Biżuteria Handmade

the-walking-dead-banner        Początek czwartego sezonu „The Walking Dead” prowadzony pod przewodnictwem nowego showrunnera Scotta M.Gimple mówiąc szczerze nie zachwyca. Tak gromko zapowiadania rewolucja w storytellingu serialu okazała się tylko i wyłącznie napompowanym balonikiem oczekiwań bez pokrycia ponieważ wraz z postępem fabuły coraz więcej zapewnień okazywało się najprościej w świecie złudną wizją rzekomej świetlanej dla tytułu przyszłości. S4 zaczął z tygodnia na tydzień zaliczać coraz bardziej pogłębiającą się tendencję spadkową przez co prawdę powiedziawszy zacząłem się naprawdę mocno zastanawiać czy telewizyjna adaptacja komiksu ma jeszcze rację bytu i czy jest szansa na podniesienie jej z tego niesamowicie głębokiego dołka.  Pojawiało się zatem pytanie, mają ci scenarzyści coś w zanadrzu aby w końcu zaskoczyć tego wybrednego widza łaknącego z minuty na minutę coraz więcej? Czy jest choć cień szansy na wyrwanie się z tego wszechobecnego marazmu jak dopadł „Żywe Trupy„? Ależ jak najbardziej! Odcinek „Indifference” pokazał że gdzieś tam jeszcze producenci mają ten power, przez co epizod stał się istnym powiewem orzeźwiającej świeżości i swoistym kopniakiem dla tego nadgniłego już opowiadania.

tumblr_mvr41wWSiS1r7wse8o1_500

       Omawiając sprawę fabuły czwartego epizodu zacznę od tego, iż nie podchodziłem do niego z bóg wie jakim rozentuzjazmowaniem (który to już raz?). Widząc w składzie scenarzystów „świeżaka” w osobie Matta Negrete’a naszła mnie myśl mówiąca o tym, że nie powinienem oczekiwać po nim zbytnich fajerwerków bo skoro sam Gimple nie potrafił jak dotąd w pełni przedstawić swojej własnej idei to i jemu zapewne nie uda się odbić od wypracowanego dotychczas poziomu. Chcę tutaj zaznaczyć, że aż nadto się nie myliłem. „Indifference” serwuje nam typowy dla „The Walking Dead” schemat opierający się na całkowitej zbieżności, a czasami nawet wymuszeniu pewnym zdarzeń oraz nie przemyśleniu niektórych zagrań składających się na całość odcinka. Scenarzysta pokusił się tutaj o dwutorowe przedstawienie wydarzeń dwóch kompletnie odseparowanych od siebie grupek, zapominając przy tym że coś takiego jak „więzienie” gdzieś tam jest i sobie funkcjonuje. Można uznać ten zabieg za jedną z niewielu innowacyjności tego jak i poprzedniego sezonu, jednakże nie było to mimo wszystko na tyle dopracowane jakby się  oczekiwało. Motyw drogi tak chętnie oraz na wielką skalę przedstawiony tutaj zarówno z punktu podróż bohaterów jak i ich stanów emocjonalnych nie miał możliwości zatuszowania ponownego zastopowania akcji i naprawdę niewielkiego progresu względem tego co już wydarzyło się w serialu. Ciągle gdzieś ma się wrażenie jakby wszyscy kroczyli sobie w miejscu bojąc się wyjść przed siebie i zmierzyć z czymś nowym, z czymś nieznanym, czymś jeszcze nie eskalowanym. Cztery epizody kontynuowania motywów, które mogłyby śmiało zamknąć się w jednym tudzież dwóch to stanowcza przesada. Oczywiście jest to wynikiem chęci maksymalnego wydłużenia fabuły co stało cechą tendencyjną dla „Żywych Trupów” kultywowaną od początku drugiego sezonu. Nie sposób również pominąć kolejnych nagminnych prób ciągłego unikania zdynamizowania tempa przedstawianych nam wydarzeń. Rozumiem, że w tym odcinku zapragnięto wyeksponować nam rysy charakterologiczne poszczególnych osób, ale opieranie tego na scenach prania w pobliskiej rzece czy 10 minutowej sekwencji rwania ogórków jest ponad moje siły, nawet w momencie kiedy zaczyna się nurkowanie w głąb psyche bohaterów. Coś co powinno być pełne napięcia zaczyna po paru chwilach kapcanieć. Weźmy chociażby partię Ricka oraz Carol. Pod więzieniem chmary zombie, na drogach 10 tysięczne hordy trupów, co rusz gdzieś się przewijają wolni strzelcy, ale jak już Grimes wyjedzie poza swoją „farmę” to ze świecą szukać umarlaka, który bądźmy szczerzy, ale naprawdę uwierzytelniłby proces szabrowania w poszukiwaniu elementów niezbędnych do przetrwania, zważywszy na to że wszyscy poruszają się po terenie nietkniętym ręką ludzką, pozostawionym samemu sobie. Czasami kołata mi się po głowie myśl, czy my aby  nadal mamy do czynienia z apokalipsą zombie będącą poniekąd osią tego serialu? Tutaj wszystko powinno być żwawe oraz szybkie, a nie ślamazarne i bez polotu. Przez takie zabiegi maksymalnie siadają wszystkie prezentowane wątki. Od dobrych kilkunastu odcinków zagrożenie ze strony nieumarłych pojawia się tylko w momencie kiedy będzie to wygodne dla fabuły. Przestały one być integralną częścią jak i bazą tego serialu mimo zapewnień twórców o ich nieodzownej roli. To samo tyczy się partii Daryla i spółki. Zerowy odzew wydarzeń mających miejsce w „Isolation”, a które to powinny zdefiniować charakter E4. Trupy jak szybko się pojawiły tak szybko zniknęły, no bo po co usuwać tą stagnację uczuciem ciągłego zagrożenia życia? Lepiej trzymać  sielankę niszcząc w ten sposób również poczucie tragizmu wynikającego z ukazanych relacji. Przez taki obrót sprawy wszystko postępuje niezwykle powoli, swoim typowym żółwim wręcz tempem, a bohaterowie ciągle idą tym dziarskim krokiem niczym się nie przejmując i jeszcze co najgorsze bardzo często gadając od rzeczy. Swoim zachowaniem kompletnie nie sygnalizują nam tego, że za chwilę mogą stracić życie. Mimo wszystko jednak na moment mamy odskocznie od tego zastopowania szczególnie w czasie wyjawienia losu Anny oraz całej sekwencji w szkole weterynaryjnej. Wprowadzenie lekkiego suspensu w postaci jednej wielkiej niewiadomej jaką stała się niezwykle dziwna śmierć dziewczyny, maksymalnego niebezpieczeństwa i nagłego skoku adrenaliny pozytywnie wpływają na podwyższenie ciśnienia u widza. Choć przez moment dane mi było poczuć to osaczenie oraz brak wyjścia sytuacji, dzięki czemu wbiłem się w niepokojącą bezcelowość i beznadziejność rozwoju wydarzeń. Mogłem poczuć się tym siódmym bohaterem epizodu i częścią prezentowanej historii. Warto również docenić bardzo zmyślne oraz subtelne wplecenie alkoholizmu Boba do prezentowanych wydarzeń, gdyż w przeciwieństwie do „30 Days Without an Accident” wątek ten nie bombardował widza i stał się takim lekkim łącznikiem dwóch stanów emocjonalnych postaci. Dodatkowo przekształciło się do roli zarzewia konfliktów pomiędzy bohaterami, co w przyszłości o ile nie zostanie zmarginalizowane może prowadzić do niezwykle ciekawego rozwoju sytuacji.

        Oceniając fabułę należy również zwrócić uwagę na fakt, że ponownie mamy tutaj próbę sztucznego generowania problemu poprzez wprowadzanie chociażby nielogicznego zachowania bohaterów. Sytuacje przez to są na siłę gmatwane, co jest niepotrzebne. Przynosi to niewątpliwie pozytywny efekt w postaci wspomnianego wyżej skoku napięcia, jednakże odbija się to szerokim echem na serialu poprzez marnowanie czasu antenowego, który z pewnością mógłby zostać spożytkowany z większym pożytkiem na rzeczy o wiele bardziej warte uwagi. Przechodząc jednak do konkretnego przykładu, może mi ktoś wytłumaczyć dlaczego Michonne wraz z resztą mając czyste pole wyjścia w postaci drogi którą weszli do budynku nie wiedzieć czemu wybrali „ścieżkę” wiodącą przez drugi koniec szkoły? Następstwem tego jest szereg dialogów o problemie walki z zarażonymi trupami, brakiem wyjścia etc. co było najzwyczajniej w świecie zbędne i niepotrzebne. Czy naprawdę nie można przez to przejść gładko? Muszą aż tak na siłę dokręcać korby aby podrasować obraz? A przecie wystarczyło wykorzystać zaimplementowane odcinek wcześniej warunki. To samo tyczy się zachowania Tyreesa, które zaczyna po prostu sztucznie przeciągać sekwencje bo chłopak albo robi focha (przepraszam za kolokwializm) na całego, albo szarpie się z krzakami przez kwadrans próbując być przy tym poważnym. Scenarzyści natomiast zamiast ukrócić to szybką reakcją pozostałych sprawiają że ci pozostali stoją i się po prostu gapią rzucając tekstami typu „puść, zostaw” etc. A gdzie ja się pytam działanie?

tumblr_mvsz5gp5Di1r7wse8o1_500

        Choć fabuła odcinka czwartego ponownie nie zachwycała, epizod ten nadrobił rzeczą której oczekuję po scenarzystach w największym stopniu. Czynnik ten jest nie tylko nieodzownym prezentowanego materiału, ale również definiującym cały charakter „The Walking Dead”. Mowa tutaj oczywiście o ukazaniu burzliwych relacji międzyludzkich, które w założeniu są ramą dla tego co dane nam jest oglądać już od przeszło czterech lat. Mogę śmiało powiedzieć, że twórcy zaszaleli w tym temacie wprowadzając istne multum różnych korelacji ukazanych z kilkunastu różnych płaszczyzn, w zależności od tego pomiędzy jakimi postaciami dana relacja ma miejsce. Mogę z czystym sumieniem przyznać, że odcinek „Indifference” w kwestii tej dogania chociażby „Pretty Much Dead Already” czy „The Suicide King” charakteryzujące się największą intensyfikacją zmian na płaszczyźnie charakterologicznej. Pierwszą rzeczą, która wręcz rzuca się człowiekowi w oczy jest niesamowicie silne porozumienie pomiędzy Michonne oraz Darylem, z którego to właśnie ona wynosi największe korzyści. Pomijając już kwestię samego procesu uczłowieczania bohaterki, widać z jakim sukcesem pozbyła się swojej ksenofobicznej natury i bardziej otworzyła na otaczającą ją rzeczywistość. Zaczyna ona żyć pełnią życia, aczkolwiek widać, że stara się wprowadzać je w sposób etapowy. Wpływy adaptacyjne są w jej przypadku bardzo silne, ale co najważniejsze widoczne przy czym ciągle mamy ten lekki odzew jej przeszłości. Widz jest w stanie odczuć to, iż Michonne zaczyna powoli rozumieć postawy oraz emocje innych, ma umiejętności utożsamienia się z nimi, a co za tym idzie jej obojętność oraz zimno zaprezentowane w sezonie trzecim ustępuje miejsce lekkim pokładom empatii. Można śmiało tutaj stwierdzić, iż nareszcie uświadomiła sobie jak silnym czynnikiem kształtującym jej osobowość jest współżycie ze społecznością wzajemnie na sobie polegającej. Nie sposób również pominąć faktu, iż w cień zaczyna odchodzić jej ksenofobia co stanowi niezwykle wielki progres w procesie ewolucji rysu psychologicznego tej bohaterki.

 

       Skoro już zacząłem od Michonne to trzeba wspomnieć o skonfrontowaniu jej sytuacji emocjonalnej z sytuacją Tyreesa. Oczywiście wiadomym jest kto z tego pojedynku wyszedł zwycięską ręką. Twórcy po raz pierwszy od początku sezonu czwartego ukazali prawdziwy dramatyzm Mich jaki rozgrywa się w jej wnętrzu. Dziewczynę cały czas nachodzą demony przeszłości i ewidentnie widać, iż błędy jakie popełniła w stosunku do Andrei mają na nią niewyobrażalnie wręcz wielki odzew motywujący w znacznym stopniu wszystkie jej działania. Bije się ona z bólem pojawiającym się wraz z myślą mówiącą o tym jakim zawodem była dla najbliższej przyjaciółki jak i ze szczęściem który może osiągnąć dzięki ludziom w więzieniu. Ma ona dwa sprzeczne interesy stanowiące bariery nie do pokonania. Z jednej strony pragnie dokonać zemsty i w pewnym sensie zrehabilitować się, z drugiej jednak chce porzucić ten marazm i cieszyć się każdym dniem przepełnionym ludźmi, którzy uważają ją jako człowieka równego sobie. Można powiedzieć, że znajduje się ona w jakimś stopniu w stanie zawieszenia, ponieważ boi się zamknąć przeszłość, ale jednocześnie obawia się otworzyć nowy rozdział w swoim życiu. Najważniejsze w tym wszystkim jest jeszcze to, iż uczy się na swoich porażkach, z których wyciąga wnioski. Pytanie jednak, czy porażki te musiały być aż tak tragiczne w skutkach? Tyreese natomiast został ponownie wyolbrzymiony do granic możliwości. Próba ukazania jego tragizmu spotyka się z efektem odwrotnym do zamierzonego, ponieważ oglądający zamiast utożsamiania się z jego bólem widzi raczej szopkę przepełnioną komedią. Wszechobecna negacja rzeczywistości w jego wykonaniu jest śmieszna, a zestawienie własnego poczucia zemsty z innymi mija się z celem. Ty hiperbolizuje swoje zachowanie przez co trąci on śmiesznością, a nawet powiedziałbym że czystą komedią . Każdy z bohaterów stracił kogoś bliskiego w bardziej lub mniej traumatyczny sposób (chociaż ciężko tutaj w ogóle mówić o jakichkolwiek poziomach traumy), ale żaden z nich nie wyciągał tego do aż tak wielkiej rangi starając się przesłonić swoją osobą cały świat. Oczywiście nie umniejszam śmierci Karen, która była przejawem niezłego odczłowieczenia sprawcy, niemniej jednak Tyreese który tak bardzo domaga się sprawiedliwości sam jakby nie patrzeć skazał na śmierć Andreę poprzez pobiegnięcie wprost do Gubernatora z informacją o jej uciecze, a co za tym idzie powinien się odrobinę opanować oraz opamiętać bo sam nie wykazał się tutaj moralnością czynów. Czyżby zapomniał o tym, że ma pośrednio krew na rękach?

tumblr_mvlf6hWpNE1r7m38ro1_500

        Dużą intensywnością została również okraszona korelacja na drodze Daryl-Bob. Z jeden strony mamy prywatne słabości i problemy doprowadzające człowieka na skraj, z drugiej powrót zapewne własnych doświadczeń z lat poprzednich, których efekt podsycony jest tragedią w wiezieniu. Początkowo uważałem, że samo zachowanie Dixona jest aż nazbyt mocno przekoloryzowane, bo rzucił się on na człowieka który obiektywnie rzecz ujmując nikomu nic złego nie zrobił (pomijam akcję w Big Spot). Niemniej jednak patrząc na patologiczne otoczenie w jakim musiał się wychowywać Baby Brother jego reakcja zaczyna być klarowniejsza i bardziej przejrzysta. Tutaj już nie tylko wychodzi z jego strony negacja samego alkoholizmu, ale również sprawa bezpieczeństwa ludzi którymi dowodzi. Bob mógłby stać się jawnym zagrożeniem zarówno dla bieżącego zadania jak i później dla społeczności więziennej. Jakby nie patrzeć to jest dla nich nadal obca osoba, którą znaleźli niespełna miesiąc temu. Nie mają zielonego pojęcia o podstawowych faktach dotyczących jego rodziny, dawnej pracy, nastawienia czy przeszłych grup. Jedna osoba mogłaby ze sporym sukcesem podkopać i tak już niestabilną sytuację jaka zapanowała w ich jedynym pewnym miejscu gwarantującym ich przeżycie. Jest to również jedyna pewna rzecz w tych czasach. A co do Boba, to cóż, niezwykle tragiczna postać która może nie jest aż tak mocno eksploatowana jakby się tego wymagało, jednakże posiada ten mały pierwiastek który wzbudza we mnie zainteresowanie. Jak już wspomniałem wyżej, jego osoba jest na dzień dzisiejszą pierwszą (i pewnie ostatnią), która musi się borykać z problemami wynikającymi z własnych ułomności przez co staje się ona niezwykle ciekawym materiałem pod analizę. Ten wewnętrzny bój, który rozgrywa się pomiędzy chęcią postępowania z czystym sumieniem, a ciągle gdzieś powracającymi pokusami rokuje na naprawdę dobrą historię. Widz odczuwa to jego wewnętrzne przygnębienie, załamanie oraz martwy punkt. Bob pragnie w końcu dokonać przełomu w swojej beznadziejności, ale nie jest w stanie tego dokonać, przy czym czas w którymi przyszło mu żyć nie ułatwia sprawy. Rozwiązanie niby jest tak blisko, a jakże daleko. Swoim postępowaniem wprowadza pewną dozę niepewności zmuszając do zastanowienia się nad tym, w którym kierunku zaprowadzi go historia. Czy wyjdzie z nałogu? A może spotka się z dezaprobatą grupy? Albo czy będzie to oznaczało koniec jego pobytu w więzieniu i automatycznie dołączenie do Gubernatora?

tumblr_mvuub5CTSq1r7wse8o1_500        Na koniec zostawiłem największą kontrowersyjną sprawę tego odcinka, czyli rozwinięcie wątku Carol oraz jej relację z Rickiem. Sposób w jaki zakończyła się ta cała sprawa emocjonalnie mnie rozbiła, bo w życiu nie oczekiwałem takiego obrotu wydarzeń. Byłem niemal pewien, że twórcy ponownie pójdą w tanią dramę którą raczą nas już od połowy drugiego sezonu, jednakże jak się okazało poszli w stronę bardziej nieoczekiwanego rozwiązania. Musze przyznać, że choć Carol w bardzo szybkim tempie straciła w moich oczach przez niekonsekwencję swoich czynów jak i naprawdę idiotyczny rozwój jej osobowości, to tym odcinkiem trochę sobie zapunktowała. To co widać na pierwszy rzut oka to jej pewność, iż chwile spędzone w więzieniu poprzedzające wyprawę po zapasy mogą być ostatnimi. Cały czas kołatało mi się po głowie wrażenie, iż jest świadoma faktu bardzo tragicznego dla niej obrotu sprawy, stąd również rozmowa z Lizzie. Tutaj też należy zwrócić uwagę na jeden fakt- rozmowa z dziewczynką nie była umotywowana tylko i wyłącznie jej permanentnym odejściem, ale również przeczuciem że przechodzi ona przez pewien proces zmian, które mogą wymusić dramatyczne w skutkach efekty. Liz podobnie jak i Carl osiągnęła czarny punkt, który Peletier dostrzega. Poczuwa się ona do wyciągnięcia jej z iluzji, którą nałożyło na nią odejście ojca oraz brutalna rzeczywistość. Uświadomienie jej z czym tak naprawdę wiąże się śmierć oraz jak ważna jest obrona są kluczowymi. Jest to jedyny moment w którym odzew ma przeszłość Carol. Motywuje siebie samą nie tylko błędami popełnionymi przy Sophie ale również jej własnym życiem pośród krat i zimnych murów wiezienia, w których jak każdy pamięta stoczyła osamotnioną walkę o życie. W odcinku tym powiedziała też jedną bardzo ważną rzecz, która w krótki ale jakże treściwy sposób podsumowała stosunek Ricka do świata. Może on jedynie przyjąć maskę farmera, ale nigdy nie odseparuje się od ich codzienności oraz brutalności. W tym momencie choć przez chwilę mogłem oglądać Peletier, której siła nie przejawia się w irracjonalnym mordzie, a w słowach którymi wywiera ogromny wpływ na otoczenie. W tym właśnie momencie przejawia ona swoje życiowe doświadczenie wynikające z jej gry jaką przyjęła w czasie małżeństwa z Edem. Szkoda jednak, że jest to jedną pozytywną rzeczą, którą mogę o niej powiedzieć. Reszta jej jakże długiego monologu to nic innego jak czysta hipokryzja oraz jawne wyparcie, która sprawia że przestaje ona być wiarygodną postacią. Ma się wrażenie jakby wszystko to co robiła, by robione w jakimś amoku. Carol bardzo dobrze zdaje sobie sprawę z niemoralności swoich czynów oraz odarcia drugiego człowieka z jego człowieczeństwa i możliwości godnej śmierci. Pytanie tylko, dlaczego zasłania się tutaj zdaniem „ktoś musiał coś zrobić”? Przecież jak każdy dobrze wie rada wydała odpowiednie decyzje polegające na odseparowaniu całego bloku D, wyniszczeniu wszelkich rzeczy mogących mieć kontakt z chorobą jak i podjęciu szeregu wyjazdów w celu znalezienia odpowiednich leków. Dodatkowo ona sama uczestniczyła w tym zebraniu konsultując się razem z Hershelem, Sashą czy Darylem. Pytam się więc po co to wszystko? Druga sprawa, to jej argument o zastopowaniu rozwoju epidemii. Wszystko byłoby fajnie gdyby nie to, że przez cały poprzedni dzień praktycznie całe więzienie miało styczność z wirusem/bakterią/grzybem poprzez spanie w jednym budynku z Patriciem oraz innymi już na ten czas zarażonymi. Green bardzo mocno podkreślił to, że każdy był narażony. Trzecia sprawa ma się tak, że Carol sama stała przed bezpośrednim kontaktem z chorymi, a dodatkowo taszcząc ciała przez korytarz roznosiła ją po kompleksie. Wykazała się tutaj sporą głupotą i działaniem pod wpływem emocji bez uprzedniego przeanalizowania całej sytuacji. Porównanie również swojej zbrodni do zamordowania Shane’a przez Ricka jest tak absurdalne, że aż śmieszne. Czy naprawdę nie widać różnicy między zabiciem bezbronnych i niewinnych ludzi, a człowieka który celuje do ciebie z broni i chce później okłamać całą grupę odnośnie twojego losu? Coś mi się nie wydaje. A tak jeszcze a propos Ricka, to chcę powiedzieć że jego zachowanie niezmiernie mi się w tym odcinku podobało. Analityczne podejście do sprawy z próbą utwierdzenia swoich przekonań prowadząc swoisty wywiad z Carol były nareszcie przejawem rozsądnie myślącego człowieka, a nie ciągle błądzącego po omacku dziecka. Sposób w jaki potraktował Peletier jest adekwatnym do jej postępowania, przy czym wyrzucenie jej z więzienia było jedyną szansą na przedłużenie jej życia. Zabawił się on w przysłowiowego Boga decydując o losie drugiego człowieka, lecz nie można tego określić postawą negatywną zważywszy na sytuację w której się znalazł

tumblr_mvuvraDf6i1r7wse8o1_500

       Podsumowując już, odcinek „Indifference” naprawdę pozytywnie mnie zaskoczył. Po bardzo słabej jakości początku w końcu mamy jakiś skok i poprawienie sytuacji. Wprawdzie fabuła nadal jest maksymalnie przeciągnięta co niezmiernie potrafi zmęczyć, niemniej jednak wprowadzając mocne zdynamizowanie zmian bohaterów sprawnie zakryło to wrażenie. Z czystym sumieniem wystawiam epizodowi ocenę 8/10.

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts