse8o1_500

      Jednym z bardziej pozytywnych jak i niezwykle cieszących rzeczy tego odcinka był silny zwrot w stronę psychologii bohaterów oraz zmian zachodzących w ich rysach charakterologicznych, szczególnie po tym jak w zeszłym tygodniu scenariusz odszedł od tego aspektu kierując się w stronę niezbyt absorbującej i częściowo nużącej akcji. Nie tylko mieliśmy tutaj szersze ukazanie nowych twarzy w Abrahama Forda, Rosity Espinosy oraz Eugene Portera, ale także na dłużej zagościły na ekranie najbardziej intrygujące postaci serialu czyli Rick, Michonne i Carl. W międzyczasie przewinęli się również Tara wraz z Glennem, niemniej jednak zostali oni sprawie przyćmieni przez wyżej wymienioną szóstkę, choć oczywiście nie w całości. Coś tam od siebie pokazali, szczególnie jeśli mowa o damskiej części tego duetu.

       Swoją analizę w tym przypadku zacznę od odrobinę zapomnianego i coraz bardziej krytykowanego głównego protagonisty serii czyli naszego szeryfa. Co by tu dużo mówić, ostatnie lata nie były dla niego łaskawe. Upodlony, złamany, dobity, wiecznie niosący krzyż cierpienia narodów, no jednym słowem wrak człowieka. W pewnym momencie jego zbolała mina zaczynała dostawiać więcej czasu antenowego niż cała resztą postaci razem wziętych. Pomijając sam fakt ciągłego powtarzania jednego i tego samego wątku, zaczął on widza po prostu męczyć spadając z pozycji najbardziej intrygującego bohatera do poziomu nic nieznaczącego dodatku, który jest bo takie warunki narzuca serial. Doszedł on przez to do punktu, w którym trzeba było dokonać stanowczej decyzji co z nim tak na dobrą sprawę dalej zrobić. Czy nadal kontynuować trwające od trzeciego sezonu umęczenie, czy może zerwać z tym wizerunkiem na rzecz czegoś nowego? Na całe szczęście twórcy wraz z „Claimed” wybrali opcję numer dwa pokazując nam Ricka, który w końcu zaczyna nie tyle co myśleć, ale i działać dla dobra swojego jak i ludzi mu podporządkowanych. Umieszczenie go w centrum dość tajemniczej oraz antagonistycznie nastawionej nowej grupy okazało się strzałem w dziesiątkę. Widzimy Grimesa analizującego sytuację jak i zagrożenie, opanowanego, pewnego siebie i swoich kroków, lustrującego i oceniającego położenie oraz możliwości. Po raz pierwszy poszedł w stronę taktycznego rozegrania, aniżeli nagłego i bazującego na emocjach rozwiązania, często przynoszącego negatywne w skutkach efekty. Oczywiście były sytuacje w których chciał improwizować, niemniej jednak nagłe zmiany zmusiły go do odwrotu. Cieszyło mnie również to, iż wykorzystuje zdobyte doświadczenie budując sobie przewagę nad zagrożeniem. Chodzi mi tu o ten niewielkim moment jakim było uchylenie drzwi do łazienki, gdzie to położył trupem jednego z mężczyzn. Nie jest to wprawdzie niesamowity wyczyn, ale dla mnie świadczy to o nauce i wyciąganiu wniosków z wcześniejszych wydarzeń. Po raz pierwszy od dawien dawna kibicowałem Rickowi na nowo odkrywając względem niego dawno schowaną sympatię. Oby tak dalej.

tumblr_n1imjvctKh1r7wse8o1_500

       Drugim niezwykle interesującym wątkiem epizodu była relacja na drodze Michonne-Carl, która uległa tutaj sporemu zacieśnieniu. Sparowanie tej dwójki okazało się bardzo dobrym posunięciem, ponieważ mimo tego iż na pozór są oni od siebie diametralnie różni to procesy oraz zmiany zachodzące w ich psychice sprawiają, że mają bardzo wiele wspólnego. Najbardziej podoba mi się w tym wszystkim to, iż twórcy zbudowali tą relacje w oparciu o schemat zależności jakie mogą pojawić się pomiędzy dwojgiem dorosłych ludzi, kształtując w ten sposób Carla jako osobę bardziej świadomą oraz dojrzałą. Pozbycie się dziecinnych naleciałości i takowego traktowania dało fantastyczną bazę, z której obydwoje mogą czerpać korzyści w niemalże takim samym stopniu. Mamy wzajemne zrozumienie, akceptację własnych obaw czy oczekiwań, ale co najważniejsze emocjonalną pomoc niezbędną do utrzymania tych resztek człowieczeństwa. Zarówno ona jak i on odkrywają siebie na nowo odsłaniając te najbardziej wewnętrzne przeżycia. Carl podejmuje próby przezwyciężenia barier w postaci załamania ojca jak i straty Judith, które w sposób bardzo mocny odbiły piętno na jego codziennej egzystencji. Michonne natomiast stopniowo powraca do przeszłość starając się zamknąć tragiczny rozdział swojego życia, który doprowadził w jej przypadku do wewnętrznej degradacji oraz emocjonalnego wypaczenia. Oczywiście obydwoje chowają to pod płaszczem dość niewinnej gry w półsłówka, aczkolwiek doskonale widać, że walczą z czymś co ich przerasta i czego tak naprawdę w pełni nie rozumieją. Bardzo dobrze przedstawiono to na przykładzie Mich, dla której bezpośrednia konfrontacja z tragedią podobnej do tej której świadkiem była wcześniej, jest czymś niezwykle traumatycznym, a wręcz nawet przerażającym. Ona waży w takich chwilach swoja możliwości i granice. Zadaje pytania czy będzie w stanie je przesunąć. Eksploruje obszary własnego „ja”, które były do teraz szczelnie zamknięte. Cieszy mnie jednak to, iż potrafią oni w tym wszystkim znaleźć powód do radości, do czystego szczęścia stanowiącego choć chwilową ucieczkę od dramatu dnia codziennego.

tumblr_n1ikcjTIP01r7wse8o1_500

       Teraz przejdźmy do kolejnej grupy, czyli wspomnianego Abrahama, Rosity oraz Eugena. Cóż wielkiego mogę na początek powiedzieć? No chyba nic innego poza „Chwalcie Pana pod niebiosy, komiks poszedł w obroty„. Po dwóch latach niezwykle usilnych próśb (zaznaczam, że moich) w końcu doczekałem się momentu, w którym twórcy zdecydowali się na wierne przeniesienie motywu prosto z pierwowzoru bez jakichkolwiek drastycznych zmian. Dla mnie oglądanie czegoś takiego jest niczym innym jak miodem na zbolałe serducho, które zostało zmuszone do oglądania procesu niszczenia tego fantastycznego w zamyśle serialu. Żałuję oczywiście, iż dopiero teraz ma to miejsce (zawalonego wątku więzienia nie wybaczę twórcom do końca emisji TWD) ale jak to się mówi, lepiej późno niż później. Dla mnie wątek ten istnym powiewem świeżości nie skażonym ręką i „pomysłowością” scenarzystów. Wszystko było takiego lekkie, niewymuszone, ale co najważniejsze interesujące. Oczywiście ciężko pominąć tutaj bardzo mocnego uczucia „skomiskowacenia” akcji, niemniej akurat w tym przypadku uważam to za spory plus, który znacząco umilił mi poniedziałkowy seans. Mieliśmy trochę dynamizmu, trochę napięcia, trochę bitki. Przerysowanie wprawdzie dawało o sobie znać, ale twórcy trzymali to w ryzach unikając w ten sposób karykaturalizacji godnej samego Gubernatora. Bardzo fajnie zrealizowano także motyw wyjaśnienia misji Abrahama w iście starym kirkmanowskim stylu, którego nie powstydziłaby się żadna nisko-budżetówka. Ta sztuczna próba utrzymania swego rodzaju suspensu była naprawdę zabawna. Nie wiem czy taki był zamysł, czy też nie ale nie byłem w stanie pozbyć się uczucia rozbawienia. Tekst „It’s classified” wypowiedziany przez Abrahana z tą przemożną pewnością siebie i wiarą w słuszność słów Eugene był największą komedią tego odcinka. Ale tak jak wspominałem wyżej, nie jest to w żadnym wypadku krytyka z mojej strony. Tak samo odebrałem to w komiksie, więc i automatycznie podobne odczucia mam w przypadku serialu. Kolejny duży plus ode mnie. Jeżeli chodzi już o samych bohaterów to Ford już na wstępnie zaskarbił sobie moją sympatię. Po prostu badassowość w najczystszej postaci. Mówiąc szczerze w pewnych momentach podchodzi on trochę pod sposób kreowania Merle’a Dixona, ale dzięki temu że ma on czysto poprawne intencje wiem, że nie będziemy mieli tutaj kolejnego substytutu. Bohater ten od samego początku sprawia wrażenie pozytywnie nastawionego, który bierze świat takim jakim jest. Walczy bo musi, lecz czerpie z tego radość bo po pierwsze walczy o wyższą ideę, a po drugie walczy bo ma dla kogo to robić. Dodatkowo docenia on zalety innych bohaterów nie traktując ich z góry. Bardzo fajne, ciekawe oraz świeże podejście. Rosita oraz Eugene byli tutaj w tle, ale nie traktuję tego jako negatyw ponieważ inaczej tej akcji rozegrać się nie dało. Była ona czystym wprowadzeniem do wątku, w którym oprócz Abrahama nie można było wyeksponować innych. Co do samego Portera to od razu widać, iż cała misja ratowania świata jest jedną wielką bujdą, która ma na celu zapewnienie mu bezpieczeństwa i obrony. Załatwienie ciężarówki było niczym innym jak celowym działaniem spowalniającym realizację „działania”.

tumblr_n1il9wBdLV1r7wse8o1_500

       Pozytywnie zaskoczyła mnie tym razem Tara, która zaczyna coraz więcej zyskiwać w moich oczach. Jest to postać o naprawdę czystych intencjach (która niestety została niefortunnie zamanipulowana) potrafiąca wziąć odpowiedzialność za własne czyny. Gryzie ją to co się stało, to do czego doprowadziła akcja której była częścią. Takie podejście sprawia, iż jest ona prawdziwa i bardzo empatyczna. Widz bardzo szybko utożsamia się z jej uczuciami czy podejściem. Dla mnie jej lojalność względem Glenna jest godna podziwu. Uważam, że takim podejściem jest w stanie odbudować swoją reputację. Pytanie tylko, czy wszyscy się do niej przekonają? Dużym problemem może być w tej kwestii Maggie, Beth czy sam Rick. Zapowiada się naprawdę ciekawy wątek.

       Największym minusem odcinka okazał się nasz Azjata. Oczywiście potrafię zrozumieć chęć znalezienia żony, ale sposób w jaki do tego podchodzi jest głupi oraz absurdalny. Greenówna przesłoniła mu dosłownie cały świat czyniąc z niego najbardziej antypatyczną postać jaką obecnie posiada „The Walking Dead„. Działa pod presją, pod emocjami, bardzo impulsywnie, niezwykle lekkomyślnie. No jednym słowem, cień starego dobrego Glenna, którego wszyscy tak gromko polubili. Gdzie ten lekko ciapowaty nastolatek, który jak chciał to potrafił odciążyć atmosferę? To silenie się na wielkiego macho nie wychodzi mu na dobre. Przeogromny regres, który ciągnie się już długi okres czasu.

       Na sam koniec chciałbym wrócić jeszcze na chwilę do wątku „niespodziewanych gości” z którymi musiał poradzić sobie Rick. Muszę tutaj pochwalić twórców ponieważ udało im się w sposób bardzo niekonwencjonalny rozpocząć nowy etap historii. Niezmiernie spodobało mi się takie tajemnicze przedstawienie nowego zagrożenia. Widz nie wie czy jest to epizodyczna, nic nie znacząca grupka, czy może preludium do czegoś większego. Oczywiście gdzieś tam w głębi podświadomości tłucze się myśl, iż to raczej nie jest koniec, ale jakaś doza niepewność jest. Naprawdę świetnie zarysowany suspens.

       Podsumowując już, po słabym „Inmates” twórcy na nowo wrócili na dobre tory, którymi powinni podążać od samego początku emisji serialu. Jest ciekawie, interesująco i co najważniejsze niejednoznacznie. Pewne problemy są cały czas pogłębiane, ale nie dochodzą mimo tego do kulminacyjnego już momentów. Proces dawkowania akcji jest świetnym zabiegiem, którego wyczekuję w jeszcze większym stopniu. Odcinek „Claimed” z czystym sumieniem oceniam na 8/10.

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts