Biżuteria Handmade

World War Z

Wrażenie, że ekipa odpowiedzialna za „World War Z”  nie za bardzo wiedziała jak zabrać się za film ciekawie traktujący temat zombie i będący jednocześnie ekranizacją całkiem ambitnej książki, gryzło mnie przez sporą część seansu.  Nie wypaliła próba wynagrodzenia słabego scenariusza sporym budżetem na efekty specjalne i Bradem Pittem w głównej roli, bo choć nowa produkcja nie przypomina może brutalnej wizji Zacka Snydera z „Świtu żywych trupów” ani pełnej brawury serii „Resident Evil”, to pomimo wszystkich zawartych w niej widowiskowych scen i klimatycznych smaczków ,  oprócz wyjących nieumarłych, nie oferuje niczego co „krzyczałoby” do widza z ekranu i nie dawało o World War Z  zapomnieć.

 

Pomimo,  że po serialu The Walking Dead zacząłem intensywniej zgłębiać świat zombiaków,  do teraz średnio kręcą mnie produkcje pokroju wspomnianego już „Świtu żywych trupów”,  a na WWZ czekałem licząc głównie na tak zachwalane w przypadku książki wątki socjologiczne. Niestety reżyser Marc Forster wraz ze sporą grupką scenarzystów najwyraźniej sam przestraszył się  zombie i zdecydował podejść do tematu w sposób jak najmniej oryginalny. Sama fabuła „World War Z” jest niezmiernie prosta, mocno przewidywalna, a co najgorsze zdarza się jej wprowadzić inteligencję widza w zakłopotanie. Garry Lane, były pracownik ONZ, szczęśliwy mąż i tatuś,  pewnego ranka stojąc wraz z rodziną w samochodowym korku zastaje na drodze zombie-apokalipsę. W całą sprawę miesza się „niezastąpione” ONZ i jak to w życiu Brada Pitta już w chwilę po wybuchu epidemii zmuszony jest do znalezienia lekarstwa na choróbsko zamieniające ludzi w krwiożercze bestie. Właściwie nie takie krwiożercze bo z racji na niską kategorię wiekową juchy na ekranie nie uświadczymy ani kropli. O samych żywych trupach wystarczy powiedzieć tyle, że pomykają bardzo szybko jak na rozkładające się ludzkie zwłoki, są przewrażliwione na punkcie dziwnych hałasów i od czasu do czasu pociesznie kłapią paszczami – muszę przyznać, że miejscami prezentowały się całkiem dobrze, szczególnie kiedy kłębiły się i wspinały po sobie tworząc (nie)żywą wieże.

Siekiery zabraknąć nie mogło ;)

Siekiery zabraknąć nie mogło ;)

Z początku rzeczywiście postawiono na aspekty, które interesowały mnie najbardziej czyli  urealnienie całego zdarzenia z punktu socjologicznego. Obecne jest więc stopniowe narastanie niepokoju, wszechobecna Światowa Organizację Zdrowia, a problem chorób zakaźnych, staje się tematem publicystycznych programów telewizyjnych.  Niestety w dalszej części historii, tempo zamiast przyspieszyć pod koniec zwalnia, a kino akcji staje się na moment standardowym przekradaniem bohaterów przez korytarze z siekierą w dłoni.  Proporcje między strzelaniem i skradaniem , a przedstawieniem sytuacji na świecie  mogły zostać rozłożone o wiele lepiej, bo jeśli chwilowe natłoczenie faktów z życia publicznego na początku filmu miało posłużyć za wprowadzenie do właściwej akcji, to nie wiem czy Gerry Lane w początkowej scenie  nie powinien trochę dłużej smażyć naleśników dla swoich pociech, aby widzowie mogli oglądnąć do końca lecące w tv wiadomości. Sytuacja na świecie została przedstawiona szczątkowo, głównie dzięki w miarę licznym podróżom głównego bohatera po świecie i historyjkom jak ta o sytuacji w Korei Północnej.

Tak, najlepsza scena w filmie.

Tak, najlepsza scena w filmie.

Film ma jednak swoje dobre momenty, potrafi wciągnąć i kiedy się tak ogólnie zastanowić całościowo wypadł całkiem w porządku. Miejscami czuło się przyjemny klimat np. podczas niektórych scen w Korei czy Izraelu,  szkoda tylko, że bardzo szybko psuł się przez jakąś głupotę scenariusza w stylu doktorka ciamajdy, wojskowych na rowerkach (ci co widzieli zrozumieją). Na nudę również nie narzekałem, film jest wartki podobnie jak przedstawione w nim potoki zombiaków przelewające się przez ulice miast .  Sytuację podratowała też muzyka sprawnie budująca atmosferę (jeden kawałek nasuwał mi na myśl Prometeusza).  
Po World War Z nie spodziewałem się niczego nadzwyczajnego, po prostu szkoda trochę, że to raczej kolejny film o zombie i wyróżnia go głównie nazwisko Brad Pitta oraz wysoki budżet.

Larone

Na Strefie zajmuje się głównie newsami, artykułami i recenzjami odcinków serialu TWD. W przeszłości udzielał się amatorsko w paru innych projektach. Kiedy najdzie go ochota, bawi się w krytyka filmowego (choć chyba podchodzi do kina zbyt optymistycznie). Poza Strefą: gorliwy widz serialowy, niestety nigdy nie zobaczył do końca Miasteczka Twin Peaks. Choć za popcornem nie przepada, gdyby mógł, większą część życia przesiedziałby w kinie. Dlaczego pisze na Strefie? Bo lubi :)

More Posts