Biżuteria Handmade

Conquer-wgryz       Norman Reedus promując finał piątego sezonu „The Walking Dead” powiedział, że materiał który czeka na widzów sprawi, iż będą oni chcieli wyrzucić swoje telewizory przez okno. Jego słowa okazały się w tym przypadku 100% prawdą tylko szkoda, że powód tej reakcji był zgoła odmienny od tego, który zapewne aktor miał na myśli. Owszem, „Conquer” wywołał u mnie niewyobrażalne pokłady szoku i lekkiego rozzłoszczenia, ale bynajmniej nie ze względu na powalającą jakość materiału czy zadziwiające momenty. Prawdę powiedziawszy, S05E16 było jednym wielkim rozczarowaniem wynikającym nie tylko z kompletnie zaprzepaszczonego potencjału fabularnego, ale również ze względu na masę mniejszych bądź większych niedociągnięć, w tym również błędów edytorskich. Jestem szczerze zawiedziony sposobem w jaki twórcy postanowili zwieńczyć S5, przy czym moje negatywne reakcje ulegają spotęgowaniu z chwilą przywołania z pamięci naprawdę wysokiego poziomu poprzedzających finał odcinków.

Conquer6       Pierwszą rzeczą na jaką chcę zwrócić uwagę „wgryzając” się w strukturę „Conquer” to jego historia. Twórcy za główny tok fabularny obrali sobie przedstawienie Ricka Grimesa jako tego, który w wyniku niefortunnego rozwoju zdarzeń okazał się na tyle światłą i świadomą osobą, że stał się najlepiej przystosowanym człowiekiem do pełnienia rządów w Alexandrii. Teoretycznie rzecz ujmując, był to materiał idealny na zakończenie sezonu. W końcu, po kilku epizodach licznych perturbacji i politycznych roszad, dostalibyśmy punkt kulminacyjny w postaci diametralnej zmiany drogi rozwojowej Alexandrii, jej generalnej idei oraz sposobu zapatrywania się mieszkańców na własną przyszłość. Tkwił w tym niewyobrażalnie wielki potencjał, który w połączeniu ze świetnie rozwijanymi wątkami poprzednich epizodów, dałby wielowymiarową opowieść wzbudzającą spore zaintrygowanie czy niepewność. Pytanie tylko, czy coś z tego dostaliśmy? Rozchodzi się o to, że nie. W generalnej ocenie, całość została podana w wyjątkowo niestrawny sposób, pełny rosnącej nudy i miałkości, które z minuty na minutę coraz bardzie zniechęcały mnie do dalszego zapoznawania się z przygotowanymi treściami. Mówiąc uczciwie, twórcy poszli po linii najmniejszego oporu, w ogóle nie starając się zbudować kompleksowy obraz przywódczego progresu Grimesa. Całość spłaszczyli do tematu Ricka zastanawiającego się ile jeszcze osób i kogo dokładnie będzie musiał zabić, aby w końcu dorwać się do stołka Deanny. Oczywiście próbowano trochę to urozmaicić takimi elementami jak otwarta brama czy zombie w Alexandrii, co miało wskazywać na nieodpowiedzialność ludności, ale ze względu na naprawdę kiepskie rozegranie czasowe, zadziałało to tylko i wyłącznie na niekorzyść całości. Mam uwierzyć, że przez kilka godzin od powrotu Gabierla nikt z czterdziestu mieszkańców osady nie dostrzegł defektu w obronie lub pałętających się po ulicach żywych zwłok? Ewidentnie widać, iż dążono do zrobienia z Ricka bohatera wieczoru, ale środki jakie ku temu wykorzystano pozostawiają wiele do życzenia. Podobnie ma się sprawa z Petem.  Naszego protagonistę odseparowano, trzymano blisko uzbrojonych wartowników i pod nadzorem policjanta, ale niewiele mniej niebezpiecznego Andersona umieszczono gdzieś na drugim końcu miasta w całkowitym odosobnieniu, co zakończyło się jego furią, śmiercią Rega oraz potwierdzeniem wcześniejszych słów Grimesa o potrzebie wyeliminowania zagrożenia. W ten oto sposób, nie tylko zrobiono z Alexandryjczyków kompletnych półgłówków (włączając w to samą Michonne), ale nadano również drodze Ricka swego rodzaju nienaturalności, ponieważ rzekomo logiczne przesłanie monologu z odcinka „Try” zostało osiągnięte nagięciem wszelkiego zdrowego rozsądku w działaniu. Niemniej jednak, te elementy nie są w tym wszystkim najgorsze. Najbardziej zawiodłem się faktem kompletnego zaniechania tematu konfliktowości wewnątrz grupy, którą musiałby przeskoczyć Rick aby myśleć w ogóle o możliwości pełnienia rządów. Po obiekcjach co poniektórych bohaterów w „Conquer” nie ma śladu, co dla mnie jako widza jest rzeczą śmieszną. Glenn, który ma na chwilę obecną najmocniejszych kręgosłup moralny dzięki czemu mocno optował za przeszkoleniem Alexandryjczyków, tym razem bez żadnego większego „ale” daje przyzwolenie na dosłowne podrzynanie gardeł, a sama Michonne która wcześniej mocno krytykowała odstawioną szopkę, finalnie przyznaje Rickowi rację i stwierdza, że bez względu na wszystko i tak stałaby po jego stronie. Gdzie w tym konsekwencja? Bo ja jej osobiście nie widzę. Naprawdę żałuję tego, że pełno jest tu taniochy i koszmarnego pretensjonalizmu w budowie powagi sytuacji, przez co w ogóle nie mogłem cieszyć się finałem. Jedyne co mogę powiedzieć toto, że po pietyzmie storytellingu poprzednich epizodów nie pozostał nawet ślad.

Conquer4       Pozostałe wątki stanowiące dopełnienie odcinka też mnie niestety niczym nie powaliły. Były generalne nudne, nieciekawe, nużące i całkowicie ciążące. O rosnącym zobojętnieniu na niektóre dramaty nie wspominając. Weźmy dla przykładu pościg Glenna za Nicholasem. Pomijając fakt koszmarnej edycji tej sekwencji i nieutrzymania ciągłości czasowej, całość była maksymalnie bezbarwna i nieangażująca. Choć działo się tu wiele, to w rzeczywistości nie działo się nic wartego uwagi. Generalnie do całego obrazu umoralnienia Rhee nie dodano nic ponad to co już pokazano, co czyni to materiał całkowicie zbędnym. Spójrzmy prawdzie w oczy, czy ktoś w ogóle się spodziewał zabicia Nicholasa? Odnoszę wrażenie, że twórcy chcieli pójść w nadmierną widowiskowość, która miała zamazać początkową stagnację i spotęgować emocjonalność widzów przed wielkim finiszem. Szkoda tylko, że na mnie to w ogóle nie podziałało.

       Z podobnym zobojętnieniem śledziłem „krajobrazową wycieczkę” Gabriela. Choć postać ta jest odgrywana przez rewelacyjnego Setha Gilliama, to jednak jego historia nie jest w stanie mnie w ogóle zaciekawić. Finał był powieleniem dokładnie tego co już wcześniej obserwowaliśmy. Ile razy będziemy jeszcze katowani powtarzającą się kliszą Stookesa pragnącego wyrwać się z postapokaliptycznego świata i negującego wszystko to, co jest niezgodne z jego religijnym światopoglądem? Jak często dostaniemy kolejne próby samobójcze i potrzebę przekonania się na własnej skórze czym jest apokalipsa? Kiedy wydawało mi się, że w „Coda” chłopak w końcu przeszedł przez ten etap swojego życia, on w „Conquer” z prędkością światła wraca do punktu wyjściowego. Czy nie lepiej byłoby, gdyby scenariusz pokazał jego konfrontację z Maggie po tym, jak próbował zdyskredytować grupę w oczach Deanny? Dlaczego twórcy nie poszli w tą stronę, budując między nim, a Greenówą nie tylko tarcia czysto polityczne, ale również ideologiczne? W końcu dziewczyna, jak nikt inny, ma długą przeszłość religijną podyktowaną wiarą zaszczepioną jej przez Hershela. Zwieńczeniem całości byłby konflikt z Sashą, co nadałoby obłąkaniu Gabriela większej złożoności. Oczywiście do ideału temu nadal sporo brakuje, ale wydaje mi się, iż wyszłoby to wiele ciekawiej niż to co obserwowaliśmy w finalnym produkcie.

Conquer2       Na granicy zadowolenia i krytyki balansują dwa inne motywy dopełniające fabułę „Conquer„. Nie sposób się domyślić, że chodzi mi o: 

  • Daryla oraz Aarona – muszę przyznać, że relacje pomiędzy tą dwójką są niezwykle interesujące. Pomiędzy nimi nawiązała się wyjątkowo dynamiczna więź, która opierając się na czystych zależnościach psychologicznych, wyciąga z postaci same pozytywne aspekty. Aaron cały czas imponuje świadomością własnego położenia (chociażby wytknięcie problemu wyżywienia rosnącej liczby mieszkańców Alexandrii) oraz inteligencją w rozumowaniu post-apokaliptycznego świata, a Dixon natomiast jest wyprowadzany na prostą dzięki zaszczepianiu nowego-starego podejścia do ludzkiej egzystencji i jej stanu moralnego. Bardzo podoba mi się ten zwrot, który dokonał się w życiu Daryla ponieważ skutecznie przysłonił on pseduodramatyzm, z którym bohater ten był nierozerwalnie złączony przez ostatnie dwa sezony. W jego zachowaniu nareszcie widać jakąś konkretyzację działań, co na nowo normalizuje reguły rządzące Dixonem. Największym zgrzytem w całym motywie okazały się jednak wydarzenia jakie miały miejsce w tle charakterologicznego rozwoju wyżej wymienionych bohaterów. Cała akcja w lokacji Wilków jest mocno rozczarowująca, a to przez przesadzenie z jakim została ona rozpisana. Zabijanie szwendaczy łańcuchem niczym Ghost Rider, nierozsądne otwieranie kontenerów bez sprawdzenia czy coś tam przypadkiem nie siedzi (a to jeszcze w wykonaniu najbardziej doświadczonego survivalowca), lub przebijanie się przez grupę kilkudziesięciu trupów bez żadnych większych problemów dalekie jest od realizmu. Dochodzę do wniosku, iż im wymyślniejszy „zombie kill of the week” tym słabsza realizacja typowych akcyjniaków. Nie powiem, było to w jakiś sposób widowiskowe, ale po świetnie zrealizowanej sekwencji w „Spend„, która idealnie pokazała jakim zagrożeniem są większe zgrupowania trupów, takie coś już u mnie raczej nie przejdzie.
  • Morgan – jest on postacią, która w niektórych kręgach widzów wyrosła do miana kultowej. W jego przypadku cały czas obracamy się w atmosferze enigmatyczności, niepewności czy zaintrygowania wciąż nieodkrytymi kartami „The Walking Dead„. Bez cienia wątpliwości mogę przyznać, że ja również wyczekiwałem jego ponownego pojawienia się w serialu, nie tylko ze względu na stale prezentowany ciekawy rys charakterologiczny ale również przez to, że jest on swoistym uosobieniem wysokiego poziomu TWD. Posiada w sobie to przysłowiowe „coś„, które przyciąga przed ekran z siłą magnesu. Widać to idealnie w początkowych minutach S05E16. On sam w dziczy, bez żadnego wsparcia, siedzi vis a vis zagrożenia, spokojnie analizując własne położenie i kreując sytuację według swojego credo. Mówiąc kolokwialnie, bad-assowość w najczystszej postaci. Jeden wielki zachwyt i chęć dostania czegoś więcej. Traf chciał, że tym razem dostałem więcej ale niestety poszło to nie w tym kierunku, w którym powinno. Dalszy obraz Morgana wywijającego kijem niczym Omi z bajki „Xiaolin-pojedynek mistrzów” wprowadził taki kicz, że w pewnej chwili zacząłem się szczerze zastanawiać czy ja aby nadal oglądam tego samego Jonesa co jeszcze minutę wcześniej. W tle brakowało jedynie „Everybody was kung fu fighting„.

