Ankieta

Które postacie najbardziej lubisz? (5 głosów z możliwością zmiany) NIE BĄDŹ PAJACEM, ZOSTAW KOMENTARZ :sully: : Nie masz uprawnień do wyswietlania linków na tym forum. Załóż konto lub Zaloguj się

Kenny Hawkins
33 (18.5%)
Sullivan
25 (14%)
Lucy
19 (10.7%)
Morgan Smith
31 (17.4%)
Josh
12 (6.7%)
Seth
14 (7.9%)
Młody
21 (11.8%)
Henry
11 (6.2%)
Dakota
12 (6.7%)
Kevin
0 (0%)

Głosów w sumie: 57

Autor Wątek: Żywe Trupy - Apokalipsa  (Przeczytany 242367 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

FilipSzampan

  • Offline
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 1
  • -Otrzymane: 0
  • Age: 26
  • Wiadomości: 32
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
  • Komiks: Czytałem
  • Spoilery: Czasem
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1830 dnia: 14 Październik, 2017, 17:29:32 »



Wysłuchał dennej przemowy rudego i zamilkł. Chwila nie minęła i dostrzegł zbliżającego się nieznajomego. Wsłuchał się z ciekawością w jego spokojny głos.
- Biorę teraz za ciebie odpowiedzialność i mam nadzieje że tego nie pożałuję. - powiedział mężczyzna z południowym akcentem i oswobodził Kevina. Wyglądało to dosyć spontanicznie.
Wstał zakłopotany i rozciągnął się, co natychmiastowo przypomniało mu o "pamiątce". Podciągnął koszulkę. Siniaka jeszcze nie było widać.
A to ciekawe, pomyślał. Czegoś takiego raczej się nie spodziewał. Jednakże wcale nie obraził się na wyzwoliciela.
Szli w milczeniu w stronę domu. Gdy już weszli do budynku, Kevin odwrócił się po raz ostatni. Dojrzał młodego i Setha pogrążonych w rozmowie. Blondasek widocznie się gdzieś spieszył i chyba jego towarzysz był jedynie przeszkodą. Drzwi zamknęły się.
- Spierdalaj! - usłyszał wrzask.

Subgard

  • Offline
  • Mistrz RPG. Hejter. Akolita Kółeczka Wzajemnej Adoracji.
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 95
  • -Otrzymane: 69
  • Age: 58
  • Wiadomości: 744
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
  • Komiks: Czytałem
  • Spoilery: Czasem
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1831 dnia: 15 Październik, 2017, 18:59:38 »




Kiyo powoli kończyła posiłek kiedy do kuchni wpadł nieznany jej mężczyzna. Zanim zdążyła zareagować blondyn, który albo ją zignorował albo nie dostrzegł, sięgnął po jeden z talerzy i cisnął nim o szafki. Kiyo zamarła w bezruchu czy to ze strachu czy będąc w szoku. Starszy facet pośpiesznie zebrał swoje rzeczy i równie szybko zniknął, co się pojawił. Dziewczyna pośpiesznie dokończyła posiłek. Pozbierała swoje rzeczy i powoli stanęła w progu kuchni. Podrapała się po głowie, najwyraźniej nie będąc pewna co ma zrobić. Obejrzała się za siebie i przez chwile jej wzrok spoczął na rozbitym talerzu. Po chwili powoli ruszyła w kierunku wyjścia rozglądając się. Jakby chciała uniknąć kolejnych spotkać, a może wręcz przeciwnie - szukając kogoś.
Jestem Złotą Kubotą

"Jeden Pajac, by wszystkimi rządzić, Jeden, by wszystkie odnaleźć, Jeden, by wszystkie zgromadzić i w cyrku związać!" ~ Tony Sullivan z "Z kamerą wśród Pajaców"

Tortuga

  • Offline
  • Forumowa Maruda
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 808
  • -Otrzymane: 550
  • Wiadomości: 3021
  • Płeć: Kobieta
    • Zobacz profil
  • Komiks: Tylko część
  • Postać: Al Swearengen, Tony Soprano, Walter White, Rust Cohle, Boyd Crowder, Pietro Savastano, Herr Starr, Joker, Harley Quinn i innsze złodupce
  • Skąd: Bat country
  • Spoilery: Tak
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1832 dnia: 16 Październik, 2017, 15:38:26 »


Młody mężczyzna wyglądał na zaskoczonego niespodziewanym "uwolnieniem". Niemniej, milcząco poszedł za Loganem.
- Nie odchodźcie na zbyt długo. - odwrócił się w kierunku z którego dobiegł podniesiony głos Łucznika. Powątpiewał czy jakoś specjalnie wezmą sobie jego słowa do serca, ale nie zaszkodziło spróbować.

- Czego głupi staruchu wypuściłeś Lokiego? Pojebało cię do reszty? - Paul poderwał się z miejsca na widok mężczyzn. Łypnął groźnym wzrokiem w kierunku czarnowłosego dziada.
- Zmienisz mnie. - burknął na widok Dakoty, prowadzącego ze sobą  skunksa na delirce. Obraz nędzy i rozpaczy.
- Później. - odmruknął, spojrzawszy jeszcze przelotem na dzieciaka, naciskając równocześnie klamkę. Nieco zaskoczony widokiem drobnej blondyneczki, zmarszczył lekko brwi, przyglądając się przez chwilę dziewczynce.

Tortuga

  • Offline
  • Forumowa Maruda
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 808
  • -Otrzymane: 550
  • Wiadomości: 3021
  • Płeć: Kobieta
    • Zobacz profil
  • Komiks: Tylko część
  • Postać: Al Swearengen, Tony Soprano, Walter White, Rust Cohle, Boyd Crowder, Pietro Savastano, Herr Starr, Joker, Harley Quinn i innsze złodupce
  • Skąd: Bat country
  • Spoilery: Tak
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1833 dnia: 22 Październik, 2017, 23:46:02 »


7 dni później…

28 września 2014r.
Godzina: ok 9:00 rano


- Hej Zoe… - Lucy zaczęła niepewnym głosem, stojąc nad ziemistym grobem, który zwieńczał drewniany krzyż zbity z desek.
- Przepraszam że nie byłam na twoim pogrzebie, ale źle się czułam. W sumie większość czasu leżałam, ale myślałam o tobie…i innych rzeczach. Teraz już jest w porządku. Już mnie nie boli... Henry zdjął mi wczoraj opatrunek. Aileen też się poprawiło. Na tyle że możemy już wyjechać. – opatuliła się szczelniej znaleźną skórzaną kurtką. Poranki były już zimne.
- Próbowaliśmy się skontaktować z Panem MacLeodem, ale nam się nie udało. Niektórzy mówią że pewnie nie żyje, ale ja mam nadzieje że to nie prawda. – zrobiła krótką pauzę.
- Chyba nie wiele cię ominęło. – wzruszyła ramionami. – Większość czasu spędzamy tutaj. Opiekujemy się też tymi dziećmi z obozu. Zwłaszcza mama Josha. Chłopaki czasami chodzą na wypady. Nawet byli na rybach. Josh wrócił cały przemoczony. - zaczęła opowiadać z rozbawieniem.
- Snake i Kenny znaleźli jakąś opuszczoną gorzelnie. Po trzech dniach Morgan wylała wszystko, czego nie zdążyli jeszcze wypić. Choć Seth mówił, że chyba lepiej by było puścić z dymem całą tą bimbrownie. Dołączyli do nas Kevin i Kyo. Pojadą razem z nami na Florydę. – spochmurniała, lekko marszcząc brwi.
- Ja i Sully, trochę się ostatnio kłócimy. To znaczy, więcej niż zwykle. To przez Paula. Wkurza mnie. Ciągle się tu kręci i gadają razem o tych głupich komiksach albo innych bzdurach i nawet grają razem w piłkę i inne gry.  Spędza z nim więcej czasu niż ze mną. – urwała smutno.


***
- Sully… - szepnęła.
- Kurwa! - warknął gdy Cosiek wyrwał go ze snu ciągnąc go przy tym za włosy na klacie.
- Śpisz? – zapytała zniżonym głosem.
- Czego kurwa ode mnie chcesz? Jest środek nocy. – burknął z irytacją, spoglądając na zegarek.
- Ja ci tylko chciałam powiedzieć, że jak chcesz być tatą, to możesz mi zrobić dzidziusia. – odparła.
- Co kurwa…? – przetarł oczy ze zmęczeniem. – O czym ty pierdolisz?
- Spędzasz dużo czasu z Paulem…- zaczęła.
- Znowu to samo? Ja pierdolę, to tylko dzieciak, który został sam na tym jebanym Świecie opanowanym przez kanibali i innych pajaców. Przestań histeryzować i idź spać.
- Nie tylko on został sam. – odparła ostro, nie kryjąc złości.
- Przecież nie lubisz dzieci, to dlaczego on jest dla ciebie taki ważny?

- Nie zrozumiesz. – uciął, co tylko ją dodatkowo rozjuszyło.
- To mi wytłumacz! Zawsze tak mówisz jak zaczynamy o tobie rozmawiać. – Lucy stwierdziła z wyrzutem.
- Sully, przyzwyczajasz go do siebie…co będzie jak będziemy musieli wyjechać? – zapytała zmartwiona. Po pokoju poniosło się przeciągłe skrzypnięcie.

- Ruchacie się? – Paul niepewnie zajrzał do środka, przez uchylone drzwi.
- Tak. Nie. - odpowiedzieli równocześnie.
- Będziemy. – Lucy fuknęła w kierunku chłopca. Ten jednak puścił mimo uszu jej słowa i wpakował się im do łóżka.
- Boję się sam spać. – wzruszył niewinnie ramionami, usadawiając się między dwójką dorosłych.
- Uh... – prychnęła ze złością. Położyła się z powrotem, odwracając się do jednego i drugiego plecami.

***
Złowrogie pocharkiwania, wyrwały Lucy z zamyślenia. Uniosła głowę, spoglądając z kierunku z którego dobiegały odgłosy. Ich źródło wyszło z lasu, pokracznym krokiem zmierzając powoli w jej kierunku. Lekko uniosła kij bejsbolowy, który trzymała w ręce. Spojrzała ponownie na stwora, który potknął się o własne nogi i z wściekłym bulgotem runął na trawę.
- Uh, to mu zajmie wieki… - mruknęła, kręcąc głową.


***

- Nie musicie się martwić, potrafimy o siebie zadbać w końcu jesteśmy Czarnymi Stopami, co nie?  - Dennis spojrzał na swoich dwóch kompanów, którzy przytaknęli.
- Mam szczerą nadzieje. – mruknął, spojrzawszy na Morgan. Wytłumaczenie tym wszystkim dzieciakom dlaczego dorośli wyjeżdżają i je zostawiają same, niebyło łatwym zdaniem, mimo że sami zainteresowani przyjęli to dość bezboleśnie. Nadal targały nim wątpliwości i natrętne myśli, że za decyzje może im przyjść słono zapłacić. Niewątpliwie, była to trudna sytuacja. Jednakże lek był szansą również i dla tych dzieci.
- O swojego konia, też możesz być spokojny. Już zdążył się polubić z naszą Daisy. – stwierdził wesoło grubasek.
- Ale Daisy to krowa. – wtrącił jeden z chłopców.
- W to akurat nie wątpię. – uśmiechnął się lekko. Oddanie Brego było również niełatwą decyzją, jednak uznał że tak będzie dla niego lepiej.
- A gdzie się podział ten mały gnojek? Latał tu bez przerwy, a teraz zniknął. – Kenny zrobił sobie przerwę od pakowania na przyczepę pick-upa ich dobytku, gdy dostrzegł trójkę dzieciaków.
- Paul jest w obozie. Powiedział że ja już się narządziłem i teraz jego kolej. – odparł Dennis
Nie przyjdzie się pożegnać? – zapytał, zerknąwszy w kierunku Sullivana, który kręcił się przy Suvie.
- Powiedział że pożegnania są dla ciot. – odezwał się czarnoskóry chłopiec.
- Jak przyszliśmy po niego, to beczał w poduszkę. – dodał drugi. 
- Mówił że to alergia i że mu oczy łzawią.
- I kazał nam spierdalać.

FilipSzampan

  • Offline
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 1
  • -Otrzymane: 0
  • Age: 26
  • Wiadomości: 32
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
  • Komiks: Czytałem
  • Spoilery: Czasem
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1834 dnia: 24 Październik, 2017, 22:09:09 »


Kevin wybudził się z krótkiego, przerywanego snu i natychmiast się rozciągnął. Poprawił spodnie i przerzucił przez ramię czarny t-shirt leżący na skraju sofy. Słońce zaglądające przez okno oślepiło go. Dokuśtykał do drzwi łazienki, zapukał. Cisza. Wszedł pewnie do środka, spojrzał fragmentarycznie w lustro. Załatwił się i zabrał leżące na śliskiej podłodze wiadro, które moment później napełnił wodą z pompy. Dokładnie obmył ciało, po czym skorzystał z brudnawego ręcznika. Ubrał się, pomijając koszulkę, którą następnie przewiesił przez ramię. Spojrzał w lustro i z miną godną prawdziwego modela przeczesał dłońmi włosy i twarz. Szczególnie skupił się na twarzy.
- Cholera, do twarzy mi z tym zarostem. - powiedział półgłosem do samego siebie.
Zabawy przed lustrem poprzedziły wspomnienia z ostatnich kilku dni, między innymi gdy Kevin wychodził z siebie podczas gdy reszta imprezowała po powrocie z gorzelni. Skutkiem tego wspomnienia było wręcz komiczne wykrzywienie na twarzy mężczyzny. Nie licząc tego, miał przyjemność poznać większość osób w domu. I tych milszych, i tych mniej milszych, którzy soczystymi bluzgami odprowadzali do kąta, żeby przemyśleć swoje zachowanie i przez których łatwo było zapodziać rezon i kontenans. Pomimo to, dało się tutaj żyć. Chyba.
Tuż przed wyjściem z łazienki, Oehler poczuł dziwne mrowienie na ciele. Spojrzał we własne odbicie i poczuł się jeszcze bardziej nieswojo. Poczuł się, jakby to on był po drugiej stronie lustra. Włosy jeżyły się na całym ciele. Gęsia skórka.
Po chwili niepokoju, Kevin zdecydował się przetrzeć oczy. Wszystko raczej wróciło do normy. Odetchnął z ulgą i wyszedł przed dom. Będąc na miejscu, usiadł na werandzie, gdzie w spokoju obserwował krajobraz.
« Ostatnia zmiana: 25 Październik, 2017, 07:29:04 wysłana przez FilipSzaman »

Narwaniec

  • Offline
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 263
  • -Otrzymane: 226
  • Autor wątku
  • Rogue Thief Assassin Hunter Bard Monk Pirate
  • Wiadomości: 923
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1835 dnia: 15 Listopad, 2017, 17:00:45 »


Dni wlokły się niczym smród za pospolitym ruszeniem. Większość dni starał się przebywać poza ich chwilowym obozowiskiem, ograniczając się głównie do spędzania tam nocy, ewentualnie pory posiłków i ćwiczeń, które nadal z Joshem próbował uskuteczniać. Do ćwiczeń dołączył Młody, a potem ku jego zaskoczeniu także Doktorek, w związku z czym ćwiczenia czasem obfitowały w nieprzewidywalne wpadki, wypadki i sytuacje w których nie wiadomo czy się śmiać czy płakać. Na szczęście okazało się, że nie są totalnymi labiegami i po paru latach regularnych ćwiczeń mogłoby coś z nich być. Przelotnie nawet zastanawiał się, czy nie zacząć uczyć ich strzelać, ale chwilowo wolał im nie dawać okazji do postrzelenia się. Chociaż może Doktorek by się ucieszył, przynajmniej miałby jakieś zajęcie.
Wypady zamierzał odbywać w samotności, z dala od tej rozgadanej i ostatnimi czasy często pijanej w trzy dupy hałastry, ale niestety na większości z nich towarzyszył mu Młody, przyklejony do niego na zasadzie ogona. Najwidoczniej chłopakowi brakowało jakiegoś towarzystwa które by się nie zachowywało tak jakby nie istniał. Co prawda sam go próbował ignorować, w praktyce było to niemożliwe, chociaż wbrew wszystkiemu rudzielec nie był takim wrzodem na dupie jak mógłby się wydawać. Przynajmniej starał się nie przeszkadzać, a bywał i pomocny. Któregoś dnia złapał się nawet na tym, że czeka na niego przed kolejnym wypadem...


W końcu postanowili się stąd wyprowadzić i ruszyć dalej w drogę. Alleluja! Miał dość kiszenia się w tym budynku, w oparach alkoholu i małżeńskich niesnasek. Co prawda wypady z Sethem i ćwiczenia, traktował jako drobne przyjemności spokojnych dni, ale ucieszył się, gdy zarządzono sprzątanie, pakowanie i wyjazd. Spakował się szybciej niż ustawa przewidywała i pognał do samochodu. Potem spakował rozgdakane towarzystwo i z kontenerkami w rękach patrzył jak Dakota wybiera się gdzieś ze swoim koniem. Po jakimś czasie wrócił sam. Co do kurwy nędzy? Pozbył się go? Czy jak oni będą mu zawadzać, to też się ich ot tak pozbędzie? Tak się postępuje z członkami rodziny? Z drugiej strony czego on się właściwie spodziewał? Zaniósł gdaczące towarzystwo do pickupa, umocował kontenery dokładnie, po czym nasypał Gryzkowi ziarna do klatki, którą znalazł w pokoju małolaty i usadowił się z nim w samochodzie.

Tydzień minął mu głównie na zabijaniu czasu i ćwiczeniach z Sethem. Na szczęście blondyn go nie wyśmiał i nie pogonił w dal saniami, dzięki czemu mógł się poruszać i zdobyć nowe umiejętności, które na pewno mu się przydadzą w tym nowym, nieprzyjaznym dla człowieka świecie. Dzięki temu czuł się w grupie mniej zbyteczny niż zazwyczaj. Jego próby uświadomienia szkodliwości picia alkoholu nieznanego pochodzenia spełzła na niczym i gdyby nie interwencja Morgan, nie wiadomo jakby się to skończyło.
Gdy dowiedział się o wyjeździe, przyjął tą informację z ulgą. W dniu wyjazdu wstał wcześniej niż zwykle, przejrzał cały swój dobytek i wyniósł bagaże do samochodu Tylera.
Był gotowy do wyjazdu...

Noctury

  • Offline
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 28
  • -Otrzymane: 195
  • Age: 27
  • Wiadomości: 406
  • Płeć: Kobieta
    • Status GG
    • Zobacz profil
  • Komiks: Nie czytałam
  • Skąd: Mysłowice
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1836 dnia: 22 Listopad, 2017, 20:03:04 »


-Nie dla psa kiełbasa - Morgan odruchowo odsunęła kocura, który z zainteresowaniem pakował się do torby z zapasami.
Kot spojrzał na nią z wyrzutem, ale była odporna na takie zwierzęce humory - Możesz się tak nie gapić, dobrze wiesz o co chodzi - dodała, zabierając torbę. W końcu zbierali się stąd. Czerwona czuła się rozdarta: z jednej strony siedzenie na dupsku, zwłaszcza po tym co się podziało, a staruszek Macleod wyjechał niesamowicie szargał nerwy, ale z drugiej... Tydzień względnego spokoju był w cenie, no i sąsiedztwo dzieciaków... Było tak dziwnie, jak tylko można było sobie wyobrazić. Mieli za miedzą kogoś, kto nie chciał im poderżnąć gardeł (przynajmniej po zawiązanym "rozejmie"), mieli łóżka, kolejki do kibla i kłótnie kto ma obierać ziemniaki. Wystarczyło że chłopaki znaleźli podejrzany bimber, a zaczął się cyrk na kółkach i jedynym wyjściem było wylanie wszystkiego w pizdu... w końcu balety musiały trwać, jakże inaczej. Przebłyski normalności były teraz dziwnym rozdrapywaniem dawnego życia. Gdy jednak spojrzała w złą stronę, od razu dostrzegała świeże groby. Dlatego musieli stąd spierdalać: ciągnęło się za nimi za dużo smrodu, i choćby dla dobra tych dzieciaków lepiej żeby wyjechali. Małolaty dadzą sobie radę, a przynajmniej takie miała wrażenie. Czerwona zabrała się wreszcie z torbami, po czym omal nie potknęła się o kota przebiegającego jej pod nogami i wpadła na kręcącego wokół się Josha.

-Oj, uważaj..! Może wezmę coś od ciebie? - Josh próbował odebrać część pakunków, ale Morgan tylko pokręciła głową.
-Nie trzeba, nie zostało tego dużo. Lepiej powiedz mamie że już się zbieramy, nie widziałam jej od ostatniego posiłku.
-Chyba wiem gdzie będzie - odparł mechanik i powoli udał się na tyły domu. Ostatnie dni upłynęły mu głównie na treningach, do których dołączyli także Tyler i Henry, co cieszyło Josha o tyle, że nie był jedynym wypluwającym sobie płuca. Znaczy z całej trójki szło mu relatywnie najgorzej, ale i tak czuł się pewniej, gdy nie tylko on robił z siebie debila. Jego mama natomiast przez większość czasu krążyła między ich miejscówką a obozem dzieciaków, niczym obwoźna pomoc charytatywna. Gdy zaś nie robiła za przedszkolankę, siedziała przy grobie Zoe. Josh miał wrażenie, że razem z Lucy mają jakieś zmiany w czuwaniu nad mogiłą. Teraz także odnalazł mamę przycupniętą na małym zydelku obok świeżej ziemi. Oprócz krzyża szybko pojawiły się także świeże kwiaty.
-Mamo... Wkrótce jedziemy - Josh przykucnął obok mamy, wpatrzonej w bliżej nieokreślony punkt przed sobą.

-Och... to już? - Jenna wydawała się nie do końca przebywać w tej samej rzeczywistości co reszta świata - Myślałam że mam... że mamy trochę więcej czasu.
-Wiem. Ale naprawdę musimy już...
-Nawet nie wiedzieliśmy jak ma na nazwisko - przerwała Jenna ze smutkiem - Chciałam jej zrobić jakąś tabliczkę do tego krzyża, ale... Nazwiska nie znałam, daty urodzenia też... Boże, ile ona mogła mieć lat? Pewnie niewiele więcej niż te dzieci z obozu... Dzieci nie powinny odchodzić w taki sposób - skuliła się. Josh objął ją ramieniem, jakby nie do końca wiedząc co powiedzieć.
-Ja... boję się o te maluchy. Tak łatwo teraz o... sam wiesz. Zastanawiałam się czy... nie powinnam tu zostać - wydusiła wreszcie.

-Czekaj, co? - Josh odsunął się gwałtownie, patrząc z niedowierzaniem na rodzicielkę -Mamo, rozumiem że się o nich martwisz, ale nie możemy tu zostać, reszta się nie zgodzi..!
-Och nie mówię o wszystkich, nie śmiałabym nagle rozkazywać na prawo i lewo, nie mam prawa - Jenna pokręciła głową - Ja wszystko rozumiem, że szczepionka, że zbyt duża grupa w jednym miejscu to zagrożenie... Po prostu zastanawiałam się, czy nie zostać tu samej... ktoś jednak przydałby się tym dzieciom.
-Jeśli myślisz, że pozwolę ci odejść...
-Będzie mi miło, jeśli też byś został, ale nie chcę ci niczego narzucać. Jesteś dorosłym człowiekiem, masz tam znajomych... A ja naprawdę nie chcę cię opuszczać, po prostu to niesprawiedliwe - spojrzała wymownie na grób Zoe.
-Mamo - Josh lekko potrząsnął rodzicielką, żeby skupiła się na nim - Niesprawiedliwe to jest to, że dopiero co cię znalazłem i nie mam zamiaru oddawać. Koniec kropka. Uwierz mi, że dzieciaki sobie poradzą: dość że omal nie zapuszkowały Dakoty i Morgan to... prawdę mówiąc zorganizowały się lepiej niż my, co niestety widać - mechanik sam zerknął na mogiłę.
-Siedząc tu, na obrzeżach miasta będą bezpieczniejsze niż gdyby nagle musiały ruszyć w trasę, a poza tym... Może to samolubne, ale my też bardzo cię potrzebujemy. Ze mną na czele.

-Cóż, faktycznie czasem miałam wrażenie że dzieciaki zachowują się dojrzalej... zwłaszcza że nie piją alkoholu - Jenna pozwoliła sobie na lekki uśmiech, ale zaraz ponownie posmutniała - Sama nie wiem, po prostu zostawianie ich wydaje mi się okrutne... chociaż tak naprawdę cały świat jest teraz okrutny. Człowiek chciałby tego oszczędzić dzieciakom jak najdłużej... ale chyba nie da się tego robić przez całe życie. - dodała, szukając zrozumienia u syna.
-Dokładnie - przytaknął Josh, powoli wstając. Rozejrzał się po podwórku, żegnając w myślach to miejsce. Czuł pewną ulgę, biorąc pod uwagę drugi grób, położony w innej części działki... Mechanik zawsze wzdrygał się, gdy przechodził obok.
-Pewnie nie mamy już wiele czasu, ale chciałabym się z nimi pożegnać... z dziećmi, z dziećmi - doprecyzowała Jenna, widząc przerażenie syna. Może i dobrze, że tyle to odwlekała, dłuższe pożegnanie mogłoby skutkować tym, że naprawdę zostałaby w obozie.
-Mamo...
-Będzie szybko, obiecuję.

Subgard

  • Offline
  • Mistrz RPG. Hejter. Akolita Kółeczka Wzajemnej Adoracji.
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 95
  • -Otrzymane: 69
  • Age: 58
  • Wiadomości: 744
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
  • Komiks: Czytałem
  • Spoilery: Czasem
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1837 dnia: 23 Listopad, 2017, 10:15:19 »




Jedno z głównych pytań jakie zadawała sobie Kiyo w przeciągu tego pytania, było "czego właściwie oni od mnie chcą?". Nie za bardzo potrafiła pojąć dlaczego ta grupa miała by ją chcieć albo czemu poszczególne osoby pragnęły jej obecności. Była pewna, że niektórzy nie życzyli jej dobrze. Nie mogła za wiele zaoferować. Te pytania powodowały, że Kiyo na zmianę znikała w sobie tylko znanych celach i powracała ponownie. Jakby na dom, a może ludzi, została rzucona klątwa, która nie pozwala jej odejść. Nim dalej odejdzie tym bardziej przyciąga ją z powrotem. Nie potrafiła znaleźć wyjaśnienia. Tyle czasu spędziła z dzieciakami, a takie odczucie nigdy się nie pojawiło. Przecież jestem samotniczką - powtarzała sobie -  nie potrzebuje ludzi. Wiedziała o tym. Była tego pewna. Do czasu poznania tej grupy. Teraz nic nie było oczywiste. Wszystko pochłonął jakiś chaos, który nie pozwalał się jej wydostać. Tajemniczy wir osobowości, który początkowo pozwolił jej spokojnie podejść, aby potem wciągać co raz mocniej. Nie potrafiła się z niego wydostać. Mimo prób. A może...może tak naprawdę nie chciała? Nawet z większością tych ludzi nie rozmawiała. Nie rozumiała tego. Czy to dlatego, że byli dorośli? Że czuła się...po raz pierwszy od dawna...bezpiecznie? Że wyglądało to jak zwykła rodzina? Wypad ze znajomymi? Przecież radziła sobie wcześniej. Wiedziała, że to iluzja! Parę kroków od domu nie było nic. A raczej był świat w trakcie apokalipsy. Gdzie wszystko chce cię zabić. Zmienić. Zepsuć. Czy dlatego uciekała? Żeby sprawdzić...utrzymać...kontakt z rzeczywistością? Nie poddać się iluzji? Nie wiedziała. Kompletny chaos. Nigdy nie potrafiła sobie poradzić z określeniem swoich uczuć...

Nagle nadeszła wiadomość o odejściu grupy. Czy rzeczywiście nagle? Czy to jej ignorancja? Czy skrywane pragnienie, aby tak nie było? Nie wiedziała.

Nikt nie powiedział jej tego wprost. Widziała jednak co się dzieje. Czy rzeczywiście było to zaskakujące? Czy też Kiyo po prostu nie chciała o tym myśleć? Te pytania powracały do niej jak natrętna mucha. Uparcie. Irytująco. Do znudzenia. Aż się ją zabije. Znajdzie odpowiedź...której... po prostu nie było. Albo ona jej nie widziała.

Właściwe...poczuła ulgę, ale i strach. Jak można czuć tak skrajne uczucia? - zastanawiała się. Jak? Bo wszystko wróci do starego po ich odejściu? Bo znowu zostanie sama? Przecież zawsze tak było. Potrafi sobie poradzić. Przeżyła dotąd. Tylko to...coś...to...ta normalność? To poczucie bezpieczeństwa? Tego się bała? Utracenia tego? Porzucenia? Poradzi sobie....to tylko tydzień...zaraz o nich zapomni.

"O nich".

Nie chciała stracić kontaktu z nimi czy tego co oferowali? Właściwie za nic. Siedziała więc teraz oparta o drzewo. Beznamiętnie obserwując pakujących się ludzi. Była kompletnie zagubiona. Jak jeden tydzień mógł roztrzaskać w pył jej mur? Wszystko, co zbudowała, aby przeżyć? Co teraz? Pytania kłębiły się. Jedno powodowało powstanie następnego...

Odpowiedzi jednak nie nadchodziły...
Jestem Złotą Kubotą

"Jeden Pajac, by wszystkimi rządzić, Jeden, by wszystkie odnaleźć, Jeden, by wszystkie zgromadzić i w cyrku związać!" ~ Tony Sullivan z "Z kamerą wśród Pajaców"

Tortuga

  • Offline
  • Forumowa Maruda
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 808
  • -Otrzymane: 550
  • Wiadomości: 3021
  • Płeć: Kobieta
    • Zobacz profil
  • Komiks: Tylko część
  • Postać: Al Swearengen, Tony Soprano, Walter White, Rust Cohle, Boyd Crowder, Pietro Savastano, Herr Starr, Joker, Harley Quinn i innsze złodupce
  • Skąd: Bat country
  • Spoilery: Tak
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1838 dnia: 03 Grudzień, 2017, 23:27:49 »


- Broń jest, jedzenie jest, to jest, to też... - Hawkins, mrucząc do siebie przejrzał pobieżnie zapakowany na pakę pick-upa bagaże. - Zapasy na czarną godzinę... - uchylił dyskretnie kawałek brezentu pod którym skrzętnie schowana była ocalała krata browarów. - ...są. - Wyprostował się i rozejrzał po pozostałych, którzy kręcili się w pobliżu, pakując do samochodów swoje bagaże. Kenny z ulgą opuszczał to miejsce. Śmierć Elizabeth i Zoe wstrząsnęły nim, ale udało mu się pozbierać. Po prostu musiał.
Spojrzał w kierunku Szeryfka, który żegnał się z dzieciakami z obozu. Kowboj skinął w jego stronę głową. Hawkins wpakował się do szoferki pick-upa zajmując miejsce za kółkiem, gotowy do drogi.


- Skurwysynie! - Sullivan syknął ze złością, gdy omal nie potknął się na plątającym mu się pod nogami kocie. Otworzył bagażnik Suva, pakując do środka część bagaży. Pajace w końcu postanowiły ruszyć się z tego kurwidoła. Tydzień bezczynnego siedzenia na dupach, ciągnął mu się nie miłosiernie długo, a każdy dzień wyglądał niemal tak samo.
Dla kogoś kto większość czasu spędza w pracy, nadmiar wolnego czasu jest pewnego rodzaju szokiem. Zwłaszcza w takiej jak jego. A teraz czekały go przymusowe jebane wakacje. Miało to jednak swoje plusy. Mógł się bezwstydnie opierdalać. W końcu się wyspać. Bez obcesowo spał po 10 albo i więcej godzin. Gdyby mieli prąd, to pewnie drugą połówkę dnia, której by nie przespał, przesiedział by napierdalając gry albo oglądając zaległe seriale. Przynajmniej miał do dyspozycji książki. Nie skalał się tylko jakimiś pierdolonymi romansikami dla opóźnionych w rozwoju tępych cip.
Nawet by czerpał z tego przyjemność gdyby nie jedno - pajace. Pełen dom pajaców. W kuchni. W salonie. W pokojach. W kiblu. Wszędzie. Zero przestrzeni dla siebie. O ciszy i spokoju nie było mowy.


***

The yellow rose of Texas is the only girl I love
Her eyes are even bluer than Texas skies above...


Obudził go jakiś hałas. Chwilę mu zajęło zorientowanie się co i jak. Ktoś śpiewał. Choć bliższe prawdziwe było powiedzieć: darł mordę. Warchlak. Zamknął z powrotem oczy, ale gardłowe ryki trwały w najlepsze.
- O nie, kurwa tak nie będzie. – warknął pod nosem, zrywając się na równe nogi z łóżka.
- Wypierdal mi spod okna, alkoholiku jebany! – otworzył okno i wydarł się w kierunku ciemnego, dużego kształtu, który zataczał się po werandzie.

- O pan władza, kłaniam się nisko! – wybełkotał Kenny.
-  Twoje zdrowie! – czknął.

Sullivan w przypływie złości, chwycił co miał pod ręką i cisnął przedmiot w stronę opitego Rednecka. Coś brzdęknęło głośno. Zamknął okno.
- Dlaczego się tak wydzierasz… - Lucy rozespana, nakryła głowę poduszką.
- Ja się wydzieram? To ten pierdolony grubas nakurwił się i teraz wydziera ryja jak opętany. – odfuknął, kładąc się z powrotem do łóżka.

***

Wszedł z powrotem do domu, by zabrać resztę rzeczy. Przechodząc przez korytarz, spojrzał na swoje odbicie w wiszącym na ścianie lustrze. Jego policzek i nos "zdobiły" mniejsze i większe, zadrapania. Cosiek mimo że fizycznie pod okiem Doktorka Pacynki i Czerwonej, wydobrzał, to przeważnie był nietypowo dla siebie naburmuszony i nadąsany. Prawie się nie do niego nie odzywała, a jeśli już to po to żeby robić mu jakieś awantury. Do tego nawet nie dała się dotknąć. Najpierw były naiwne i typowe wymówki: "Boli mnie głowa", "Mam okres", bla bla...a jemu kurwa stoi.  Przybrał więc bardziej ofensywną taktykę, ale efekt był taki jakby próbował wyruchać kota - zaczynała drapać, gryźć albo wydzierać się swoim piskliwym głosikiem. Pozostał mu stary, niezawodny sposób. Gdyby tylko znalazł gdzieś ustronne miejsce. Cierpiał w milczeniu.
Wrzucając ostatnie bagaże, zamknął bagażnik. Obchodząc powoli samochód, zerknął nieznacznie w kierunku Dakoty rozmawiającego z trójką smarkaczy. Nie było wśród nich wkurwiającego blondaska, który przez cały tydzień kręcił się koło niego niczym cień, pierdoląc przy tym na okrągło. Nawet sam przed sobą niechętnie przyznawał, ale czuł sympatię wobec tego dzieciaka, a teraz gdy mieli opuścić to miejsce...Dziwne uczucie.


***

Tony postawił radio na ziemi. Podkręcił głośność na cały regulator.
- A to po chuja? - Paul zapytał nieco sceptycznie, obserwując dorosłego, który zaczął się lekko kołysać do rytmu.
- Wabik. - odparł. - Chcesz się nauczyć tłuc popierdolców czy nie?
- No jasne kurwa że chce. - chłopiec potwierdził zdecydowanym tonem.
- To się zamknij i przygotuj się.
Paul przytaknął, unosząc do góry kij besjbolowy z powbijanymi gwoździami. Bacznie obserwował linie lasu na pograniczu której stali, wypatrując przeciwników.
- Chyba nie przyjdą. - stwierdził zniecierpliwiony i podekscytowany zarazem. W końcu to miał być jego "egzamin" po szkoleniu jakie udało mu się wyprosić, więc zależało mu na tym by go "zdać".
- To pewnie przez to gównianą muzykę. Tylko ich płoszy. - fuknął w kierunku federalnego.

- Ciebie jeszcze kurwa w planach nie było, jak ja przy tej "gównianej muzyce" wyrywałem najlepsze panienki. - odparł z wyższością.
- Teraz to żadna by na ciebie nie spojrzała jakbyś takie prehistoryczne wieśniactwo puścił. - machnął ręką - Może lepiej przełącz na jakieś jebitne rapsy, wtedy na pewno przylezą.
- Prędzej spierdolą w przeciwnym kierunku. - mruknął.   
- No i kurwa proszę... - stwierdził wesoło, gdy z lasu wynurzył się jeden charczący zdechlak, a za nim stopniowo zaczęły wychodzić kolejne. Podszedł nieco bliżej.
- Patrz i się ucz, dzieciaku. - odwrócił się w kierunku Paula. Dzieciak pokiwał głową, nerwowo spoglądając w kierunku nadciągających chorych. Sullivan uśmiechnął się krzywo, wychodząc popierdolcą na przeciw.
- You spin me right round, baby Right round like a record, baby... - zanucił razem z dobywającą się z głośników piosenką, równocześnie dekapitując jedno z szwędów przy użyciu siekiery.

Paul z bezpiecznej odległości obserwował z rosnącym podziwem w oczach, jak dorosły mężczyzna z nonszalancją i lekkością zawodowej baletnicy, zabija kolejnych chorych. Dwóch z padalców zainteresowało się chłopcem i z bulgotem zaczęli zmierzać w jego kierunku. Chłopiec spiął się i zaczął powoli wycofywać.
- Trzymaj dystans i nie daj się zajść od tyłu. - rzucił, wbijając siekierę w kolejne nadgniłe ciało.
- Dystans, tyły...jasne. - powtórzył. Wycofał się jeszcze dalej. Wziął głęboki wdech. Rozpędził się i zrobił wślizg, podcinając jednego z zdechlaków z nóg. Ten z wyciem wyrznął na ziemie. Paul uniósł nad głowę bejsbol i uderzył z całych sił w łeb chorego, a potem kolejny. Zabsorbowany nie widział że drugi z szwędaczy zaczął się niebezpiecznie zbliżać w jego kierunku. Rozległ się wystrzał, który trafił w korpus chorego na którym nie zrobiło to większego wrażenia. Drugi strzał jednak był już celniejszy. Chory z przestrzeloną głową padł bezwładnie na ziemie.
Sullivan wyciągnął siekierę z łba ostatniego zombiaka. Zorientował się że dzieciak patrzył jak oniemiały w kierunku Lucy, która trzymała w rękach jego karabin. Cosiek podszedł bliżej i strzelił w radio, które wydało ostatnio tchnienie i umilkło.
- To moje. - wyrwała z rąk dzieciaka kij bejsbolowy. Posłała w jego stronę nieprzyjemne spojrzenie i odwróciwszy się na pięcie, poszła z powrotem w kierunku domu.
Paul podniósł się z kolan i odwrócił się w kierunku federalnego, który z ponurą miną patrzył za oddalająca się dziewczyną.
- Wow, Czarna Wdowa to ma wejście, co nie? - skomentował z podziwem - I co zdałem? - dopytał, jednak Tony wyminął go bez słowa.
- Teraz to żaden frajerski szwęd  nam nie podskoczy. - zrównał się z dorosłym.


***
Stał oparty o swojego Suva,czekając cierpliwie aż reszta pajaców się załaduje do samochodów. Spasiony bachor z uśmiechem uścisnął sobie rękę z Dakotą i na koniec jeszcze cała trójka smarkulców zasalutowała. Właściwie zdawał się nie zwracać na nich ani na nikogo innego uwagi. Nieobecnym spojrzeniem wpatrywał się gdzieś ponad rozciągające się pola kukurydzy.

It's not time to make a change,
Just relax, take it easy.
You're still young, that's your fault,
There's so much you have to know.
Find a girl, settle down,
If you want you can marry.
Look at me, I am old, but I'm happy.

I was once like you are now, and I know that it's not easy,
To be calm when you've found something going on.
But take your time, think a lot,
Why, think of everything you've got.
For you will still be here tomorrow, but your dreams may not.

***

- ...pogramy jutro w piłkę?
- Nie.
- No weź...wiem że się cykasz że znowu przegrasz, ale... - parsknął.
- Nie. - powtórzył.
- Dlaczego?
Tony zrobił krótką pauzę, by wydmuchnąć dym.
- Bo jutro wyjeżdżamy.

- Wyjeżdżamy? Gdzie? – Paul poderwał się z schodków, jak oparzony.
- Czego mi teraz dopiero kurwa mówisz? – zaczął z podekscytowaniem.
- Nie jestem spakowany, muszę…

- Wyjeżdżamy my, dorośli. Ty zostajesz tutaj. Z resztą bachorów. – wyjaśnił bezwiednym tonem. Dzieciak wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę z wymalowanym na twarzy zaskoczeniem.
- Ale…dlaczego nie mogę jechać z wami? Myślałem że...jesteśmy przyjaciółmi…- Paul wydusił co raz słabszym głosem.
- Tak będzie lepiej. – mruknął, przyglądając się żarzącemu się papierosowi.
- Ty chuju! – Paul cisnął w złości piłkę, która się odbiła od dorosłego.
Tony uniósł głowę, obserwując jak chłopiec zniknął wbiegając w pole kukurydzy.  Westchnął przecierając dłonią czoło.
- Zrozumie. – odezwał się Kenny, który od jakiegoś czasu stał w drzwiach przysłuchując się rozmowie.
Zamknij się. – burknął. Zaciągnął się głęboko, spoglądając ponad horyzont, skąpany w blasku zachodzącego Słońca.

How can I try to explain, when I do he turns away again.
It's always been the same, same old story.
From the moment I could talk I was ordered to listen.
Now there's a way and I know that I have to go away.
I know I have to go.

Paul łkając, uniósł głowę z nad poduszki. Chłopiec przetarł czerwone od płaczu oczy. Przez chwilę zastanawiał się, aż w końcu zerwał się z łóżka i wybiegł z pomieszczenia. Dzieciaki które mijał, odprowadzały go zdziwionymi spojrzeniami. Niektóre coś do niego krzyczały, ale nie słuchał. Biegł przed siebie ile miał tylko sił w nogach. Przekroczył bramę obozu i wypadł na pole kukurydzy. Wysokie badyle uderzały go po twarzy i po nogach, gdy się przez nie przedzierał, ale parł przed siebie.

It's not time to make a change,
Just sit down, take it slowly.
You're still young, that's your fault,
There's so much you have to go through.
Find a girl, settle down,
if you want you can marry.
Look at me, I am old, but I'm happy.
(Son-- Away Away Away, I know I have to
Make this decision alone - no)

Silnik pick-upa zawarczał głośno. Popatrzył za wyjeżdżającym z podjazdu samochodem. Kątem oka zarejestrował Lucy wsiadającą do Suva z drugiej strony. Westchnął i sam usadowił się za kierownicą. Przekręcił kluczyk. Złota Strzała warknęła. Nieśpiesznie wjechał na szutrową dróżkę. Lucy odwróciła się nieznacznie na siedzeniu zerkając to na tyły, to na niego. Spojrzał we wsteczne lusterko. Uśmiechnął się lekko. Wdepnął gaz do dechy. Kurz wzbił się w powietrze. Sylwetka machającego ręką chłopca stawała co raz mniejsza.

All the times that I cried, keeping all the things I knew inside,
It's hard, but it's harder to ignore it.
If they were right, I'd agree, but it's them They know not me.
Now there's a way and I know that I have to go away.
I know I have to go.

Narwaniec

  • Offline
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 263
  • -Otrzymane: 226
  • Autor wątku
  • Rogue Thief Assassin Hunter Bard Monk Pirate
  • Wiadomości: 923
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1839 dnia: 11 Marzec, 2018, 20:52:49 »
W czasie pakowania do dalszej drogi, wyszło na jaw, że Snake zniknął niczym sen jaki złoty, rozpływając się we mgle, która często spowijała jesienne poranki.
Płochliwa blondyneczka, z którą nikomu nie udało się nawiązać żadnego kontaktu, powróciła do obozu dzieciaków, by dalej robić tam za dziwoląga.
Aileen porzucona przez Jednookiego, postanowiła zostać z dzieciakami z obozu i robić im za niańkę i wsparcie psychologiczne.

Uszczuplona grupa spakowała do końca swoje manatki, zapakowała się do samochodów i ruszyła na południe, w kierunku Florydy...

Noctury

  • Offline
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 28
  • -Otrzymane: 195
  • Age: 27
  • Wiadomości: 406
  • Płeć: Kobieta
    • Status GG
    • Zobacz profil
  • Komiks: Nie czytałam
  • Skąd: Mysłowice
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1840 dnia: 17 Marzec, 2018, 16:51:54 »


Droga wiła się spokojnie przez pola, a Morgan patrząc na nią, sama wpadała w rodzaj stagnacji. Może i dobrze, bo ostatnio jej myśli nieustannie szalały. Odejściu Snake'a nie dziwiła się jakoś bardzo, wręcz była zaskoczona że jednooki wytrzymał z nimi tak długo, ale mimo wszystko... W tym samym czasie Aileen stwierdziła że zostanie z dzieciakami, co właściwie w jej stanie miało sens, jednak Morgan zastanawiała się czy jedno z drugim miało coś wspólnego. A jeśli tak to co było pierwsze: jajko czy kura - znaczy czy zniknięcie Snake'a podyktowało decyzję Aileen, czy może na odwrót, albo w ogóle to było jakieś pierdolone kosmiczne połączenie umysłów. Kij im w oko. Próbowała pocieszać się tym, że dzieciarnia przynajmniej nie zostanie całkiem sama, ale i tak miała wrażenie że wszystko można było rozegrać lepiej. Pożegnanie z dzieciakami okazało się trudniejsze do przełknięcia niż jej się wydawało, myślałby kto że gówniarze chcieli ich przerobić na karmę dla zarażonych... Czerwona westchnęła, obserwując krople deszczu leniwie spływające po szybie. Powoli zaczynała się zastanawiać, czy dobrze robią gnając na złamanie karku za czymś, co może być równie prawdziwe jak jednorożce biegające po tęczy, która ukazywała się właśnie nad polami. Wtedy jednak w pick upie coś strzeliło, zupełnie jakby potrącili takiego niewidzialnego jednorożca, po czym autem zaczęło solidnie trząść.
-C-c-co j-j-jest? - Morgan złapała uchwyt przy drzwiach, bo miała wrażenie, że jeszcze chwila tego rodeo i pick up zrzuci ich z siebie... Dakota już zdążył stracić kapelusz, który poleciał gdzieś w pizdu na podłogę auta. Zwierzęce towarzystwo na pace zaczęło gdakać z niezadowoleniem.
-Tego jeszcze brakowało... zatrzymuj ten dyliżans! - krzyknęła do prowadzącego samochód Kenny'ego, który nie szczędził rzucania różnymi paniami lekkich obyczajów. Wąsacz zjechał na pobocze, a samochód wydał z siebie jeszcze parę warknięć i stanął. Czerwona jeszcze chwilę trzymała się uchwytu, mając wrażenie że przed chwilą była na karuzeli, którą ktoś właśnie odłączył z prądu... Szybko jednak wysiadła i zaczęła okrążać nerwowo samochód. Spod maski wydobywała się para. Kurwa. Chciała podnieść klapę, ale ta okazała się być gorąca i Morgan syknęła, cofając rękę.

-Co się stało..? - Josh, który jechał z chłopakami i mamą za pick upem, wyskoczył z chryslera jak tylko się zatrzymali. Właściwie to było durne pytanie, przecież sam widział jak nieszczęsnym samochodem zatrzęsło i wolałby żeby to nie było to, na co wyglądało. Podszedł niepewnie do przodu pick upa.
-Coś się dokumentnie zjebało - postawiła profesjonalną diagnozę Morgan, masując poparzoną rękę. W międzyczasie Kenny zdołał otworzyć maskę posiłkując się łomem i wszystko przysłoniła gęsta biała chmura pary.
-Ojej, wszystko w porządku..? - Jenna z niepokojem podeszła do syna, trzymając się jednak w bezpiecznej odległości od wozu. Pozostałe samochody z ich małego orszaku także zatrzymały się w pobliżu.
-Chłodnica jak nic, może też coś gorszego - oznajmił ponuro blondyn, machając ręką by rozpędzić parę. Rozglądał się uważnie po wnętrzu maski, ale wiedział że dobrze byłoby obejrzeć wszystko na spokojnie, najlepiej na kanale... A w ogóle najlepiej, gdyby nie byli w środku durnej apokalipsy.
-Musiałbym to trochę porozkręcać i... fajnie jakby deszcz nie kapał do środka - stwierdził, przyklękując jeszcze by rzucić okiem na podwozie. Nie widział wycieku z chłodnicy, a to mogło sugerować zepsutą uszczelkę pod głowicą. Naprawdę wolałby, żeby jednak tak nie było.

-Czyli że raczej już nie pojedzie..? - spytała Morgan, która właśnie przyglądała się czy klatkowemu żywcowi nic nie jest.
-Na pewno nie w tym momencie, ale może uda mi się... - zaczął, obawiając się jednak czy będzie w stanie dotrzymać tej obietnicy - Tylko będę potrzebować ładnej chwili. Żeby chociaż mieć trochę płynu do chłodnicy, to może moglibyśmy spróbować podjechać kawałek, ale skąd go wziąć... - stwierdził w końcu.
-A może na tamtej stacji? - Jenna wskazała jakiś niski budynek za krzakami. Strzelała że to stacja, bo widziała wybetonowany podjazd i dystrybutory z benzyną.
-Tam jest stacja? - Josh z niedowierzaniem spojrzał we wskazanym kierunku. Cóż, szczęście w nieszczęściu - No to świetnie, jak tylko uda się nam sprowadzić tam auto to powinienem dać radę...
-W takim razie spróbujmy go przywiązać do innego wozu i doturlać jakoś ten kawałek... O ile mamy jakąś linę. - zasugerowała Morgan. Lina na szczęście się znalazła i po chwili pick up ruszył, przywiązany do chryslera chłopaków. Cała ich wesoła pielgrzymka wtoczyła się ostrożnie na stację, ale dało się wyczuć pewną nerwowość. Byli co prawda na zadupiu, ale to nie oznaczało, że będą tu całkiem sami. Czerwona powoli wyszła z auta, rozglądając się za zagrożeniem i ściskając dla otuchy rękojeść noża. Na razie nikogo ani niczego nie było widać.
-Tam jest jakiś podnośnik i kanał... jakby dało radę przepchnąć tam pick upa, to łatwiej mi będzie zobaczyć co się stało - powiedział Josh niemal szeptem, nerwowo wodząc wzrokiem po stacji. Składała się ona z wybetonowanego parkingu na którym stało kilka samotnych tirów, zadaszonych dystrybutorów z paliwem i długiego płaskiego budynku z przeszklonym przodem.

Narwaniec

  • Offline
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 263
  • -Otrzymane: 226
  • Autor wątku
  • Rogue Thief Assassin Hunter Bard Monk Pirate
  • Wiadomości: 923
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1841 dnia: 22 Marzec, 2018, 17:17:00 »


***

- Przez ciebie znowu musimy się przeprowadzać! - rozeźlony kobiecy głos dobiegający z tyłu samochodu, któremu towarzyszył szelest materiału, trzeszczenie kartonowych pudeł. On sam siedział na przednim siedzeniu zdezelowanego forda i symulował głuchotę. Dyskusje z matką nigdy nie miały sensu, zwłaszcza gdy ma się tylko jedenaście lat i wszystko co się dzieje, to jego wina.
- Ta świętoszkowata kurwa nasłała na mnie opiekę społeczną! Przyszli do mnie do pracy! Bo ty jesteś jakiś niedorozwinięty i stwarzasz same problemy! - głos przeniósł się na przód auta i kobieta wsiadła do środka. Przy olbrzymiej dozie wyobraźni można było się domyślić że są ze sobą spokrewnieni, niestety tona makijażu i lata dewastowania swojego ciała alkoholem, narkotykami i przygodnym seksem, zrobiły swoje. Podejrzewał, że jest bardziej podobny do ojca, ale co z tego, skoro nie wiedział kim jest? Może ona sama nie wiedziała.
W jego stronę spoglądała wykrzywiona furią twarz nałogowej alkoholiczki.
- Czy ty musiałeś być tak głupi i musiałeś wszystko zepsuć? - tak, bo przecież nie miał co robić, tylko demonstrować wszystkim siniaki. W końcu o to była ta cała afera. Bo wuefistka dopatrzyła się czegoś czego widzieć nie powinna. Ale nie zawsze wszystko da się ukryć. Jego matka dawno nauczyła się bić tak żeby nie zostawiać widocznych śladów. Zwykle oszczędzała twarz i kończyny, bo łażenie latem w długich spodniach i bluzach z rękawami, było podejrzane, ale akurat tym razem w szale złości o tym zapomniała...
- Było mnie wyskrobać, albo oddać do bidula - powiedział cicho. - Miałabyś problem z głowy.
- No oczywiście że powinnam, ale życie nie jest takie proste - stara śpiewka. Życie nie jest proste. Tak jakby tego już nie wiedział. Całe życie było pod górkę. - Życie jest drogie, a tak przynajmniej są pieniądze z opieki społecznej... - które naturalnie wydawała na tanie wino i dragi. - A przez ciebie, musimy się wyprowadzić z domu, a najlepiej wyjechać ze stanu... Czy ty w ogóle czasem myślisz ile kosztuje wyrobienie nowych dokumentów?
No tak, przeprowadzka wiązała się zwykle ze zmianą nazwiska, żeby opieka społeczna w nowym miejscu nie mogła się do niczego przyczepić i zostawiła ich w spokoju, gdyby miał zostać zapisany do nowej szkoły.
Samochód ruszył, zostawiając za sobą zakurzone ulice Denver...


***

Otrząsnął się z zamyślenia, gdy drzwi od samochodu trzasnęły i wszyscy jego towarzysze podróży zajęli wygodnie swoje miejsca. Jak zwykle to on robił za kierowcę. Nie specjalnie mu to przeszkadzało. Przynajmniej mógł się oderwać od głupich myśli. Sam nie widział skąd mu się to wzięło. W sumie w obecnej sytuacji, bardziej pasowało to, gdy siedział czasem w samochodzie i robił za szofera, podczas gdy reszta jego towarzystwa zabawiała się w Johna Dilingera.
Opuścili to pozornie spokojnie, sielskie i anielskie miejsce. Robił to bez specjalnego żalu. Jakoś nie bawiło go przebywanie w tym miejscu, mimo, że wyprawy z Sethem uważać można za miłe przygody i dobrą odmianę, po ponurościach ostatnich dni.
Mijany krajobraz jasno dawał im znać, że lato się skończyło. Coraz więcej drzew zaczynało zabarwiać się na żółto i pomarańczowo. Jeszcze nieśmiało, jeszcze delikatnie, ale już widać było, że szykują się powoli do zmian. W ogródkach dostrzegał drzewa owocowe obrośnięte dojrzałymi jabłkami czy gruszkami, ale jakoś nikt nie zamierzał się zatrzymywać i zbierać owoców, tak jakby nie były warte zachodu. Trudno, potem najwyżej, łosie, sarny i dziki będą miały używanie i schleją się w trupa sfermentowanymi spadami.
Oczywiście jak zawsze musiało się coś spierdolić. Po prostu byłoby za miło i za fajnie, gdyby w spokoju i bez cyrków dotarli do kolejnego przystanku.
Tym razem musiał popsuć się samochód. Dobrze, że nie ich, ale całkiem możliwe, że znowu będą musieli szukać kolejnego środka lokomocji. Szlag by to trafił. Los na szczęście okazał się na tyle łaskawy, że stało się to niedaleko stacji benzynowej. Może uda się tam znaleźć jakiś pojazd, albo naprawić pickupa. No i stacja równała się sklepowi. Jeśli nie została rozszabrowana, to mogli tam znaleźć coś dobrego do jedzenia, zrobić znowu trochę zapasów, chociaż nie liczył na żadne cuda.
Zaparkował przy jednym z dystrybutorów, otworzył drzwi i powoli wysiadł z samochodu. Cisza dzwoniła w uszach i jak na razie nic nie wskazywało na to, że ktoś zamierza wyskoczyć zza krzaków, albo zacząć do nich strzelać.
- Głodny jestem. Josh, naprawia samochód, a my na zakupy?
« Ostatnia zmiana: 28 Marzec, 2018, 21:12:22 wysłana przez Narwaniec »

Tortuga

  • Offline
  • Forumowa Maruda
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 808
  • -Otrzymane: 550
  • Wiadomości: 3021
  • Płeć: Kobieta
    • Zobacz profil
  • Komiks: Tylko część
  • Postać: Al Swearengen, Tony Soprano, Walter White, Rust Cohle, Boyd Crowder, Pietro Savastano, Herr Starr, Joker, Harley Quinn i innsze złodupce
  • Skąd: Bat country
  • Spoilery: Tak
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1842 dnia: 23 Marzec, 2018, 23:24:56 »

Doholowano samochód w miejsce wskazane przez Josha. Mechanik przystąpił do naprawy pod czujnym okiem Hawkinsa, który nadzorował pracę mężczyzny, stojąc z boku.
- Moja dziecinka, służyła mi przez dziesięć lat. Dziesięć lat i jedyne co, to parę razy złapana guma. – z sentymentem przywołał na myśl swój wóz.
-  No może jeszcze trza było wyklepać tu i ówdzie, przez jakiegoś pieprzonego jankesa, któremu się wydawało że jest królem szos. Tak, synek, kiedyś to się robiło samochody, a teraz? Dodają jakieś dżipidesy i inne elektroniczne gówno, żeby zamydlić ludziom oczy. Tylko popatrz, kupa złomu, ani centa nie warta. – prychnął z pogardą. Ledwo wyjechali, a już musiało się coś spieprzyć. Tyle szczęścia w nieszczęściu, że natknęli się na tą stację benzynową. Robiąc sobie przerwę w zaglądaniu przez ramię mechanika na jego robotę przy bebechach wozu, obejrzał się na pozostałych.


Logan zbliżył się do przeszklonych drzwi zaglądając do środka minimarketu. Jako że stacja umiejscowiona była na odludnym terenie, asortyment sklepu był praktycznie w stanie nienaruszonym. Apokaliptyczna kopalnia złota, niemalże. Na pierwszy rzut oka, nie zauważył by ktoś lub coś znajdywało się po drugiej stronie przeszklonej ściany, ale pewności nigdy się nie miało. Oderwał się od szyby, gdy tuż za uchem, usłyszał głośne łupnięcie. Szeryf zachowując bezpieczny dystans, obserwował przez chwilę z powściągliwą miną jak Sullivan z zaciekłością walił bejsbolem po szklanych drzwiach wejściowych.
- Wiesz że pewnie jest tu gdzieś inne wejście? - zadał ze spokojem retoryczne pytanie. Federalny zerknął na niego z wściekłym błyskiem w oku.

- Wiem. - burknął w odpowiedzi.
Przewrócił lekko oczami. Z dwojga złego jak już chciał się wyżyć, to lepiej żeby ofiarą były drzwi niż ktoś z nich. Nawet jeśli generowało to spory hałas.

Narwaniec

  • Offline
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 263
  • -Otrzymane: 226
  • Autor wątku
  • Rogue Thief Assassin Hunter Bard Monk Pirate
  • Wiadomości: 923
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1843 dnia: 24 Marzec, 2018, 20:10:03 »


Zasłonił twarz dłonią i pokręcił głową załamany. Agencik z subtelnością szarżującego nosorożca zaczął dobierać się do sklepu. Jeśli w środku byli jacyś sztywni to w tym momencie zostali postawieni w stan gryzącej gotowości. Gorzej jak w środku znajdowali się jacyś powaleni ocalali, jak ci z którymi mieli ostatnio do czynienia. Z dwojga złego wolał sztywnych.
- Trochę głośniej, bo w sąsiednich stanach jeszcze nas nie słyszeli - prychnął, przechodząc obok niego i kowboja. Zaczął obchodzić budynek szukając innej drogi wejścia, drzwi dla personelu, lufciku dla kota... Drzwi dla personelu były również zamknięte na głucho, a w dodatku wydawało mu się, że coś tam wizga i warczy za nimi, więc wolał znaleźć inny sposób na wejście, niż po otwarciu drzwi stanąć oko w oko w głodnym nieboszczykiem. Chwilę później znalazł to czego szukał. Uchylony lufcik dla kota. Akurat taki by mógł się do niego dostać. Kontener ze śmieciami nie stał daleko i dosłownie chwilę zajęło mu podepchnięcie go pod okno. Pozostało tylko wdrapać się na niego, pchnąć lufcik i wleźć do środka. Smród dosłownie urywał nos. Znalazł się centralnie nad kabinami w szatni dla personelu, centralnie nad sztywniakiem który postanowił wykorkować w przybytku dumania. Dobre tyle, że stało się to na skutek pogryzienia - o czym świadczyły ślady dawno zaschniętej krwi wokół kołnierzyka niegdyś białej koszuli - a nie, nadmiernego wydalania, bo pewnie już by umarł od smrodu, chociaż nie wiele mu brakowało. Chociaż poruszał się najciszej jak potrafił, to sztywniak poruszył się i spojrzał na niego ślepiami martwymi jak u zdechłej miesiąc temu ryby. Z resztą możliwe, że nawet tyle od jego dednięcia minęło. Stwór wyciągnął ku niemu ręce radośnie przy tym rzężąc i zaczął się podnosić z wychodka.
- Dzień dobry, sanepid, straż pożarna, tajna agencja do spraw przepustowości kanalizacji, ja tu tylko przelotem, proszę sobie nie przeszkadzać. - dość zgrabnie przeskoczył nad wyciągniętymi rękami do sąsiedniej kabiny. - Nie dziękuję, nie mam ochoty na pieszczoty w kabinie, zwłaszcza z taką zakazaną morda jak pańska - paździerzowa płyta oddzielająca kible drgnęła, gdy sztywniak rzucił się na nią. Wyszedł z kabiny, dziękując losowi za to, że koleś przed śmiercią zamknął się w swojej i teraz nie mógł z niej wyjść, ale jak tak dalej będzie się ciskał, to w końcu drzwi wyważy. Lepiej nie czekać aż to zrobi.
Ile sił w trampkach wypadł z łazienki i znalazł się w ciemnej szatni.
- No to jestem w dupie - mruknął tak cicho, że ledwo sam siebie usłyszał, po czym zaczął na palcach przemykać się w kierunku bladej poświaty przy samej podłodze. Miał nadzieję, że będą to drzwi i to drzwi nie zaryglowane. Taki rympał. Oczywiście, że były zaryglowane, zapewne przez tych którzy postanowili się tu schronić przed szwędami, a to znaczyło, że pewnie poza gościem z toalety było ich tu kilka skrytych w ciemności. Ciemność nagle przestała być niegroźna, zdawała się na niego napierać. Nacisnął ponownie klamkę, macał w poszukiwaniu klucza w drzwiach, ale pewnie miał je... Cichy wizg, gdzieś z ciemności, gdzieś z pomiędzy szafek... Sięgnął do kieszeni po swoje wytrychy. Łapy trzęsły mu się jak w delirce, a ku niemu coraz bardziej zbliżały się kroki.
- Kurwa, kurwa, kurwa, kurwa... - po zdawałoby się całych wiekach, otworzył drzwi i wypadł na oświetlony tylko światłem z zewnątrz, sklep. Trupol wylazł za nim i wyciągnął ku niemu ręce. Tym razem była to długowłosa kobieta.
- Spierdalaj ode mnie pokrako wyszczerzona. Twojemu kumplowi odmówiłem, ciebie też nie chcę - chwycił to co miał pod ręką, a była to plastikowa skrzynka na pieczywo i zaczął kobietę okładać po głowie, co za wiele nie dawało. Cofając się, w końcu natrafił na półkę z sokami i napojami, skąd chwycił galonową butlę z sokiem wiśniowym i z rozmachem przywalił sztywniakowi. Truposz rozpłaszczył się na ziemi i po kilku kolejnych rozpaczliwych ciosach butelką, znieruchomiał definitywnie. Baniak niestety też tego starcia nie wytrzymał i jego zawartość rozlała się wokół ciała, zdobiła także jego buty i spodnie, podejrzewał też, że także bluzę i twarz.
Brzęk tłuczonego szkła, obwieścił, że agencik i spółka dostali się do środka. Ruszył zatem w stronę drzwi.
- No i... co... wam to tyle... zajęło? Korzenie można... zapuścić... - wysapał.
« Ostatnia zmiana: 24 Marzec, 2018, 20:19:21 wysłana przez Narwaniec »

Tortuga

  • Offline
  • Forumowa Maruda
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 808
  • -Otrzymane: 550
  • Wiadomości: 3021
  • Płeć: Kobieta
    • Zobacz profil
  • Komiks: Tylko część
  • Postać: Al Swearengen, Tony Soprano, Walter White, Rust Cohle, Boyd Crowder, Pietro Savastano, Herr Starr, Joker, Harley Quinn i innsze złodupce
  • Skąd: Bat country
  • Spoilery: Tak
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1844 dnia: 24 Marzec, 2018, 21:05:35 »


Przy akompaniamencie tłuczonego szkła, weszli do budynku. Sullivan przystanął i rozejrzał się jakby wypatrywał kogoś, komu można by było przylać bejsbolem. Akuratnie pojawił się rudzielec, który najwyraźniej wszedł tutaj jakimś bocznym wejściem. Otaksował chłopaka, który był umazany niemal od stóp do głów, czymś czerwonym. Nie wyglądało na krew.
- Jacyś żywi albo martwi? - zapytał.
« Ostatnia zmiana: 24 Marzec, 2018, 21:09:15 wysłana przez Tortuga »