Biżuteria Handmade

season4-teaser-feat

       Kolejny tydzień, kolejny poniedziałek i kolejny epizod drugiej połowy czwartego sezonu „The Walking Dead” za nami. Co by tu dużo mówić, 4b rozpoczął się z wielką pompą sprawnie pobudzając apetyt widzów, dzięki czemu człowiek chciałby czerpać jeszcze większymi garściami niż dotychczas. Po fantastycznym „After” wprowadzającym nową formułę jak i podejście do tematu (metaforyczne ujęcie zmian zachodzących w psychice bohaterów) przydałoby się, aby twórcy jeszcze bardziej dokręcili śrubę serwując nam znacznie obszerniejszą dawkę emocji oraz dobrej zabawy. Oczywiście to wszystko oparte na materiale dostarczającym szerokiego pola do analizy prezentowanych treści. W końcu to jest podstawą całego uniwersum „Żywych Trupów„. Pytanie jednak jak to zostało przedstawione w „Inmates„? Czy zwiększona liczba bohaterów pozwoliła scenarzystom dalej realizować swoje założenia, czy może znowu podcięła im skrzydła prowadząc w ten sposób do szeregu bzdurnych, nudnych i niepotrzebnych zagrań?

tumblr_n14l5ewtAy1r7wse8o1_500

       Jedyną rzeczą, której najbardziej obawiałem się w nadchodzącym odcinku to zwiększona liczba bohaterów. Na uwadze miałem nie tylko fakt dość silnie jawiącej się marginalizacji postaci, ale również nieumiejętnie prowadzonej idei wielowątkowości. Jakby to ująć, moje obawy się w dużym stopniu sprawdziły nad czym naprawdę szczerze ubolewam. Tym razem mieliśmy do czynienia z 4 pomniejszymi grupkami, których rozrzucenie miało wprowadzić widza w uczucie wewnętrznego rozłamu zbiorowości ocalonych, ale także emocjonalnego rozbicia. Wprawdzie w początkowych etapach „Inmates” scenarzystom udało się to uczucie przedstawić niemniej jednak wraz z postępującymi minutami coraz bardziej można było odczuć jak wcześniej wypracowany dramatyzm zaczyna się rozmywać dając miejsce dłużyznom i mało absorbującym zagraniom. Mówiąc prosto, bez polotu oraz szału. Nie udało się również w pełni ująć tych „małych światów” o których wspominałem w poprzedniej recenzji. Oczywiście historia nadal kręci się wokół postaci oraz ich zmieniających się osobowości, jednakże chęć upchnięcia tylu motywów w tak krótkim odcinku czasu sprawiła, że twórcy zaczęli gubić się we własnych pomysłach. Bardzo mocno odczułem tą szamotaninę i próby łapania wszystkiego czego się da. Doceniam chęć ukazania szerokiego spektrum stanów emocjonalnych, lecz przy takim materiale trzeba zdecydować się co jest ważniejsze. Czy lepiej poświęcić 15 minut czasu antenowego na szamotaninę Beth pośród drzew w lesie, czy lepiej zająć się psychozą Lizzie, czy w ogóle wziąć pod lupę Sashę oraz Boba, którzy jak wiadomo nie dostali jak dotąd pola do jakichkolwiek popisów. W tym momencie na wierzch wychodzi fakt, iż dla takiego typu materiału raptem osiem odcinków to zdecydowanie za mało. Gdyby zaczęto jego realizację począwszy od pilotażowego epizodu wyszłoby to o wiele lepiej, składniej oraz dynamiczniej. Tak oto mamy wszystko oraz nic. W ładne słówka i otoczkę ubrano brak zasadniczej treści.