Conquer10       Oddzielny akapit chciałem poświęcić motywowi wieczornego spotkania. Kiedy na jaw wyszło, że Deanna pragnie zebrać mieszkańców i żywo przedyskutować problematykę zachowania Ricka, mocno zastanawiałem się nad tym w jakim kierunku cała polemika będzie zmierzać i co z niej wyniknie. Czy przebieg zostanie zintensyfikowany niczym za czasów „Judge, Jury, Executrioner„, czy może znowu zduszony w zarodku i ograniczony do niezbyt przekonującego wystąpienia naszych bohaterów? Czy nasza grupka w całości zostanie lojalna Grimesowi, czy może ktoś wyłamie się z kanonu biorąc życie we własne ręce? Czy sam szeryf gładko przejdzie przez konflikt, czy może zostanie wygnany? Twórcy mogli zrobić tutaj naprawdę dynamiczne oraz ekspresyjne starcie, które mocno namieszałoby pod względem fabularnym. Szkoda jedynie, że nic takiego nie miało miejsca. Dyskusja została przedstawiona w najbardziej mdły i nieatrakcyjny sposób, a sami bohaterowie popierający Grimesa sprawiali wrażenie jakby chcieli być werbalnie spoliczkowani przez Deannę. Taka rzecz zresztą miała też miejsce w chwili wyciągnięcia na wierzch donosu Gabriela. Naprawdę śmiać mi się chciało jak w tak patowej sytuacji, postaci nie mówią wprost, bawiąc się w półsłówka. Rick jest już jedną nogą poza Alexandrią, a ci wylatują z tekstami pokroju „Bo ten świat go potrzebuje, bo on mnie uratował” itd. Na miłość boską, a gdzie konkrety? Czy nie można ludności Alexandrii wyłożyć wprost przez co ta grupka przeszła, co straciła, z czym musiała się zmierzyć? Czy ciężko zobrazować rosnącą brutalność, zagrożenie ze strony żywych i ich dehumanizację? Wstrząśnijcie trochę status quo osady opowiadając o Gubernatorze czy Terminusie. Czasami odnoszę wrażenie, że twórcy intencjonalnie robią z bohaterów takie typowe ciućmy, które nigdy nic nie potrafią samodzielnie załatwić. Do walki to są pierwsi, ale gdy przychodzi potrzeba słownej obrony własnego położenia, to wiecznie każdy się wykłada. To niestety dowodzi temu, że pod względem scenariuszowym, Scott M.Gimple po prostu nie podołał. Wszystko wskazuje na to, jakoby scenarzysta bał się większego rozmachu, trzymając się wiecznie bardzo zachowawczego schematu wycofania grupy w sytuacjach konfliktowych. Dziwię się, że przy tak silnych osobowościach jakimi są Michonne, Deanna, Abraham czy Maggie nie dane nam było zobaczyć mocnych i nieprzewidywalnych tarć ideologicznych, które pokazałyby różnorodność światopoglądową bohaterów. Przecież tkwił w tym tak dobry dramatyzm, który tylko czekał aby wziąć go w obroty. Tak na dobrą sprawę, końcówkę motywu uratowała ekranizacja kultowej sekwencji egzekucji Pete’a, która była jedną z niewielu scen finału robiących naprawdę powalające wrażenie.

Conquer5        Scott Gimple, tworząc podwaliny pod motyw kolejnej grupy antagonistów tytułujących siebie mianem „The Wolves„, kierował się dokładnie tą samą zasadą, którą wykorzystał przy okazji stopniowego wprowadzenia Terminusu. Ograniczył się on do podania widzom szczątkowych informacji, które wielu rzeczy by nie zdradziły ale jednocześnie potrafiłby zaszczepić uczucie zainteresowania. Teoretycznie rzecz biorąc, skoro zdało to egzamin w przypadku Garetha, to i tutaj powinno okazać się sukcesem. Szkoda jedynie, że tak się jednak nie stało. Bardzo skąpy obraz Wilków kompletnie mnie do siebie nie przekonał sprawiając, że z pełnym zobojętnieniem podchodziłem do kolejnych rzeczy, które były serwowane w związku z tym tematem. Pierwszy „expose” przedstawiciela nowego enklawy psychopatów było całkowicie wyprane z jakichkolwiek uczuć. Ani w tym tajemnicy, ani poczucia zagrożenia. Po prostu pustka, która zaowocowała utraceniem całego kolorytu, który został tak świetnie wypracowany w poprzednich epizodach. Odnoszę wrażenie, że twórcy chcąc ponownie zakończyć sezon z wielkim cliffhangerem, popadli w swego rodzaju schematyzację ponieważ, o ile Terminusowcy byli naprawdę świetnym startem ze względu na kontrowersyjną sprawę kanibalizmu, o tyle zezwierzęcenie i degeneracja The Wovles nie są czymś na tyle innowacyjnym by przeobrazić się w scenariuszową bombę. Uważam, że pod względem strukturalnym „Conquer” powinien przypominać epizod „Walk With Me„, ponieważ zapewniłoby nam to większe spektrum całego problemu. Oczywiście w tym wszystkim należałoby jeszcze zachować powroty na tereny Alexandrii po to aby w bardziej skondensowany, a przez to konkretniejszy sposób, ukazać drogę Ricka do liderowania. Nie mam wątpliwości co do tego, iż wydłużony czas finału został w sporym stopniu zmarnowany. 

Conquer1       Na koniec chciałbym zwrócić uwagę jeszcze na dwie bohaterki, które znacząco wybiły się z tle, tym razem, mdłej masy ASZ. Oczywiście, pierwszą z brzegu jest Carol. Dziewczyna gra rolę takiego typowego czarnego charakteru, który wykonując zakulisowe roszady, rozkłada każdego bohatera według własnego widzimisię na polu swojej gry. Świetnie ukazano to jak Peletier manipuluje otoczeniem, kreując tok rozwojowy zdarzeń. Zaczynamy od podsunięcia pomysłu dotyczącej prostej bajeczki, a kończymy na zastopowaniu Ricka przed powaleniem Pete’a czy samym zastraszaniu Anderson. Na chwilę obecną, Carol jest niczym szara eminencja, która miasteczko traktuje jako własny plac zabaw, który ma chodzić według jej wyobrażenia. Makiawelizm jak się patrzy. Drugą osobą, którą miałem na myśli jest Sasha. Wielu widzów uznaje ją za jedną z najbardziej irytujących postaci serialu, ale ja oceniam ją przede wszystkim w kryteriach racjonalnego przedstawienia żałoby. Uważam, że postać idealnie łączy w sobie naprawdę skrajne uczucia depresyjne, co pozwala mi podejść do jej problematyki z większą empatią. W pełni ją rozumiem, przez co jestem w stanie się uczuciowo utożsamić z obecnymi stanami Sashy. Oczywiście ogromna zasługa leży po stronie Sonequi Martin-Green, która dostarczyła w sezonie piątym najprawdopodobniej jedne z najbardziej dopracowanych aktorskich popisów.

Conquer7       Zanim jeszcze zakończę recenzję, chcę wspomnieć o jednej rzeczy, która denerwowała mnie w największym stopniu. Rozchodzi mi się tutaj o sposób budowania napięcia. Cóż mogę powiedzieć, „Conquer” to pod tym względem chyba jeden z najgorszych odcinków jakie kiedykolwiek pojawiły się w tym serialu. Już dawno nie widziałem takiej pretensjonalności w sposobie zaskakiwania widza. Poczułem się jakby twórcy traktowali mnie niemalże jak idiotę, który łyknie każdą, nawet najmniejszą bzdurą. Apogeum tego typu akcji miało miejsce w wątku Glenna, który w całości opierał się na naprzemiennym uśmiercaniu i ożywianiu bohatera. Zaczynamy od postrzału i zniknięcia ciała, po czym przechodzimy do wyskakującego znienacka Rhee, który to w ostateczności zostaje przygnieciony kilkoma zombie, będąc w iście opłakanym stanie. Kiedy już może się wydawać, że to ostatnie chwile Azjaty, ten jednak znowu robi hop zza krzaka atakując Nicholasa. Już chyba lepiej by wyszło jakoby go najzwyczajniej w świecie odstrzelili. Podobnie miał się motyw Daryla i Aarona zamkniętych w samochodzie. Kiedy Dixon oferuje swoją samobójczą misję, jak gdyby nigdy nic na tapecie pojawia się Morgan, który to akurat w momencie otwierania drzwi przez naszych protagonistów, ratuje ich z opresji. Mam tak ogromną alergię na tego typu zagrania, iż nie jesteście sobie w stanie wyobrazić jaka dopadła mnie tu irytacja.

Conquer8       Reasumując, „Conquer” niestety nie pozostawiło po sobie dobrego wrażenia. Po wysokiej jakości poprzednich epizodów, oczekiwałem naprawdę wielu rzeczy, których w ostateczności nie dostałem. To co zaoferował Scott Gimple było nie tylko rozczarowujące, ale również niezachęcającego do zapoznania się z sezonem szóstym. Jakość mocno poleciała w dół, ustępując miejsca dawnym serialowym tendencjom. Jeżeli to miało być powodem przyznanie ekipie TWD nagród Emmy, to ja poważnie powątpiewam w zdolności producentów do realistycznej oceny własnej pracy.

Tym razem nie pozostaje mi nic innego jak ocenić S05E16 na nie więcej jak 5.5/10.

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts