Biżuteria Handmade

the-walking-dead

       Twórcy podczas praktycznie 7-miesięcznej promocji czwartego sezonu „Żywych Trupów” nie szczędzili swoich zachwytów odnośnie nadchodzącego materiału. Chociaż pod kluczem ściśle trzymana była tajemnica tego, co trzymają oni dla widzów w zanadrzu, nie mieli barier przed określeniem S4 mianem najlepszej jak dotąd serii telewizyjnego „The Walking Dead”. Gromko mówili o tym jak to przyszłe wydarzenia mają być niezwykle dynamiczne, pełne zapadających w pamięć akcji podszytych dramatyzmem i aktywnymi zmianami w psychice bohaterów. Podsumowując można powiedzieć, że powinno być na bogato i z rozmachem. Co jednak najważniejsze takiego uderzenia winniśmy być świadkiem już na samym początku, który poniekąd stanowi skondensowanie najważniejszych wątków fabularnych. Czy tak było? Cóż, liczba widowni sięgająca prawie 16 mln mogłaby pozytywnie świadczyć o takiej sytuacji, jednakże częściej można spotkać pewnej dozy zawód aniżeli pełny zachwyt. Pojawia się więc pytanie, czy sytuacja uległa poprawie w „Isolation„? Bardzo bym tego chciał, ale niestety jest gorzej niż oczekiwałem. Po lekkiej poprawie w epizodzie „Infected” mamy zaskakujący spadek formy w tempie iście zatrważającym, który przebił nawet poprawność pilota.

tumblr_mvd237gB5R1r7wse8o1_500       Wyjaśnienie mojego stanowiska względem trzeciego odcinka czwartego sezonu zacznę tradycyjnie od omówienia fabuły. Jak wiadomo epizod poprzedzający dał bardzo dobrą bazę pod emocjonalne rozwiązanie tudzież zapętlenie historii. Jego wielowarstwowość w postaci sabotażysty, morderstwa oraz rosnącego zagrożenia ze strony trupów zbudowało moim skromnym zdaniem stabilny klimat dając masę możliwości, które były dosłownie na wyciągnięcie ręki. Szkoda jednak, że z żadnego elementu nie postanowiono skorzystać. Zapowiedzi, którymi uraczono widzów tydzień temu nawet w minimalnym stopniu nie pokrywają się z zaprezentowanym materiałem. Część opowiadania przedstawionego w „Isolation” jest do granic możliwości pozbawiona wszelkiego polotu, iskry czy progresu, przez co ze sporym znudzeniem zapoznawałem się z kolejnymi minutami. Tak naprawdę niby na ekranie dzieje się wiele, ale w efekcie nie dzieje się nic ponieważ akcja stoi w miejscu, a wszelkie próby ruszenia do przodu spełzają na niczym. Odnosi się po prostu wrażenie usilnej retardacji akcji, co na tym etapie nie było potrzebne. Ba, nawet nie powinno mieć miejsce przy takich wydarzeniach. Ewidentnie widać również chęć zbudowania emocjonalnego podłoża poprzez rozbudowywanie konfliktów jak i problemów wewnątrz grupy. Jest to zamysł bez dwóch zdań poprawny jeżeli spojrzy się z perspektywy ewolucji sezonu, jednakże jego wykonanie woła o pomstę do nieba. Centralny moment całego odcinka, czyli bójka pomiędzy Rickiem a Tyreesem, która zapewne z założenia powinna stać się definicją relacji pomiędzy tą dwójką jak i przeobrazić się w punkt wyjściowy dla dalszych sekwencji, zamiast wbijać w fotel swoją wielkością wywołuje uczucie zgrzytu, a nawet można powiedzieć zażenowania. Choć jest to motyw komiksowy i powinno się chwalić scenarzystów za chęć jego przeniesienia na ekrany telewizorów, to jednak sposób rozwiązania tej akcji jest całkowicie nieprzemyślany, a reakcje bohaterów nieadekwatne względem nakreślonego w około charakteru środowiska. Zachowanie tytułowych postaci trąci absurdem, przerysowaniem oraz niepotrzebną hiperbolizacją. Wszystko to jest niesamowicie wymuszone i sztuczne, a emocje im towarzyszące nie przenoszą się na widzów, którzy w efekcie mogą wobec tego czuć swoistą obojętność. Sytuacji nie poprawia również odniesienie się do dwóch kultowych już motywów bójek takich jak pełna furii i testosteronu konfrontacja Shane’a z Edem oraz ogólnogrupowy konflikt pod stodołą. To co zaprezentowano nam teraz po zestawieniu z wymienionymi wątkami wypada niezwykle blado. Początkowo uważałem, że wszystko może zepsuć Daryl (mimo wszystko tutaj pozytywnie się zaskoczyłem) który znając tendencję twórców mógłby wkroczyć tam niczym rycerz w lśniącej zbroi, aczkolwiek ku mojemu zdziwieniu zostało to położone przez centralną dwójkę uczestników. Dalej też nie jest lepiej. Wszystko opiera się na drętwym dialogu w żadnym stopniu nieklarującym i niewpływającym na prezentowaną fabułę. Ot, prowadzi się te rozmowy dla samej idei prowadzenia, a to że nie mają one w sobie ani krzty celu nie gra znaczącej roli. Również rozwiązanie sprawy sabotażysty jest niezwykle niezadowalające oraz co najważniejsze przewidywalne. Postawienie na Carol to nic innego jak pójście po najmniejszej linii oporu, przy czym wpływa to nie tylko negatywnie na wcześniej zaimplementowany suspens, ale również na ponownie zły odbiór jej osoby. Tak naprawdę to jedynym skokiem emocji była końcowa sekwencja w drodze po leki z udziałem Daryla, Boba, Michonne oraz Tyreesa. Zagrożenie w postaci prawie 10 tysięcy żywych trupów lgnących jak jeden mąż wprost na naszych bohaterów robi przeogromne wrażenie swoim rozmachem i stanowi świetny boost dla kapcaniejącego klimatu fabuły. Walka była zdynamizowana, pełna refleksu oraz podkręconego tempa, co stanowi świetny cliffhanger na koniec tego dość niskich lotów epizodu. Do tego jeszcze pełna tajemnicy i niepewności zapowiedź w radiu (niemniej jednak motyw wyjątkowo cliche). Mówiąc szczerze, chyba tylko dla tego warto zapoznać się z „Isolation”.

tumblr_mvd1prnpB81r7wse8o1_500       Warto również zwrócić uwagę na fakt, iż jest to póki co jedyny odcinek w pełni pozbawiony nielogiczności oraz niedociągnięć fabularnych. Pomijając sprawę słabego storytellingu scenarzyści zadbali o zachowanie pełnej spójności otoczenia oraz prezentowanych akcji. Widz czuje, że ma do czynienia z „całością” w pełni nakreśloną od A do Z. Dodatkowo jest to pierwszy (i mam nadzieję nie ostatni) epizod z największą ilością zaadaptowanych motywów komiksowych. Wcześniej byliśmy świadkami pięciu może sześciu wątków przypadających na cały sezon, kiedy tutaj ta piątka zaimplementowana została w fabułę jednego. Lista plasuje się następująco:

  • bójka Ricka z Tyreesem, która w oryginale ma miejsce w zeszycie 23
  • rozległe uszkodzenia dłoni Ricka, które w komiksie były wynikiem pobicia Tomasa Richardsa po tym jak ten zaatakował Andreę
  • Hershel zajmujący się doprowadzeniem Ricka do stanu „używalności”
  • interwencja Carol w sprawie ustabilizowania relacji na drodze Rick-Tyreese (namówienie Grimesa do ponownego dialogu)
  • Tyreese walczący z hordą zombie, co w pierwowzorze miało miejsce w więziennej sali gimnastycznej w zeszycie 15

tumblr_mvd49bEAyZ1r7wse8o1_500       Kolejną sprawą, na którą chcę zwrócić uwagę jest warstwa aktorska odcinka. Przez poprzednie trzy serie nie zwracałem na to zbytniej uwagi, ponieważ poziom gry przeważnie utrzymywał się na poprawnym (patrz Cohan, McBride, Yeun, Kinney, Reedus) lub bardzo dobrym (patrz Lincoln, Morrissey, Wilson, Holden, Rooker). Niemniej jednak to co miało miejsce tym razem naprawdę mnie wręcz zażenowało. Nie wiem co się dzieje z tą obsadą, ale powoli zaczynają odwalać fuszerkę. Sposób gry Chada L.Colemana był gorzej niż zły, godny typowej brazylijskiej telenoweli. Próba przedstawiania rozchwiania emocjonalnego po stracie Karen była nie dość że sztuczna, to jeszcze żałosna. Czuć było jak aktor męczy się próbując nakręcić tą sekwencję. Aż nadto używał siłowej ekspresji oraz niekontrolowanych ruchów co dało wrażenie nienaturalności, a chęć modelowania głosu w postaci przechodzenia z niższego tonu na wyższy było najzwyczajniej w świecie kuriozalne. Jak nigdy dotąd tak teraz wszystko zostało zdominowane na życzenie wprowadzoną hiperbolizacją. Podobną sytuację spotkała również Melissę McBride, która kompletnie nie potrafi się odnaleźć w sytuacji wykonania centralnej dla postaci sceny dramatycznej. Jej zbolała mina i chęć ukazania poczucia winy niestety, ale przyniosły efekt odwrotny do zamierzonego. Kompletnie nie przekazała wewnętrznej walki Carol w związku z podjętymi przez nią decyzjami i ich konsekwencjami. Dodatkowo aktorka ma tendencję do nadmiernego używania jednego zestawu wrażeń, bez względu na to jaki typ sekwencji odgrywa, co powtarza się już regularnie od początku emisji „The Walking Dead”. Wspomniani również Cohan oraz Yeun tak samo cierpią na syndrom „woskowej twarzy” czyli dominacji jednej miny, niemniej jednak Lauren nadrabia przynajmniej swoimi możliwościami fizycznymi oraz umiejętnością modulacji głosu. Jeżeli mam być szczery, to na dzień dzisiejszy aktorami z naprawdę porządnym warsztatem są tylko i wyłącznie Andrew Lincoln oraz Scott Wilson wraz z Davidem Morrisseyem. Nowych w obsadzie nie jestem w stanie ocenić, ponieważ nie wykazali się na tyle by dać tutaj jakieś pole do analizy.

tumblr_mvdoteUjcA1r7wse8o1_500       Na sam koniec zostawiłem sprawę bohaterów, która jest jednocześnie najbardziej obszerną w aspekcie interpretacyjnym. Mimo wszystko jednak nie będzie tutaj słodko oraz sielankowo. W porównaniu do „Infected”, „Isolation” charakteryzuje się wielkim regresem oraz niekonsekwencją, a wszelkie kroki w celu nadania wielopłaszczyznowości rysom psychologicznym spotkały się raczej z fiaskiem. Aczkolwiek zacznę tutaj raczej od tej pozytywnej strony. Prawdę powiedziawszy to na dzień dzisiejszy jestem w stanie wymienić jedynie 3 bohaterów, którzy cechują się sporą indywidualnością i wyróżniają się na tle pozostałej trzydziestki. Są po prostu jacyś, wychodzą z cienia, a ich postępowanie ma sens. Szkoda jednak, że ta grupka jest taka mała. No ale dobra, o kogo tak de facto chodzi? Już tłumaczę. W tym przypadku na uwadze mam:

  • Daryla, który nareszcie wyrywa się z marazmu w jakim wpadł w trzecim sezonie. Dixon którego obecnie obserwujemy w końcu jest sprawnym miksem jego zadziorności wraz z silnym poczuciem oddania małemu społeczeństwu będącego dla niego motorem napędowym. Daryl przedstawia nam się jako człowiek o silnej pozycji potrafiący znaleźć w sobie to zaparcie pozwalające na przewodzenie, na utrzymanie tej grupki. Ma on tą zadziorność, dzięki której umie zarówno postawić ludzi do pionu jak wymuszać wręcz na nich pewne akcje z jednoczesnym zachowaniem przyjaznych stosunków. Uświadamia on, że aby przeżyć niezbędna jest wzajemna pomoc oraz oddanie podsycone kooperacją. Dixon którego tutaj obserwujemy zawiera nawet w sobie pierwiastek przywódcy, pierwiastek umożliwiający utrzymanie powierzonych mu zadań w ryzach. Działa szybko, skutecznie i z pełnym sukcesem. Jego postawa mediatora również jest warta uwagi jak i zagłębienia
  • Carla który nie jest już nieodpowiedzialnym dzieckiem, a pełnym powagi o rezolutności młodym człowiekiem żyjącym poza sferą mrzonek. Sprawnie potrafi wyciągnąć odpowiednie wnioski oraz wejść w niezwykle dojrzałą interakcję z drugim człowiekiem znacznie od niego starszym nie tylko wiekiem, ale doświadczeniem. Odznaczył się on w tym odcinku nie tylko dojrzałością, ale również umiejętnością zrozumienia. Poczuwa się od odpowiedzialności za istnienia ludzkie, a przy każdym problemie wysnuwa odpowiednie kontrargumenty stając się ważnym członkiem grupy.
  • Hershela będącego moralnym wsparciem grupy. Dla tej małej społeczności stanowi istny policzek przywołujący wszystkich do porządku. Sprowadza on ludzi do realności, do życia pełnego problemów z którym muszą się borykać, do życia w którym każdy dzień może być ostatnim. Po praktycznie roku w końcu powołano się do elementarnych wręcz cech jego charakteru, czyli poszanowania egzystencji ludzkiej oraz niezwykłej ofiarności. Nie mamy już biernego Hershela, mamy Hershela aktywnie działającego i biorącego problemy na swoje barki. Robi to, co do niego należy i nie siedzi z założonymi rękami. Jest to chyba jedyna postać, która nie uległa wpływowi idyllicznej wizji bezpieczeństwa murów więziennych.

tumblr_mvdn4p3LZi1r7wse8o1_500Reszta niestety nie powala na kolana. Ba, jest nawet gorzej niż źle, bo twórcy kompletnie odrzucili na bok kwestię racjonalnie prowadzonego ciągu rozwoju postaci. Lista jest naprawdę długa. Zacznę zatem od Ricka. Jak wiadomo chłopak przeszedł przez wiele, ale sezon czwarty był początkiem powrotu do normalności. Z dala od problemów, kompletny chillout. Wydawać by się mogło, że Grimes w końcu zaznał stabilności emocjonalnej. Nawet koszmar w bloku D nie wytrąca go z równowagi. Człowiek aż myśli, czy to nareszcie Rick z pierwszego sezonu? Oj, chciałoby się. To co zaprezentowano nam podczas bójki czyli nadmierna reakcja, a wręcz brak opanowania świadczy o tym, że scenarzyści nadal nie potrafią wyciągnąć go z dołka, wprowadzając jeden wielki zgrzyt. Z jednej strony mamy normalność, z drugiej nieoczekiwana agresja niczym niepoparta. Podsumowując nasz szeryf dalej ma swój świat i swoje kredki. Kolejna na liście jest Michonne. W „Infected” podjęto próby uczłowieczenia jej osoby, co było posunięciem naprawdę ciekawym. Nawet pokazano trudności w walce z trupami, ale co z tego skoro epizod dalej Mich wysiekła w niecałą minutę kilka tuzinów żywych trupów? Nie ważna kontuzja, której doznała parę godzin wcześniej czy brak zabezpieczeń. Wojownicza Michonne mknie przed siebie niczym wiatr. Aczkolwiek mimo jawnej niekonsekwencji w sprawie rozwoju jej rysu psychologicznego twórcy dość dobrze nakreślają relacje bohaterki z Darylem. Nie sposób nie zauważyć wzajemnego zrozumienia i akceptacji własnych celów i pragnień. Na pewnym etapie odczuwa się nawet wrażenie ich wspólnego podążania jedną ścieżką. Ta nić porozumienia jest niezwykle silna, a uczucie połączenia podszytego tragicznymi startami Andrei oraz Merla dodaje temu mocnego zabawienia dramatycznego. Następny w kolejce jest Tyreese. Próba zrobienia z niego zaradnego, stanowczego oraz niepanującego nad sobą człowieka okazała się porażką. Niestety wszystko wyszło nienaturalnie i było przepełnione wymuszeniem. Jego foch oraz obchodzenie się z własnymi problemami niczym z jajkiem było po prostu śmieszne, a przecież z założenia powinniśmy solidaryzować się z jego uczuciami i stanowiskiem. Jego roszczenia są nieumotywowane, a wyładowywanie agresji na Ricku za to na czym świat stoi stało się po prostu śmieszne. Scenarzystom nie udało się zachować płynnego przejścia między jednym stanem emocjonalnym a drugim, co w dodatku spotęgowane było wspomnianą wyżej słabą grą aktorską. Na samym końcu pozostaje „hit” czyli Carol. To co wyprawia się z nią w tym sezonie przebija nawet bezmyślne zmarnowanie potencjału samej Andrei, niemniej jednak w przypadku tej drugiej przynajmniej oparto się na sensownej postawie moralnego utrzymania człowieczeństwa. Jestem w stanie zrozumieć to, że Peletier została obecnie jedyną damską postacią z pierwotnego składu i automatycznie musiała stać się główną wiodącą bohaterką, jednakże to czego jesteśmy świadkami w jej wykonaniu przechodzi ludzkie pojęcie. Mówiąc prosto, sposób jej prowadzenia godzi wręcz w intelekt widza. Doprawdy nie wiem czym kierował się trzon decyzyjny, ale ukazanie jej jako bezdusznej morderczyni nie zważającej na konsekwencję własnych czynów jest nie tylko głupie, ale wręcz kuriozalne. Odnosi się wrażenie jakby scenarzyści zapomnieli o tym co działo się wcześniej z jej osobą i podjęli próby nakreślenia jej charakteru od nowa. Szkoda jednak, że robią to tak nieudolnie. Oczywiście podjęto próby przedstawienia wyrzutów sumienia, niemniej szybkość z jaką Carol podjęła kroki niestety przeważa nad wewnętrznym dramatem postaci i zamiast stać się wielopłaszczyznową, przeobraża się najzwyczajniej w świecie w nienaturalną. Dodatkowo tym odcinkiem pokazano w jakim stopniu jest ona nieodpowiednia do nauczania ludzi reguł przetrwania. Wzięła pod swoje skrzydła gromadkę dzieci pokazując im na własnej osobie umiejętności eksterminacji zombie, kiedy to dobitnie widzimy że sama nie dałaby sobie nawet rady. Nieporadność, brak siły oraz szczera nierozwaga podważają jej stanowisko jako zaprawionego w bojach survivalowca na jakiego się kreuje w oczach mieszkańców wiezienia. Jednym słowem, gdyby nie pozostali Carol dawno by już z nami nie było. Co rzuca się jeszcze w oczy, to brak zachowania racjonalnego ciągu rozwojowego tej postaci. W przeciągu ostatnich trzech lat bohaterka ta nie dawała żadnych oznak takich zachowań, była bierna, była w tle, podporządkowywała się innym, stroniła od przemocy wobec drugiego człowieka przy czym nawet umywała ręce, a teraz? Bierze nóż w ręce i z zimną krwią pozbywa się dwójki bezbronnych ludzi, którzy mieli szansę na wyjście z problemu. Odziera ich z człowieczeństwa za które tak żywo walczy, ale co najważniejsze odbiera im możliwość na normalną ludzką śmierć. Gdzie się podziała ta religijna Carol, która prosiła o łaskawy los dla swojej córki, która w ciszy i z szacunkiem pożegnała Dale’a, która z takim sentymentem wspominała dawne czasy? Dla mnie jest to niczym innym jak usilną próbą zrobienia z niej osoby, którą nie jest. Niestety, ale nie tędy wiedzie droga. Siłę Carol, jej zdeterminowanie oraz oddanie sprawie można było pokazać w naprawdę porządny i ciekawy sposób, który zachowałby racjonalność i logikę rozwoju. Wystarczyło włożyć ją w „buty” Lori jako kobietę mogącą na swoich barkach utrzymać więzienie, jego dalsze przetrwanie i psychiczne funkcjonowanie społeczności. Jako kobietę potrafiącą spajać ludzi, potrafiącą utrzymać nadzieję w oparciu o własne doświadczenie. Takie cechy przeważały w sezonie 3, więc dlaczego postanowiono od tego odejść? Pokładałem w tej postaci spore nadzieje, aczkolwiek srogo się zawiodłem. Tutaj wychodzi właśnie brak dynamicznej i wielowymiarowej damskiej postaci. Gdzie byli Nicotero, Hurd czy Kirkman kiedy decydowano się na uśmiercenie Lori i Andrei? A sami przecież w niejednym wywiadzie mówili że z tą dwójką naprawdę wiele można było zdziałać. Na sam koniec chcę jeszcze wspomnieć o nagminnej wręcz marginalizacji Sashy oraz Boba. Dwójka bohaterów, która poniekąd miała być centralną na dzień dzisiejszy wypowiedziała może z 7 linijek tekstu. Kompletne nie dostrzeganie potencjału jaki dzierżą w rękach twórcy.

tumblr_mve12q47Eu1r7wse8o1_500       Podsumowując już, moje obawy względem czwartego sezonu zaczynają się powoli potwierdzać. Wprawdzie widownie nadal utrzymuje dość wysoki poziom prawie 12 mln dzięki czemu zamówiono piąty sezon, niemniej jednak widać, że twórcy starają się za wszelką cenę ratować tytuł jak tylko się da, ale brak wątku przewodniego jak i postaci na których można by oprzeć fabułę aż bije po oczach. Nawet sam Gimple, który uchodził w szeregach TWD za godnego zastępcę Darabonta w kwestii budowania dramatyzmu nie spisuje się najlepiej. Próby łatania scenariusza oraz coraz częstsze powracanie do komiksu niestety okazują się fiaskiem. Chcą dokonać innowacyjnych zmian, co się chwali jednakże brak ogólnego pomysłu oraz odpowiednich ram historii nie spisuje się na dłuższą metę. Jednym słowem, zaczyna się kombinowanie. Odcinkiem jestem szczerze zawiedziony i wystawiam mu nie więcej niż 5.5/10.

 

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts