Biżuteria Handmade

AMC-Releases-The-Walking-Dead-Key-Art-For-Season-4-Premiere

       „W końcu! Nareszcie! Bogu dzięki! TAK! TAK! TAK!” to jedne z wielu, naprawdę wielu pozytywnych reakcji jakie wyraziłem podczas oglądania najnowszego materiału jakim uraczyło nas w ten jakże piękny poniedziałkowy poranek „The Walking Dead”. Choć wydawało się, iż nie ma nawet cienia szansy na wyjście z dołka w jakim przez nieuwagę twórców wylądował serial, odcinek „Internment” idealnie pokazał, że jak trzeba to potrafią zaserwować nam niezwykle miodną, pełną dramatyzmu i logicznego prowadzenia historię. To czego stałem się świadkiem było tak niesamowicie dopracowane w niemalże  każdym calu, że z czystym sumieniem mogę uznać ten epizod za najlepszy sezonu czwartego. Mówiąc szczerze to jest to chyba jedyny z którym tak naprawdę warto się dogłębnie zapoznać zaraz po „Bedside the Dying Fire„, aczkolwiek trzeba przyznać że również i „Prey” trzymał bardzo wysoki poziom mimo kilku bardzo jawnych niedociągnięć”. Niemniej jednak kończąc już tą małą dygresję wróćmy do głównego toku wypowiedzi.

tumblr_mw3pvu8oFd1r7wse8o1_500

       Fabularnie „Internment” jest niczym innym jak kolejną próbą retardacji głównego toku fabularnego sezonu. Obiektywnie rzecz ujmując nawet o minimetr nie ruszono do przodu z opowiadaniem pozostając w ten sposób dalej w tym samym miejscu, w którym postawiło nas „30 Days Without an Accident„. Powodem takiego obrotu sprawy jest nie tylko odsunięcie na bok sprawy Carol czy sabotażysty (czy tylko ja uważam, że ten wątek został włożony ot tak, po to by był?), ale również postawienie na rozwiązanie oraz definitywnie zakończenie wątku choroby wyniszczającej społeczność więzienną. Jak to się jednak mówi, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Monotematyczny charakter odcinka pozwolił twórcom na pełne nakierowanie swoich możliwości twórczych na jeden element dzięki czemu został on okraszony bardzo dobrym i racjonalnym ciągiem przyczynowo-skutkowym jak i świetnym, moim zdaniem, rozwojem bohaterów. Można powiedzieć, że odcinek został przemyślany od A do Z, począwszy od zbudowania lekkiego wstępu, poprzez niesamowicie intensywne rozwiniecie i na przepełnionym uczuciem ulgi oraz zwycięstwa zakończeniu będącym zwieńczeniem całości. Pomiędzy tym wszystkim oczywiście łagodne przejście między jednym etapem a drugim bez zbędnego wymuszania czy sztuczności. Jak nigdy dotąd tak teraz intensyfikacja coraz to bardziej ciężkiego klimatu jak i nagromadzenie się różnorakich emocji czasami podobnych, a czasami skrajnych dało piorunujący efekt. Widz odczuwał razem z bohaterami ten sukcesywnie kurczący się czas ich swobody. Ma świadomość nieuchronności nadchodzącego dramatycznego w skutkach punktu kulminacyjnego, a on sam jest jakby częścią prezentowanym wydarzeń. Scenarzystom udało się zbudować trwałe połączenie z postaciami „Żywych Trupów” opierające się nie tylko na utożsamianiu się z nimi, ale również emocjonalnym zrozumieniu ich postępowania co ostatnimi czasy było niestety rzadkością. Nad czym bardzo ubolewam, bo TWD jest taką historią, która właśnie na podobnych zasadach powinna się opierać. Dla mnie im większe „wdrażanie” obserwującego w to co się dzieje na ekranie, tym lepiej bo świadczy to o dobrym poziomie storytellingu. Mam nadzieję, że nie będzie tylko to odosobnionym przypadkiem. Nie sposób również zapomnieć o naprawdę przyzwoitych jak na standardy serialu dialogach, które w moim odczuciu spełniły powierzoną im rolę. Kiedy trzeba było, potrafiły podbudować towarzyszące nam napięcie czy zdynamizować akcję, ale również i rozluźnić kiedy wydawało się, iż nadchodzi tragiczny koniec. Takie skakanie po skali sprawiło, że z większym zainteresowaniem zapoznawałem się z kolejnymi minutami odcinka zastanawiające się z jakim obrotem sprawy będziemy musieli się zmierzyć. Dodatkowo w trakcie epizodu twórcy przedstawili nam dwa naprawdę chwytające za gębę cliffhangery w postaci chociażby Sashy i niewiadomej jej losu jak i beznadziejności Glenna, która to natomiast wpleciona została w już i tak mający miejsce w bloku A chaos. Zostaliśmy wręcz zmuszeni to bycia rozdartymi pomiędzy dwoma płaszczyznami przez co nie było ani chwili spokoju. Musze docenić to, że po raz pierwszy od bardzo, ale to bardzo długiego czasu w scenariuszu udało się połączyć mocne podstawy akcji, horroru, ewolucji relacji społecznych jak i dramaturgi przeplatającej się z tragizmem zdarzeń, które wynikały nie tylko z rozwoju fabuły, ale również dzięki adekwatnemu wykorzystaniu otoczenia. Więzienie w końcu budziło grozę odosobnienia oraz izolacji, a bezpośrednie przedstawienie pogromu jaki niosła ze sobą choroba wbijało w fotel. Są to smaczki, ale dla mnie niezmiernie ważne. A propos jeszcze tych smaczków, to nie sposób zapomnieć o klamrowym zamknięciu wątku. Sposób jego zakończenia jest niemalże taki sam jak jego otwarcie. Trochę mniej przychylnie ocenię natomiast kwestię przerwania zapory przez zombie. Bez bicia przyznaję się, iż była to jedna z bardziej efektownych scen jakie pojawiły się w serialu (chodzi mi o przerwanie płotu i jedną idącą noga w nogę falę szwendaczy) bo ukazała prawdziwą potęgę oraz zagrożenie ze strony trupów, niemniej jednak sposób w jaki Rick oraz Carl poradzili sobie z problemem był raczej śmieszny niż poważny. Po raz kolejny pojawia się tutaj reguła „zombie ku fabule”. Chodzi mi o to, że kiedy bohaterowie nie mają cienia szans na wyjście z „opresji” widzimy jak zombie jest agresywne, jak dążą do dopadnięcia postaci, jak idą niczym jeden mąż siejąc jeden wielki zamęt. Są one nieugięte oraz napędzane prymitywnym instynktem oraz rządzą mordu. Niemniej jednak ułamek sekundy później, kiedy już te postaci mają broń horda traci na znaczeniu. 30 do 50 nieumarłych zostają rozgromieni w mgnieniu oka, co odbija się w bardzo negatywny sposób na realizmie świata wykreowanego. W bardzo szybkim tempie przestaliśmy czuć tą przeważającą siłę wroga,  która nie podeszła do bohaterów nawet na odległość jednego metra. Spore niedociągnięcie i to w dodatku bardzo dobrze widoczne.

tumblr_mw318iyA021r7wse8o1_500

      Oddzielny akapit poświęcę na sprawę Gubernatora. Jak wiadomo twórcy zapowiadali, że będzie to bardzo emocjonalny oraz nieoczekiwany powrót. Miało być na bogato, z rozmachem,  nie wiadomo gdzie oraz nie wiadomo jak. Naprawdę ze sporym sukcesem napompowano balonik oczekiwań, który ponadto został jeszcze bardziej dopompowany zdjęciami z planu ukazującego Philipa Blake’a w niezbyt dla niego przystępnej „kondycji”. Teorii była masa i każda lepsza od poprzedniej, przez co zainteresowanie ciągle rosło, a i sama tajemnica niezbyt się nam wyklarowała. Co jednak zaserwowali nam w serialu? Najbardziej głupkowate, irracjonalne oraz absurdalne wprowadzenie jakie kiedykolwiek widział świat (przepraszam za hiperbolizację). Widok stojącego nieopodal więzienia głównego antagonisty serialu łypiącego swoim lewym oczkiem przepełnionym rządzą zemsty na naszych protagonistów był tak kuriozalny, że aż śmieszny. Do tego jeszcze ten najazd na jego opaskę. Zastanawiam się co chcieli tym osiągnąć, bo na pewno nie powagę sytuacji. Czy naprawdę nie było lepszego sposobu na ponownie przedstawienie tego bohatera szerokiej publiczności? Jak to zobaczyłem to przyszło mi na myśl: typowa telenowela. Niemniej jednak zostawmy już te temat i pójdźmy dalej.

tumblr_mw3p3x1rag1r7wse8o1_500

       Odcinek ten jako jeden z nielicznych cechuje się niesamowicie dobrze zbilansowanym rozłożeniem czasu antenowego pomiędzy wstawkami typowo akcyjne a dramatyczne. Od bodajże czwartego epizodu pierwszego sezonu nie dostaliśmy momentów, w których nie było przechodzenia w skrajności. Z tego też względu stosunek 50/50 znacznie podniósł jakość „Internment” dzięki temu, że oba elementy sprawnie się przeplatały, ale kiedy trzeba i uzupełniały po to by oddać pełen charakter przedstawianej historii. Są to zagrania naprawdę godne uwagi ponieważ pierwszy raz od dawien dawno pokazano nam bohaterów i ich relację w oparciu o bardzo dynamiczne sekwencje, a nie stagnacyjne i nic nie znaczące konwersacje. Nie było ich wprawdzie dużo, ale są znaczące do rozwoju poszczególnych postaci. Pierwsze co przychodzi na myśl to Rick oraz Carl. Obydwoje w końcu zrozumieli (choć tutaj prędzej mowa o ojcu, który powrócił w końcu do świata żywych) iż nie ma możliwości całkowitego odseparowania się od otaczającej ich rzeczywistości, a trzymanie siebie na wzajem na dystans od brutalności realiów mija się z celem. Ta dwójka aby przetrwać musi zacząć działać jako jedność rozumiejąc swoje potrzeby i oczekiwania. To stanie się gwarantem zachowania ich człowieczeństwa, a nie iluzja w której chciał żyć Grimes i w którą chciał wciągnąć syna. Tutaj już nie chodzi jedynie o relację ojciec-syn. Nie tędy wiedzie droga. Wprawdzie młodszy zrozumiał to trochę szybciej, aczkolwiek do osiągnięcia pełnego sukcesu potrzebował nawiązania silnej nici porozumienia, która swój odzew ma w synchronizowanym działaniu w obliczu zagrożenia ze strony hordy. Widać jak wzajemnie się uzupełniają w działaniu. Skoro już też jesteśmy przy Ricku to chcę powiedzieć, że wyjawieniem sprawy Carol zapunktował sobie. Byłem pewny, że poleci w tani dramat powodujący wymuszone komplikacje, jednakże na całe szczęście postanowił postawić sprawę jasno klarując sytuację. Czyżby zwiastowało to powrót starego dobrego szeryfa biorącego sprawy w swoje ręce? Mam nadzieję, że tak i oczekuję tego, iż nie będzie to jedynie krótkotrwałym stanem tak jak to miało miejsce w poprzednich odcinkach.

 

       Drugą jakże ważną postacią odcinka okazała się Maggie. Po półtorarocznym okresie stagnacji jaki dopadł tą bohaterkę ze względu na coraz bardziej pogłębiający się romans z Glennem, nareszcie przyszedł czas kiedy wychodzi ona przed szereg pokazując swój potencjał. Skupienie się na tak zgrabnie unikanym dotychczas temacie jej relacji z ojcem był strzałem w dziesiątkę gdyż pokazał nie tylko jej zalety w postaci sprawnego działania, ale również sporą siłę psychiczną. Można powiedzieć, że twórcy wybrali iście idealny moment na jej rozwinięcie. Szkoda, że zdecydowali się na to tak późno, ale jak to się mówi, lepiej późno niż w cale. Maggie w końcu przedstawiła nam się ze strony, w oparciu o którą powinna być prowadzona cały czas. Jej osoba to nie tylko ckliwe i polane toną lukru maślane oczka, ale również sprawność działania, klarowność myślenia, oddanie, zachowanie zimnej krwi. To wszystko miało odzew w tym właśnie odcinku. Dobitnie mogliśmy zobaczyć jak silne więzy rodzinne potrafią sprawnie napędzać oraz dobrze umotywować wszelkie jej kroki, które dzięki temu kończą się sukcesem. Czuć od niej to opanowanie, doświadczenie, szybkie łączenie faktów, niestrudzenie, pełne poświęcenie. Jako jedna z niewielu osób wykształciła w sobie umiejętność taktycznego działania. Widz ma tą świadomość iż analizuje ona nawet najmniejszy szczegół czego przykładem jest cała jej akcja w bloku A. Eliminuje zagrożenie szybko oraz skuteczne nie bawiąc się w podchody jak to zwyczaju mają co poniektórzy w tym serialu.

tumblr_mw3k66HvMA1r7wse8o1_500

       Jedną z bardziej intrygujących bohaterek „Internment” okazała się również Lizzie, która w moim odczuciu z coraz większym sukcesem zaczyna spychać Carla z piedestału najważniejszej dziecięcej postaci sezonu. Mimo tego, że pełni ona tylko i wyłącznie rolę drugoplanową to proces jej ewolucji jest tutaj niesamowicie mocno wyeksponowany, przez co kładzie on cień na pozostałe pozornie ważne indywidua TWD. Trzeba przyznać, że dziewczynka od samego początku wzbudza swego rodzaju kontrowersje swym zachowaniem, przy czym ogólnej sympatii widzów sobie nie zaskarbiła gdyż zewsząd można słyszeć lekkie słowa krytyki pod jej adresem. Szczerze powiedziawszy w moim przypadku jest dokładnie tak samo, aczkolwiek chcę zaznaczyć że mimo takiego obrotu spraw stała się w jakimś stopni interesująca, gdyż jest świetnym materiałem pod analizę. Początkowo uważałem ją za typowe rozpieszczone dziecko, ale wraz z postępem fabuły uświadomiłem sobie, że to czynniki zewnętrzne miały wpływ na takie a nie inne kształtowanie jej postrzegania otaczającego świata. Z jednej strony ojciec jak i całe środowisko wewnętrzne chciało odseparować ją od brutalności panujących obecnie realiów, co mogłoby się okazać bardzo dobrym posunięciem gdyby nie działalność Carol polegająca na zniesieniu tej iluzji w jaką wpadła. Skonfrontowanie ze sobą tych dwóch światopoglądów – z jednej strony chęć zapewnienia normalności typowej dla poprzedniego życia, a z drugiej usilne próby przedstawienia jak kruche to życie teraz jest – w umyśle Lizzie stało się zakrzywieniem jej prywatnego spojrzenia na świat. Zaczęła ona postrzegać trupy jako zwykłych ludzi, ale w innym stadium, ludzi którzy nadal mogą mieć w sobie cząstkę człowieczeństwa. Zatarły się w niej te granice, które winny być ze strony dorosłych sukcesywnie w niej umacniane. Można powiedzieć iż straciła to wrodzone wyczucie bezpieczeństwa. Co za tym idzie, mimo negatywnego charakteru jej zachowania, to nie ona ponosi winę za wszelkie potencjalne zagrożenie w jakim mogłaby postawić siebie samą jak i innych. Przykładem właśnie takiej sytuacji jest to co wydarzyło się w bloku A. Gdyby nie interwencja Hershela, to Lizzie spotkałaby śmierć za którą odpowiedzialność ponieśliby ludzie, którzy powinni zając się jej wychowaniem.  Pojawia się jednak jeszcze przy tym jedno pytanie, czy w świetle tych dramatycznych wydarzeń coś zmieni się w tej dziewczynie, czy już zaszła z miejsce, z którego nie uda jej się wrócić?

tumblr_mw63y137Xf1r7wse8o1_500

       Na sam koniec pozostawiłem Hershela, który bez cienia wątpliwości skradł ten odcinek, co zresztą nie jest pierwszą i zapewne nie ostatnią sytuacją w jego wykonaniu. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, iż Green wyrasta na tle pozostałych bohaterów do miana najlepiej poprowadzonej postaci serialu jak i najciekawszej pod względem rysu charakterologicznego. Jest to naprawdę jedyny przypadek w którym twórcom udało się zaimplementować tak rozległą kompleksowość i wielowymiarowość. Nie mamy tutaj do czynienia z jednotorowym rozwojem tak jak w przypadku Ricka, Daryla czy Tyreesa, co jest przeogromnym sukcesem jak na standardy TWD. Scenarzyści starają się skupić na jak największej ilości aspektów jego psychiki przeplatając je przy tym między sobą, dzięki czemu osiągnęli aż tak piorunujący efekt. Zawsze lubiłem Hershela, ale to co miało miejsce w ostatnim epizodzie przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Mieliśmy tutaj ujęcie jego osoby jako człowieka z obawami, pokładami zrozumienia, marzeniami, oddaniem, człowieka jako zaprawionego, ocalonego, walczącego o byt i przetrwanie, człowieka z kryzysem wiary oraz człowieka z kryzysem moralności. To dało nam pełny obraz potencjału jaki niesie ze sobą jego obecność w tym serialu. Po raz pierwszy od dawien dawna ukazano nam go jako niezwykle ważny filar grupy pełniący rolę ostoi człowieczeństwa, przy czym można było zaobserwować z jakim ciężarem jest to związane. Chęć zachowania godności człowieka wraz z prawidłowym jego traktowaniem zaczyna stopniowo przerastać możliwości Greena ponieważ śmierć odnosi przytłaczające zwycięstwo nad rodzajem ludzkim. Możemy uznać, iż czuje się on tym osaczony i mimo usilnych starań nie jest w stanie pokonać tych piętrzących się przed nim barier. Widać jak dużo go to kosztuje, aczkolwiek z drugiej strony wie że tylko i wyłącznie on sam ma możliwość zmierzenia się z tragedią jaka dotknęła więzienie. Oddalenie ludzi od okropności, zapewnienie im ludzkiego pochówku oraz pożegnania sprawnie napędza jego działania. Przejawia tutaj życiowe doświadczenie mówiące o tym, że nadzieja może być jedynym gwarantem przetrwania. Dalsze wydarzenia utwierdzają nas w tym fakcie. Do końca walczy w imieniu swoich racji starając się udowodnić wyższość moralnych wartości nad szybkim rozwiązaniem (taka aluzja do postępowania Carol). Otwarcie mówi to co myśli robiąc to z pełnym przekonaniem. Owszem, poświęcił przy tym kilka istnień ale doskonale wiemy, że nie miał tego w swoich intencjach i walczył do końca o ich uratowanie narażając samego siebie dla dobra ogółu. Nie przekreśla ona drugiego człowieka w oparciu o pozory, ale daje mu szansę na którą każdy z osobna zasługuje. Należy też wspomnieć że to wszystko jest próbą wspomnianej wyżej wiary. Czy jego oddanie Bogu uległo tutaj załamaniu? Nie można powiedzieć, że nie, niemniej będzie to chwilowym bo wyciąga on odpowiednie wnioski umacniając swoje stanowisko.

tumblr_mw329kATef1r7wse8o1_500

       Podsumowując już, odcinek „Internment” pozostawił po sobie piorunujące wrażenia. Właśnie takiego sposobu narracji jak i poziomu fabuły oczekuję po tego typu historii. Emocje przeplatane z tragicznymi wydarzeniami opartymi na kompleksowych bohaterach zawsze będą kluczem do sukcesu. W moim prywatnym rankingu epizod ten ląduje na samym szczycie najlepszych epizodów jakie do tej pory pojawiły się w „Żywych Trupach”, a jemu samemu wystawiam ocenę 9.5/10. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję na utrzymanie tak wysokiej jakości opowiadania.

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts