Biżuteria Handmade

4WandRoof

W jednym z ostatnich wywiadów Andrew Lincoln powiedział, że 5 sezon The Walking Dead to zupełnie inny, nowy wymiar serialu. O ile we wcześniejszych odcinkach poziom rzeczywiście dawał spore powody do zadowolenia, to oprócz odświeżonego intra nowości nie było tam za wiele. „Four Walls and A Roof przede wszystkim niesamowicie wysoka jakość w opowiadaniu historii. Historii mrocznej, poważnej i ocierającej się o doskonałość.

 

Najnowszy odcinek, bez owijania w bawełne odpowiada na nasze pytania i rozwiewa wątpliwości. Co najlepsze – wykluczenie starych ścieżek rozwoju opowieści nie sprawia, że powinniśmy bać się o przyszłość kolejnych odcinków.  Po pierwsze w trakcie oglądania, nie było nawet chwili czasu na zastanowienie – emocje skakały od strachu, zagrożenia, tryumfu w niemiłosiernej sprawiedliwości do smutku i rezygnacji. Po drugie producenci nadal mają wiele asów w rękawie, którymi już teraz nie wstydzą się pochwalić (podróż do WDC, Beth). Większość domysłów okazała się zgodna z prawdą – tak jak te o winie Ojca Gabriela, trawionego przez wyrzuty sumienia, czy aspekt ugryzienia Boba. Ale po kolei. Scena na otwarcie zaaranżowana została wzorowo. Z obowiązkowymi muzycznymi wibracjami (staną się chyba elementem rozpoznawczym 5 sezonu), równie obowiązkowym monologiem Garetha zrobiła piorunujące wrażenie. Sama „przemowa” tycząca się głównie przetrwania i udowadniania Bobowi, że dobór naturalny jest częścią naturalnego porządku rzeczy, ugruntowała mnie jedynie w przekonaniu, że ekipa z Terminus szuka głównie zemsty, za zniszczenie domu i śmierć ludzi. W głosie lidera pobrzmiewała jednak rezygnacja, obojętność, ale też wiara w słuszność własnego postępowania. W początkowej scenie zachodzi jednak pytanie o to czym właściwie łowcy różnią się od polujących na ludzi żywych trupów? Dla Garetha wystarczyło tylko mówić i grać człowieka, reszta pozostawała kwestią przetrwania.

 

GARETH

 

To już kolejny raz w The Walking Dead udało się świetnie zaadaptować komiks na potrzeby serialu. Bob czekający na tykającą już w Terminusowach bombę, wybuchający płaczo-śmiechem – majstersztyk. Co więcej, nawet pasowało to do jego charakteru i nie było jedynie przeniesieniem oryginalnej sceny do telewizji. Po prostu nadano jej realizmu. Nieoczekiwana zamiana miejsc pana i ofiary sytuacji musiała w końcu wydawać się umierającemu Stookeyowi niesamowitym zrządzeniem losu. Bohaterowie zachowywali się po prostu maksymalnie realistycznie, przynajmniej na tyle na ile pozwala im i tak nieco komiksowa konwencja (i pomijając maleńkie wybryki – Abrahama). Przemiana Szeryfa wpływa także, na rozwój wypadków. We wcześniejszych sezonach wyciągnięcie z Gabriela skrywanych grzechów zajęłoby zapewne z pół sezonu. Tym razem wystarczyło trochę pokrzyczeć, a w oczach Setha Gilliama momentalnie pojawiło się poczucie winy, a na twarzach bohaterów brak wyczekiwanego wybaczenia. Właściwie Gabriel zyskał więcej milcząc, kiedy został wystawiony na próbę przez Garetha, niż usprawiedliwiając się ze swojego czynu.

Sasha

W epizodzie pojawiło się też trochę subtelnych mrugnięć do widza. W końcu nikt nie krzyczał nam w twarz, że rzekomo zabity przez Tyreesa łowca, jednak żyje (podobnie jak w odcinku poprzednim). Nie wniosło to co prawda wiele do akcji, ale to świetny sposób na pokazanie widzom psychologicznych kulisów.  Brakiem okrzesania wykazał się jedynie Abraham, który jak na moje oko, powinien być bardziej zżyty z resztą grupy. Jednak zalążek konfliktu, który pojawił się jeszcze w epizodzie Strangers miał swoje znaczenie. Powiedzmy, że nieco dziwne zachowanie wojskowego, zrzucimy na karb jego porywczego charakteru – „najpierw rób, potem myśl”. Właściwie od czasu Shane’a nie mieliśmy w grupie typowego spięcia na najwyższym szczeblu (pojawiały się kryzysy, ale nie tego typu). Jedynym problemem jest fakt, że postać Shane’a miała o wiele głębszą motywację i rys psychologiczny. Spięcia miały tam po prostu sens. Tutaj, wydają się lekko wymuszone, podbudowane jedynie wielką wiarą Abrahama w ratowanie świata.

Skoro Terminus padło już na dobre, to był to najlepszy moment żeby zakończyć wątek łowców bez przeciągania.  Masakra z jednej strony sprawiła satysfakcję i poczucie wymierzonej sprawiedliwości. Z drugiej uderzała brakiem miłosierdzia (wystarczy spojrzeć na minę Tyreesa). Już w trzecim sezonie spotkaliśmy się z podobną sytuacją, kiedy jeden z więźniów za „zdradę” został przez Ricka załatwiony ciosem w głowę (Zabicie Joe też może posłużyć za przykład, ale w tamtym wypadku Rickowi nie było tak łatwo się z tego otrząsnąć). Tym razem Grimes oprócz bezwzględności nałykał się trochę więcej cynizmu i zamienił w bardzo złego glinę, który na swoje ofiary „nie chce nawet marnować amunicji”. Za dodatkowe usprawiedliwienie możemy uznać fakt, że Szeryf (w przeciwieństwie do widzów) nie poznał jeszcze wydarzeń, które zdeterminowały Garetha i resztę jego drużyny.  A pamiętacie może, jak w pierwszym sezonie Szeryf „oddawał cześć” poległym, których chwilę później użył jako kamuflażu? Teraz dla ocalałych nie ma już świętości, nawet jeśli nadal naiwnie wierzy w nie Ojciec Gabriel. Religijna symbolika na szczęście nie była tu zbyt nachalnie eksponowana. Jednocześnie bohaterowie nie stali się jeszcze całkowicie niewrażliwi, bo po fakcie wiele z nich uświadomiło sobie jak okrutnie postąpili. Pierwszy krok został już jednak poczyniony. Akcja to oczywiście pierwszorzędna realizacja i zwrot akcji, zakończony wspomnianym już wymierzeniem okrutnej sprawiedliwości. Symetryczna budowa kościoła i mistyczna melodia w tle wraz z wyłaniającymi z mroku postaciami stworzyły iście sakralną atmosferę (jedynie plan Ricka wydawał się nico nieprzemyślany – powinien w końcu założyć, że Gareth wliczył w swój plan porzucenie Boba, który mógł wygadać się na temat lokalizacji Terminusowców). Klimat budził ciarki na plecach. Dodatkowo wydarzenia rozgrywały się w nocy (podobnie jak w świetnym finale 4 sezonu) co rewelacyjnie akompaniowało brutalnym decyzjom. W końcu przyszła pora na omówienie śmierci Boba. To był po prostu element tej historii, smutny rodzący wiele bólu u bohaterów, ale wpisany w nią idealnie. Ckliwości skutecznie ucięto, kiedy Stookey nie zdołał już ostatni raz zagrać z Sashą w optymizm. Wracając na chwilę do rozmowy Ty z siostrą, przywołanie analogicznej sytuacji z Karen, znacznie uwiarygodniło świat przedstawiony i relacje między bohaterami, którzy słusznie pamiętają o przeszłości i nie boją się jej wykorzystać.

RICK

 

Ogrom emocji i akcji, sprawił że zapomnieliśmy na chwilę o otwartej furtce w wątku porwanej Beth. To kolejny aspekt, który sprawia, że widz myśli sobie „jak oni to wszystko pomieszczą w jednym sezonie?”.  Niespodzianką było rozdzielenie się grupy, w przyszłości możemy spodziewać się nieco rozstrzelonej narracji. Odcinek to jednak prawdziwa rewelacja, która ucieszy fanów szybkiej akcji i biegu wydarzeń, jak i spokojniejszych i stonowanych scen, które rozładowały w końcówce narosłe wcześniej napięcie. To jeden z najlepszych epizodów The Walking Dead spośród wszystkich, które na strefie zrecenzowałem.

 4WandaRoofsezon piąty - outro

 

Larone

Na Strefie zajmuje się głównie newsami, artykułami i recenzjami odcinków serialu TWD. W przeszłości udzielał się amatorsko w paru innych projektach. Kiedy najdzie go ochota, bawi się w krytyka filmowego (choć chyba podchodzi do kina zbyt optymistycznie). Poza Strefą: gorliwy widz serialowy, niestety nigdy nie zobaczył do końca Miasteczka Twin Peaks. Choć za popcornem nie przepada, gdyby mógł, większą część życia przesiedziałby w kinie. Dlaczego pisze na Strefie? Bo lubi :)

More Posts