Biżuteria Handmade

4.1

       Pierwsza połowa czwartego sezonu „The Walking Dead” już niemalże dobiegła końca. Niecałe 48 godzin dzieli nas od wielkiego półfinału określanego przez obsadę mianem najlepszego materiału jaki dotąd nakręcili. Z tego co da się usłyszeć z różnych serwisów informacyjnych jak i wywiadów, ma być tak „wielki” iż pozostawi widzów w emocjonalnej rozsypce. Czy tak będzie? Cóż, o tym przekonamy się w przyszły poniedziałek. Niemniej jednak by nie wybiegać aż nadto w przyszłość cofnijmy się do poprzedzającego wielką bitwę o więzienie epizodu zatytułowanego „Dead Weight„. Jak wiadomo „Internment” oraz nieco gorszy, ale mimo wszystko bardzo dobry „Live Bait” postawiły poprzeczkę bardzo wysoko. Można powiedzieć, że po czterech pierwszych dość słabych i niezwykle miernych wręcz odcinkach dostaliśmy istne objawienie. Była wartka akcja, ciekawe dialogi, pełno dramatyzmu i dynamicznych zmian w psychice bohaterów. Pytanie teraz, czy E7 reprezentuje ten sam poziom, którym cały czas powinny iść „Żywe Trupy„? Otóż nie i choć bardzo chciałbym wypowiedzieć się o tyn odcinku w samych superlatywach, to niestety ale bardzo miernego poziomu jaki nam tutaj zaserwowano nie sposób nie zauważyć.

tumblr_mwumdmVEdA1r7wse8o1_500      Można śmiało powiedzieć, że „Dead Weight” jest epizodem ze wszech miar złym gdyż nie broni się on ani jednym aspektem swojej struktury. Leżą tutaj zarówno podstawowe elementy takie jak fabuła czy psychologia, jak i bardziej elementarne czyli wykonanie, logika prowadzenia akcji tudzież realizm prezentowanych wydarzeń. Również przywiązanie do szczegółów nie cechuje się dużą precyzją oraz uwagą. Wycinek głównej historii, który nam tutaj zapodano jest po pierwsze chaotyczny, a po drugie niespójny. Nie wiedzieć mi czemu twórcy skupili się na kilku różnych elementach, które nijak miały się do siebie. Rozumiem chęć zbudowania wielowarstwowej fabuły, ale nie przy użyciu wątków nie mających nawet minimalnego związku z główną osią fabularną. Z jednej strony mamy dojście Gubernatora do władzy, z drugiej kryzys przywódczy w wykonaniu Martineza, z trzeciej jakiegoś mordercę i ciała w lesie, a z czwartej to nam się jeszcze Tara i jej związek z Alishą przewija. Może mi ktoś wytłumaczyć jaki to wszystko ma na siebie wpływ? Gdyby jeszcze potraktować każdą z tych części jako czysto autonomiczną partię odcinka to jestem w stanie docenić ich wartość, jednakże my tutaj mówimy o całościowym epizodzie zaczynającym się w punkcie A i kończącym w punkcie B, w którym wszelkie jego płaszczyzny mają się wzajemnie uzupełniać dając efekt spójności. Tutaj tego nie ma. Mamy nagromadzenie różnych dziwnych rzeczy sprawiających wrażenie poplątania z pomieszaniem. Wątki pojawiały się znikąd po czym znikały w tempie tak ekspresowym, że człowiek nie zorientował się nawet kiedy to nastąpiło. Dodatkowo nie sposób pominąć braku polotu, wszechobecnego uczucia znużenia i jeszcze bardziej doskwierającej stagnacji nasilającej się z minuty na minutę. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się abym wyłączył odcinek w połowie i dokończył go dwa dni później. Jeżeli mam być szczery to dostaliśmy istną kalkę z trzeciego sezonu tylko podaną w odrobinę innym wystroju (zaznaczam, że w znacznie gorszym). Niemniej jednak muszę docenić symbolikę tego odcinka. Po pierwsze realizacja frazy „dead weight„, którą można rozpatrywać w oparciu o dwa momenty czyli Pete będący tą przysłowiową kulą u nogi dla Gubernatora w kwestii obrabowania innej grupy jak i dosłowne przywiązanie bohatera do dna jeziora. Po drugie sprawa z żołnierzami, która zobrazowała prawdziwą naturę Philipa. Takie powroty do przeszłości bohaterów mnie osobiście intrygują tylko szkoda, że zostało nam to podane w sposób, który z założenia miał zrobić jedynie wrażenie swoją widowiskowością, a nie wyciągnąć fabułę na wyższy oraz lepszy poziom. Ogólnie rzecz ujmując odnoszę wrażenie jakby twórcy w tym właśnie momencie aż nadto próbowali powrócić na tory komiksu nie wiedząc dokładnie jak to zrobić i jak to przedstawić. Robią to na zasadzie po to aby było, nie myśląc nad efektem i konsekwencjami takich, a nie innych decyzji. Wchodzą w błędne koło z którego coraz trudniej będzie im się wyrwać przy czym negatywy kroków podjętych w tym jak i w poprzednim sezonie będą miały bez cienia wątpliwości głęboki odzew na jakość serialu.

tumblr_mwulp7Nc1R1r7wse8o1_500

       Kolejną rzeczą, którą nie powaliła mnie na kolana była warstwa rozwoju bohaterów. Po „Live Bait” oczekiwałem odejścia od sztampowego prowadzenia Gubernatora, którego osoba jako jedna z niewielu z „The Walking Dead” uległa aż tak rozległemu procesowi karykaturalizacji. Jego upadek, samotna wędrówka, spotkanie Megan, Lilly i Tary, a także wewnętrzna walka z demonami przeszłości w końcu zerwała z tą metką przerysowania oraz rokowała na naprawdę innowacyjne poprowadzenia postaci. Pokazanie Philipa Blake’a jako osoby pragnącej odciąć się od własnego „ja” w celu znalezienia pokładów człowieczeństwa było istnym powiewem świeżości w jego zaśniedziałym już rysie charakterologicznym. Ta walka pomiędzy socjopatą, a normalność mogłaby zdać egzamin. Prywatnie liczyłem na długotrwałe ukazanie tego procesu ponieważ nie tylko nadałoby to bohaterowi głębi oraz drugiego dna, ale stałoby się także wzywaniem dla Davida Morrissey’a.  Było to na swój sposób intrygujące, nietknięte, a wręcz nawet nowe. Szkoda jednak, że już niecały tydzień po tym wydarzeniu postanowiono z tym skończyć i na nowo wprowadzić kuloodpornego Gubernatora, który roznosi w drobny mak swoich przeciwników jednym mrugnięciem. Początek „Dead Weight” sprawiał wrażenie, iż może będą kontynuować ten motyw, jednak w chwili wybicia zombie latarką zaczęła się równia pochyła. Najpierw morderstwo Martineza, którego nikt w obozie nie widział mimo obecność prawie kilkudziesięciu osób, później pozbycie się Pete’a i jego koniec w jeziorze, a następnie przechadzanie się swoim dziarskim krokiem przez obóz w stronę RV Mitcha. I ponownie nikt niczego nie słyszał i nie widział. Nie jestem w stanie zrozumieć co jest efektem takiego prowadzenia tej postaci. Nadanie jej normalności w cale nie jest bóg wie jak trudnym wyczynem co pokazano nam tydzień temu. Pytanie zatem dlaczego decydują się na taki kierunek jego ewolucji spłycając nie tylko jego, ale i samą fabułę? W tym momencie postawiono gruby mur przed Brianem, który stał się dla mnie synonimem dobrego poziomu ewolucji Gubernatora. Wszystko to co miało miejsce w „Live Bait” z perspektywy sezonu nie ma najmniejszego sensu, poza jednie nadaniem celu Blake’owi którym stały się wyżej wymienione dziewczyny. Raz pokazują nam jedno, a raz drugie przy czym pomiędzy tym zerowa logika zmian. Dwie skrajnie różne postawy w jednym bohaterze bez zachowania ciągu ewolucyjnego czyli cecha tendencyjna dla „The Walking Dead„. Z drugiej jednak strony, może twórcy chcą pokazać rozdwojenie jaźni u Gubernatora? Też byłoby to dobrym posunięciem, ale dlaczego wychodzi to aż tak sztucznie, że ciężko mi w to wszystko uwierzyć? Twórcy sprawiają wrażenie jakby chcieli zrobić antagonistę doskonałego, jednak szereg niekonsekwencji oraz bardzo konwencjonalne podejście do sprawy czyni z tego zagranie iście cliche.

tumblr_mwttd82njK1r7wse8o1_500

       Drugą co do ważności postacią w tym odcinku jest sam Martinez, który w końcu po praktycznie półtorarocznej aktywności dostał zadanie znacznie większe od „stania i wyglądania”. Kiedy wyszedł przed szereg liczyłem na to, że twórcy zdecydują się w końcu na ukazanie nam jej osoby w szerszej perspektywie. Moim zdaniem zarówno jego charakter jak zachowanie pozwalały na stworzenie z niego „kogoś”. Doświadczony przez życie po stracie rodziny, z bagażem doświadczeń oraz poczuciem obowiązku-czego zatem chcieć więcej? Naprawdę wyczekiwałem chwili, w której wyszedłby on spod pantofla Gubernatora i pokazał swój potencjał jednakże kiedy to nadeszło okazał się największym naiwniakiem oraz półgłówkiem jakiego kiedykolwiek widziałem w tym serialu. Śmiało mogę powiedzieć, że w tym momencie przebił samego Miltona. Doskonale wiedząc kim, a raczej czym jest Philip Blake, bez cienia nawet minimalnego zawahania przyjął go ponownie do swojej grupy dając mu nie tylko dach nad głową, ale również i broń. Zero dystansu, zero wyjaśnień, zero jakiejkolwiek izolacji mogąc być przeszkodą dla kolejnej maskary. Do tego jeszcze miłe słówka, dzielenie się władzą i wspólne zaufanie. Potrafię zrozumieć chęć zachowania normalności i uczucia sympatii ze względu na Megan czy Lilly, niemniej nie zmienia to faktu że za „kulisami” Martinez powinien aktywnie działać. Moim zdaniem ponownie zbyt mocno powierzył swoje istnienie Gubernatorowi, a nadmierna pewność siebie co do poprawnych intencji Blake’a stała się początkiem jego rychłego końca, który przeszedł dodatkowo bez większego echa.

 

       Pozostałe postaci w osobach Tary, Lilly oraz Mitcha również nie zrobiły w tym odcinku furory. Niemniej jednak z całej tej trójki największym absurdem okazał się były żołnierz, który na wieść o zamordowaniu swojego brata nawet palcem nie kiwnął i przyjął ofertę Gubernatora bez żadnego sprzeciwu. Czy tak wyglądają więzy rodzinne? Tutaj powinna być jakaś reakcja, jakieś działanie. Ten jednak przyjmuje całą sprawę z iście stoickim spokojem (choć podszytym nutką strachu) akceptując warunki mordercy. Do tego pozwala aby to Philip dowodził tym ludźmi. W moim odczuciu jest to próba ogłupienia postaci ku jako takiemu rozwiązaniu akcji bez patrzenia na to czy bohater ten będzie logicznie poprowadzony czy raczej zacznie trącić sztucznością. Siostry natomiast na ten czas zlewają się z otoczeniem i żadnej ważnej roli poza byciem nie grają. Aczkolwiek przyznaję, że coś z nich może być o ile scenarzyści postanowią wyciągnąć je przed szereg zaczynając coś działać w ich temacie.

tumblr_mwuk7xSfyN1r7wse8o1_500

       Odcinek ten ponadto nie ustrzegł się błędów logicznych. Jednym z nich jest chociażby sprawa z obozem, który Gubernator oraz reszta widzieli podczas jednego z wypadów. Jak wiadomo został on napadnięty oraz doszczętnie zrównany z ziemią. Pomijając już kwestię tego kto i jak to zrobił zastanawia mnie dlaczego nikt z grupy poszukującej zapasów nie słyszał ani jednego wystrzału czy paniki mającej miejsce w tamtej grupie? W około wszechobecna cisza, a tutaj nawet brak zająknięcia czy jakiegoś większego rumoru. Drugą sprawą jest brak jakichkolwiek straży w grupie. Kilkadziesiąt osób rezydujących na tym polu, ale ani jeden z nich nie pełni warty pozwalając na to aby kto chce przełaził sobie obok. Potrafię przyjąć brak zabezpieczenia w postaci murów czy siatek, ale zerowa obserwacja otoczenia jest dla mnie nie zrozumiała zważywszy na to, iż żyją na otwartej przestrzeni. Ostatnim kwiatkiem odcinka jest natomiast sam czołg, który zaprezentowano nam w tle, a który to jak się okazało jest już zabytkiem muzealnym niezdolnym do jakiegokolwiek działania. W gwoli wyjaśnienia powiem, że armia USA używa maszyn typu Abrams cały czas ulegających modernizacji, kiedy zaś zabytkiem TWD jest M60A2 Patton wycofany z użytku w 1997, nie będący nawet w rezerwach.

 

       Podsumowując już, jestem bardzo mocno zawiedziony poziomem jaki reprezentuje „Dead Weight„. Po rewelacyjnej jakości dwóch poprzedzających ten odcinek epizodach oczekiwałem tego iż jakość ta będzie nadal kultywowana. Niestety jednak, dobry storytelling ponownie został zamieniony na mierną opowiastkę pełną niezrozumiałych dla mnie decyzji oraz rozwiązań fabularnych. Całkowite odcięcie się od „Briana” zniszczyło potencjał jaki drzemał w Gubernatorze ustępując przy tym miejsca ponownemu przerysowaniu jego osoby. Jest to na dzień dzisiejszy najsłabszy odcinek jaki zaprezentowano w sezonie czwartym. Moja ocena wynosi na dzień dzisiejszy 4.5 punktu w skali 10 punktowej.

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts