Biżuteria Handmade

CODa - intro

 Wszystko w The Walking Dead przybrało ostatnio formę rysowanej grubą krechą historii z dziwnymi charakterami i zbiegami okoliczności. Postacie, fabuła nie są już tylko stylizowane czy zaadaptowane z komiksowego pierwowzoru. Nie są to już na pewno poważne opowieści o Szeryfie na opanowanym przez zombie zachodzie.  Po prostu czasem wkrada się za dużo taniości i rzemieślniczej roboty, a za mało rzeczywiście oryginalnych pomysłów.

 

Zacznijmy od tego, że coś opartego na słabym fundamencie (mam tu na myśli cały szpitalny wątek) potrzebuje naprawdę dobrego scenarzysty i reżysera by z ogólnej nijakości wyciągnąć atrakcyjne dla widza elementy. A w „Coda” pojawia się zarówno trochę durnowatej komiksowej nijakości, jak i parę całkiem mocnych scenek. Przykładowo – dostajemy otwarcie, w którym zabawnie tuptający Lamson próbuje zbiec i uwolnić się z kajdanek (uśmiechałem się przy tej scenie, bo montaż przypominał mi słynny na YT kanał HowToBasic). Po tej nieco dziwnej sekwencji czekała na nas naprawdę mocna scena śmierci policjanta i bezwzględna postawa Szeryfa. Właśnie tego można było spodziewać się po Ricku Grimesie deklarującym w finale 4 sezonu, że od tej pory lepiej z ekipą nie zadzierać (niezła jest też scena z Rickiem układającym się z policyjną delegacją na parkingu).

Coda12

Bardzo wyraźnie zaznaczono, że różowo nie będzie. Choć Lamson z głupim fartem uciekł ostatnio spod straży Sashy, swoją historię zakończył rozpłaszczony na ulicy zupełnie jak jego wyimaginowany kolega. To była naprawdę ciężka scena, bo, jak pisałem, najbardziej nieprzyjemne wrażenie wywołują momenty, w których to ludzie ludziom gotują straszny los – a było ich w „Coda” całkiem sporo. Między innymi za sprawą Szeryfa, którego postać mocno wyróżniała się w półfinale spośród innych, niekoniecznie pozytywnie. Właściwie pierwszy raz zabił (w sposób niepozbawiony cynicznej nuty i okrucieństwa) człowieka, który właściwie nie wyrządził nikomu żadnej szkody. Z resztą ciemna strona Ricka była w odcinku zaakcentowana również dosłownie – dwukrotnym skąpaniem jego twarzy w mroku. Zwrócę tutaj uwagę na świetną grę Lincolna, który naprawdę dobrze poradził sobie z przemianą swojego bohatera. Tak jak wiarygodny wydawał się jako poukładany, grający uczciwie Rick Grimes  – zastępca Szeryfa, tak teraz równie prawdziwie z jego ust pada cyniczne „zamknij się” do zabitego przed chwilą Lamsona.

 Rick

Plan Tyreessa rzeczywiście okazał się niegłupi i gdyby do akcji nie wkroczyła Beth prawdopodobnie skończyłby się 100% powodzeniem (rozumiem – poniosły ją emocje). Była to w końcu bohaterka, którą oglądaliśmy prawie od początku serialu – widzieliśmy jak ze zdesperowanej nastolatki zamienia się w osobę samodzielną i silną (co z resztą podkreślano ostatnio zbyt często). Kulminacyjna scena z wymianą stanowiła bezsprzecznie najlepszy fragment odcinka. Co prawda jak we wszystkim znajdzie się w niej parę komiksowych nagięć (tutaj akurat mam na myśli absurdalne zachowanie Beth), ale spodobał mi się sposób postępowania reszty bohaterów – Rick sprzeciwiający się odejściu Noah czy stanowcza Dawn świadoma na ile może sobie pozwolić. Świetna była też chwila niepewności tuż po śmierci bohaterek – chaos, niedowierzanie, próba opanowania szarżujących emocji i łzy w oczach bohaterów, zbyt doświadczonych by rozczulić się na całego, ale też jeszcze zbyt wrażliwych i kochających się nawzajem by w ogóle Greenówny nie opłakiwać (słabo wypadł w tej scenie tylko Norman Reedus ze swoim kocim płaczem). Do tego oczywiście działająca na emocje widza żałobna muzyka „prawie jak od Hansa Zimmera”.

Pomysł szpitala i całej tej dziwnej hierarchii nadal uważam za niezbyt mądry, ale powiedzmy, że znów objawiła się w nim komiksowa konwencja. Te jakieś dziwne rozgrywki między gliniarzami, absurdalna i bełkotliwa rozmowa Dawn z Beth, w której Greenówna rozmyślała nad tym po cóż też Pani Glina trzymała ją tak usilnie przy sobie („ucieknę stąd” – „i tak wrócisz, wszyscy wracają”). Cała finałowa konkluzja, również wydaje się bardzo płytka. Ostatecznie rozumiem, że szpital miał symbolizować miejsce zamknięte, zepsute od wewnątrz, z którego teoretycznie nie ma ucieczki, ale w ostatecznym rozrachunku wypadło to wszystko bardzo bezpłciowo. Z jednej strony szkoda, że już Christine Woods (Dawn) nie zobaczymy, bo oglądało się ją przyjemnie. Z drugiej cieszę się, że szpitalny rozdział możemy uważać za zamknięty.

Smutny Daryl

 

W części poświęconej Mich, Carlowi i Gabrielowi było co prawda sporo akcji i mających powodować ciarki na plecach scen, ale szczerze mówiąc niezbyt mnie to ruszyło. No, może kiedy ekipa ewakuowała się z kościoła.  Tyle tylko, że przybywający z odsieczą Abraham szybko starł wszelkie pokłady niepewności w proch. Mało brakowało a zapomniałbym o scenie, w której Gabriel błagał o wpuszczenie do kościoła – analogia do przeszłości bohatera była tu raczej oczywista, ale i tak dawała jakąś satysfakcję z jej odkrycia. 

Jak to w TWD sporą rolę w odcinku odegrała muzyka skutecznie podkreślająca atmosferę danej sceny, a czasem nawet samodzielnie budująca emocje (scena „narady” z więźniami w magazynie). „Coda” w żadnym razie nie okazał się odcinkiem przełomowym, czy rewelacyjnym. Podejrzewam, że oczekiwania wszystkich po paru naprawdę odstających odcinkach nie były wygórowane. Dlatego też półfinał traktuję jako konieczność, potrzebną do domknięcia nieciekawego z mojego punktu widzenia wątku. W lutym zaczynamy drugą połówkę, z czystym kontem i zjednoczonymi bohaterami. Oby również na lepszym poziomie.

A i nie zapominajmy o czającym się gdzieś z boku Morganie. ;-;

 

coda-outro

Larone

Na Strefie zajmuje się głównie newsami, artykułami i recenzjami odcinków serialu TWD. W przeszłości udzielał się amatorsko w paru innych projektach. Kiedy najdzie go ochota, bawi się w krytyka filmowego (choć chyba podchodzi do kina zbyt optymistycznie). Poza Strefą: gorliwy widz serialowy, niestety nigdy nie zobaczył do końca Miasteczka Twin Peaks. Choć za popcornem nie przepada, gdyby mógł, większą część życia przesiedziałby w kinie. Dlaczego pisze na Strefie? Bo lubi :)

More Posts