Ankieta

Które postacie najbardziej lubisz? (5 głosów z możliwością zmiany) NIE BĄDŹ PAJACEM, ZOSTAW KOMENTARZ :sully: : Nie masz uprawnień do wyswietlania linków na tym forum. Załóż konto lub Zaloguj się

Kenny Hawkins
33 (18.5%)
Sullivan
25 (14%)
Lucy
19 (10.7%)
Morgan Smith
31 (17.4%)
Josh
12 (6.7%)
Seth
14 (7.9%)
Młody
21 (11.8%)
Henry
11 (6.2%)
Dakota
12 (6.7%)
Kevin
0 (0%)

Głosów w sumie: 57

Autor Wątek: Żywe Trupy - Apokalipsa  (Przeczytany 241165 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Noctury

  • Offline
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 28
  • -Otrzymane: 195
  • Age: 27
  • Wiadomości: 406
  • Płeć: Kobieta
    • Status GG
    • Zobacz profil
  • Komiks: Nie czytałam
  • Skąd: Mysłowice
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1860 dnia: 27 Kwiecień, 2018, 19:34:06 »


-Nie proponował ci jeszcze oglądania małych kotków w piwnicy, to chyba nie będzie tak źle. A jak sam mu się rzucałeś w objęcia, to różnie mogło być - Morgan także udała się w okolice zaplecza. Faktycznie ciemno tam było jak u murzyna po czwartej kawie, dlatego zwróciła się do Kowboja i Sully'ego, który niczym Tango i Cash węszyli już wokół:
-Macie jakieś latarki prawda? Bo prędzej potkniemy się o księdza niż go zobaczymy... - zasugerowała. Dakota jak na komendę zaprezentował małą latarkę i poświecił nią przed siebie. Sully w zasadzie podobnie, z tym że zaświecił Morgan prosto w oczy.
-Dobra, zrozumiałam, mamy światło, świetnie - Czerwona zmrużyła oczy przed snopem światła, pokazała środkowy palec jako wyraz dogłębnej przyjaźni dla Sullivana, i ruszyła przed siebie. Całe zaplecze było w stanie permanentnego bajzlu, więc co rusz ktoś w coś kopał lub się o coś potykał. Jak wiadomo piszczel została ewolucyjnie przystosowana do znajdowania przedmiotów w ciemnościach... Kartony, porozrzucane opakowania i poprzesuwane dziwnie półki nie pomagały w nawigacji. Wkrótce jednak Morgan natrafiła na coś, co tłumaczyło ten ogólny rozpierdol. Najpierw wdepnęła w coś mokrego, potem poczuła odór.
-Mógłby któryś tu poświecić? - wskazała kąt przed sobą. Gdy panowie oświetlili ten fragment podłogi, ich oczom ukazał się kolejny klient stacji, a raczej to co z niego pozostało. Napis na jego koszulce głosił "don't worry, be happy" i faktycznie gość nie miał już żadnych zmartwień, bo jego głowa już nie istniała. Czerwony kleks na ścianie dawał pojęcie jak do tego doszło.
-Idziemy w dobrą stronę, księżulek tu był - stwierdziła, ostrożnie podchodząc bliżej, nawet jeśli wolałaby tego nie robić. Prawo Murphy'ego było jednak nieubłagane i zdążyła potknąć się o coś, uwalając sobie kolano w kałuży krwi.
-Ja pierdolę, co to za w dupę głaskany... - kopnęła ze złością w kawałek wybrzuszonej wykładziny, o który zawadziła nogą. Powodem wybrzuszenia okazał się mały, ale solidnie wyglądający uchwyt. No proszę... Morgan niewiele myśląc chwyciła za niego. Ręki jej nie odgryzł, rozlecieć się nie rozleciał, zatem zostało tylko sprawdzić czy pociągnięcie go coś da. Ukryta klapa w podłodze otworzyła się z cichutkim szczękiem, wskazującym na to że ktoś ją jednak oliwił. Widać było zarys kilku kamiennych schodów, reszta znikała w mroku.
-Chyba jednak zobaczymy te kotki w piwnicy... Nie ma rady - westchnęła, próbując dojrzeć cokolwiek w ciemnej plamie na końcu schodów. Ekipa poszukiwawcza chcąc nie chcąc powoli ruszyła w dół, z Sullivanem na początku i Dakotą zamykającym procesję, by najlepiej wykorzystać latarki. Pachniało lekką stęchlizną i pleśnią, ale na razie nie było widać niczego pojebanego. Schody były w niektórych miejscach nadkruszone i w pewnym momencie Morgan trafiła glanem w luźniejszy kawałek, który ustąpił pod naciskiem.
-Szlag..! - syknęła, zatrzymując się gwałtownie, by złapać równowagę. Paskudne uczucie, jakby nie trafić nogą w schodek, ale udało jej się nie wywalić. Na jakąś sekundę, bo idący za nią Kowboj chyba nie ogarnął tak gwałtownego stopu i wpadł na nią, samemu się potykając. Potem efekt domina rozkręcił się na całego: Dakota z Czerwoną wlecieli na Młodego, a cała trójka na Agencika. Łubudu, jebudu i cała ostrożna wyprawa poszła się jebać. Upadli u podnóża schodów, leżąc w dziwnych pozycjach.

-To wy..? - znikąd pojawił się Ksiądz, celując w nich strzelbą. Wyglądało na to, że nie dowierzał jak taka zbieranina łamag dożyła aż do teraz.
-Na Matkę Boską Bolesną, co wy wyprawiacie?!

-Na razie głównie leżymy - jęknęła Morgan, czując już tworzące się siniaki na tyłku. Kamienne schody były jednak twarde jak skurwysyn - Logan, mógłbyś zabrać tę nogę..?
-Doprawdy... Po co tu schodziliście? Mówiłem że zajmę się czym trzeba, a potem do was wrócę - klecha pokręcił głową i odłożył broń. Teraz miał przewieszony przez ramię pasek z różnymi buteleczkami. Sam także przyświecał sobie latarką, niemniej jego była sporą halogenówką i dawała sporo światła. Dopiero dzięki niej można było dostrzec że piwnica jest całkiem spora, a od pomieszczenia przy schodach odchodziły drzwi do innych. Stała tu jedna duża półka zawierająca różne graty, piec elektryczny i wiele skrzynek leżących jedna na drugiej. Na ścianie zaś wisiała wielka mapa Stanów Zjednoczonych, okraszona wieloma kolorowymi kropkami, znakami i karteczkami zapisanymi drobnym, precyzyjnym pismem. Ksiądz przyglądał się karcąco jak grupka powoli rozplątuje się i wstaje.
-Ojciec nam zniknął, no to woleliśmy się upewnić czy wszystko w porządku... Ale... co to właściwie za miejsce? - Czerwona nie zważając na nic masowała obolałą kość ogonową, wpatrując się w pokreśloną mapę. Co tu się...
-Bezpieczne - wyjaśnił krótko duchowny, wciąż nieco naburmuszony - Dlatego co jakiś czas tu wracam, nie ma tu wiele cennego dla zwykłych szabrowników, za to dla mnie... - odwrócił się na pięcie, chcąc się wycofać.
-Chwila..! A co jest tutaj zaznaczone? - Morgan wskazała na mapę. Ksiądz wbił wzrok w notatki, jakby sam się nad nimi zastanawiał. Czerwona już myślała, że jej nie odpowie, ale wreszcie stwierdził:
- Wszystko co wiem, albo co wydaje mi się, że wiem. - duchowny używając strzelby jako wskaźnika zaczął wyjaśniać -Na czerwono są zamalowane gniazda demonów, które widziałem na własne oczy. Daty obok oznaczają kiedy je ostatnio oczyszczałem. Na zielono mam zaznaczone potencjalnie najkrótsze drogi do kolejnych schronów, są przypięte pinezkami. Kolejnymi kolorami ważniejsze punkty obserwacyjne, potencjalne magazyny z dobrami, et cetera. Na czarno przypuszczalne kierunki rozprzestrzeniania się plugastwa, wraz z rządowymi placówkami odpowiedzialnymi za to. To w dużej mierze domysły, ale jak na razie się sprawdzają - zakończył wypowiedź ze smutkiem, jakby nie chciał mieć racji.
-Zaraz, rząd ma z tym coś wspólnego? Skąd takie informacje? - Morgan coraz mniej z tego rozumiała.
- Zostało to przewidziane już dawno w mowie i piśmie, ale nikt nie zwracał na to uwagi. Jednakże teraz prawda wyszła na jaw. Rządzący światem ulegli pokusie i w swym zaślepieniu otwarli bramy piekielne. Gdybym tylko mógł im otworzyć oczy wcześniej... - Ksiądz pogrążył się na moment w zadumie, szybko jednak się otrząsnął.
- Wybaczcie mi na chwilę. Tylko... nie chodźcie już nigdzie, proszę - powiedział z ojcowskim manieryzmem i zniknął w jednym z pomieszczeń, ale dało się słyszeć jak szuka czegoś otwierając różne szafki czy też pojemniki.

-Aha. Rząd otworzył bramy piekielne. O czym on mówi? I dlaczego to nie wydaje mi się najdziwniejszym możliwym wytłumaczeniem tego, co się ostatnio odpierdala?

Tortuga

  • Offline
  • Forumowa Maruda
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 808
  • -Otrzymane: 550
  • Wiadomości: 3020
  • Płeć: Kobieta
    • Zobacz profil
  • Komiks: Tylko część
  • Postać: Al Swearengen, Tony Soprano, Walter White, Rust Cohle, Boyd Crowder, Pietro Savastano, Herr Starr, Joker, Harley Quinn i innsze złodupce
  • Skąd: Bat country
  • Spoilery: Tak
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1861 dnia: 28 Kwiecień, 2018, 00:08:41 »


Gdy już dołączyła do nich Morgan w towarzystwie Tylera ruszyli w głąb zaplecza. Poruszali się powoli w nikłych światłach latarek, po zagraconych pomieszczeniach. Szeryf w wolnej dłoni trzymał jeden ze swoich rewolwerów, gotowy na ewentualny atak chorych, którzy mogli czaić się wśród ciemności. Na szczęście dla nich jedyny egzemplarz na jaki się natknęli był już martwy.
Błądzili by dalej w niemal całkowitych ciemnościach, gdyby nie przypadkowe odkrycie dokonane przez rezolutną punkówę. Zmarszczył brwi z podejrzliwością przyświeciwszy na zamkniętą, metalową klapę w podłodze,  która się ukazała po usunięciu wykładziny. Zapewne pod nimi musiały się znajdować jakieś piwnice. Nim zdążył zaprotestować i zalecić ostrożność, Morgan najwyraźniej bez większego namysłu, pociągnęła za uchwyt. Cała czwórka spoglądała w czarną jak smoła otchłań podziemi budynku.  Logan w skupieniu nasłuchiwał charakterystycznych pomruków i warczeń, jednak z czeluści piwnicznych odzywała się głucha cisza.

- Chyba jednak zobaczymy te kotki w piwnicy... Nie ma rady. - skomentowała Morgan. Logan spojrzał na Tony'ego.
- Już nie sraj w gacie, pójdę pierwszy. – powiedział uszczypliwie Sullivan.
- Mam tylko nadzieje że nie będzie jak w Martwym Źle, bo wtedy to ja się sfajdam. – dorzucił, odbezpieczając colta Dakoty. Przyświecając sobie drogę latarką, Tony powoli zaczął schodzić po kamiennych stopniach.
Z związku z swoimi doświadczeniami szczególnie nie przepadał za piwnicami. Nie żeby budziły w nim lęk. Bardziej dyskomfort. Wzmagał się tym bardziej że nie mieli Czarnucha, który według niepiśmiennej zasady zawsze w takich sytuacjach ginął pierwszy. Powoli pokonywał kolejne stopnie skoncentrowany i przygotowany na popierdolców lub Jezusika, który mógł zaszczyć się tam żeby urządzić im jebany Blair Witch Project.
Nagle jakaś niewidzialna siła pchnęła go z impetem do przodu. W sekundę później leżał na zimnej posadzce. Już miał na końcu języka jedno, uniwersalne słowo idealne na tego typu sytuacje, gdy przerwał mu czyś głos. Uniósł lekko głowę i zobaczył lśniącą lufę Remingtona, a na jej końcu Jezusika.


- Logan, mógłbyś zabrać tę nogę..?
Cole w pierwszej chwili oszołomiony, obdarzył Morgan pytającym spojrzeniem.
- Wybacz. – burknął, reflektując się szybko, że rzeczona noga faktycznie znajdowała się niefortunnie na ramieniu leżącej dziewczyny.

- I przy okazji swoje jebane dupsko!- dodał mocno rozjuszony Sullivan. Tutaj już niespiesznie przeszedł w siadł. Przynajmniej miał miękkie lądowanie. Rozejrzał się energicznie w około i lokalizując zgubę, podniósł kapelusz i założył go z powrotem na swoje miejsce.
- Ja pierdolę… - warknął, gdy przygniatający go ciężar w postaci Dakoty pozwolił mu w końcu stanąć na równe nogi. Równocześnie podniósł również z ziemi rewolwer, który na szczęcie upadł nie daleko. Jeszcze większym szczęściem było to, że broń nie wystrzeliła. Jebane pajace, przez ich durnote by jeszcze zginął jak ostatni idiota. Jakimś cudem też nie skręcił karku, niczego nie złamał, nie wybił zębów, nie rozjebał łba ani nawet ryja. Co najwyżej tylko groziły mu siniaki i stłuczenia. Z nie zadowoleniem stwierdził, że pajace również wyszły z upadku bez większego szwanku.
Tony skoncentrował swoją uwagę na Jezusiku, który właśnie opowiadał jakieś kocpoły. Oglądał pomieszczenie od niechcenia słuchając klechy.


Logan uważanie wysłuchał kaznodziei, który nie do końca ucieszył się ich niezapowiedzianą „wizytą”. Szeryf jednak nie przywiązywał zbyt dużej wagi do tego. Liczyły się dla niego głównie informacje w jakich posiadaniu był jeszcze ksiądz. Logan zbliżył się do wiszącej na ścianie mapy, przyglądając jej się z uwagą. Nie drgnął nawet, gdy duchowny zniknął w innym pomieszczeniu hałasując. Z rozsianych po mapie kolorowych kropek można było wysnuć, że Ksiądz był już tu i ówdzie. Głównie jednak poruszał się po południowej części stanów. Logan zlokalizował ich obecne położenie na mapie. Na tym obszarze było postawionych kilka czerwonych kropek położonych od siebie w niewielkiej odległości. Powiódł wzrokiem na prawo. Na obszarze Florydy nie było żadnych oznaczeń.
- Aha. Rząd otworzył bramy piekielne. O czym on mówi? I dlaczego to nie wydaje mi się najdziwniejszym możliwym wytłumaczeniem tego, co się ostatnio odpierdala?
- Kolejny świr, któremu się popierdoliło w łebie od teorii spiskowych, ot co. „Wszystkiemu winien jest Rząd”, typowe, bajka stara jak Świat. Zaraz nam zacznie opowiadać o jebanym UFO i pierdolonych jaszczurach z kosmosu, które chcą przejąć władzę nad Światem. – skwitował z typowym dla siebie zgryźliwym tonem.
« Ostatnia zmiana: 28 Kwiecień, 2018, 00:27:17 wysłana przez Tortuga »

Narwaniec

  • Offline
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 261
  • -Otrzymane: 224
  • Autor wątku
  • Rogue Thief Assassin Hunter Bard Monk Pirate
  • Wiadomości: 920
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1862 dnia: 14 Maj, 2018, 23:32:27 »


Wędrowali ciemnym zapleczem, potykając się o własne i cudze nogi. Przypominało to jakąś grę z gatunku straszących. Czuł normalnie całym sobą, że zaraz coś im wyskoczy zza ściany i zacznie wyć, chrzęścić i wymachiwać odnóżami, kłapać zębami i próbować ich pożreć bez popitki.
- A ja się nie dam zjeść, a ja się nie dam zjeść... - mruczał pod nosem, próbując sobie dodać otuchy. Przygoda może i fajna, ale w obecnej sytuacji, przyprawiała go o ciarki i palpitację. Wysiłkiem woli zmusił się do głębokiego oddychania, inaczej zacząłby tu im schizować i atak murowany.
Jakby atrakcji było mało, Morgan znalazła uchwyt przyczepiony na zawsze i nierozerwalnie z klapą w podłodze. I oczywiście postanowiła ją otworzyć. Oczywiście postanowili tam zejść, bo jakże by inaczej. Zajrzał w głąb czarnego otworu.
- Raz, dwa, trzy... pierwszy po schodach zjebiesz sięęęęę... - nie zdążył dokończyć, bo zgodnie ze swoją wyliczanką, wszyscy malowniczo spierdolili się na dół. Szczęściem, że niczego sobie nie połamali - zwłaszcza karków.
Teraz zrobiło się jeszcze ciekawiej. Jakieś pierdzielone, zatęchłe lochy, w których zwykle roi się od szczurów, zboczeńców i wszelkiej maści psycholi, obdzierających ze skóry bogu ducha winnych ludzi. Na szczęście jedynym psycholem tutaj okazał się być Księżulek we własnej jakże podobnej do tej melepety Silasa i nomen omen Księdza postaci.
Księżulek po wygłoszeniu kazania, postanowił ich zanudzić teoriami spiskowymi, więc słuchał tego piąte przez dziesiąte, para piętnaste. Chociaż główny sens słów do niego i tak dotarł. Koleś nie dość, że wierzył w jakieś spiski, to jeszcze był równie nawiedzony jak albinos.
- Ty żeś się kurna za bardzo zapatrzył na Księdza i Kod Da Vinci - mruknął kiwając się na piętach, przyglądając się jak mężczyzna grzebie w jakiś fantach. Podreptał za nim, chcąc go obserwować zgodnie z planem, czy aby przypadkiem nie zechce ich skrytobójczo wykończyć jakąś puszką konserw, albo farbą w sprayu. Niestety tryb skradania diabli wzięli, bo wygrała jego gadatliwość. - Tylko tamci nie byli nawet w połowie tak nawiedzeni jak ty. Nikt ci nie proponował elektrowstrząsów? A może koloratka cię ciutkę za bardzo ciśnie? Albo kolczatkowa włosiennica? Albo batożenie się? Albo jakieś grzybki? Wiem, za dużo przebywasz w tej piwnicy i wdychasz te stęchlizny, grzyby i jakieś szczurze siuśki - pokiwał głową. - Powinieneś wyjść na powierzchnię i się przewietrzyć. Może nie jest tam najbezpieczniej, ale zdecydowanie fajniej niż w tych twoich pseudo lochach. Porządne lochy, czy katakumby powinny znajdować się pod katedrą, opactwem ew. zamkiem, a nie stacją benzynową na środku zadupia. Wierz mi, znam się na tym.

« Ostatnia zmiana: 22 Maj, 2018, 00:19:16 wysłana przez Narwaniec »

Noctury

  • Offline
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 28
  • -Otrzymane: 195
  • Age: 27
  • Wiadomości: 406
  • Płeć: Kobieta
    • Status GG
    • Zobacz profil
  • Komiks: Nie czytałam
  • Skąd: Mysłowice
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1863 dnia: 20 Maj, 2018, 17:25:53 »


-Możecie się śmiać, przyzwyczaiłem się do tego - Ksiądz popatrzył na rudzielca nieco smutno. Nie wydawał się specjalnie zdziwiony taką a nie inną reakcją, jakby słyszał podobne rzeczy codziennie. Wygrzebał wreszcie ze skrzynki snajperkę i amunicję do niej, po czym niespiesznie sprawdził zamek bębna. Szczęknął satysfakcjonująco, więc broń nadal była sprawna, choć nieco już zakurzona. Zadowolony zabrał ze sobą także jakieś race i zamknął skrzynię na kłódkę.
-Bardzo to wszystko ciekawe i w ogóle - wtrąciła się Morgan - A czy inne "schrony" też ojciec odwiedza regularnie? Bo patrząc po trasie mieliśmy więcej okazji żeby się... hmn, poznać - spytała, nie tracąc nadziei że mimo wariactwa może chociaż dowiedzą się o jakiś bezpiecznych miejscach, albo o tych gdzie lepiej nie łazić. Taka wiedza zawsze mogła się przydać, nawet jeśli klecha nie był na Florydzie.
-Ostatnimi czasy rzadziej, prawda. Ale gniazda stają się coraz bardziej rozproszone i zamiast kilku dużych powstają liczne mniejsze. Niewątpliwie zaraza się rozprzestrzenia. Kiedyś takie azazele były tylko tutaj, a belzebuby z kolei tylko w pobliżu rzeki, ale teraz... - duchowny gładko załadował snajperkę.
-To niby dlatego nigdy nie widzieliśmy takich..? I aż się boję spytać co to za beboki te drugie...
-Cokolwiek nie powiem, i tak mi nie uwierzycie, póki nie zobaczycie tego na własne oczy. Znak czasów, że wszyscy jesteśmy niewiernymi Tomaszami i widzimy prawdę dopiero gdy wsadzimy własne dłonie w krwawiące rany - Ksiądz wydawał się już lekko poirytowany podśmiechujkami w jego stronę, nawet jeśli słyszał je zapewne na każdym kroku. Szybko się jednak zreflektował:
-Wybaczcie mi to uniesienie... To ze zmęczenia.

-Dobra, zagrajmy w otwarte bierki - Morgan podniosła ręce do góry w geście pojednania - Faktem jest, że to co ojciec gada brzmi mało wiarygodnie... a w zasadzie zupełnie z czapy, ale jakby mi ktoś parę miesięcy temu powiedział co się będzie działo, to też dałabym wizytówkę najbliższego zakładu zamkniętego. Mniejsza już o to, czy się zgadzamy w kwestii przyczyn, bo stanęliśmy przed faktem dokonanym: mamy łapska w Chrystusowym boku i tak dalej... A skoro tak, to wszystkie praktyczne rady są na wagę złota.
-Błogosławieni którzy nie widzieli a uwierzyli... ale rozumiem. I tak dobrze, bo już widziałem takich co widzieli a i tak nie uwierzyli - westchnął klecha. Zabrał z półki podniszczony zeszyt w twardej oprawce i podał dziewczynie.
-Mam kilka kopii, ale postarajcie się nie zniszczyć.

-Eee, dzięki - Morgan otwarła podarek. Zeszyt był zapisany drobnym, prostym pismem, które było równie czytelne jak druk. Na stronach znajdowały się narysowane tuszem sylwetki poszczególnych chorych wraz z komentarzem. Przypominało to nieco dziennik dziewiętnastowiecznego badacza przyrody, do kompletu z mnóstwem odnośników do miejsc, sekcji z mocnymi i słabymi stronami danego "gatunku" i proponowanymi strategiami radzenia sobie z tym typem. Na końcu były nawet jakieś modlitwy. Przy "azazelach" stało jak byk "szybkie ale delikatne, strzał w dowolną część ciała gdy są w ruchu powoduje wytrącenie z równowagi". Cóż, nawet jak wariat, to zorganizowany wariat...
-Sami zdecydujcie co zrobicie. Ja muszę się przygotować na belzebuby, więc będę na dachu - rzucił na odchodne i zaczął się wspinać po schodach. Na wszelki wypadek zostawił jednak lampkę oświetlającą schody, jakby nie będąc pewnym możliwości motorycznych gości.
-A co to do cholery są te belzebuby... - Czerwona przerzuciła kilka kartek, aż natrafiła na przyjemniaczka opisanego tą nazwą.
-Świetnie. Jak wierzyć wielkiej księdze wiedzy szwędów, te skurwysyny plują gorącym kwasem. Na parę metrów... Nie chcę wiedzieć co się dzieje jak taki kwas pierdolnie w benzynę.

***
Josh zdołał już znaleźć płyn do chłodnicy i parę innych pierdółek, ale kręcił się jeszcze po terenie stacji. Nie bardzo wiedział co ze sobą zrobić, poza czekaniem na tych którzy poszli szukać księdza. Że też ze musieli trafić akurat na księdza..! To już nawet nie był ironiczny śmiech losu, tylko regularny trolling. Mechanik odłożył rzeczy do samochodu i zauważył Setha, również rozglądającego się po okolicy. On przynajmniej wyglądał jakby wiedział co robi... Josh wziął głęboki oddech. Chciał się ogarnąć, więc powinien wykorzystywać każdą okazję, żeby się poprawić... Nawet jeśli nie miał na to specjalnej ochoty. Zabrał ze sobą strzelbę (bardziej dla otuchy) i podszedł do Setha.
-Tak pomyślałem... Może jakiś rekonesans dookoła? Tak w ramach szkolenia, czy jak to nazwać...

Tortuga

  • Offline
  • Forumowa Maruda
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 808
  • -Otrzymane: 550
  • Wiadomości: 3020
  • Płeć: Kobieta
    • Zobacz profil
  • Komiks: Tylko część
  • Postać: Al Swearengen, Tony Soprano, Walter White, Rust Cohle, Boyd Crowder, Pietro Savastano, Herr Starr, Joker, Harley Quinn i innsze złodupce
  • Skąd: Bat country
  • Spoilery: Tak
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1864 dnia: 22 Maj, 2018, 19:16:58 »


- Świetnie. Jak wierzyć wielkiej księdze wiedzy szwędów, te skurwysyny plują gorącym kwasem. Na parę metrów... Nie chcę wiedzieć co się dzieje jak taki kwas pierdolnie w benzynę.
Logan miał jeszcze co prawda kilka pytań do duchownego, ale postanowił nie naciskać zbytnio. Właściwie dowiedzieli się już całkiem sporo.
- Mogę? – zwrócił się do Morgan, która skończyła wertować pobieżnie notatnik Księdza. Jego zawartość była cennym źródłem informacji o potencjalnych zagrożeniach na jakie mogli się natknąć.
- Przynajmniej jeśli wierzyć temu co tu jest napisane, to nie są trudne do zabicia…- mruknął, studiując zapiski. Zamknął „księgę.”
- Chyba na razie tyle powinno nas zadowolić. - Logan był co raz bardziej zaniepokojony faktem, że sprawy tak się skomplikowały.


***
Lucy odprowadziła wzorkiem Morgan i Tylera, którzy zniknęli za drzwiami zaplecza, gdzie wcześniej udali się Tony z Loganem. Przez krótką chwilę wahała się czy nie iść z nimi, ale ostatecznie zaniechała tego pomysłu. Doszła do niezbyt przychylnego dla siebie wniosku, że na wiele by się im tam nie przydała.  Już i tak źle się czuła z tym, że ta straszna babcia by ją zeżarła, gdyby nie Logan (któremu swoją drogą chyba powinna podziękować, może jakiś mały prezent…trzeba będzie się za czymś rozejrzeć). Do tych „zwykłych” potworków już zdążyła w pewien sposób przywyknąć. Nawet zdarzyło jej się jednego czy dwóch samodzielnie załatwić. Jednak wizja spotykania takich jak ta babcia, napawała ją strachem. Ale kto by się tego spodziewał? Nie potrafiła się sama obronić, to powinna chociaż opanować do perfekcji taktykę ucieczki. Tyle że ucieczkę w pewnym stopniu utrudniało bycie na wpół ślepą i kulawą. Choć kolano już tak nie dokuczało, to nadal utykała na jedną nogę. Jednak była świadoma, że ta rana się zagoi i znów będzie w stanie normalnie chodzić.
Za to patrzenie na Świat jednym okiem, wprawiało Lucy w niemały dyskomfort. Myśl że tak już będzie na zawsze nie tyle potęgowała frustracje, ale gdy nad tym rozmyślała wpędzało ją to w uczucie paniki jakiego doznaje się w sytuacji bez wyjścia.
Spoglądając na pozostałych, którzy kręcili po markecie, wygrzebała z kieszeni paczkę papierosów. Zaciągnęła się mocno, wypuszczając ustami gęsty obłoczek dymu. Uh,musiała wyglądać teraz jak Snake… - przemknęło jej przez myśl. On sobie z tym radził, to ona też musi. Może dlatego tyle palił…Z rozżaleniem stwierdziła że człowiek, który był w stanie w pełni zrozumieć jej sytuacje, odszedł bez słowa pożegnania. Przynajmniej nie skończył jak inni…
Lucy od niechcenia odwróciła głowę w kierunku okna. Przez szaro-bure niebo, nie przedzierał się ani jeden promyk Słońca. Deszcz zelżał, zmieniając się w mżawkę. Okolice zaczęła spowijać wilgotna mgła. Taka szaruga na zewnątrz sprzyjała nastrojowi przygnębienia. Lucy zmarszczyła brwi mrużąc oko, gdy dostrzegła niewyraźną sylwetkę w oddali, która stała nieruchomo w oparach unoszącej się mgły, niczym Buka z Muminków. Tyle że ta postać była znacznie mniejszych gabarytów i miała bardziej ludzki kształt. Niemniej, wywołała porównywalne ciarki do postrachu dzieciństwa tak wielu. Lucy z niepokojem rozejrzała się i powoli wstała od stolika. Szuranie krzesła o posadzkę, zwróciło uwagę pałaszującego Ragdolla, który uniósł swój puchaty łebek znad miski z jakby pytającym wyrazem pyszczka.
Lucy ostrożnie zbliżyła się do szyby, obserwując nieruchomą postać, która zdawała się patrzeć w jej stronę. W napięciu przez dłuższą chwilę przyglądała się tej sylwetce, które zjawiła się znikąd. Obejrzała się przez ramię, ponowie spoglądając w kierunku pozostałych. Chyba powinna im powiedzieć że ktoś jest na zewnątrz. Może potrzebuje pomocy? Głośne plaśnięcie, sprawiło że odwróciła głowę z powrotem w kierunku szyby. Odskoczyła od niej z wzdrygnięciem, gdy na szybie pojawiła się zielonkawa, gęsta plama, wyglądająca jak wielki glut z nosa. Obrzydliwa maź w zetknięciu z szybą przeżarła szkło, czego efektem była powstanie powiększającej się dziury.
Zmieszana Lucy zorientowała się, że dziwnej postaci nie było już w miejscu w którym stała do tej pory. Zaczęła obserwować otoczenie stacji benzynowej z przyspieszonym biciem serca, wypatrując nieznajomego. Znienacka rozległo się kolejne pacnięcie i na widok kolejnego „gluta”, który pojawił się na sąsiedniej szybie, Lucy wydała z siebie krótki pisk przerażenia.

- Ki chuj znowu…? – Kenny zaalarmowany dziewczęcym kwikiem, oderwał się od plądrowania konserw i ruszył żwawym krokiem w kierunku wejścia do sklepu, gdzie znajdywała się Lucy.
- Kenny na zewnątrz jest… - zaczęła ze strachem na widok harleyowca jednak umilkła, widząc że ten wpatrywał się w coś z wymalowanym na twarzy zaskoczeniem:
- Co to za kolejne cholerstwo?! – Hawinks przystanął przy szybie, by lepiej przyjrzeć się Gangreniakowi, który wyskoczył na maskę chryslera. Wyglądał nietypowo bardziej gangreniakowato niż zwykle, gangreniaki wyglądały. Ten zdawał się być jeszcze bardziej paskudny i parchaty. Pokraka stała na lekko zgiętych nogach przyglądając im się groźnie. Nagle plunęła na szybę jakąś flegmową substancją, co ku zaskoczeniu Kenny’ego w zetknięciu z szybą zadziałało jak coś w rodzaju kwasu.
- Odsuń się! – odruchowo zrobił krok w tył, osłaniając ręką, stojącą tuż za nim Lucy. Plugawiec ocharkał szyby jeszcze w kilku miejscach, skacząc przy tym po stojących na podjeździe samochodach.

- Chyba tutaj nie wejdzie...prawda? - zapytała z obawą Lucy.
- Ja pierdolę, gdzie my trafiliśmy…Seth! Chodź tutaj szybko! – krzyknął harleyowiec ponaglająco w głąb sklepu.

Noctury

  • Offline
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 28
  • -Otrzymane: 195
  • Age: 27
  • Wiadomości: 406
  • Płeć: Kobieta
    • Status GG
    • Zobacz profil
  • Komiks: Nie czytałam
  • Skąd: Mysłowice
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1865 dnia: 27 Maj, 2018, 22:25:39 »



-Czy to bardzo ironiczne, że ten zeszycik wydaje się cholernie przydatny, a jednocześnie wolałabym nigdy nie musieć z niego korzystać? - westchnęła do Dakoty, kręcąc głową.
-Chyba powinniśmy za nim iść - wskazała za ich mistrzem demono-jutsu, który powoli oddalał się na schodach. W pewnym momencie jednak zatrzymał się i zaczął strzyc uszy.

-Coś jest nie tak... Zaraza, już są..! - ksiądz z miejsca pokonał resztę schodów kilkoma długimi susami. Jego najgorsze przypuszczenia okazały się prawdziwe. Belzebuby już tu były...
-Wszyscy na dach, szybko! Tam najlepiej będzie się obronić! - krzyknął donośnym głosem. Teraz liczył się czas: musiał się pozbyć tej fali zanim zapędzą ich w kozi róg. Byle zrobić to z odległości... Pędem udał się do drabinki prowadzącej do klapy na dach.

-Już są? Te belzebaby czy jak im tam..? - Morgan ostrożnie, żeby znowu nie zaliczyć gleby, wspięła się po schodach. Strasznie szybko przeszli od teorii do praktyki... Faktycznie, gdy wyjrzała z zaplecza na główne pomieszczenie, zauważyła jakieś poruszenie przy wejściu. Kenny najwyraźniej ogarniał panikującą Lucy. Czerwona chciała rzucić jeszcze jakimś pytaniem do księdza, ale ten już hopsał po drabinie niczym małpka. Duża, czarna małpka.
-Dobra, nie ma czasu sprawdzać ile w tym prawdy, wszyscy na dach! Sully, bierz Lucy - zdecydowała Morgan, sama biegnąc w stronę drzwi.

Josh kręcił się posłusznie za Sethem, choć mgła nie pozwalała mu widzieć zbyt daleko w przestrzeń. Bliznowaty jak na razie nie dał mu specjalnie odczuć, żeby mechanik był kulą u nogi, za co był mu wdzięczny. Przynajmniej przestawało padać, ale nie mógł się pozbyć wrażenia, że coś paskudnego wisi w powietrzu. Mechanik z pewną obawą przyglądał się półkom, aż dostrzegł porzucony na podłodze czerwony kanister. Może uchowała się tam benzyna? Już chciał podzielić się swoją obserwacja, gdy usłyszał pisk Lucy.
-C-c-co się dzieje?! - Josh kurczowo chwycił strzelbę i zaczął wywijać piruety wokół, próbując dostrzec o co ten cały raban. Więcej tych... skoczków? A może tylko tych zwykłych? Boże, "tylko", tak jakby do zdążył się już przyzwyczaić... Wreszcie zauważył ruch przy samochodach na wejściu: ktoś lub coś skakało po nich nieporadnie, wydając z siebie przerażające, bulgotliwe odgłosy. I... czy mu się śniło, czy pluło czymś na szybę wejściową? Sztywniak (to musiał być jeden z nich, żaden człowiek nie mógłby tak wyglądać i żyć) zdawał się być pokryty wielkimi pęcherzami, które pulsowały rytmicznie. I śmierdział, Jezusie, jak śmierdział... Mechanik skulił się, czując że trzęsie się jak galareta, ale do porządku przywróciło go ostrzegawcze walnięcie po głowie (chyba przez Setha, bo poza tym nadal był nienadgryziony i nieuszkodzony). Josh rzucił się do przodu i spróbował trafić w to coś. Strzał był co prawda średnio celny, bo ledwo drasnął ramię gangreniaka, ale wystarczył by przebić duży pęcherz który dosłownie wybuchnął, rozlewając obrzydliwą, żrącą juchę. Karoseria pobliskiego auta aż zasyczała... Sztywniak pozbył się całego ramienia i części torsu, ale nadal się ruszał, choć niemrawo.
-Chryste... - jęknął, próbując zrozumieć co się właśnie stało. Josh mimo przerażenia podszedł bliżej szyby, chcąc nieśmiało przyjrzeć się stratom poczynionym w ich wozach... Ale z mgły zaczęły się wyłaniać koledzy pęcherzowatego. Poczuł szarpnięcie i omal nie podskoczył do sufitu.

-Josh, uważaj..! - pisnęła Jenna, uczepiając się ramienia syna. Nie mogła pozwolić, żeby zbliżał się do tego... czegoś!
-Świetnie, wybuchają - wycedziła Morgan przez zęby, przybiegając do reszty. Teraz zaczynała łapać czemu klecha nie chciał sobie poplamić kiecy w bezpośrednim starciu.
-Lucy, nie zachlapał cię tym gównem? - zmierzyła wzrokiem dziewczynę, ale na szczęście nie wyglądało na to, żeby beboki kogoś zarzygały. Na razie.
-Musimy wszyscy iść na...

-Boże, tam dalej jest ten długowłosy chłopiec! - Jenna wskazała na wejście, gdzie nadal był jegomość, który urządził sobie zakrapianą sjestę. Chyba nie do końca jeszcze złapał kontakt z rzeczywistością... Nawet jeśli nie pochwalała libacji, nie mogli go tak po prostu zostawić..! Kobieta rzuciła się by otworzyć drzwi, próbując omijać kałużę śmierdzącego kwasu.
-Czekaj, mamo..! Nie wychodź! - Josh złapał matkę za rękę, ale ta zdążyła już wyjść przed stację, ciągnąc go za sobą. Kogo jak kogo, ale jej akurat za żadne skarby na zewnątrz nie chciał wypuścić...
-Ale przecież nie możemy tak..! - spojrzała na syna z wyrzutem, niezgrabnie łapiąc Kevina za fraki, choć nadal miała uczepionego siebie Josha.
-Kurwa mać, pakujemy ich do środka, JUŻ! - Morgan poważnie już wkurwiona ogólnym pierdolnikiem, otworzyła drzwi z buta i pomachała reszcie, by pomogli jej zabrać ten łańcuszek szczęścia. Dziadek za babcię, babcia za wnuczka, wnuczek za rzepkę... Jakoś wspólnymi siłami wpakowali towarzystwo do środka.
-Batman już zwiał na dach, wypada dołączyć - wydyszała.


FilipSzampan

  • Offline
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 1
  • -Otrzymane: 0
  • Age: 26
  • Wiadomości: 32
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
  • Komiks: Czytałem
  • Spoilery: Czasem
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1866 dnia: 28 Maj, 2018, 21:10:12 »


Minuty mijały, paczka papierosów nieustannie się uszczuplała. Po długiej przerwie nikotyna mocno uderzała do głowy, przyjemnie towarzysząc alkoholowi. Kevin nawet nie zauważał, jak jego świadomość zaczęła powoli zanikać. Widział podwójnie już po chwili, i gdy paczka fajek spadła na ziemię, nie wiedział, która jest prawdziwa. Jego próby podniesienia musiały wyglądać co najmniej komicznie. Szczególnie gdy prawie przewrócił się po złapaniu odpowiedniej paczki. I chwiejąc tak z uśmiechem od ucha do ucha, ledwo dostrzegł coś kątem oka. Obrócił głowę. Rzeczywiście coś tam było. No ale co go to obchodziło, pewnie jakiś zwykły koleś. Podniósł się, a niedaleko niego coś mocno chlusnęło w szybę. Coś w rodzaju kwasu. I znowu. Zorientował się, że tajemnicza substancja pochodzi od jeszcze bardziej tajemniczej postaci, którą przed chwilą zobaczył. Nieco przerażony, zaczął odsuwać się powolnymi krokami. W końcu trafił na ścianę, przy której jeszcze niedawno stał. Dziwny ruch postaci mógł być zapowiedzią kolejnego "wystrzału", więc, zdezorientowany, zakrył twarz dłońmi. Usłyszał kilka chluśnięć, lecz chyba żadne nie trafiło w niego. Zrozumiał, że raczej nie ma do czynienia z kimś... normalnym. Jeszcze bardziej utwierdził się w swych przekonaniach, gdy niby człowiek zaczął skakać po autach jak psychol.
Kevin miał dziwne przeczucie, że kilka kolejnych strzałów może nie skończyć się dla niego zbyt dobrze. Przecież ile można nie trafiać?
I nagle: wystrzał z broni. Niejeden. Truposz został nieźle poraniony. Kevin stał sztywno w wyniku oniemienia, póki ktoś silnie nie pociągnął go za sobą, do środka sklepu. Tam odetchnął z ulgą, szczególnie widząc kolejnych sukinsynów idących w ich kierunku.

Narwaniec

  • Offline
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 261
  • -Otrzymane: 224
  • Autor wątku
  • Rogue Thief Assassin Hunter Bard Monk Pirate
  • Wiadomości: 920
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1867 dnia: 29 Maj, 2018, 15:41:49 »


- Ty mnie nie traktujesz poważnie... - wyrzut w głosie Młodego był wyraźnie słyszalny. To on się przejmuje zdrowiem psychicznym podróby Bettanego, a ten sobie jaja z niego robi i nadal nawija jak nawiedzona katarynka. I jeszcze uraczył ich jakimś bestiariuszem najwyraźniej własnej roboty. No litości! Demonologia stosowana według Księdza. Tylko tego im do szczęścia było potrzebne.
W tym momencie Księżulka coś zaalarmowało na górze, ruszył więc za nim, logicznie rozumując, że reszta i tak raczej za nimi pójdzie, a i tak nic więcej w piwnicy nie mieli do roboty, poza owijaniem się w pajęczynę i łapaniem pająków włosami.
Na górze natomiast mieli scenerię rodem z książek Kinga. Czekać tylko aż z mgły wyłoni się wielonogie, skrzydlate, albo mackowate stworzenie. Na takie widoki, nawet jego bujna wyobraźnia się buntowała. I w dodatku i tak nie miał się czym bronić. Rzucił się więc w kierunku swoich zapasów i zaczął ładować na drabinę, prowadzącą na dach.


Spacerował po mokrym betonie, obserwując okolice i popatrując na bure niebo. Krople deszczu skwierczały na rozżarzonym końcu papierosa, ale niespecjalnie mu przeszkadzało, że pada. Deszcz także był potrzebny, poza tym, może dzięki temu, żadne niedobitki nie będą się pchały w podróż i nie będą ich niepokoić. Należało się jedynie liczyć ze sztywnymi, im zmiany pogodowe najwyraźniej nie przeszkadzały, chociaż interesowało go, jak znosiły skrajne temperatury, ale na mrozy trzeba będzie poczekać do zimy i jeszcze być w tym czasie w odpowiednich rejonach. Słoneczne południe, zapewne było rajem dla ożywieńców, niby upalnie, ale idealne warunki przez cały rok, no chyba, że w upale szybciej by się rozkładały. W końcu już teraz widział, że większość tych którzy stali się chodzącymi trupami jakiś czas temu, nosiło znamiona powolnego rozkładu. Dużo wolniejszego, niż w przypadku zwyczajnych zwłok, ale nadal postępującego. Kobieta zatłuczona przez Młodego, musiała stać się ożywieńcem całkiem niedawno. Kiblowego króla nie miał okazji obejrzeć. Natomiast spider-babcia była czymś zupełnie nowym i trudnym do zidentyfikowania. Rozkład jej nie tknął, więc mogła umrzeć dzisiaj, albo wczoraj, ale patrząc jak się zachowywała, mogło się to wydarzyć również i na samym początku epidemii.
Podmuch wiatru przyniósł ze sobą nieznaną mu woń. Po betonie zaczęła powoli pełznąć szaro-zielonkawa mgła, tak inna od lubianego przez niego zjawiska. Ta niosła za sobą wyraźnie wyczuwalne zagrożenie, od którego podniosły mu się włoski na karku i rękach. Instynkt nakazywał mu działać, kryć się, walczyć, chronić innych. Na szczęście Josh postanowił skryć się wewnątrz budynku, co w obecnej sytuacji nie było takie głupie, zrobił więc to samo i na całe szczęście.
Z mgły wystrzeliła maziowata breja, która uderzyła w szybę i zaczęła po niej spływać, dymiąc i sycząc. No świetnie! Cokolwiek kryło się w zielonkawych oparach, najwyraźniej strzelało czymś co przypominało kwas. Zajebiście po prostu.
W powietrzy zawibrował krzyk Lucy, do niego dołączył krzyk Mikołaja. Ruszył w kierunku drzwi, przy których zaczęło się kotłować. Josh, jego matka, Kevin który już nie był sam w domu. Instynktownie zerwał broń z ramienia i wycelował. Przechodząc obok Lucy, spojrzał na nią ze złością i wycedził przez zęby.
- Wejdą tu kurwa i ci upierdolą dupę, bo twój pierdolony książę, rozjebał drzwi wejściowe na dzień dobry - wybiegł przed sklep i posłał serię, nieco na oślep, bo nie wiele widział, ale miał nadzieję, że kogoś trafi i zapewni przynajmniej częściową ochronę ewakuującym się do środka. Kurwa ich w dupę jebana mać! Miał tego wszystkiego serdecznie dosyć. Nie był pierdoloną opiekunką! Kurwa, nie był!
Pchnął towarzystwo w głąb sklepu.
- Czy wy się możecie kurwa ruszać trochę żywiej?! Zwłaszcza ty jebana, zachlana królewno - bezceremonialnie szarpnął czarnowłosym.
Odwrócił się w kierunku drzwi i wywalił kolejną serię. - No kurwa ruszcie się, bo za moment wam nogi poprzetrącam i zostawię jako karmę.


Zbierał paczkowaną, suchą żywność, plastry i opatrunki, jednocześnie bijąc się z myślami, że nie jest grupie zbyt pomocny. Przy najbliższej okazji będzie musiał pogadać z Sethem i wziąć jakieś dodatkowe lekcje, a nie tylko te z chłopakami, bo bycie takim piątym kołem u wozu bardzo mu dokuczało.
Zamieszanie które wybuchło, strach jaki go wtedy ogarnął, tylko utwierdził go w przekonaniu, że musi coś ze sobą zrobić i to poważnie. Złapał tobołek z zapasami i ruszył na zaplecze do drabiny wiodącej na dach. Z zakłopotaniem zauważył że był jednym z pierwszych którzy się tam znaleźli. Klapnął ciężko za murkiem. W tej chwili nawet nie bardzo chciał wiedzieć co się dzieje na dole, miał tylko nadzieję, że nic co tam teraz grasowało, nie da rady się do nich wspiąć.
« Ostatnia zmiana: 28 Czerwiec, 2018, 16:18:32 wysłana przez Narwaniec »

Tortuga

  • Offline
  • Forumowa Maruda
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 808
  • -Otrzymane: 550
  • Wiadomości: 3020
  • Płeć: Kobieta
    • Zobacz profil
  • Komiks: Tylko część
  • Postać: Al Swearengen, Tony Soprano, Walter White, Rust Cohle, Boyd Crowder, Pietro Savastano, Herr Starr, Joker, Harley Quinn i innsze złodupce
  • Skąd: Bat country
  • Spoilery: Tak
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1868 dnia: 30 Maj, 2018, 17:47:03 »


Posłana przez Setha seria wystrzałów, wywołała zamieszanie wśród hordy Beboków. Skrzecząc, część z nich skakała po samochodach, chcąc uniknąć kul. Kilku z nich oberwało, jednak nie na tyle, by padły. Bez wątpienia je to rozjuszyło.

Lucy niewiele się namyślając, chwyciła na ręce kota, który wbił się pazurkami w jej ramię i pognała za resztą.

Po tym jak podenerwowany Ksiądz wypruł po schodach na górę, wszyscy pospiesznie opuścili piwnice. W samą porę, bo jak się okazało przed budynkiem czekała już na nich horda tych zmutowanych chorych o których mówił im duchowny. Na szczęście Seth, już zdążył jakkolwiek zapanować nad sytuacją na tyle, że pozostali rzucili się pędem w kierunku zaplecza. Osłaniając tyły, zobaczył, że część chorych zaszarżowała w kierunku sklepu. Gdy jedno ze straszydeł, przekroczyło próg marketu, Sullivan celując w głowę, posłał serię z karabinu. Chory eksplodował, rozbryzgując po najbliższym otoczeniu, żrący, zielony, kwas.
- Ja pierdolę… - spojrzał w kierunku Dakoty.

- Szybko, wpierdalamy się na górę! – krzyknął Hawkins ponaglająco, gdy dotarli na zaplecze. Nerwowo spoglądał przez okienko w drzwiach. Gangreniaki zaczęły włazić do środka marketu przez rozjebane szyby w frontowych drzwiach. Do środka wpadli szeryfek z agencikiem. Ten pierwszy rozejrzawszy się nerwowo, chwycił za stojącą pod ścianą miotłę i zablokował trzonkiem drzwi. Hawkins widząc, że po drabince został jako ostatni wciągnięty na górę nabzdryngolony w trzy dupy „nowy”, sam zaczął wspinać się na dach.

Tony wyszedł po drabinie za Dakotą. Zamykając klapę, zobaczył jeszcze, jak pojebańce zaczęły już napierdalać w drzwi. Wyprostował się i rozejrzał po pajacach zgromadzonych na dachu. Lucy siedziała na ziemi, głaszcząc kocura, który siedział jej na kolanach. Podszedł w stronę Dakoty, który stał przy krawędzi dachu. Spojrzał w dół, gdzie przy samochodach kręciło się kilku pojebańców.
- Kurwa mać… - wydyszał ciężko Kenny – I co teraz? Jesteśmy w pułapce! – stwierdził z beznadzieją w głosie.
- Czekamy aż wypierdolą z powrotem tam skąd wypełzły. Chyba że masz kurwa schowany w swoim tłustym dupsku helikopter. – odburknął w odpowiedzi.
 - Świetnie...- skomentował z przekąsem. Aż miał ochotę się napić, ale w tym całym pierdolniku, nawet nie było czasu pomyśleć o zabraniu czegoś na czarną godzinę.
Przez chwilę przyglądał się jeszcze pojebańcom z narastającą irytacją, gdy te skakały również i po jego SUV-ie. Kurwy jebane.
- Druga opcja, to spróbować ich odciągnąć. – stwierdził, odwracając się w kierunku pajaców.

- To nie są typowi chorzy jakich dotąd spotykaliśmy. Ci są szybsi i atakują na dystans. To zbyt ryzykowne. Nie chcę nikogo narażać. – odezwał się Logan. Nie podobała mu się propozycja Tony’ego.
- Tutaj jesteśmy bezpieczni. Chyba lepiej poczekać aż sobie pójdą… - wtrąciła Lucy, podnosząc się z ziemi.
- Nie wiem jak wy, ale ja nie mam ochoty być tu uziemionym i zdanym na łaskę tych parchatych chujków. Zwłaszcza że Bóg jeden wie ile to potrwa. – Hawkins zdecydowanie poparł propozycje federalnego.

Noctury

  • Offline
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 28
  • -Otrzymane: 195
  • Age: 27
  • Wiadomości: 406
  • Płeć: Kobieta
    • Status GG
    • Zobacz profil
  • Komiks: Nie czytałam
  • Skąd: Mysłowice
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1869 dnia: 10 Czerwiec, 2018, 18:19:34 »


Ostatecznie całe towarzystwo zostało wpakowane na dach. Morgan niepewnie rozejrzała się wokół. Ojczulek najwidoczniej miał tu już do czynienia z bebokami, bo miał przygotowane stanowisko ze skrzynek i jeszcze jakieś graty robiące chyba za zasłony. Przez mgłę nieco kiepsko było widać co się dzieje na dole, ale same odgłosy były kurewsko nieprzyjemne.
-Schowajcie się za czymś - Ksiądz przykucnął przy jednej ze skrzynek i oparł swoją snajperkę o płaski murek komina.
- Wątpliwe, by zdołali plunąć tak wysoko, ale lepiej nie ryzykować. Na szczęście są zbyt zdeformowani żeby się wspinać.

-Na szczęście... Ale z propozycji przyczajki warto skorzystać. Siadaj Lucy, błagam - mruknęła Czerwona, pilnując by wszyscy pochowali makówki. Sytuacja na dole nie była raczej za ciekawa i chłopaki już zaczęli kombinować.
-Nie wiem czy widzieliście, ale przy każdym trafieniu te skurwozaury wybuchają kwasem... Nie dam nikomu podejść do nich, chyba że chcą wyglądać jak żona araba po samosądzie. Tak Kenny, patrzę na ciebie... Mnie też wkurwia siedzenie na pośladach, ale przynajmniej to nadal są nieobrzygane kwasem poślady. Ogarniemy to stąd i dopiero zejdziemy na dół.

-Jasne, tylko że jak tak dalej pójdzie, to nie wiem czy będzie do czego wracać... No i tu jednak jest nadal sporo benzyny, jak tak na nią pluną... - nieśmiało wtrącił się Josh, pomagając mamie skryć się za jakąś skrzynią. Że też zgadzał się z Sullivanem, tego jeszcze nie grali... Nie widział wszystkiego, ale obijania się po dachach ich samochodów nie dało się nie zauważyć. Jak się stąd wydostaną, jeśli ich transport przepadnie, możliwe że razem z zapasami? Bał się tych nowych chorych niesamowicie, ale zdawał sobie sprawę, że zginąć mogą równie dobrze na środku pola z głodu czy wycieńczenia... Albo po prostu wylecieć w powietrze tu i teraz.
-Zgoda, to jest problem, ale mimo wszystko, żeby próbować tam teraz schodzić to naprawdę trzeba mieć zdrowo nasra...
-Dość tego, nikt nie będzie nigdzie schodził - przerwał zirytowany Ksiądz, najwyraźniej zdenerwowany że przez ich paplaninę nie może spokojnie wycelować.
-Z taką ilością jestem w stanie sobie poradzić - duchowny przybliżył oko do celownika i oddał wreszcie strzał. Rozległ się nieprzyjemny odgłos pęknięcia z chlupotem.

-A jak będzie ich więcej..? - wypalił Josh, choć chyba wolałby nie wiedzieć.
-Poradzę sobie -zapewnił stanowczo i nieco chłodno - Przy dobrym trafieniu gdy jeden wybucha to rani kwasem przylegające do niego plugastwa. Sami dla siebie są zagrożeniem, należy to więc wykorzystać - klecha przeładował i znowu strzelił. Duży pęcherz na głowie paskudztwa istotnie pękł, rozbryzgując parzącą substancję na jego dwóch pobliskich pobratymców, którym przy okazji pękło kilka mniejszych pęcherzy.
-Zaraz, to one mogą wybuchać jeden od drugiego..? Przecież jak to zrobi jakąś reakcję łańcuchową, to wszystko poleci w powietrze... To jakiś koszmar, naprawdę...- przeraził się Josh.
-Czekaj, co powiedziałeś?
-Eee, że to koszmar?
-Nie, to o reakcji łańcuchowej... Może nie musimy wcale złazić..! Wystarczy żeby grupkami były zbite jak sardynki w puszce, to same siebie załatwią. Byle byśmy tylko wtedy byli możliwie jak najdalej... Co wy na to?

Tortuga

  • Offline
  • Forumowa Maruda
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 808
  • -Otrzymane: 550
  • Wiadomości: 3020
  • Płeć: Kobieta
    • Zobacz profil
  • Komiks: Tylko część
  • Postać: Al Swearengen, Tony Soprano, Walter White, Rust Cohle, Boyd Crowder, Pietro Savastano, Herr Starr, Joker, Harley Quinn i innsze złodupce
  • Skąd: Bat country
  • Spoilery: Tak
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1870 dnia: 15 Czerwiec, 2018, 19:41:32 »


Siadaj Lucy, błagam. - Lucy posłuchała na tyle punkówę, że odsunęła się na bezpieczniejszą odległość od krawędzi dachu.
-Nie wiem czy widzieliście, ale przy każdym trafieniu te skurwozaury wybuchają kwasem... Nie dam nikomu podejść do nich, chyba że chcą wyglądać jak żona araba po samosądzie. Tak Kenny, patrzę na ciebie... Mnie też wkurwia siedzenie na pośladach, ale przynajmniej to nadal są nieobrzygane kwasem poślady. Ogarniemy to stąd i dopiero zejdziemy na dół.
Hawkins zazgrzytał zębami przyjmując jednak do siebie argumenty Czerwonej. Baba gadała do rzeczy. To dopiero Apokalipsa.
- No w sumie… - przyznał z niechęcią - A ty już synek się lepiej nie wychlaj z swoimi kolejnymi głupawymi pomysłami. – zwrócił się w kierunku federalnego.

- Jakaś jebana demencja starcza? – skrzywił się – Sam mi przed chwilą przyklasnąłeś, kretynie.
- Twój plan jest chujowy.
- Nawet, kurwa go nie przedstawiłem. – odburknął
- I niech tak zostanie. – skwitował Kenny.
Tony spojrzał na Warchlaka wzrokiem zarezerwowanym dla kompletnych imbecyli.
-Zaraz, to one mogą wybuchać jeden od drugiego..? Przecież jak to zrobi jakąś reakcję łańcuchową, to wszystko poleci w powietrze... To jakiś koszmar, naprawdę..
-Czekaj, co powiedziałeś?
-Eee, że to koszmar?
-Nie, to o reakcji łańcuchowej... Może nie musimy wcale złazić..! Wystarczy żeby grupkami były zbite jak sardynki w puszce, to same siebie załatwią. Byle byśmy tylko wtedy byli możliwie jak najdalej... Co wy na to?
- Wypłosz ma rację…kurwa naprawdę to powiedziałem? – mruknął z powątpiewaniem, podchodząc do Jezusika, który uparł się że sam rozprawi się z pojebami. Skurwysyństwo, które bryzgało żrącym kwasem po oberwaniu ołowiem, kotłowało się blisko samochodów. 
- Zaraz pajacu wysadzisz wszystko w powietrze. Tam na dole jest cały nasz dobytek w tym mój Suv, który kosztował tyle, że w kilka lat byś kurwa takiej sumy nie wyżebrał na „co łaska”. – warknął stojąc obok Jezusika.

Duchowny oderwał się od spoglądania w lunetę snajperki. Spojrzał na mężczyznę jakby z rozczarowaniem.
- Czasami ofiara jest konieczna, a czym że są dobra materialne naprzeciw życia ludzkiego? Prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogaty wejdzie do Królestwa Niebieskiego.

Na twarzy Sullivana pojawił się drwiący, krzywy uśmieszek.
- Zaraz to ty Padre, pofruniesz do Aniołków i to kurwa prosto na główkę. – warknął zirytowany pajacowaniem Jezusika.

Logan zainterweniował, gdy dostrzegł, że federalny zamierzał najwyraźniej zabrać broń Księdzu, co mogło skończyć się źle. Stanął pomiędzy mężczyznami zastępując Tony’emu drogę.
- Zabierzcie ode mnie proszę, tego bluźnierce, żebym mógł wypełniać swoją misję daną mi przez Pana i odesłać to diabelskie plugastwo, tam gdzie jego miejsce. – powiedział Ksiądz z lekką nutą podenerwowania.
Patrząc na Dakotę prychnął z kpiną i odszedł na bok. Jak zawsze kurwa musi robić wszystko sam. Pajace.
- Spróbujmy ich odciągnąć spod budynku. - zażegnawszy potencjalny konflikt, skupił się na rowiązaniu problemu.
- Ma tutaj Ksiądz jakąś broń miotaną, bądź coś co mogłoby posłużyć za nią? – odpowiedź Kapłana uprzedziło dosyć głośne stuknięcie. Wszyscy machinalnie odwrócili głowy w kierunku źródła dźwięku.
- Niech cię szlag… - syknął ze złością, gdy zorientował się że Sullivan postanowił zejść na dół. 

Lucy zorientowawszy się w sytuacji, nie oglądając się na nic z przerażeniem pobiegła w stronę drabiny.
« Ostatnia zmiana: 15 Czerwiec, 2018, 20:55:53 wysłana przez Tortuga »

Narwaniec

  • Offline
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 261
  • -Otrzymane: 224
  • Autor wątku
  • Rogue Thief Assassin Hunter Bard Monk Pirate
  • Wiadomości: 920
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1871 dnia: 28 Czerwiec, 2018, 16:42:08 »


Przyklęknął na krawędzi dachu i w milczeniu obserwował drepczące w dole, zdechłe towarzystwo. Jedynie wykałaczka przesuwająca się z jednego kącika ust do drugiego, świadczyła o tym, że nie zamienił się w słup soli na podobieństwo żony Lota, ani nie zasnął w tej dziwacznej pozycji. Księżulek potrafił strzelać, to trzeba mu było przyznać, nie był jednak do końca przekonany czy rozwalanie czegoś, co zdawało się być wypełnione czymś wybuchowym i do tego żrącym było dobrym pomysłem. Zwłaszcza, że tam na dole znajdował się ich transport.
I chociaż Mamba optowała za tym, żeby ich wysadzić co do jednego, to Agencik wykazał się dość logicznym rozumowaniem, nawet jeśli wychodził z niego typowy podstarzały tatusiek z nadmiarem forsy, którego bryka i forsa rekompensowały braki anatomiczne. I najwyraźniej postanowił bronić swojego samochodu, zasłaniając go własnym włochatym biustem.
- Wieczny odpoczynek - mruknął tylko w kierunku klapy, z której właśnie zniknęła głowa agencika. Niestety za agencikiem postanowiła lecieć jego niedoszła, połowica. Jakoś nie miał ochoty tracić kolejnej białogłowy w grupie. Poderwał się z miejsca, kilkoma susami dopadł Czarnowłosej, odciągnął od dziury w dachu i bezceremonialnie usadził na papie.
- Siad płaski i nie próbuj ruszać dupy choćby na milimetr, bo cię własnoręcznie odstrzelę! Mam dość trupów. Jasne? - przejechał dłonią po twarzy, zdając sobie sprawę z tego, jak idiotycznie te zdanie zabrzmiało po tym, jak przed chwilą groził jej śmiercią, ale nie miał lepszego pomysłu, na to, żeby powstrzymać ją przed robieniem idiotyzmów.
- A ty się Księżulku tak nie gorączkuj i nie cytuj nam tu Pisma Świętego. Większość z nas jest niewierząca, albo wierząca w co innego niż ty. Poza tym, ty tu sobie możesz korzenie zapuszczać, nory pod sklepem kopać, czy co tam szalonego ci do głowy wpadnie, ale my chcemy stąd się wydostać, a więc transport jest nam potrzebny. No chyba, że zamierzasz robić za dobrego samarytanina, zamienisz się w osła, wołu, ewentualnie konia i poniesiesz nas wszystkich na plecach - wyszczerzył zęby. Wykałaczka została obrócona językiem i wylądowała z lewym kąciku ust, po czym Seth, odwrócił się na pięcie, podszedł do klapy i zaczął złazić na dół za agentem sierotą.

Noctury

  • Offline
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 28
  • -Otrzymane: 195
  • Age: 27
  • Wiadomości: 406
  • Płeć: Kobieta
    • Status GG
    • Zobacz profil
  • Komiks: Nie czytałam
  • Skąd: Mysłowice
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1872 dnia: 01 Lipiec, 2018, 17:52:27 »



-Stój do kurwy nędzy..! - w dupę jebany Sullivan postanowił wbrew wszelkiej logice zejść na dół. A Lucy była tuż za nim, a jakże. Morgan rzuciła się żeby ją zatrzymać, ale ubiegł ją Seth, na co odetchnęła z ulgą. Nawet ojczulek odwrócił się w stronę zamieszania, wyraźnie wkurwiony brakiem posłuchu. Gorzej, że sam Seth też postanowił pokazać, że jak rozdawali rozum to on poszedł się zdrzemnąć.
-A ty gdzie?! - złapała go za kołnierz, ale równie dobrze mogłaby próbować chwycić piskorza. Noż kurwa mać..! Czy oni naprawdę muszą się zachowywać, jakby mieli nie więcej niż dwie komórki mózgowe? Wyszło jednak na to, że przyganiał kocioł garnkowi, bo niesiona siłą wkurwienia sama podążyła za łucznikiem, po czym dopiero zorientowała się co właśnie odjebała. No dobra, czyli sama przehandlowała rozum za waciki, brawo Morgan... Gdzieś za sobą usłyszała bulgot zarażonych i chcąc nie chcąc przesunęła się wgłąb budynku. Teraz wóz albo przewóz, dosłownie.

-Na litość Boską..! - wyraźnie zdenerwowany Ksiądz odszedł od swojego stanowiska strzeleckiego i popatrzył na zgromadzonych.
-Naprawdę nie musicie się ze mną zgadzać, ale błagam..! Próbuję wam pomóc! Ostatnie czego chcę, to bezmyślnie kogoś narażać!- duchowny stanął na klapie, chcąc być pewnym, że nikt więcej nie zrobi niczego głupiego. Spojrzał po zgromadzonych z wyrzutem. Broń trzymał w pogotowiu.

-Proszę wybaczyć Ojcze, już nie będziemy..! - Jenna sama wyglądała na wstrząśniętą tym jak lekkomyślnie postąpili -Trudno, stało się, musimy im teraz pomóc, musimy..! Jeśli tylko jest jakiś sposób...
-Teraz i tak nie mamy wyjścia - westchnął ponuro -Poza tym... Przepraszam, co on wyprawia? - duchowny odwrócił się w stronę blondyna, który właśnie niszczył zaporę z drewnianych skrzyń. Czy oni naprawdę chcieli zginąć?
-No... jakby porozwalać te deski i je podpalić, to może odciągniemy ich uwagę - Josh skulił się nieco przed karcącym wzrokiem księdza, ale nie przestał wydzierać desek.
-A po tamtej stronie na ziemi widziałem jakieś kanistry, może z benzyną... Tylko to trochę blisko naszych samochodów, ale jakby tym co zeszli udało się je przesunąć... - wskazał mechanik na oddalone od budynku dystrybutory. Ksiądz podszedł do niego i posłał mu groźne spojrzenie. Josh niepewnie odsunął się do tyłu.

-Zatem rzucamy wszystko i ryzykujemy?
-Proszę księdza, on chciał dobrze... - matka Josha obronnie złapała syna za ramię, zasłaniając go przed wzrokiem kapłana.
-...Niech i tak będzie. Tam są jakieś butelki i powinna być gdzieś puszka oleju, o ile jej nie zwiało. A stamtąd - wskazał na dodatkowy, mniejszy fragment dachu, który zachodził w bok i aż do baneru wyświetlającego ceny - Można ewentualnie odsunąć się od dystrybutorów, tylko że ten daszek jest dużo delikatniejszy, bo niczym nie podparty.

Tortuga

  • Offline
  • Forumowa Maruda
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 808
  • -Otrzymane: 550
  • Wiadomości: 3020
  • Płeć: Kobieta
    • Zobacz profil
  • Komiks: Tylko część
  • Postać: Al Swearengen, Tony Soprano, Walter White, Rust Cohle, Boyd Crowder, Pietro Savastano, Herr Starr, Joker, Harley Quinn i innsze złodupce
  • Skąd: Bat country
  • Spoilery: Tak
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1873 dnia: 08 Lipiec, 2018, 19:13:02 »


- Siad płaski i nie próbuj ruszać dupy choćby na milimetr, bo cię własnoręcznie odstrzelę! Mam dość trupów. Jasne? - Lucy z wściekłym błyskiem w oku spojrzała na Setha. Ku jej rozgoryczeniu Blondyn sam zszedł z dachu, a z nim jeszcze pobiegła Morgan. Poderwała się z miejsca, jednak zejście zostało zagrodzone przez księdza, który mocno oponował za tym, by już nikt się więcej nie ruszał z dachu. Miał bardzo przekonywujące argumenty w postaci strzelby. Z kotłującym się w niej uczuciem bezsilności, podeszła do krawędzi dachu. Obserwując z góry krążące na parkingu potworki, wyczekiwała z trwogą na to co się wydarzy.

- Ktoś mógłby tam zleźć i spróbować odwrócić ich uwagę, żeby pomóc tym na dole. – Kenny podchwycił słowa Księdza. Wspiął się na zaokrągloną, wyższą część zadaszenia z której można było zobaczyć rzeczony daszek.
- Wygląda na stabilny. Jak ktoś lekki na nim stanie, to raczej nie pierdolnie. - ocenił.
- Tyler piszesz się na to? – Logan z automatu spojrzał na chucherkowatego Rudzielca.
- Będę cię osłaniał. – dodał, nie chcąc ryzykować. Już i tak nie posiadał się z radości gdy do Sullivana postanowili dołączyć Seth i Morgan. Było już jednak za późno by ich powstrzymywać. Zresztą pewnie i tak żadne z nich by go nie posłuchało. Tyle dobrego, że ksiądz postanowił ostudzić zapały ewentualnych kolejnych „ochotników”.


Pojebańce nadal okupywały drzwi od zaplecza, jednak ich entuzjazm już nieco osłabł. Jeszcze chwila i całkiem sobie odpuszczą. Włączając latarkę, ruszył w głąb zaplecza. Idąc przed siebie rozważał w myślach jak pozbyć się pojebańców, ignorując przy tym odgłosy kroków, generowanych przez pajaców, którzy postanowili do niego dołączyć. Zszedł do „bunkra” Jezusika. Po wcześniejszych pobieżnych oględzinach, wiedział że znajdzie tam coś przydatnego. Większą część rupieci stanowiły zakurzone książki, stare gazety, zabazgrane mapy i stosy papierów z zapiskami. Pośród bezwartościowego gówna w tym pierdolniku, zgromadzony był skromny arsenał w postaci zapasowej strzelby, amunicji różnego rodzaju w tym do granatnika. Jebany. Odwrócił się, przyświecając latarką na swoich niechcianych towarzyszy.
- Rób co mówię, to może nie umrzemy. – zwrócił się do Łucznika. Przyświecając latarką, dojrzał Czerwoną. Skrzywił się lekko.
- A ty stąd wypierdalaj za nim coś spieprzysz. – warknął. Odwróciwszy się do nich plecami, kontynuuował przeglądanie rzeczy Jezusika.
- Albo zginiesz. – mruknął, zabierając ze szpargałów petardy.

« Ostatnia zmiana: 17 Lipiec, 2018, 18:56:09 wysłana przez Tortuga »

Narwaniec

  • Offline
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 261
  • -Otrzymane: 224
  • Autor wątku
  • Rogue Thief Assassin Hunter Bard Monk Pirate
  • Wiadomości: 920
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
Odp: Żywe Trupy - Apokalipsa
« Odpowiedź #1874 dnia: 08 Lipiec, 2018, 21:05:55 »


Zeszli po drabinie w ciemne wnętrze sklepowego zaplecza. Od drzwi na salę, dobiegał wizg i harkot, ale jakiś taki bez przekonania, jakby Vomitoria dobijające się do drzwi, straciły zapał, albo w jakiś pokręcony sposób stwierdziły, że muszą poszukać innego sposobu na dostanie się do nich, tylko jeszcze nie chciały odpuszczać. Coś na podobieństwo jazgoczących za płotem psów, które muszą po prostu dorwać wszystko co jest po drugiej stronie furtki i nawet jak "wróg" zniknie, to jeszcze się pro forma rwą.
Za agencikiem zeszli do podziemi w których najwyraźniej klecha miał swój schron. Gdy w świetle latarki zobaczył wnętrze, mimowolnie gwizdnął. Imponujący arsenał to to nie był, ale w ich sytuacji jawiło się to jak żarcie dla głodnego.
Na słowa olbrzyma zmrużył oczy, a wykałaczka przemieściła się po raz kolejny z jednego kącika ust do drugiego.
- To może się po prostu zamknij, to będziemy mieli jeszcze większe szanse na przeżycie? Do nas skaczesz, a sam hurgotu robisz jak zdezelowany pickup pełen pustych butelek po piwie, popierdalający po wybojach, na kwadratowych kołach. Ale nie krepuj się, nie wszystkie trupole w promieniu kilku kilometrów cię usłyszały - sięgnął po dwa magazynki do swojego karabinu. Skoro Młody wlazł przez tylne okno, to pewnie są też drzwi od zaplecza. Jak nie uda się wyjść od frontu, to może, uda się je zajść od tylca i zacząć kasować po jednym. Amunicji powinno wystarczyć, zwłaszcza jeśli wybuchały.


To co się wyprawiało na dachu, sprawiało, że zaczynała go boleć głowa. Niepotrzebne bohaterstwo, kozaczenie. Jakże mu to przypominało polskie "Ja nie zrobię? Potrzymaj mi piwo", chociaż o dziwno wydawało mu się, że usłyszał także te słowa padające z ust któregoś z szalonych członków ich grupy. Nie, to nie było na jego nerwy. On był lekarzem. Pediatrą! A nie jakimś szalonym awanturnikiem, rzucającym się z widelcem w hordę przeciwników! A tu byli tacy, którzy wyglądali na takich, co by się rzucili do tych na dole i radośnie wyściskali, albo poprzegryzali gardła w zależności który by skakał.
- Czy wysyłanie nieletniego na taką niebezpieczną misję, jest dobrym pomysłem? - rzucił w kierunku Dakoty i Kennego. Ich pomysł absolutnie nie trafiał mu do przekonania.

- Przypominam, że mam skończone 18 lat - zerwał się ze swojego miejsca i doskoczył do kowboja.
No faktycznie, wielokrotnie o tym wspominał, ale na swój wiek nie wyglądał i trudno mu było się wyzbyć opiekuńczych instynktów w stosunku do niego.
- To nie jest dobry pomysł... - powtórzył bez przekonania.


- Jawohl - popisał się znajomością niemieckiego słowa i wyprężył przed Kowbojem. - Gotowy do działania, ale pod kilkoma warunkami. Po pierwsze macie linę i mnie wciągniecie na górę, bo nie mam ochoty sam się tarabanić z powrotem, po drugie bez papierosa nigdzie się nie ruszam. Więc dacie fajka i ruszam z misją godną Ezio albo Kenwaya - wyciągnął rękę ku mężczyźnie i kilkakrotnie zgiął i rozgiął palce. - Mogę sobie sam wziąć, no ale to tak trochę głupio na bezczela kumpli z grupy okradać, nie sądzisz? - wyszczerzył się bezczelnie.
« Ostatnia zmiana: 13 Lipiec, 2018, 20:29:13 wysłana przez Narwaniec »