Biżuteria Handmade

Consumed-wgryz

       „Consumed” to epizod w pełni podyktowany panującymi obecnie tendencjami w fandomie „The Walking Dead„.  Po pięciu latach od rozpoczęcia serialu, duet Carol-Daryl w końcu otrzymał caluteńki odcinek tylko dla siebie, bez konieczności dzielenia ekranu z innymi bohaterami. Oczywiście fani szaleją, mdleją i są w ogólnej euforii. Postawmy sobie jednak pytanie, czy to było w ogóle potrzebne? Czy relacja pomiędzy tą dwójką oraz wydarzenia, których byli częścią, wymagało poświęcenia aż czterdzieści minut czasu antenowego?  W moim mniemaniu, niekoniecznie. A dlaczego tak sądzę? O tym w dalszej części recenzji.

Consumed4

       Jak wiecie, swoje wgryzy  staram się publikować zawsze w dniu premiery najnowszego odcinka. Tym razem zrobiłem jednak inaczej i postanowiłem poczekać z pisaniem recenzji po to tylko, aby zrobić mały rekonesans wśród opinii widzów. W licznych postach, które dane mi było czytać, bardzo często pojawiało się stwierdzenie, iż „Consumed” jest pierwszym epizodem od czasów „Strangers„, który nie stanowi przykładu typowego zapychacza. No cóż, ja osobiście mogę z tym mocno polemizować, co też w tej chwili zrobię. Najnowszy materiał, z teoretycznego punktu widzenia, nie pchnął zasadniczej fabuły do przodu nawet o minimetr. Czy wydarzyło się tutaj coś przełomowego? Coś co zmieniło by jej tory czy ukazało z kompletne odmiennej perspektywy? Rozchodzi się o to, że nie. Kolejny raz z rzędu pozostawiono nas dokładnie w tym samym punkcie, który nakreślono trzy tygodnie temu. Zatoczyliśmy po prostu koło i wróciliśmy do chwili, w której Daryl przyprowadza do naszej grupy Noah, a Carol ląduje w szpitalu. Pomiędzy tymi dwoma faktami, a rozprawieniem się z Garethem mamy jedną, wielką pustkę. Zastanawiam się zatem, jak S05E06 można oceniać w kategoriach innych niż filler. Na domiar wszystkiego, jest to filler z grupy najbardziej perfidnych. Mamiono nas niesamowitym kopem, a tu z minuty na minutę wszystko zaczynało stopniowo siadać i kręcić się w okół tematów egzystencjalnych, które zostały nam już wytłuszczone we wcześniejszych sezonach. Chyba każdy z nas ma świadomość, że bohaterowie nie są już tacy jak kiedyś. Nie widzę potrzeby w ponownym zamęczaniu nas tym samym.  Tak naprawdę, epizod ten kręcił się po prostu wokół obrazu Peletier i Dixona, którzy poszli sobie na wycieczkę do wyniszczonej Atlanty, przemieszczając się z jednego budynku do drugiego i okazyjnie natykając się na zombie. W tym jednym zdaniu można podsumować całą treść „Consumed„, co według mnie jest po prostu przejawem naprawdę bardzo słabego poziomu oraz porażki twórczej producentów.

Consumed1

        Na krytykę w „Consumed” zasługuje przede wszystkim sam motyw poszukiwania Beth, który został najzwyczajniej w świecie skopany przez kilka niezrozumiałych dla mnie zagrań. Od pierwszej minuty odcinka, Matt Negrete starał się zbudować uczucie tajemnicy i niepewności, w jakich utrzymywani mieli być nasi bohaterowie. Ciągle gdzieś błądzili bez celu niczym dzieci we mgle, nie wiedząc czego tak naprawdę szukać i gdzie się zaczepić. Pytania odnośnie kto, gdzie, z kim i jak kłębiły się w zatrważająco gęsty sposób i miały zbudować typowy suspens. Szkoda tylko, że dobrze wyglądał on tylko na papierze, a nie w rzeczywistości, która okazała się dla niego wyjątkowo nieprzychylna. Wyjaśnijcie mi proszę, jakim cudem możemy mówić o niewiadomej, kiedy odpowiedzi na zadawane nam tu pytania dostaliśmy w „Slabtown„? Widz doskonale wie, kogo Carol i Daryl ścigają, jacy są to ludzie, czym się zajmują i jakie mają podejście do rzeczywistość. Dzięki temu, już na starcie zabija się jakiekolwiek zaintrygowanie czy zainteresowanie, gdyż wcześniej dostarczono nam odpowiedzi. Twórcy sami nakręcili na siebie bata, decydując się na złą kolejność epizodów. Wystarczyło przestawić S05E06 z S05E04 miejscami i inaczej by to wyglądało. Niestety, tutaj wartość historii została podkopana chęcią zbudowania zawiłej inwersji czasowej, w której się po prostu pogubiono. Uważam, że czasami prościej znaczy więcej i w tym przypadku, motto to zdałoby egzamin w 100%.

      Drugim elementem, który w motywie poszukiwań Beth mi się nie podoba, to zestawienie bohaterów biorących w nim udział. O ile Daryl jest tego nieodzownym elementem ze względu na przeszłość po upadku więzienia, o tyle zamiana Maggie na Carol jest co najwyżej głupia. Wprowadza to przede wszystkim absurdalizację postaci Green oraz niweluje wszelkie opcje na ciekawy rozwój zdarzeń. Duet Peletier-Dixon jest bardzo jednolity jakościowo i ciężko oczekiwać od nich zdynamizowania czy pogłębienia problemu. Obecność Magg wyniosła by to na odrobinę wyższy poziom złożoności. Wpleciono by w to umotywowanie korelacjami rodzinnymi czy jakąś bezwzględność w chęci znalezienia siostry. Mogłoby by też dojść do tarć w Magglenie, ze względu na pchanie się w samo centrum Atlanty, co tym samym zniosłoby tą sielankowość pomiędzy naszymi dwoma nadwornymi kanarkami. Osobiście uważam, że wybór wspomnianej Maggie dałby więcej dobrego niż postawienie na osobę Carol, która przecież odznacza się biernością w stosunku do Beth. Na koniec dodam, iż jest to już drugi w historii „The Walking Dead” błąd, dotyczący złego doboru bohaterów do danego wątku. Pierwszym z nich jest Andrea, którą wciśnięto na chama do duetu Merle-Gubernator, pomimo tego że postać ta niewiele mogła na tym polu zdziałać. Wystarczyło postawić na Daryla i wszystko potoczyłoby się inaczej.

Consumed2

        Kolejny tydzień i kolejna inwersja czasowa jako główna struktura odcinka. Niestety, kompletnie nie trafiona. Jaki był cel w ukazywaniu przeszłości Carol po wyrzuceniu z więzienia, skoro uczuciowo nijak łączyło się to z tym co działo się w Atlancie? O co tu chodziło? Może jest tu jakaś ukryta metafora albo symbolika, której nie dostrzegam? Bądź co bądź, w mojej ocenie było to kompletnie bezsensowne. Zastanawiam się, czy przypadkiem nie miało to zapełnić dziur w fabule, które powstały na skutek słabych możliwości wątku duetu Peletier-Dixon, który najzwyczajniej w świecie nie potrafił wykorzystać całego czasu antenowego. Aczkolwiek, muszę przyznać że sekwencja otwierająca zrobiła na mnie niemałe wrażenie. Za pomocą niezwykle klimatycznej muzyki świetnie ujęto nastroje Carol, dzięki czemu po raz pierwszy od dawien dawna byłem w stanie wbić się w jej stan uczuciowy.

       Skoro jesteśmy już przy technicznych sprawach, to muszę zwrócić uwagę na sporą ilość absurdów jakie nawiedziły „Consumed„. Mam tutaj na uwadze nie tylko brak logiki w zdarzeniach, ale także często durne poczynania bohaterów. Oto kilka z nich, które rzuciły mi się w oczy:

  • Grupa Dawn nie dostrzega śledzącego ich samochodu, pomimo tego że pościg trwa przez dobre kilkadziesiąt kilometrów. Jestem w stanie przyjąć, iż w pewnych momentach mogli nie wyłapać Daryla i Carol przez wszechobecne ciemności, ale już w samej Atlancie nie trudno było zorientować się, że coś jest nie tak. W końcu ruch uliczny to rzecz niemalże archaiczna w świecie TWD
  • Daryl i Carol wsiadają do rozchwianego samochodu, nadmiernie deliberując o najmniej ważnych pierdołach. Zamiast działać szybko, to ci się gramolą jakby do przeszukania mieli bóg wie ile
  • Nie upewnianie się o zagrożeniu. No przechodzi ten nasz duet z budynku do budynku, ale jeszcze nigdzie nie sprawdzili czy jest tu wystarczająco bezpiecznie. Lezą jak gdyby nigdy nic, niczym się nie przejmując, aż tu nagle zonk bo ktoś im kradnie broń. Druga sprawa, to nie upewnianie się czy leżące na podłodze zombie zostały zabite czy nadal żyją. No tak, bo przecież stracenie nogi przez biednego Hershela niczego grupy nie nauczyło.
  • Samochód niczym kot spada na cztery łapy…Ah, przepraszam koła. No tak, co tam fizyka, ważne żeby widowiskowo było
  • Znikoma ilość zombie w Atlancie. Każdy z nas doskonale pamięta natężenie trupów na ulicach metropolii w pierwszym sezonie. Setki, jak nie tysiące na jednej przecznicy. Zastanawiam się, gdzie to się one podziały? Rozumiem migrację za jedzeniem, ale nie uwierzę w to że z kilkaset tysięcy żywych trupów (miasto liczy sobie praktycznie pół miliona mieszkańców plus ocaleni, którzy zjechali tłumnie do punktów FEMA z całej Georgii) została raptem garstka. Dwieście czy trzysta tysięcy to nadal duża ilość.
  • Zombie pojawiająca się znikąd. Mamy sobie taką scenę, w której Daryl i Carol wędrują mostem. Za nimi i przed nimi raptem kilka sztuk umarlaków. Większej ilości nie widać. Niemniej ułamek sekundy później, już mamy grupę liczącą ze trzy tuziny. Wyskoczyły niczym z kapelusza Copperfielda.

Consumed3

        Kiedy zasiadałem do „Consumed„, liczyłem na finalne umotywowanie działań Carol z sezonu czwartego. Mówiąc uczciwie, jej odpowiedź troszeczkę mnie zszokowała. W chwili kiedy usłyszałem jej rozliczenie się z własnym ja, to poczułem się jakbym dostał obuchem po głowie. Stwierdzenie, iż chciała ona być kobietą którą obserwowaliśmy w wiezieniu było czymś tak surrealistycznym, iż nie do uwierzenia. Okazuje, że Peletier była niezłą manipulatorką, która przez cały czas zgrywała świętoszkę lecz za plecami mogła dorobić człowiekowi niezłego bajzlu. Oznacza to, iż od samego początku miała zapędy do radykalnych kroków i chciała bawić się w Boga, który w swoich rękach ma życie i śmierć drugiej osoby. Choć nadal nie lubię jej jako bohaterki i uważam, że nie prezentuje ciekawej osobowości, to muszę przyznać że po tym wyznaniu traci na absurdalności i zyskuje jako taką logikę w swoim rozwoju. Okazuje się, że jej kroki były celowe, a nie podparte histerią czy nieumyślnym działaniem. Oczywiście jest też tutaj druga kwestia. Skoro jej kroki były skrupulatnie nakreślonym planem, który przyniósł tak tragiczne skutki, to Carol można określić postacią o lekkim zabarwieniu antagonistycznym.

       Jeżeli zaś chodzi o Daryla, to dostaliśmy kolejne potwierdzenie tego, że kompletnie wypalił się jako bohater. Swoją osobą męczy, jest nieciekawy oraz nieangażujący. Snuje się po ekranie jak duch, nie mogąc znaleźć własnego kąta. Robi to co się mu powie i tyle. Jak już stwierdziłem wcześniej w niejednej recenzji, z poziomu postaci dynamicznej spadł na poziom postaci statycznej, która idealnie wpasowuje się w tło. Zastanawiam się, czy potrzeba jeszcze jakiś dowodów, które poparłyby to stwierdzenie.

       W kwestii rozwoju tych dwóch bohaterów podobały mi się tylko dwie rzeczy:

  • Dixon biorący książkę dotyczącą znęcania się nad dziećmi- dość intrygujący motyw, który może zaowocować czymś ciekawym na przyszłość. Pytanie tylko na ile ciekawym i czy w ogóle będzie to ciągnięte?
  • Dopełnienie historii relacji Carol z Edem, o próby ucieczki od męża-tyrana i życie w przytułku

Consumed5

        Na koniec jeszcze kilka słów o Atlancie i aktorstwie. Lokalizacja w tym odcinku była miodna, niezwykle klimatyczna i świetnie dopracowana wizualnie. W porównaniu do „Slabtown„, w oczy nie rzucały się efekty specjalne użyte do jej wykonania. Naprawdę, kawał dobrej roboty, który wywołał nutkę nostalgii i sentymentu za tym co było. Duży plus za rzut na kultowy już czołg. Pod względem gry aktorów, to cudów niestety nie ma. Norman Reedus jest bardzo sztuczny w tym co robi i mało przekonywujący. Dramatyczne momenty (np. twarz wyrażająca przejęcie po potrąceniu Carol) kładzie już na starcie, wywołując śmiech zamiast powagi. Nie mogę patrzeć na niego w kryteriach tragizmu, bo po prostu nie potrafi tego oddać. Wszystko spłyca. Melissa McBride natomiast znowu pokazała to do czego nas przyzwyczaiła, czy stagnacyjno-rozmemłane deklamowanie dialogów, bez żadnych głębszych emocji. Wszystko robi tak jednotorowo, że aż w sposób męczący. Kompletnie nie potrafi wyciągnąć różnorodnej emocjonalności Carol, sprowadzając się do raptem dwóch zagrań. Drugim jest wieczna płaczliwość mająca odzwierciedlić rozbicie. Aczkolwiek, muszę powiedzieć, że w jednej scenie mnie zaskoczyła. Chodzi mi o moment w samochodzie, po tym jak odjechała w siną dal robić swoje. Oczywiście znowu był tu płacz, ale nareszcie można było wyczuć u niej rozgoryczenie, złość, desperację czy depresję. Tu mnie przekonała.

       Reasumując, odcinek „Consumed” to nic innego jak strata czasu. Motyw, który można było zamknąć w niecałych 15 do 20 minutach, został rozciągnięty na całe 40 min. Dlaczego? Nie mam zielonego pojęcia. W każdym razie, jest to niezbyt interesujący przerywnik, który po prostu ma grać na zwłokę i jak najdłużej przeciągać i tak już wątłą akcję. Nie odstaje w niczym od trzech poprzednich epizodów, stąd wystawiam mu ocenę 4.5/10. Wielu z Was może uznać to za notę zdecydowanie zaniżoną, ale biorąc pod uwagę kondycję S05E04, na więcej on nie zasługuje. Utrzymuje się po prostu na poziomie poprawnym.

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts