Biżuteria Handmade

S05E03       Sezon piąty „The Walking Dead„, a raczej jego początek, to najbardziej zaskakujący materiał jaki wyemitowano od czasów S1. Twórcom w końcu udało się uzyskać stabilną fabułę, dzięki połączeniu w odpowiednich proporcjach aspektów dramatu, akcji oraz horroru. Stworzono w ten sposób niemalże idealny obraz defetyzmu świata „Żywych Trupów„, do cna przesycony uczuciem anihilacji, zaszczucia oraz brutalności. Szkoda jednie, że dane było mi się tym cieszyć raptem dwa epizody. Choć przyznaję to niechętnie, to „Four Walls and a Roof” nie udźwignął presji jaką nałożyli na niego poprzednicy i najzwyczajniej w świecie zaliczył jakościowy spadek. Jak duży? O tym w dalszej części recenzji

Four Walls and a Roof1       Kiedy dowiedziałem się, iż twórcy planują zrealizować motyw komiksowych Huntersów, swoje oczekiwania wywindowałem na same wyżyny. Nie będę oszukiwać, jest to jeden z moich ulubionych wątków pierwowzoru. Robertowi Kirkmani, w tym krótkim wycinku z życiorysu Ricka, udało się zawrzeć najbardziej przerażającą wizję moralnego upadku człowieka. Wszystko było gęste, prawdziwe, namacalne, a brutalność temu towarzysząca rozbijała emocjonalnie na maluteńkie kawałeczki. Mówiąc prosto, odważny i kontrowersyjny temat, który pochłaniał czytelnika w całości. Dość długo zastanawiałem się, w jaki sposób Scott M.Gimple przeniesie to na język serialu i jakiemu scenarzyście powierzy zadanie otworzenia całej otoczki towarzyszącej finalnemu rozprawieniu się z grupą kanibali. Traf chciał, że padło na Angelę Kang, która poza odcinkiem „I Ain’t a Judas” nie ma swojej liście imponujących osiągnięć. Z marszu wiedziałem, że te 40 minut będzie co najwyżej poprawne. Choć doceniam szczegółowe przeniesienie zeszytu 66 na ekran, to całkowitego wyprania motywu z jakichkolwiek emocji nie wybaczę do końca emisji „The Walking Dead„. To było po prostu mdłe i niewyobrażalnie jałowe. Wszystko się ciągnęło i ciągnęło i ciągnęło i ciągnęło…W pewnym momencie zacząłem spoglądać na zegarek i czekać z utęsknieniem na koniec, co jest najgorszą rzeczą jaką może zgotować widzowi dzieło filmowe. Kompletnie też nie czułem napięcia czy atmosfery degradacji, które przecież usilnie starano się osiągnąć przy użyciu Garetha mającego uosabiać najciemniejszy kąt ludzkiej dehumanizacji.  Nawet zagrania reżyserskie w postaci utrzymywania wszystkiego w półcieniu czy też mocno ekspresyjna gra Andrew Lincolna i innych nie poprawiły jakości. Ponadto, na niekorzyść „Four Walls and a Roof” działa też zakończenie „Strangers„, które silnie oddziaływało na psychikę odbiorcy. Powinno być to kontynuowane w dalszym rozwinięciu wątku, a niestety nie było.

Four Walls and a Roof6       Konfrontacja na drodze grupa Ricka-grupa Garetha wymaga oddzielnego komentarza. Cóż, jest to punkt kulminacyjny odcinka więc nie można pozostawić tego od tak sobie. Twórcy stworzyli sobie bardzo dogodne warunki czyli antagoniści nie świadomi zagrożenia wchodzą do kościoła, dając dodatkowo swoim przeciwnikom czas na powrót. Mocno raziło mnie to w oczy, aczkolwiek nie przykładałem do tego wielkiej wagi ponieważ w ogólnym rozrachunku potyczka wyszła dość imponująco. Czy szokowała? Zdecydowanie nie. Stanowiła jednak swego rodzaju test dla moralności naszych bohaterów i jestem ciekaw jaki będzie miała ona na nich wpływ. O ile w przypadku Grimesa ciężko mówić o drastycznych zmianach, o tyle w przypadku Tary czy Sashy może czegoś oczekiwać. Jedna stała w przerażeniu widząc namacalną brutalność, a druga sama się tej brutalności dopuściła. Zastanawiam się jak to rozegrają.

       Epizod „Four Walls and a Roof” posiadał w sobie trzy symboliczne sceny, które przykuły moją uwagę. Są nimi:

  1. Michonne odzyskująca swoją katanę – intrygującą konfrontacją ze swoją przeszłością, po tym jak dopiero co się z niej wyrwała. Ciekawym zabiegiem było zestawienie jej z symbolem prywatnego upadku. Ponownie dostała w posiadanie rzecz, które fizycznie i psychicznie ją więziła.
  2. Gareth przemawiający do zombie za szkłem – ujęcie moralnego upadku człowieka zestawiając je ze zgnilizną oraz instynktem bezwzględnego zabijania wyrażaną w apokalipsie
  3. Konfrontacja z Garethem w kościele Garbierla – finalne uświadomienie widza, iż w świecie TWD religia nie ma racji bytu i każdy zakątek może stać się miejscem kaźni żywego człowieka

Four Walls and a Roof7        W S05E03 powrócono do starej i wytartej kliszy tego serialu czyli usunięcia postaci posiadającej ogrom niewykorzystanego potencjału. Oczywiście na koniec musi ona dostać swoje pięć minut aby zakorzenić się w pamięci widzów i zmyć z siebie łatkę zero-jedynkowego bohatera. Niestety, u mnie to nie przechodzi. Uważam to za szczyt porażki twórczej reżysera i po prostu brak pomysłu. W świetle wydarzeń tego odcinka można śmiało powiedzieć, iż Bob został wprowadzony do „Żywych Trupów” bez żadnego celu. Był, trochę się poplątał w tle i na tym koniec. Nie potrafią zrozumieć w jaki sposób można było do tego doprowadzić? Przecież Stookey był gotowym materiałem na dynamicznie zmieniającą się osobę. Medyk-alkoholik, przeszłość na wojnie, różnorakie doświadczenia z innymi grupami, uosobienie szeroko pojmowanej samotności…Nic tylko brać i się nim zajmować. Teraz jeszcze świeży romans z Sashą, który w przeciwieństwie do Maglenny, interesował swoją pozytywnością. Zastanawiam się, co twórcy widzą w pozbywaniu się akurat takich postaci, a zostawianiu przy życiu tych które nic już sobą nie reprezentują (np. Beth czy Tyreese). Kiedy myślałem, że taka tendencja odeszła już dawno w zapomnienie, oni na nowo przywracają ją do życia. Uczenie się na błędach jest sztuką trudną, ale nie niewykonalną. 

       Zanim przejdę dalej, chciałbym się na chwilkę zatrzymać przy Lawrencie Gillardzie Jr. Motyw tained meat w jego wykonaniu to mistrzostwo w pełnym znaczeniu tego słowa. Uważam, że pokazał tutaj wszystko co miał w zanadrzu i zrównał się z samym Andrew Lincolnem. To jest akurat osiągnięcie warte pochwały. Dynamiczne przechodzenie pomiędzy rozpaczą i obłąkańczym śmiechem robiły piorunujące wrażenie. Dodatkowo świetnie zgrał się z Andrew J.Westem, tworząc w ten sposób dramatyczno-groteskowy duet. Jest to jedno z najlepszych końcowych wystąpień aktorskich tego serialu.

Four Walls and a Roof8       Sasha, Sasha, Sasha…Boże, dzięki Ci! W końcu, po praktycznie rocznym oczekiwaniu, doczekałem się wyjścia tej bohaterki przed szereg. Takiej emocjonalnej bomby chciałem. Uczucia lały się strumieniami i były tak skrajnie odmienne, że w pewnym momencie pogubiłem się w tym, co ona na dobrą sprawę czuje. Strach, żal, smutek, żywe przerażenie, żądzą zemsty, złość, nerwowość, rozkojarzenie…Można by wymieniać w nieskończoność. Przyznam się, że od czasów Andrei żadna inna osoba nie oddziaływała na mnie z tak silnym skutkiem. Fenomenalne i powalające jednocześnie. Duża zasługa w tym Sonequi Martin-Green, która najzwyczajniej w świecie rozumie profil psychologiczny granej przez siebie postaci. To jest punkt wyjścia dla zbudowania stabilnej kreacji aktorskiej i jej się to udało.

       Skoro jesteśmy przy Sashy to czas na mały komentarz odnośnie Tyreese’a. Niestety, ale tej postaci już się nie da uratować. Im mocniej rozwijają jego wątek i starają się nadać mu dramatycznej głębi, tym bardziej robią z niego osobą karykaturalną i pozbawioną jakiegokolwiek sensu. Jego tok rozumowania jest tak płytki, że aż nie do zrozumienia. Wybaczenie Garethowi tego co zrobił? Kto racjonalnie myślący może na coś takiego wpaść? On ma prawo obnosić się z sobą jak z jajkiem, żądając dostarczenia zabójcy Karen, ale Sasha ma zamknąć się w sobie bo jej upust emocji nie przysługuje?

Four Walls and a Roof3       Jedną z bardziej niejednoznacznych osób odcinka okazał się Abraham. Jestem w lekkim szoku, iż to właśnie on wprowadza tak silne tarcia w grupie kończące się jej rozłamem. Jedni uznają, iż jest mocno zafiksowany na punkcie podróży do Waszyngtonu, niemniej ja uważam, że ta chorobliwa potrzeba realizacji misji zbawienia świata ma jakiś zaczepienie w jego podświadomości. W mojej ocenie, to ciekawy przypadek i materiał pod analizę, aczkolwiek nie jestem w stanie znaleźć jeszcze bazy, która tak odmiennie wpływałaby na jego postrzeganie świata. Od racjonalności to brawury? Od zachowawczości po lekkomyślność? Interesujące…. Dodatkowo warto wspomnieć o tym, iż dostaliśmy konflikt na najwyższym szczeblu władzy, co jest dość miłą odmianą. Wchodzenie w kompetencje Ricka daje dynamicznie zmieniający się obraz, mocno pogłębiający korelację pomiędzy nimi oraz całą grupą.

        Reasumując, „Four Walls and a Roof” to zadziwiający spadek jakości względem dwóch poprzednich odcinków. Nie wiem co się stało, ale tym razem coś nie zaskoczyło. Może była to presja fanów? A może to wynik dość poważnego materiału za jaki zabrali się producenci? Moich oczekiwań w każdym razie nie spełnił i czuję się lekko zawiedziony tym, jak rozwinęła się sytuacja. Uważam, że po takim otwarciu jakie zaserwowano nam w zeszłych tygodniach, nuda nigdy nie powinna mieć miejsca. Na pewno nie po tym, kiedy uświadomiono nas, że nawet dialog może być ciekawy.

 Moja finalna nota za odcinek 6/10

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts