Ankieta

Które postacie najbardziej lubisz? (5 głosów z możliwością zmiany) NIE BĄDŹ PAJACEM, ZOSTAW KOMENTARZ :sully: : Nie masz uprawnień do wyswietlania linków na tym forum. Załóż konto lub Zaloguj się

Kenny Hawkins
33 (18.6%)
Sullivan
25 (14.1%)
Lucy
19 (10.7%)
Morgan Smith
31 (17.5%)
Josh
12 (6.8%)
Seth
14 (7.9%)
Młody
21 (11.9%)
Henry
11 (6.2%)
Dakota
11 (6.2%)
Kevin
0 (0%)

Głosów w sumie: 57

Autor Wątek: Żywe Trupy - Apokalipsa  (Przeczytany 229659 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Noctury

  • Online
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 28
  • -Otrzymane: 195
  • Age: 26
  • Wiadomości: 401
  • Płeć: Kobieta
    • Status GG
    • Zobacz profil
  • Komiks: Nie czytałam
  • Skąd: Mysłowice
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1860 dnia: 27 Kwiecień, 2018, 19:34:06 »


-Nie proponował ci jeszcze oglądania małych kotków w piwnicy, to chyba nie będzie tak źle. A jak sam mu się rzucałeś w objęcia, to różnie mogło być - Morgan także udała się w okolice zaplecza. Faktycznie ciemno tam było jak u murzyna po czwartej kawie, dlatego zwróciła się do Kowboja i Sully'ego, który niczym Tango i Cash węszyli już wokół:
-Macie jakieś latarki prawda? Bo prędzej potkniemy się o księdza niż go zobaczymy... - zasugerowała. Dakota jak na komendę zaprezentował małą latarkę i poświecił nią przed siebie. Sully w zasadzie podobnie, z tym że zaświecił Morgan prosto w oczy.
-Dobra, zrozumiałam, mamy światło, świetnie - Czerwona zmrużyła oczy przed snopem światła, pokazała środkowy palec jako wyraz dogłębnej przyjaźni dla Sullivana, i ruszyła przed siebie. Całe zaplecze było w stanie permanentnego bajzlu, więc co rusz ktoś w coś kopał lub się o coś potykał. Jak wiadomo piszczel została ewolucyjnie przystosowana do znajdowania przedmiotów w ciemnościach... Kartony, porozrzucane opakowania i poprzesuwane dziwnie półki nie pomagały w nawigacji. Wkrótce jednak Morgan natrafiła na coś, co tłumaczyło ten ogólny rozpierdol. Najpierw wdepnęła w coś mokrego, potem poczuła odór.
-Mógłby któryś tu poświecić? - wskazała kąt przed sobą. Gdy panowie oświetlili ten fragment podłogi, ich oczom ukazał się kolejny klient stacji, a raczej to co z niego pozostało. Napis na jego koszulce głosił "don't worry, be happy" i faktycznie gość nie miał już żadnych zmartwień, bo jego głowa już nie istniała. Czerwony kleks na ścianie dawał pojęcie jak do tego doszło.
-Idziemy w dobrą stronę, księżulek tu był - stwierdziła, ostrożnie podchodząc bliżej, nawet jeśli wolałaby tego nie robić. Prawo Murphy'ego było jednak nieubłagane i zdążyła potknąć się o coś, uwalając sobie kolano w kałuży krwi.
-Ja pierdolę, co to za w dupę głaskany... - kopnęła ze złością w kawałek wybrzuszonej wykładziny, o który zawadziła nogą. Powodem wybrzuszenia okazał się mały, ale solidnie wyglądający uchwyt. No proszę... Morgan niewiele myśląc chwyciła za niego. Ręki jej nie odgryzł, rozlecieć się nie rozleciał, zatem zostało tylko sprawdzić czy pociągnięcie go coś da. Ukryta klapa w podłodze otworzyła się z cichutkim szczękiem, wskazującym na to że ktoś ją jednak oliwił. Widać było zarys kilku kamiennych schodów, reszta znikała w mroku.
-Chyba jednak zobaczymy te kotki w piwnicy... Nie ma rady - westchnęła, próbując dojrzeć cokolwiek w ciemnej plamie na końcu schodów. Ekipa poszukiwawcza chcąc nie chcąc powoli ruszyła w dół, z Sullivanem na początku i Dakotą zamykającym procesję, by najlepiej wykorzystać latarki. Pachniało lekką stęchlizną i pleśnią, ale na razie nie było widać niczego pojebanego. Schody były w niektórych miejscach nadkruszone i w pewnym momencie Morgan trafiła glanem w luźniejszy kawałek, który ustąpił pod naciskiem.
-Szlag..! - syknęła, zatrzymując się gwałtownie, by złapać równowagę. Paskudne uczucie, jakby nie trafić nogą w schodek, ale udało jej się nie wywalić. Na jakąś sekundę, bo idący za nią Kowboj chyba nie ogarnął tak gwałtownego stopu i wpadł na nią, samemu się potykając. Potem efekt domina rozkręcił się na całego: Dakota z Czerwoną wlecieli na Młodego, a cała trójka na Agencika. Łubudu, jebudu i cała ostrożna wyprawa poszła się jebać. Upadli u podnóża schodów, leżąc w dziwnych pozycjach.

-To wy..? - znikąd pojawił się Ksiądz, celując w nich strzelbą. Wyglądało na to, że nie dowierzał jak taka zbieranina łamag dożyła aż do teraz.
-Na Matkę Boską Bolesną, co wy wyprawiacie?!

-Na razie głównie leżymy - jęknęła Morgan, czując już tworzące się siniaki na tyłku. Kamienne schody były jednak twarde jak skurwysyn - Logan, mógłbyś zabrać tę nogę..?
-Doprawdy... Po co tu schodziliście? Mówiłem że zajmę się czym trzeba, a potem do was wrócę - klecha pokręcił głową i odłożył broń. Teraz miał przewieszony przez ramię pasek z różnymi buteleczkami. Sam także przyświecał sobie latarką, niemniej jego była sporą halogenówką i dawała sporo światła. Dopiero dzięki niej można było dostrzec że piwnica jest całkiem spora, a od pomieszczenia przy schodach odchodziły drzwi do innych. Stała tu jedna duża półka zawierająca różne graty, piec elektryczny i wiele skrzynek leżących jedna na drugiej. Na ścianie zaś wisiała wielka mapa Stanów Zjednoczonych, okraszona wieloma kolorowymi kropkami, znakami i karteczkami zapisanymi drobnym, precyzyjnym pismem. Ksiądz przyglądał się karcąco jak grupka powoli rozplątuje się i wstaje.
-Ojciec nam zniknął, no to woleliśmy się upewnić czy wszystko w porządku... Ale... co to właściwie za miejsce? - Czerwona nie zważając na nic masowała obolałą kość ogonową, wpatrując się w pokreśloną mapę. Co tu się...
-Bezpieczne - wyjaśnił krótko duchowny, wciąż nieco naburmuszony - Dlatego co jakiś czas tu wracam, nie ma tu wiele cennego dla zwykłych szabrowników, za to dla mnie... - odwrócił się na pięcie, chcąc się wycofać.
-Chwila..! A co jest tutaj zaznaczone? - Morgan wskazała na mapę. Ksiądz wbił wzrok w notatki, jakby sam się nad nimi zastanawiał. Czerwona już myślała, że jej nie odpowie, ale wreszcie stwierdził:
- Wszystko co wiem, albo co wydaje mi się, że wiem. - duchowny używając strzelby jako wskaźnika zaczął wyjaśniać -Na czerwono są zamalowane gniazda demonów, które widziałem na własne oczy. Daty obok oznaczają kiedy je ostatnio oczyszczałem. Na zielono mam zaznaczone potencjalnie najkrótsze drogi do kolejnych schronów, są przypięte pinezkami. Kolejnymi kolorami ważniejsze punkty obserwacyjne, potencjalne magazyny z dobrami, et cetera. Na czarno przypuszczalne kierunki rozprzestrzeniania się plugastwa, wraz z rządowymi placówkami odpowiedzialnymi za to. To w dużej mierze domysły, ale jak na razie się sprawdzają - zakończył wypowiedź ze smutkiem, jakby nie chciał mieć racji.
-Zaraz, rząd ma z tym coś wspólnego? Skąd takie informacje? - Morgan coraz mniej z tego rozumiała.
- Zostało to przewidziane już dawno w mowie i piśmie, ale nikt nie zwracał na to uwagi. Jednakże teraz prawda wyszła na jaw. Rządzący światem ulegli pokusie i w swym zaślepieniu otwarli bramy piekielne. Gdybym tylko mógł im otworzyć oczy wcześniej... - Ksiądz pogrążył się na moment w zadumie, szybko jednak się otrząsnął.
- Wybaczcie mi na chwilę. Tylko... nie chodźcie już nigdzie, proszę - powiedział z ojcowskim manieryzmem i zniknął w jednym z pomieszczeń, ale dało się słyszeć jak szuka czegoś otwierając różne szafki czy też pojemniki.

-Aha. Rząd otworzył bramy piekielne. O czym on mówi? I dlaczego to nie wydaje mi się najdziwniejszym możliwym wytłumaczeniem tego, co się ostatnio odpierdala?

Tortuga

  • Offline
  • Forumowa Maruda
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 800
  • -Otrzymane: 544
  • Wiadomości: 3002
  • Płeć: Kobieta
    • Zobacz profil
  • Komiks: Tylko część
  • Postać: Al Swearengen, Tony Soprano, Walter White, Rust Cohle, Boyd Crowder, Pietro Savastano, Herr Starr, Joker, Harley Quinn i innsze złodupce
  • Skąd: Bat country
  • Spoilery: Tak
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1861 dnia: 28 Kwiecień, 2018, 00:08:41 »


Gdy już dołączyła do nich Morgan w towarzystwie Tylera ruszyli w głąb zaplecza. Poruszali się powoli w nikłych światłach latarek, po zagraconych pomieszczeniach. Szeryf w wolnej dłoni trzymał jeden ze swoich rewolwerów, gotowy na ewentualny atak chorych, którzy mogli czaić się wśród ciemności. Na szczęście dla nich jedyny egzemplarz na jaki się natknęli był już martwy.
Błądzili by dalej w niemal całkowitych ciemnościach, gdyby nie przypadkowe odkrycie dokonane przez rezolutną punkówę. Zmarszczył brwi z podejrzliwością przyświeciwszy na zamkniętą, metalową klapę w podłodze,  która się ukazała po usunięciu wykładziny. Zapewne pod nimi musiały się znajdować jakieś piwnice. Nim zdążył zaprotestować i zalecić ostrożność, Morgan najwyraźniej bez większego namysłu, pociągnęła za uchwyt. Cała czwórka spoglądała w czarną jak smoła otchłań podziemi budynku.  Logan w skupieniu nasłuchiwał charakterystycznych pomruków i warczeń, jednak z czeluści piwnicznych odzywała się głucha cisza.

- Chyba jednak zobaczymy te kotki w piwnicy... Nie ma rady. - skomentowała Morgan. Logan spojrzał na Tony'ego.
- Już nie sraj w gacie, pójdę pierwszy. – powiedział uszczypliwie Sullivan.
- Mam tylko nadzieje że nie będzie jak w Martwym Źle, bo wtedy to ja się sfajdam. – dorzucił, odbezpieczając colta Dakoty. Przyświecając sobie drogę latarką, Tony powoli zaczął schodzić po kamiennych stopniach.
Z związku z swoimi doświadczeniami szczególnie nie przepadał za piwnicami. Nie żeby budziły w nim lęk. Bardziej dyskomfort. Wzmagał się tym bardziej że nie mieli Czarnucha, który według niepiśmiennej zasady zawsze w takich sytuacjach ginął pierwszy. Powoli pokonywał kolejne stopnie skoncentrowany i przygotowany na popierdolców lub Jezusika, który mógł zaszczyć się tam żeby urządzić im jebany Blair Witch Project.
Nagle jakaś niewidzialna siła pchnęła go z impetem do przodu. W sekundę później leżał na zimnej posadzce. Już miał na końcu języka jedno, uniwersalne słowo idealne na tego typu sytuacje, gdy przerwał mu czyś głos. Uniósł lekko głowę i zobaczył lśniącą lufę Remingtona, a na jej końcu Jezusika.


- Logan, mógłbyś zabrać tę nogę..?
Cole w pierwszej chwili oszołomiony, obdarzył Morgan pytającym spojrzeniem.
- Wybacz. – burknął, reflektując się szybko, że rzeczona noga faktycznie znajdowała się niefortunnie na ramieniu leżącej dziewczyny.

- I przy okazji swoje jebane dupsko!- dodał mocno rozjuszony Sullivan. Tutaj już niespiesznie przeszedł w siadł. Przynajmniej miał miękkie lądowanie. Rozejrzał się energicznie w około i lokalizując zgubę, podniósł kapelusz i założył go z powrotem na swoje miejsce.
- Ja pierdolę… - warknął, gdy przygniatający go ciężar w postaci Dakoty pozwolił mu w końcu stanąć na równe nogi. Równocześnie podniósł również z ziemi rewolwer, który na szczęcie upadł nie daleko. Jeszcze większym szczęściem było to, że broń nie wystrzeliła. Jebane pajace, przez ich durnote by jeszcze zginął jak ostatni idiota. Jakimś cudem też nie skręcił karku, niczego nie złamał, nie wybił zębów, nie rozjebał łba ani nawet ryja. Co najwyżej tylko groziły mu siniaki i stłuczenia. Z nie zadowoleniem stwierdził, że pajace również wyszły z upadku bez większego szwanku.
Tony skoncentrował swoją uwagę na Jezusiku, który właśnie opowiadał jakieś kocpoły. Oglądał pomieszczenie od niechcenia słuchając klechy.


Logan uważanie wysłuchał kaznodziei, który nie do końca ucieszył się ich niezapowiedzianą „wizytą”. Szeryf jednak nie przywiązywał zbyt dużej wagi do tego. Liczyły się dla niego głównie informacje w jakich posiadaniu był jeszcze ksiądz. Logan zbliżył się do wiszącej na ścianie mapy, przyglądając jej się z uwagą. Nie drgnął nawet, gdy duchowny zniknął w innym pomieszczeniu hałasując. Z rozsianych po mapie kolorowych kropek można było wysnuć, że Ksiądz był już tu i ówdzie. Głównie jednak poruszał się po południowej części stanów. Logan zlokalizował ich obecne położenie na mapie. Na tym obszarze było postawionych kilka czerwonych kropek położonych od siebie w niewielkiej odległości. Powiódł wzrokiem na prawo. Na obszarze Florydy nie było żadnych oznaczeń.
- Aha. Rząd otworzył bramy piekielne. O czym on mówi? I dlaczego to nie wydaje mi się najdziwniejszym możliwym wytłumaczeniem tego, co się ostatnio odpierdala?
- Kolejny świr, któremu się popierdoliło w łebie od teorii spiskowych, ot co. „Wszystkiemu winien jest Rząd”, typowe, bajka stara jak Świat. Zaraz nam zacznie opowiadać o jebanym UFO i pierdolonych jaszczurach z kosmosu, które chcą przejąć władzę nad Światem. – skwitował z typowym dla siebie zgryźliwym tonem.
« Ostatnia zmiana: 28 Kwiecień, 2018, 00:27:17 wysłana przez Tortuga »

Narwaniec

  • Offline
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 244
  • -Otrzymane: 211
  • Autor wątku
  • Nicość jest okej, jeśli się przyzwyczaisz
  • Wiadomości: 889
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1862 dnia: 14 Maj, 2018, 23:32:27 »


Wędrowali ciemnym zapleczem, potykając się o własne i cudze nogi. Przypominało to jakąś grę z gatunku straszących. Czuł normalnie całym sobą, że zaraz coś im wyskoczy zza ściany i zacznie wyć, chrzęścić i wymachiwać odnóżami, kłapać zębami i próbować ich pożreć bez popitki.
- A ja się nie dam zjeść, a ja się nie dam zjeść... - mruczał pod nosem, próbując sobie dodać otuchy. Przygoda może i fajna, ale w obecnej sytuacji, przyprawiała go o ciarki i palpitację. Wysiłkiem woli zmusił się do głębokiego oddychania, inaczej zacząłby tu im schizować i atak murowany.
Jakby atrakcji było mało, Morgan znalazła uchwyt przyczepiony na zawsze i nierozerwalnie z klapą w podłodze. I oczywiście postanowiła ją otworzyć. Oczywiście postanowili tam zejść, bo jakże by inaczej. Zajrzał w głąb czarnego otworu.
- Raz, dwa, trzy... pierwszy po schodach zjebiesz sięęęęę... - nie zdążył dokończyć, bo zgodnie ze swoją wyliczanką, wszyscy malowniczo spierdolili się na dół. Szczęściem, że niczego sobie nie połamali - zwłaszcza karków.
Teraz zrobiło się jeszcze ciekawiej. Jakieś pierdzielone, zatęchłe lochy, w których zwykle roi się od szczurów, zboczeńców i wszelkiej maści psycholi, obdzierających ze skóry bogu ducha winnych ludzi. Na szczęście jedynym psycholem tutaj okazał się być Księżulek we własnej jakże podobnej do tej melepety Silasa i nomen omen Księdza postaci.
Księżulek po wygłoszeniu kazania, postanowił ich zanudzić teoriami spiskowymi, więc słuchał tego piąte przez dziesiąte, para piętnaste. Chociaż główny sens słów do niego i tak dotarł. Koleś nie dość, że wierzył w jakieś spiski, to jeszcze był równie nawiedzony jak albinos.
- Ty żeś się kurna za bardzo zapatrzył na Księdza i Kod Da Vinci - mruknął kiwając się na piętach, przyglądając się jak mężczyzna grzebie w jakiś fantach. Podreptał za nim, chcąc go obserwować zgodnie z planem, czy aby przypadkiem nie zechce ich skrytobójczo wykończyć jakąś puszką konserw, albo farbą w sprayu. Niestety tryb skradania diabli wzięli, bo wygrała jego gadatliwość. - Tylko tamci nie byli nawet w połowie tak nawiedzeni jak ty. Nikt ci nie proponował elektrowstrząsów? A może koloratka cię ciutkę za bardzo ciśnie? Albo kolczatkowa włosiennica? Albo batożenie się? Albo jakieś grzybki? Wiem, za dużo przebywasz w tej piwnicy i wdychasz te stęchlizny, grzyby i jakieś szczurze siuśki - pokiwał głową. - Powinieneś wyjść na powierzchnię i się przewietrzyć. Może nie jest tam najbezpieczniej, ale zdecydowanie fajniej niż w tych twoich pseudo lochach. Porządne lochy, czy katakumby powinny znajdować się pod katedrą, opactwem ew. zamkiem, a nie stacją benzynową na środku zadupia. Wierz mi, znam się na tym.

« Ostatnia zmiana: Wczoraj o 00:19:16 wysłana przez Narwaniec »

Noctury

  • Online
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 28
  • -Otrzymane: 195
  • Age: 26
  • Wiadomości: 401
  • Płeć: Kobieta
    • Status GG
    • Zobacz profil
  • Komiks: Nie czytałam
  • Skąd: Mysłowice
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1863 dnia: 20 Maj, 2018, 17:25:53 »


-Możecie się śmiać, przyzwyczaiłem się do tego - Ksiądz popatrzył na rudzielca nieco smutno. Nie wydawał się specjalnie zdziwiony taką a nie inną reakcją, jakby słyszał podobne rzeczy codziennie. Wygrzebał wreszcie ze skrzynki snajperkę i amunicję do niej, po czym niespiesznie sprawdził zamek bębna. Szczęknął satysfakcjonująco, więc broń nadal była sprawna, choć nieco już zakurzona. Zadowolony zabrał ze sobą także jakieś race i zamknął skrzynię na kłódkę.
-Bardzo to wszystko ciekawe i w ogóle - wtrąciła się Morgan - A czy inne "schrony" też ojciec odwiedza regularnie? Bo patrząc po trasie mieliśmy więcej okazji żeby się... hmn, poznać - spytała, nie tracąc nadziei że mimo wariactwa może chociaż dowiedzą się o jakiś bezpiecznych miejscach, albo o tych gdzie lepiej nie łazić. Taka wiedza zawsze mogła się przydać, nawet jeśli klecha nie był na Florydzie.
-Ostatnimi czasy rzadziej, prawda. Ale gniazda stają się coraz bardziej rozproszone i zamiast kilku dużych powstają liczne mniejsze. Niewątpliwie zaraza się rozprzestrzenia. Kiedyś takie azazele były tylko tutaj, a belzebuby z kolei tylko w pobliżu rzeki, ale teraz... - duchowny gładko załadował snajperkę.
-To niby dlatego nigdy nie widzieliśmy takich..? I aż się boję spytać co to za beboki te drugie...
-Cokolwiek nie powiem, i tak mi nie uwierzycie, póki nie zobaczycie tego na własne oczy. Znak czasów, że wszyscy jesteśmy niewiernymi Tomaszami i widzimy prawdę dopiero gdy wsadzimy własne dłonie w krwawiące rany - Ksiądz wydawał się już lekko poirytowany podśmiechujkami w jego stronę, nawet jeśli słyszał je zapewne na każdym kroku. Szybko się jednak zreflektował:
-Wybaczcie mi to uniesienie... To ze zmęczenia.

-Dobra, zagrajmy w otwarte bierki - Morgan podniosła ręce do góry w geście pojednania - Faktem jest, że to co ojciec gada brzmi mało wiarygodnie... a w zasadzie zupełnie z czapy, ale jakby mi ktoś parę miesięcy temu powiedział co się będzie działo, to też dałabym wizytówkę najbliższego zakładu zamkniętego. Mniejsza już o to, czy się zgadzamy w kwestii przyczyn, bo stanęliśmy przed faktem dokonanym: mamy łapska w Chrystusowym boku i tak dalej... A skoro tak, to wszystkie praktyczne rady są na wagę złota.
-Błogosławieni którzy nie widzieli a uwierzyli... ale rozumiem. I tak dobrze, bo już widziałem takich co widzieli a i tak nie uwierzyli - westchnął klecha. Zabrał z półki podniszczony zeszyt w twardej oprawce i podał dziewczynie.
-Mam kilka kopii, ale postarajcie się nie zniszczyć.

-Eee, dzięki - Morgan otwarła podarek. Zeszyt był zapisany drobnym, prostym pismem, które było równie czytelne jak druk. Na stronach znajdowały się narysowane tuszem sylwetki poszczególnych chorych wraz z komentarzem. Przypominało to nieco dziennik dziewiętnastowiecznego badacza przyrody, do kompletu z mnóstwem odnośników do miejsc, sekcji z mocnymi i słabymi stronami danego "gatunku" i proponowanymi strategiami radzenia sobie z tym typem. Na końcu były nawet jakieś modlitwy. Przy "azazelach" stało jak byk "szybkie ale delikatne, strzał w dowolną część ciała gdy są w ruchu powoduje wytrącenie z równowagi". Cóż, nawet jak wariat, to zorganizowany wariat...
-Sami zdecydujcie co zrobicie. Ja muszę się przygotować na belzebuby, więc będę na dachu - rzucił na odchodne i zaczął się wspinać po schodach. Na wszelki wypadek zostawił jednak lampkę oświetlającą schody, jakby nie będąc pewnym możliwości motorycznych gości.
-A co to do cholery są te belzebuby... - Czerwona przerzuciła kilka kartek, aż natrafiła na przyjemniaczka opisanego tą nazwą.
-Świetnie. Jak wierzyć wielkiej księdze wiedzy szwędów, te skurwysyny plują gorącym kwasem. Na parę metrów... Nie chcę wiedzieć co się dzieje jak taki kwas pierdolnie w benzynę.

***
Josh zdołał już znaleźć płyn do chłodnicy i parę innych pierdółek, ale kręcił się jeszcze po terenie stacji. Nie bardzo wiedział co ze sobą zrobić, poza czekaniem na tych którzy poszli szukać księdza. Że też ze musieli trafić akurat na księdza..! To już nawet nie był ironiczny śmiech losu, tylko regularny trolling. Mechanik odłożył rzeczy do samochodu i zauważył Setha, również rozglądającego się po okolicy. On przynajmniej wyglądał jakby wiedział co robi... Josh wziął głęboki oddech. Chciał się ogarnąć, więc powinien wykorzystywać każdą okazję, żeby się poprawić... Nawet jeśli nie miał na to specjalnej ochoty. Zabrał ze sobą strzelbę (bardziej dla otuchy) i podszedł do Setha.
-Tak pomyślałem... Może jakiś rekonesans dookoła? Tak w ramach szkolenia, czy jak to nazwać...

Tortuga

  • Offline
  • Forumowa Maruda
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 800
  • -Otrzymane: 544
  • Wiadomości: 3002
  • Płeć: Kobieta
    • Zobacz profil
  • Komiks: Tylko część
  • Postać: Al Swearengen, Tony Soprano, Walter White, Rust Cohle, Boyd Crowder, Pietro Savastano, Herr Starr, Joker, Harley Quinn i innsze złodupce
  • Skąd: Bat country
  • Spoilery: Tak
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1864 dnia: Wczoraj o 19:16:58 »


- Świetnie. Jak wierzyć wielkiej księdze wiedzy szwędów, te skurwysyny plują gorącym kwasem. Na parę metrów... Nie chcę wiedzieć co się dzieje jak taki kwas pierdolnie w benzynę.
Logan miał jeszcze co prawda kilka pytań do duchownego, ale postanowił nie naciskać zbytnio. Właściwie dowiedzieli się już całkiem sporo.
- Mogę? – zwrócił się do Morgan, która skończyła wertować pobieżnie notatnik Księdza. Jego zawartość była cennym źródłem informacji o potencjalnych zagrożeniach na jakie mogli się natknąć.
- Przynajmniej jeśli wierzyć temu co tu jest napisane, to nie są trudne do zabicia…- mruknął, studiując zapiski. Zamknął „księgę.”
- Chyba na razie tyle powinno nas zadowolić. - Logan był co raz bardziej zaniepokojony faktem, że sprawy tak się skomplikowały.


***
Lucy odprowadziła wzorkiem Morgan i Tylera, którzy zniknęli za drzwiami zaplecza, gdzie wcześniej udali się Tony z Loganem. Przez krótką chwilę wahała się czy nie iść z nimi, ale ostatecznie zaniechała tego pomysłu. Doszła do niezbyt przychylnego dla siebie wniosku, że na wiele by się im tam nie przydała.  Już i tak źle się czuła z tym, że ta straszna babcia by ją zeżarła, gdyby nie Logan (któremu swoją drogą chyba powinna podziękować, może jakiś mały prezent…trzeba będzie się za czymś rozejrzeć). Do tych „zwykłych” potworków już zdążyła w pewien sposób przywyknąć. Nawet zdarzyło jej się jednego czy dwóch samodzielnie załatwić. Jednak wizja spotykania takich jak ta babcia, napawała ją strachem. Ale kto by się tego spodziewał? Nie potrafiła się sama obronić, to powinna chociaż opanować do perfekcji taktykę ucieczki. Tyle że ucieczkę w pewnym stopniu utrudniało bycie na wpół ślepą i kulawą. Choć kolano już tak nie dokuczało, to nadal utykała na jedną nogę. Jednak była świadoma, że ta rana się zagoi i znów będzie w stanie normalnie chodzić.
Za to patrzenie na Świat jednym okiem, wprawiało Lucy w niemały dyskomfort. Myśl że tak już będzie na zawsze nie tyle potęgowała frustracje, ale gdy nad tym rozmyślała wpędzało ją to w uczucie paniki jakiego doznaje się w sytuacji bez wyjścia.
Spoglądając na pozostałych, którzy kręcili po markecie, wygrzebała z kieszeni paczkę papierosów. Zaciągnęła się mocno, wypuszczając ustami gęsty obłoczek dymu. Uh,musiała wyglądać teraz jak Snake… - przemknęło jej przez myśl. On sobie z tym radził, to ona też musi. Może dlatego tyle palił…Z rozżaleniem stwierdziła że człowiek, który był w stanie w pełni zrozumieć jej sytuacje, odszedł bez słowa pożegnania. Przynajmniej nie skończył jak inni…
Lucy od niechcenia odwróciła głowę w kierunku okna. Przez szaro-bure niebo, nie przedzierał się ani jeden promyk Słońca. Deszcz zelżał, zmieniając się w mżawkę. Okolice zaczęła spowijać wilgotna mgła. Taka szaruga na zewnątrz sprzyjała nastrojowi przygnębienia. Lucy zmarszczyła brwi mrużąc oko, gdy dostrzegła niewyraźną sylwetkę w oddali, która stała nieruchomo w oparach unoszącej się mgły, niczym Buka z Muminków. Tyle że ta postać była znacznie mniejszych gabarytów i miała bardziej ludzki kształt. Niemniej, wywołała porównywalne ciarki do postrachu dzieciństwa tak wielu. Lucy z niepokojem rozejrzała się i powoli wstała od stolika. Szuranie krzesła o posadzkę, zwróciło uwagę pałaszującego Ragdolla, który uniósł swój puchaty łebek znad miski z jakby pytającym wyrazem pyszczka.
Lucy ostrożnie zbliżyła się do szyby, obserwując nieruchomą postać, która zdawała się patrzeć w jej stronę. W napięciu przez dłuższą chwilę przyglądała się tej sylwetce, które zjawiła się znikąd. Obejrzała się przez ramię, ponowie spoglądając w kierunku pozostałych. Chyba powinna im powiedzieć że ktoś jest na zewnątrz. Może potrzebuje pomocy? Głośne plaśnięcie, sprawiło że odwróciła głowę z powrotem w kierunku szyby. Odskoczyła od niej z wzdrygnięciem, gdy na szybie pojawiła się zielonkawa, gęsta plama, wyglądająca jak wielki glut z nosa. Obrzydliwa maź w zetknięciu z szybą przeżarła szkło, czego efektem była powstanie powiększającej się dziury.
Zmieszana Lucy zorientowała się, że dziwnej postaci nie było już w miejscu w którym stała do tej pory. Zaczęła obserwować otoczenie stacji benzynowej z przyspieszonym biciem serca, wypatrując nieznajomego. Znienacka rozległo się kolejne pacnięcie i na widok kolejnego „gluta”, który pojawił się na sąsiedniej szybie, Lucy wydała z siebie krótki pisk przerażenia.

- Ki chuj znowu…? – Kenny zaalarmowany dziewczęcym kwikiem, oderwał się od plądrowania konserw i ruszył żwawym krokiem w kierunku wejścia do sklepu, gdzie znajdywała się Lucy.
- Kenny na zewnątrz jest… - zaczęła ze strachem na widok harleyowca jednak umilkła, widząc że ten wpatrywał się w coś z wymalowanym na twarzy zaskoczeniem:
- Co to za kolejne cholerstwo?! – Hawinks przystanął przy szybie, by lepiej przyjrzeć się Gangreniakowi, który wyskoczył na maskę chryslera. Wyglądał nietypowo bardziej gangreniakowato niż zwykle, gangreniaki wyglądały. Ten zdawał się być jeszcze bardziej paskudny i parchaty. Pokraka stała na lekko zgiętych nogach przyglądając im się groźnie. Nagle plunęła na szybę jakąś flegmową substancją, co ku zaskoczeniu Kenny’ego w zetknięciu z szybą zadziałało jak coś w rodzaju kwasu.
- Odsuń się! – odruchowo zrobił krok w tył, osłaniając ręką, stojącą tuż za nim Lucy. Plugawiec ocharkał szyby jeszcze w kilku miejscach, skacząc przy tym po stojących na podjeździe samochodach.

- Chyba tutaj nie wejdzie...prawda? - zapytała z obawą Lucy.
- Ja pierdolę, gdzie my trafiliśmy…Seth! Chodź tutaj szybko! – krzyknął harleyowiec ponaglająco w głąb sklepu.