tumblr_n154129vvU1r7wse8o1_500

       Jednym z najgorszych motywów odcinka był wątek Daryla oraz Beth. Jego problemem jest to, iż w zasadniczej kwestii nic sobą nie reprezentował oraz nic nie wnosił poza faktem zabrania ogromu czasu antenowego. Interakcja pomiędzy rzeczoną dwójką należy do najbardziej jałowych, mdłych oraz dennych jakie pojawiły się na przestrzeni już nie tego sezonu, ale wszystkich serii emitowanych w poprzednich latach.  Scenariusz w tym punkcie był najzwyczajniej w świecie pusty, ponieważ ani nie pokazano zapowiadanej wcześniej wewnętrznej alienacji Dixona po stracie więzienia, ani nie ukazano żałoby „little” Green po śmierci ojca i możliwe, że także siostry. Wszystko skupiło się na bezsensownym łażeniu po lesie mającym jedynie utwierdzić nas w przekonaniu, że do czynienia mamy z najmniej interesującymi bohaterami jakimi obecnie posiada „The Walking Dead„. Z wielką przykrością stwierdzam, iż Daryl Dixon przestał być postacią, na której bez problemów można oprzeć historię tego serialu. Mimo tego, że podjęto próby zaimplementowania tutaj postaw podobnych do tych, którymi reprezentował się w drugim sezonie, to dało to efekt odwrotny do zamierzonego. Taka całkowita znieczulica w jego wykonaniu oraz robienie wszystkiego od całkowitego niechcenia również nie jest rozwiązaniem. Odnoszę wrażenie, iż trzyma się go tylko ze względu na efektywność scen, których jest niemałym źródłem. Aż strach mnie ogarnia na myśl o tym, co czeka nas w przypadku „centryka” mu poświęconego. Niemniej jednak pałeczkę w najbardziej żałosnym zagraniu sprawnie przejęła tutaj Beth, aczkolwiek wina nie leży tutaj tylko i wyłącznie po stronie bohaterki, a raczej aktorki ją odgrywającej, czyli Emily Kinney. Sama postać tak naprawdę nie jest zła, ale została położona przez drewniane, niemrawe oraz sztuczne aktorstwo. Bardzo ograniczony zakres ekspresji robi niestety swoje. Zastanawia mnie czym kierował się Frank Darabont angażując właśnie jej osobę do tej roli.

tumblr_n159w37Esw1r7wse8o1_500

       Trochę lepiej w rankingu plasuje się wątek Tyreesa oraz dzieci, który sporego kopa zarobił na obecności Judith. Osobiście uważam, iż oszczędzenie dziecka było najlepszą decyzją jaką producenci podjęci na przestrzeni ostatnich dwóch lat. Dodatkowo doceniam to, iż to właśnie tych bohaterów obarczono jej obecnością ponieważ sprawnie maskuje to sporą nijakość, którą prezentują oni na każdym kroku. Ty, który dostał już przydomek „Pączusia” nareszcie może pokazać swoją osobę od strony sprawnego działania pod presją, Mika została włożona pod płaszcz samodzielnej walki oraz sprawdzenia własnych możliwości, a Lizzie pozostawiona sama sobie może rozwinąć swoje prawdopodobne psychopatyczne zapędy. Jak dla mnie jest to najlepsze zagranie czwartego sezonu. Problematyka noworodka wprowadza spore napięcie oraz niepewność odnośnie przyszłości. Człowiek nie wie co tak naprawdę wydarzy się minutę czy dwie później. Wieczny płacz przeplatany co rusz strachem bohaterów jak i charczeniem obecnych w otoczeniu trupów buduje powalający klimat całkowitego załamania oraz kroczenia na niezwykle cienkiej granicy życia i śmierci. Czy uda nam się przeżyć kolejny dzień? Czy znajdziemy schronienie dla nieświadomego niczego i bezbronnego dziecka? Czy sami sprostamy piętrzącym się wymaganiom?  Te jak i kilka innych pytań towarzyszyły mi podczas oglądania tej części odcinka, co uważam za naprawdę spory plus. Oczywiście czym byłoby także „The Walking Dead” bez pięknego faux pas, które twórcy muszą notorycznie popełniać przy każdym lepszym motywie. Tak świetnie rysujący się wątek dosłownie musiał być zniszczony przez samego Tyreesa, który to aż nadto pragnął zabrać Lori (Panie świeć nad jej duszą) tytuł „Najgorszej Matki Roku„. Nie wiem czy uniosła go męska duma, czy może nerwy wzięły nad nim górę, niemniej jednak pozostawienie trójki bezbronnych dzieci z noworodkiem pośrodku lasu z marszu weszło do panteonu największych idiotycznych zagrań serialu, plasując się na zaszczytnym trzecim miejscu zaraz po wypadku wspomnianej Lori czy przygodach Gubernatora-terminatora. Z góry przepraszam za ton jaki panuje w tej części wypowiedzi, ale po prostu nie jestem w stanie inaczej podejść do sposobu rozwiązania tego wątku. Sytuacji nie poprawia również powrót Carol Peletier. O ile cieszę się na widok Melissy McBride ze względu na sporą sympatię do aktorki, o tyle sama obecność tej bohaterki nie napawa mnie optymizmem. Już pomijając fakt bardzo przewidywalnego sposobu jej ponownego pojawienia się (oczywiście musiała przyglądać się całemu upadkowi więzienia) obawiam się tego, iż twórcy spróbują połączyć ją z motywem psychodelicznej Lizzie (za pomocą lekkiego wtrącenia powiem, iż sekwencja podduszania Judith oraz rzut kamery na jej pełne strachu oczy była najbardziej przerażającą jaką kiedykolwiek widziałem w TWD, naprawdę dawno nie czułem takiego strachu jak właśnie przy tym motywie) i mordów dokonanych na Karen i Davidzie, wybielając przy tym jej osobę w oczach widzów.

tumblr_n153xzGSeJ1r7wse8o1_500

       Segmentem do którego nie mam o dziwo żadnych zastrzeżeń jest segment poświęcony Maggie wraz z Sashą oraz Bobem. Ku mojemu ogólnemu zdziwieniu była to najrozsądniej poprowadzona część historii, w której to dostaliśmy dość ciekawy rzut na problem upadku więzienia ujęty z perspektywy trzech diametralnie różniących się od siebie osób. Było inaczej, ciekawiej i na swój sposób intrygująco. Na początku pod nóż wezmę siostrę Tyrees’a, której pragmatyczne podejście do zaistniałej sytuacji wprowadziło dość silny aspekt survivalowy. Widać, iż dziewczyna jako jedna z niewielu trzeźwo myśli w kryzysowych sytuacjach. Choć możliwa strata najbliższych mocno ją dotknęła (szczególnie po tym jak sama przez ostatni czas balansowała pomiędzy życiem a śmiercią) wie, że najważniejszym celem skupiającym wokół siebie największą uwagę jest zapewnienie sobie dachu nad głową, bezpiecznego miejsca, prowiantu oraz materiałów do obrony. Doskonale czuje ona, iż nie ma obecnie czasu na rozpamiętywanie przeszłości. Ważne jest to co tu i to co teraz, zważywszy na to iż położenie tej trójki nie należało do najlepszych. Niemniej jednak nie tym Sasha tak naprawdę zapunktowała. Rzeczą, która podobała mi się najbardziej w jej wykonaniu było poszanowanie uczuć, oczekiwań oraz tragedii innych ludzi. Na swój sposób potrafi ona wejść w sytuację Maggie, szczególnie po tym jak Hershel uratował jej własne życie. Doceniam to, iż chęć przetrwania zbudowano u niej na ludzkich uczuciach, a nie kompletnej znieczulicy. Mam nadzieję, że w przyszłych odcinkach jej portret psychologiczny będzie nadal żywo rozwijany, ponieważ jest ona warta pracy i uwagi.

       Wielu ludzi zarzuca Maggie, iż jedyną rzeczą o której potrafi myśleć po utracie więzienia jest Glenn. Dla mnie osobiście są to zarzuty lekko na wyrost, ponieważ patrząc na jej sytuację oraz ogólną kondycję próby odszukania męża uważam za jedne z bardziej racjonalnych jakie podjęła. Należy zwrócić uwagę na fakt, iż były na pewno jednymi z lepiej umotywowanych. Spójrzmy prawdzie w oczy, co innego mogła ona teraz zrobić? Na własnych oczach widziała egzekucję ojca, jej siostra zaginęła w wirze walki kiedy kompleks zaczęły otaczać chmary zombie, nie miała ona pewności czy ktokolwiek inny przetrwał. Na domiar złego w ułamku sekundy został zabrany jej dach nad głową. Patrząc obiektywnie na całe zajście, wybranie się na poszukiwania ukochanego którego sama umieściła w busie było jedyną klarowną i pewna opcją. Tylko to dawało jej też połączenie z tym, co było kiedyś. Można uznać to oczywiście za chorobliwe przewrażliwienie (w końcu trzeba ustalać sobie priorytety) niemniej jednak w ich przypadku relacja jest tak niewyobrażalnie silna, iż nie wyobrażam sobie, aby Maggie postąpiła inaczej. Dodatkowo powiedziała wprost, iż nikogo do tego nie przymusza ani nikogo ze sobą nie ciągnie. Sprawę chciała załatwić sama bez narażania życia ludzi wokoło. W moim odczuciu zachowała się tutaj uczciwie w stosunku do pozostałych nie obarczając ich własnymi problemami. Samą próbę odnalezienia autobusu można potraktować także jako chęć „upuszczenia pary„, chęć wewnętrznego spokoju. Obecność trupów pozwoliła jej także na pozbycie się emocji, które coraz bardziej nią targały. Złość, strach, przerażenie, panika, załamanie czy wewnętrzna depresja wymagały zminimalizowania po to, aby w przyszłości móc racjonalnie podejmować kroki i być w stanie wziąć odpowiedzialność za ludzi, którymi niewątpliwie przyjdzie jej pokierować. Przy okazji omawiania wątku Maggie, chciałbym również docenić niezwykle prawdziwą grę Lauren Cohan, która stopniowo pnie się do poziomu najlepszej aktorki grającej w „The Walking Dead„. Z jej twarzy można było wyczytać niemalże najmniejsze emocje targające bohaterką co wywarło na mnie piorunujący efekt. Skokowe przechodzenie pomiędzy strachem, radością, żądzą zemsty, a nostalgią było czymś niesamowitym i naprawdę wartym uwagi. Oczekuję od twórców maksymalnego wykorzystania potencjału drzemiącego w jej osobie, szczególnie po tym kiedy niestety zaprzepaścili możliwości jakie dawała im Laurie Holden.

       Bob Stookey okazał się dla mnie największym zaskoczeniem „Inmates„. Od dawien dawna nie było na tapecie TWD tak ciekawej, intrygującej oraz jednocześnie zabawnej postaci. W każdej minucie jego aktywności czuć jak to nie został skażony złymi decyzjami podjętymi przez producentów. Stanowi on taki promyczek nadziei pośród morza tragicznych i irracjonalnych kroków. Jego optymizm i lekkie patrzenie przez różowe okulary są naprawdę zaraźliwe. Osobiście jestem zadowolony z tak kontrastowego dla pozostałych bohaterów rysu charakterologicznego, ponieważ jest to pierwszy raz od czasów „Vatos” kiedy nie musimy patrzeć na wszechobecny dramatyzm wylewający się z każdego zdania oraz gestu zrobionego przez naszych protagonistów. Bob oraz jego podejście do świata (mimo oczywiście tragicznej przeszłości) jest czymś tak świeżym i nowym, że aż niemożliwym do ogarnięcia. W każdym momencie stara się znaleźć pozytywy i czerpać z chwili tyle, ile jest możliwe. Choć widzi negatywy to zawsze dostrzega powody do zadowolenia. Jego radosne stwierdzenie, iż „Nie możemy się rozdzielać” było dla mnie czymś tak nierealnym, że wręcz nawet nie do opisania. Nie wiem jak Wy, ale ja jestem w sporym szoku iż twórcom lubującym się w umartwianiu bohaterów udało się stworzyć tak sympatyczną postać.

tumblr_n154h8F3Ue1r7wse8o1_500

       Po ekscesach Gubernatora oraz kuloodpornym zombie Daryla wydawało mi się, iż w pełni uodporniłem się na wszelkie idiotyzmy oraz nielogiczności którymi tak chętnie raczy nas „The Walking Dead„. Po wątku Glenna doszedłem jednak do wniosku, że twórcy nie pokazali pełni swoich „możliwości twórczych„. To czego byłem świadkiem w finalnych etapach „Inmates” było tak absurdalne, tak groteskowe, tak sztuczne i tak wyolbrzymione oraz przerysowane, że aż głupie. Mówiąc prosto, nasz nadobny i pełen wdzięku oraz powabu Azjata dumnym krokiem wszedł na zaszczytne trzecie miejsce największych karykaturalizacji, których dopuścili się scenarzyści tego serialu. Oglądając sekunda po sekundzie prezentowaną sekwencję coraz trudniej było mi zbierać szczękę z podłogi. Byłem w tak wielkim szoku, że nie wiedziałem czy się śmiać czy płakać. Pomijając już sam fakt tego, iż Glenn wyszedł z autobusu (chociaż z drugiej strony uratował sobie życie) to jakim cudem znalazł się on na mostku oraz przeżył wysadzenie z pocisku wystrzelonego z czołgu? Ja po prostu nie jestem w stanie tego ogarnąć. Aczkolwiek to i tak nie jest szczytem, ponieważ im dalej w las tym lepiej. Będąc samemu pośród murów coraz bardziej opanowanego przez zombie kompleksu, wzięło go jeszcze na melodramatyczne wspominki dotyczące swojej żony. Oczywiście rozumiem takie emocjonalne stosunki, ale umiejscowienie tego w zdemolowanym bloku C dało nadało temu niezwykle komiczny charakter. Później tej komedii mamy ciąg dalszy, ponieważ ledwo żywy Glenn niczym antyczny gladiator mknie poprzez hordę 40-50 trupów skupionych na dziedzińcu więzienia. Szedł z taką zawziętością, z takim zapałem, z takim zacięciem, że przez ułamek sekundy nawet wzbudziło to we mnie podziw. Skoro on sam był w stanie przebić się przez taką ciżbę to odbicie więzienia i jego odnowienie nie jest czymś niewykonalnym. Wystarczy dobrze się ulokować i co jakiś czas robić mały wypad wybijając kilkanaście sztuk wznosząc przy tym na nowo ogrodzenie. Tak naprawdę jedyną pozytywną rzeczą, którą dokonał w tym odcinku Glenn jest uratowanie Tary za co jestem mu naprawdę wdzięczny. Uważam, że pozostawienie jej przy życiu daje dobre pole do popisu ponieważ jest ona ciekawą bohaterką. Szkoda byłoby pozbywać się jej przedwcześnie skoro ma w sobie sporo potencjału. Samo zakończenie w jej wykonaniu było świetne i niezwykle klimatyczne. To nakierowanie kamery na jej twarz oraz wypomnienie o zadowoleniu z show naprawdę robiło spore wrażenie, zwłaszcza z tego względu iż widz miał wrażenie jakby mówiła to właśnie do niego.

tumblr_n1594m3e271r7wse8o1_500

       Tak naprawdę oprócz tych czterech większych wątków w odcinku pojawiło się kilka pomniejszych motywów, które moim zdaniem nie były aż tak świetne jak to zapowiadali twórcy. Pierwszym z nich jest wejście Abrahama, Rosity oraz Eugena. Producenci byli bardzo mocno podekscytowani odnośnie nowych twarzy w serialu, niestety jednak nie przyłożyli się na tyle by uznać tą decyzje za świetną. Bardzo mocno czuć było „skomiksowacenie” postaci nie tylko ze względu na ich wygląd, ale sposób ich zaprezentowania czyt. wejścia. Coś co może fajnie wyszło w pierwowzorze, w serialu nie zrobiło już takiego WOW. Trójka ta sprawiała wrażenie jakby uciekła dosłownie z cyrku albo co najmniej z planu jakiejś niskobudżetowej produkcji robionej dla kanału Puls.tv. Nie osiągnięto cliffhangera na miarę Andrei i Michonne w „Bedside the Dying Fire„. Drugą rzeczą, która mnie niezmiernie zdenerwowała to uśmiercenie Lilly. Nie wiem co kierowało scenarzystami, ale strzelili sobie w stopę ponownie usuwając pod dywan ciekawy materiał. Po tym jak uśmiercili Andreę myślałem, iż to przy starszej z sióstr Chambler zrealizują motyw długotrwałych negatywnych skutków związanych z bliskimi i destrukcyjnymi związkami z Gubernatorem. Jak jednak widać znowu stchórzyli. Oprócz tego przed tą bohaterką jawiła się masa innych interesujących wątków, ale z racji tego iż jest już po ptokach nie zamierzam się na ten temat zanadto rozpisywać. Ostatnią rzeczą jest idiotyczne pozbycie się Luka oraz Molly. Twórcy nie tylko wprowadzili sporą nielogiczność, ale postawili także Tyreesa w złym świetle. Wychodzi na to, że zgubił on dwójkę przestraszonych dzieci mimo tego, że biegł o krok za nimi.

tumblr_n14kx5e1FI1r7wse8o1_500

       Podsumowując, odcinek „Inmates” jest przeogromnym spadkiem jakości względem epizodu „After„. Twórcy ponownie zaczęli kręcić na siebie bata poprzez brak pomysłu i szamotaninę pośród wątków. Dużo też mamy idiotycznych, nieprzemyślanych wątków których realizacja przywodzi na myśl kino najniższych lotów. Wiele postaci stało się antypatycznych, motywy mało absorbujące a w efekcie nudne. Po serialu o takiej pozycji oczekuję jak największej precyzji. Niestety jednak na próżno jej tutaj szukać. Mówiąc prościej, osoby odpowiedzialne za „The Walking Dead” idą po linii najmniejszego oporu. Gubią się w tym wszystkim na własne życzenie. Moja ocena tym razem wynosi jedynie 5.5/10

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts