Biżuteria Handmade

 

the_walking_dead___wallpapers_by_firreal-d5uhzpe      Mamy następny poniedziałek, a za nami kolejny już z rzędu odcinek czwartego sezonu „The Walking Dead”. Poprzedni epizod, który okazał się najbardziej spopularyzowanym całej serii ze względu na największą jak dotąd widownię sięgającą bagatela 16.1 mln pozostawił widzów w sporym skonsternowaniu dzięki jednemu z lepszych cliffhangerów, jakie pojawiły się kiedykolwiek na przestrzeni poprzednich trzech odsłon. Zaimplementowanie problemu epidemii, przedstawienie nowych relacji jak i trudów funkcjonowania pięćdziesięcioosobowej grupy więziennej stało się powodem narastania wielu pytań na które każdy z osobna chciałby niewątpliwie znać odpowiedź, a tak się składa że odpowiadać jest na co. Twórcy porwali się na naprawdę szeroką wodę podejmując się dość ciężkiej tematyki jaką są zasady egzystencjalne w świecie żywych trupów. Jest to coś bez dwóch zdań nowego wcześniej nie poruszanego w tym serialu, bo choć survival jest na porządku dziennym to mimo wszystko nieznane nam jest niebezpieczeństwo z którym w formie psychicznej muszą zmierzyć się nasi bohaterowie. Udało się w tym momencie twórcom osiągnąć rzecz będącą przez spory szmat czasu poza ich zasięgiem, a mianowicie zaintrygowanie widza. Czy jednak „Infected” rzeczone zaintrygowanie podtrzymało? Czy dało ono całościowe i klarowne, czy może byliśmy świadkami raczej połowicznego wyjaśnienia niektórych tematów?

tumblr_mv0y5pZRn91r7wse8o1_500      Figurująca na pozycji głównego scenarzysty epizodu Angela Kang nastroiła mnie niezwykle pozytywnie względem prezentowanego materiału. Mając na uwadze jej poprzednie dokonania twórcze na polu takich odcinków jak „Secrets” oraz „Judge, Jury, Executioner” sezonu drugiego, czy „I Ain’t a Judas” sezonu trzeciego, byłem święcie przekonany, iż będziemy w końcu świadkami budowania napięcia w oparciu o emocje i powiązania międzyludzkie podsycone ciągłym zagrożeniem ze strony trupów. Do tego nas przyzwyczaiła więc i tego powinniśmy oczekiwać. Czy jednak spełniła te oczekiwania? Po części tak. Muszę przyznać, że „Infected” jest niewątpliwie jakościowym upgradem względem „30 Days Witout an Accident” ze względu na zachowanie swego rodzaju napięcia oraz suspensu, niemniej jednak nie jest to jeszcze ten level, którego by się pragnęło ujrzeć. Niestety, ale scenarzystce nie udało się uniknąć sporej ilości nielogiczności, których nawet w procesie późniejszej edycji nie próbowano zatuszować. Przywiązanie uwagi do rzeczy priorytetowych, czyli racjonalnego rozwinięcia akcji jest niezwykle ważne, jednakże kreowane wokół tego otoczenie również odgrywa znaczącą, jak nie nawet kluczową rolę, co natomiast wymusza wręcz trochę głębszego spojrzenia na sprawę po to by wszystko cechowało się pełną harmonią. Na tym polu niestety nie poszło najlepiej, ponieważ nie zachowano spójności przez co mamy zgrzyty między tym co dzieje się na planie pierwszym, a to co ma miejsce na planie drugim. Przykładem niech będzie samo zachowanie głównych bohaterów, trącące w pewnych momentach niewyobrażalną wręcz głupotą. Angela wprowadziła tutaj spory infantylizm zachowania postaci próbując w ten sposób wymusić powstanie większego zdarzenia kierującego nas jako widzów do dramatycznego w skutkach rozwiązania. Owszem, jest to efektowne i robi wrażenie, jednak czy niezbędne do tego wszystkiego jest takie spłycenie portretów psychologicznych? Niemniej zostawmy póki co tą kwestię i wróćmy do fabuły jako takiej. Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy to naprawdę dobrze zachowany suspens fabularny, zarówno w kwestii choroby jak i przedstawionego nam tutaj sabotażysty. Ukazano nam skutki epidemii, ale nadal wszystko pozostaje w cieniu. Nikt nie wie co, jak, gdzie oraz kiedy. Nie ma planu, nie ma sposobu działania oraz tego jakie kroki powinno się podjąć. Ogólnie panuje kryzys i wielka niepewność, co z pełnym skutkiem przenosi się na widza i jego odczucia. Pozostawienie wszystkiego w cieniu nadaje sprawie sporej tajemniczości i może w przyszłości prowadzić do naprawdę zaskakujących zwrotów akcji. Czy jednak twórcy skorzystają z tych pozytywów? O tym przekonamy się w następnych tygodniach. Sam sabotaż więzienia również jest niezwykle pochłaniającą kwestią zważywszy na to, że nie wiadomo kogo tutaj wytypować. Sprawa jawi się dość poważnie, panuje szok, subtelnie też oraz nienachalnie wprowadzono destabilizację. Czy to ktoś zamieszkujący kompleks czy może Gubernator? Czy do czynienia mamy z własnym socjopatą czy z kompletnie obcą nam osobą, która jakoś dostała się na teren tej małej społeczności? Mówiąc krótko zapanowała jedna wielka niewiadoma. By jednak tak nie cukrzyć muszę powiedzieć, że to w jaki sposób zakończyła się ta sprawa było srogo rozczarowujące i niezwykle przewidywalne. Śmierć Karen na tym etapie fabuły naprawdę nie była potrzebna, bo po pierwsze zmarnowano potencjał na dobry charakter, a po drugie odnosząc się do tego co napisałem wyżej ponownie wprowadza się sztuczne generowanie problemu. Idźmy teraz dalej. Nie sposób pominąć również wielopłaszczyznowości odcinka. Po raz pierwszy od trzech lat w jednym epizodzie przedstawiono nam kilka różnych kwestii jednocześnie. Z jednej strony mamy płaszczyznę wciąż rozwijających się relacji, z drugiej wewnątrzgrupowy kryzys, a z trzeciej problem odpierania ataku zombie i malejące możliwości ochronne placówki, której utrzymanie nie jest już takie proste. Dzięki temu nie dość, że skumulowano w jednym miejscu zarówno przerażenie jak i słabość wraz z bezcelowością, to udało się ponadto zachować mocny ciąg przyczynowo-skutkowy (wprawdzie z paroma nielogicznościami, ale przedstawiona akcja prowadziła do kolejnej). Byliśmy świadkami końca jednego etapu życia grupy czyli spokojna egzystencja, a zarazem początku twardej walki o dalsze przetrwanie okupione wieloma stratami.

tumblr_mv0v76rhoJ1r7wse8o1_500       Omówiwszy już sprawę fabularnej strony odcinka przydałoby się przejść do aspektu płaszczyzny bohaterów „Infected”. Jak już mówiłem wyżej, Kang bardzo mocno postawiła na postaci, które w końcu wszystkie razem były elementem wydarzeń mających miejsce w tymże odcinku. Nie było selekcji tak jak wcześniej. Każda osoba bez względu na to czy główna czy poboczna miała szansę pokazania się od dobrej strony. Zagranie bardzo dobre, z którego niezmiernie się cieszę tylko szkoda, że nie do końca zostało wszystko skrzętnie przemyślane. Podczas seansu targały mną odrobinę „słodko-kwaśne” reakcje względem tego co oglądam. Wprawdzie mieliśmy stanowczy nacisk na emocjonalność naszej grupki, jednakże nie uniknięto jej zidiocenia, a wręcz nawet nadania łatki „dzieci błądzących we mgle”. Każdy z nich miał niby określone zadanie z którego nie do końca się wywiązał. Weźmy na pierwszy rzut Karen. Dziewczyna cechująca się sympatycznością, rezolutnością oraz przezornością. Jawi nam się jako naprawdę twardą stąpająca po ziemi kobieta, która potrafi o siebie zadbać. Wrażenia jak najbardziej poprawne, jednak co z tego skoro ułamek sekundy później jesteśmy świadkami jej infantylizmu? Całkowicie zbagatelizowała ona sprawę dziwnych odgłosów z którymi stanęła „face to face” co w warunkach w których przyszło jej żyć jest wręcz niewybaczalne. Powiedzmy sobie szczerze, czy więzienie jest na tyle bezpieczną placówką, iż niczym nie należy się przejmować? Tutaj pojawia się argument o tym, że bohaterowie kompletnie nie uczą się na własnych błędach. Brak zachowania jakichkolwiek podstaw bezpieczeństwa z jej strony (ale zresztą i nie tylko z jej) razi widza niemiłosiernie. Bloki jak i cele pootwierane na oścież, co jest jawnym wręcz zaproszeniem dla wszelkich katastrof. Sam Rick również nie odznaczył się zbytnim intelektem w tym odcinku. W pełni rozumiem jego chęć oddalenia się od walki, odcięcia się od problemów przeżycia i oddania pałeczki przewodzenia komu innemu, ponieważ w pełni sobie na to zasłużył. Niemniej jednak jego awersja względem broni jak i również bagatelizowanie jawnego zagrożenia ze strony trupów zgromadzonych poza murami więzienia jest dla mnie niepojęte i niezrozumiałe. To właśnie on jako osoba najbardziej doświadczona jak i kompetentna w tej kwestii powinien wiedzieć z kim, a raczej z czym muszą sobie oni radzić. Z tego też względu wypadałoby aby stanowił pewien wzór, szczególnie teraz kiedy do czynienia ma z niedoświadczonymi ludźmi z Woodbury. On jednak sprawia wrażenia jakby osiadł na laurach. Co jest jednak w tym wszystkim najśmieszniejsze – ponownie jesteśmy świadkami jak to dopiero krytyczna sytuacja uświadamia Ricka o rosnącym zagrożeniu. Więźniowie, Lori czy Andrea to chyba za małe i niezbyt traumatyczne wydarzenia. W dobrym świetle nie jest również ukazana Carol. Wprawdzie ma ona jak najbardziej pozytywne intencje nauczając najmłodszych samoobrony, lecz sposób i drogę które sobie wybrała sprawiają, że sama na swojej szyi zakręca pętle. Kompletnie nie zważa na konsekwencję swoich czynów, a przecież mając na uwadze lata poprzednie takie zagrania mogą przynieść katastrofalne w skutkach sytuacje. Metody których używa niestety dalece są od dobrych. Czyżby Peletier zapomniała o tym, że zabicie przez Carla własnej matki doprowadziło go na sam skraj? Czy jest ona aż tak zaślepiona, że nie bierze przykładów z własnego najbliższego jej otoczenia? W pełni rozumiem chęć pomocy, ale są pewne nieprzekraczalne granice. Tutaj jednak wychodzi na jaw próba połączenia w jednej osobie zarówno poczucia wspólnoty, którą cechowała się chociażby Lori oraz zadziorności, siły przebicia i stanowczości Andrei. Niestety jednak, otrzymujemy efekt odwrotny do zamierzonego. Czy się to poprawi? Mam taką nadzieję, aczkolwiek może być trudno. Chyba, że twórcy mają naprawdę coś mocnego w zanadrzu jeśli chodzi o tą właśnie postać, bo póki co nie jest ona na najlepszej drodze.

       Oddzielny akapit trzeba również poświęcić tzw. radzie więziennej w skład której wchodzą Carol, Hershel, Daryl, Sasha oraz Glenn. Jak wiadomo dyktatura Ricka nie przyniosła pożądanych efektów. Ba, można nawet powiedzieć że spotkała się z większą ilością porażek niż sukcesów. Co za tym idzie kwestią czasu była „zmiana ustroju” na demokrację, którą reprezentują w serialu najbardziej doświadczeni w „branży”. Szkoda jednak, że mimo wspomnianego doświadczenia działają oni jak dzieci nie wiedząc co zrobić. Możliwe, że takie rozwiązanie opłacało się przy błahostkach, ale jak widać nie sprawdza się przy naprawdę krytycznych sytuacjach. Kompleks więzienny musi stawić czoła naprawdę sporych rozmiarów kryzysowi, wymagana jest stanowczość, szybkość działania, twarde decyzje. Ani jedna z tych rzeczy nie miała miejsca podczas obrad. Bohaterowie są rozleźli, niezdecydowani, niemrawi ale co najgorsze sprawiają wrażenie wręcz znudzonych. Nie ma tej iskry. Kiedy powinni układać plan działania rzucają oni luźnymi hasełkami błądząc po omacku. Pytanie gdzie w takiej sytuacji podział się lekarz, który ma największe kompetencje? To on powinien decydować co robić, to z nim powinni się konsultować. Rada sprawia wrażenia jakby nie miała zielonego pojęcia jak się zachować i co dalej robić. Zamiast sprawnie odseparować chorych oni dywagują o sprawach najmniej istotnych. Liczy się czas, a oni ten czas najprościej w świecie marnują.

CBXbv4v       Czytając taką dość długą listę niezadowolenia pojawia się pytanie czy była chociażby jedna rzecz warta uwagi. Otóż odpowiadam, że była i to nie jedna, a nawet kilka. Po pierwsze Carl. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak ten chłopak wydoroślał, jak jego charakter został wyważony i dopasowany do panujących w TWD realiów. Z jednej strony wciąż mamy tego małego chłopca czytającego komiksy i podchodzącego emocjonalnie do rzeczy, które go otaczają, ale z drugiej strony mamy też dorosłego człowieka odznaczającego się inteligencją, rozwagą oraz lojalnością. Waży on konsekwencje pewnych zdarzeń jak i zachowań, wyciągając z tego poprawne wnioski. Kiedy widzi zagrożenie jawnie to artykułuje i nie próbuje zakłamać rzeczywistości. Poczuwa się ponadto do odpowiedzialności za życie własne jak i innych. Zna wartość ludzkiej egzystencji i wie jak krucha potrafi ona być. Trzeba również zwrócić uwagę na korelacje jakie powstały między nim a ojcem. To już nie jest tylko jednokierunkowy wpływ. Obydwoje wyciągają z tego korzyści, obydwoje na siebie wpływają, obydwoje na siebie oddziałują. Ta relacja jest ukazana w pełnym jej wymiarze, a nie jedynie połowicznie jak to miało miejsce dotychczas. Widać, że razem przechodzą pewną drogę i zmianę oraz razem zamykają oraz rozpoczynają nowe etapy w życiu. Warto też zwrócić uwagę na Michonne, która pierwszy raz od początku trzeciego sezonu pokazała swoją kompleksowość i na bok odłożyła karykaturalizację. Twórcy może za bardzo odchodzącą od tego co „było” łamiąc w pewnym sensie reguły ewolucji postaci, niemniej jednak w tym przypadku wyszło to naprawdę przyzwoicie i realnie. Jestem pod niezwykle wielkim wrażeniem tego, że dramat Mich odbywał się w niej samej i nie miał wydźwięku ogólnogrupowego. Zmaga się ona z demonami przeszłości, które powoli zaczynają ją pożerać. Aczkolwiek prowadzi ona z tym ciągłą walkę, którą niestety okupuje wielkimi stratami. Przeraża ją to, że w coraz większym stopniu jest ona uzależniona od drugiej osoby, że zatraca w sobie siłę wykształconą wcześniej. Dostrzega również zapewne błędy jakie popełniła w przeszłości co wypływa z niej ze zdwojoną siłą. Nareszcie ukazano Michonne jako człowieka choć zachowano tą tajemniczość oraz dodano jej drugie dno i drugi wymiar. Uważam, że to właśnie od tego powinni zacząć. Od stopniowego ukazywania kart, co z pełnym sukcesem łączyłoby się z miejscem w którym pozostawiono ją w trzecim sezonie. Uśmiechy i żarty niestety ale będą się z tym gryźć. Daryl również wrócił na odpowiednie tory. Wprawdzie nie jest to jeszcze to czego bym oczekiwał, ale jest na dobrej drodze do ponownej świetności w tym serialu. Nareszcie dostaliśmy człowieka, który nie stoi z boku biernie przyglądając się sytuacji. Działa oraz atakuje mówiąc co mu „leży na wątrobie”. Nie obawia się powiedzieć wprost co sądzi. Dostrzega niedociągnięcia i podejmuje kroki by je łatać choćby nawet naruszając spokój Ricka. Żyją w świecie w którym nie ma luksusów, w którym dominuje ostateczność i on to widzi i w pewnym sensie nawet manifestuje. Twórcy wypośrodkowali jego charakter. Pytanie tylko na jak długo? Także Beth jest na dobrej drodze. Jej dojrzałość, dostrzeganie problemów oraz próba asymilacji do ciągle obecnej śmierci wynosi tą bohaterkę na nowy poziom. Stanowczo wydoroślała i bierze swoje życie we własne ręce.

walking-dead-02        Warto również wspomnieć o tym, że odcinek ten miał ponadto zarówno kilka naprawdę fajnych nawiązań do komiksu, jak i kilka naprawdę powalających wręcz idiotyzmów. Zacznijmy może od nawiązań. Po pierwsze mamy Ryana i jego prośbę opieki nad bliźniaczkami. Jest to praktycznie 100% odwzorowanie Alena i jego prośby w sprawie Billego oraz Bena. Po drugie kwestia sabotażysty i podwójnego morderstwa. Po trzecie załamanie jednego z bohaterów w związku z odkryciem brutalnego morderstwa najbliższej mu osoby. Tutaj Tyreese, w pierwowzorze Hershel. Są to małe smaczki, ale warto na nie zwracać uwagę, ponieważ definiują to w którą stronę podąża serial. A co zaś się tyczy nielogiczności. Niestety ale zbyt kolorowo już tutaj nie będzie. W „Infected” była ich niesamowicie spora liczba, która czasami wręcz przytłacza. Wymieniając po kolei:

  • Karen głucha na odgłosy trupa, który wlecze się kilka metrów za nią
  • Brak zachowania podstaw bezpieczeństwa przez grupę więzienną
  • Zero krzyku żywcem rozszarpywanych ludzi, ogólnie sielanka, a zombie harcują
  • Wyciągnięcie Karen z zamkniętej na klucz celi po objęciu jej kwarantanną
  • Zero reakcji na palące się zwłoki na dziedzińcu więzienia mimo tego że cały czas ktoś był na zewnątrz np. Daryl
  • Kompletne zbagatelizowanie zagrożenia z zewnątrz
  • Irracjonalne zaskoczenie Michonne przez zombie i jej późniejsza kontuzja, mimo tego że jak wiadomo dziewczyna potrafi skakać po drzewach itd.
  • Glenn oraz Maggie pełniąc nocną wartę nie zauważyli, że ktoś kręci się pod płotem świecąc latarką i dokarmiając trupy

walking-dead-01        Podsumowując „Infected” w wykonaniu Angeli Kang bez dwóch zdań jest pod względem fabuły lepsze od odcinka wprowadzającego. Widać mocne próby zachowania suspensu, tajemnicy oraz napięcia co zaowocowało pełnym sukcesem w postaci zachowania kilku kart, które twórcy mogą wykorzystać w przyszłości (aczkolwiek nie jest powiedziane, że muszą). Niestety jednak spore przywiązanie do samej warstwy fabularnej znacząco odbiło się na bohaterach i sposobie ich przedstawienia w efekcie czego jesteśmy świadkami sporej niekonsekwencji w ich prowadzeniu. Wielokrotnie ukazano ich w absurdalnych tudzież odrobinę przekoloryzowanych sytuacjach, które sprawiały że stawiano poszczególne postaci w negatywnym świetle. Ogólnie rzecz ujmując odcinek oceniam na 6.5/10. Mamy poprawę jakości, ale nadal serial boryka się z podstawowymi błędami wynikającymi z nieuwagi scenarzystów.

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts