Autor Wątek: RPG - wesołe pisanie  (Przeczytany 2087 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Tortuga

  • Offline
  • Forumowa Maruda
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 811
  • -Otrzymane: 554
  • Autor wątku
  • Wiadomości: 3018
  • Płeć: Kobieta
    • Zobacz profil
  • Komiks: Tylko część
  • Postać: Al Swearengen, Tony Soprano, Walter White, Rust Cohle, Boyd Crowder, Pietro Savastano, Herr Starr, Joker, Harley Quinn i innsze złodupce
  • Skąd: Bat country
  • Spoilery: Tak
RPG - wesołe pisanie
« dnia: 30 Październik, 2016, 19:29:27 »
:kenny: :seth: :mlody: :josh: :mc: :elka: :steve: ŻYWE TRUPY - APOKALIPSA :morgan: :sully: :lucy: :heniu: :dakota: :snejk:

SPESZJAL EPIZOD
:negan:
WYLICZANKA




- Morgan! Seth! Snake! – echo poniosło się po lesie – Ktokolwiek! Gdzie ich cholera poniosła? – Kenny rozejrzał się w około – Człowiek zniknie na pięć minut, żeby załatwić swoje, a tu… - mruknął pod nosem. Właśnie stał sam jak palec po środku mglistego, ciemnego lasu. Ani widu, ani słychu żywej duszy.
Hawkins zaczął intensywnie zastanawiać się co z tym faktem zrobić. Postanowił sięgnąć po browara. Dla lepszego pomyślunku. Podczas gdy wlewał w gardziel trunek, coś nieopodal trzasnęło i zaszeleściło. Kenny chwycił pewniej trzymaną w wolnej ręce łopatę gotową do roztrzaskania czerepu umarlaka bądź jakiego zbója. Gwałtownie odwrócił się za siebie, uważając na trzymany w drugiej dłoni Napój Bogów.
- No w końcu…a reszta gdzie? – opuścił swój oręż na widok Rudzielca.

- O to samo mogę zapytać. – wzruszył ramionami -  Ciebie akurat Mikołaju bez trudu szło znaleźć, bo to twoje pstrykanie puszkami słychać z promieniu kilku kilometrów.
- Człowiek nie wielbłąd, napić się musi. - stwierdził, wracając do przerwanej konsumpcji.
- Zamiast żłopać piwsko, to lepiej poszukajmy pozostałych. – minąwszy harleyowca, ruszył przed siebie.

Gdzieś w innej części lasu…

- Eee...nie żeby coś, ale wydaję mi się że tędy już przechodziliśmy.
- I to co najmniej trzeci raz. - zauważył.
- Wpuściliśmy się dupą w maliny, nie ma co. - mruknęła Morgan.
- Jezu, po co nam to było... - jęknął.
- Wiem że sytuacja jest chujowa, ale nie panikujmy, bardziej niż jest to konieczne. - Czerwonowłosa starała się uspokoi towarzyszy.
- Słyszycie, to...? - Henry przystanął, rozglądając się niepewnie.
- Trupy? - Josh zatrzymał się równie gwałtownie, przerażony na wizje spotkania w środku ciemnego lasu, hordy chorych.
- Nie...nie zupełnie....coś jakby.... - młody lekarz, zaczął wytężać słuch - ...przekleństwa...?
- W takim  razie nie ma strachu. - zwróciła się w kierunku trzęsącego się jak osika mechanika - To tylko Sullivan.
- Jakoś wcale mnie to nie uspokaja. - wykrztusił.
Pobliskie krzewy przed nimi, zaszeleściły gwałtownie.
- Kurwa zajebana mać. Będziemy się błąkać po tym skurwiałym lesie do świtu. – warknął, wychodząc z zarośli w towarzystwie Lucy.
- Morgan! - pisnęła, rzucając się punkówie na szyję, która próbowała uwolnić się z uścisku.
- Słyszeliście to...? - Henry rozejrzał się ponownie, usłyszawszy kolejne odgłosy.
- Co znowu? - Josh poruszył się nerwowo.
Pozostali zaczęli się rozglądać, nasłuchując przeciągłych dźwięków.
- Ktoś gwiżdżę...? - mruknęła.
- Może to ktoś z naszych?
- Albo szopy. - wtrąciła - Słodka, futrzasta rodzinka szopów z małymi. - stwierdziła wesoło.
- No chyba nie. Chyba widzę kogoś.
- Gdzie?
- Tam, za drzewami. - wskazała ręką.
- Błagam, powiedz że to tylko Seth albo Snake czy Tyler, chcą nas nastraszyć... - jęknął.
- Siemka! - krzyknęła w kierunku jednego z czających się ludzi, machając w jego stronę - Jestem Lucy. Wy też się zgubiliście? - zapytała sympatycznie.
W odpowiedzi gdzieś nieopodal mechanika, świsnęła kula.
- Rany boskie! - odruchowo odskoczył, równocześnie nieświadomie machnąwszy ręką, uderzył Henry'ego, strącając mu okulary.
- Moje okulary! - uklęknął po omacku szukając na ziemi zguby.
- Chyba powinniśmy właśnie zacząć spierdalać stąd w podskokach...chodu! - zarządziła.
- Znalazłem! - obwieścił.
- Brawo ty, a teraz biegiem! - szarpnęła doktora za ramię.

Część drużyny przy akompaniamencie gwizdów, biegła na ślepo przez las, aż w końcu wybiegli na otoczoną drzewami, dosyć sporą,  rozświetloną polanę, którą kółeczkiem otaczali uzbrojeni po zęby, gwiżdżące zbóje.[/color]
- A to kurwa co? Jakiś zlot miłośników pedałowania? - fuknął.
Kilku ze zbójów zbliżyło się do drużyny z zamiarem zabrania ich broni.
- Może z łaski swojej jakieś słowo wyjaśnienia? - warknęła Morgan, szarpiąc się przez chwilę z jednym z typów, który wyrywał jej pistolet. Kątem oka dostrzegła, że o ile z zabraniem broni i jej i reszcie to był pikuś, o tyle z Sullivanem mieli już problem.
- Tylko nie bijcie! - bez protestu oddał broń.
- Uciekaj, Sully, ja ich zatrzymam! - pisnęła leżąc na ziemi i trzymając kurczowo za kostkę jednego z bandytów.
Po kilku złamanych nosach, szczękach, dwóch zastrzelonych, jednym skręconym karku i innych ogłuszających, bądź śmiertelnych ciosach,zbirom, udało się też spacyfikować Tony'ego. Po chwili na miejsce został eskortowany Kenny wraz z Młodym, MacLeodem, Eizabeth i Stevem.
- Ciekawe komu tym razem podpadliśmy. - skomentował.
Na miejsce przybył zbójca zwany przez wtajemniczonych Trevorem z GTA.
- Na kolana. Mamy sporo roboty. - przemówił.
- Jestem Lucy. Miło cię poznać. - wyciągnęła do ów Trevora rękę, uśmiechając się szeroko.
- Na kolana. - powtórzył, ignorując Lucy.
Grupa rozejrzała się po sobie.
- Skoro nalegają.... - mruknął, wzruszając ramionami - Upadnij na kolana, ludu, czcią przejęty... - zanucił pod nosem, klękając, tak samo też i uczyniła reszta.
Kilku z bandytów, ruszyło do stojącej nieopodal ciężarówki. Zbliżyli się do paki i jeden z nich otworzył dwuskrzydłowe drzwi i zaraz gwałtownie się cofnął gdy ze środka wydobyły się na zewnątrz gęstę kłęby dymu. Nagle ktoś ze środka zasadził mężczyźnie soczystego kopniaka, który zwalił go z nóg.
- Strzał za sto punktów. Dobra zasłona dymna, przynajmniej to twoje fajczenie się na coś przydało, Cyklopie. - klepnął Jednookiego w ramię, stając na równe nogi.
- Mów mi Snake. - mruknął, odpalając kolejnego papierosa.
- Kowboju, żyjesz czy się zaczadziłeś? - zawołał do środka.
- Żyję. - Logan wyszedł ze środka, przy okazji uderzając jednego z zbiór drzwiami.
Po kolejnej krótkiej walce, Seth, Snake i Dakota, zostali zaprowadzeni do pozostałych.
- Seth. - Kenny ucieszył się na widok łucznika.
- Hoł, hoł, hoł, Mikołaju. Zdaje się że zajebali nam Święta.
- No i gitara, mamy komplet. - stwierdził zadowolony Trevor z GTA.
- Pora poznać szefa. - oznajmił mężczyzna, pukając w drzwi campera, która stał na przeciw klęczącej grupy.
- O będzie finalny boss. - zachichotał.
Nastała pełna napięcia cisza w której wszyscy oczekiwali szefa bandy.
I o to wyłonił się z ciemności niczym szatan z najmroczniejszych czeluści piekieł. Najstraszliwszy z najstraszliwszych. Z demonicznym uśmiechem, dzierżąc w dłoni swoją pałę zagłady i pożogi. 
- Pfff i to niby ma być mega boss? Wygląda jak podstarzały tatusiek i stały bywalec Błękitnej Ostrygi w jednym. – stwierdził z rozczarowaniem.
- Porty już pełne? Oj, wydaję mi się że za raz ta chwila nastąpi. – przemówił z uśmiechem na ustach, zbliżając się nonszalanckim krokiem w kierunku klęczącej w rządku grupy.
- Mocz popłynie srogim strumieniem. – stwierdził z przekonaniem.
-  Zdaję się że do tego jakiś fetyszysta, brrr. - wzdrygnął się.
- Na szczęście jesteśmy tacy przezorni, że założyliśmy pampersy. – skomentował, prychnąwszy.
- Uh...naprawdę nosisz pampersy...? - spojrzała w stronę Kenny'ego z lekkim niesmakiem.
- Josh chyba zapomniał założyć. - zachichotał złośliwie.
- Co,ej....wcale nie. - spojrzał w dół - Yyy...to chyba nie jest odpowiednia chwila na żarty... – zauważył.
- Który z was chujki, jest tutaj przywódcą?
Drużyna rozejrzała się po sobie nieznacznie.
- Zasadniczo, to wypracowaliśmy system w którym.... - James MacLeod, już spieszył z odpowiedzią, jednak nie dane było mu skończyć, gdy któryś z bandziorów, go ubiegł.
- Ten. – jeden z  bandytów wskazał na Tony’ego.
- No pewnie kurwa że ja. – potwierdził dumnie.
- Cześć. – mężczyzna stanął przed Tony’m - Rick, prawda?
- Kto, kurwa? – skrzywił się.
- Rick. - powtórzył, nieco zbity z tropu.
- Jaki kurwa Rick?
Mężczyzna wyprostował się.
- Mówiliście że nazywa się Rick Grimes. – powiedział na stronie do jednego ze swych ludzi, zniżonym głosem.
- No bo tak się nazywa szefie. – odparł zapytany z konsternacją.
- Coś tu się nie zgadza...- mruknął frasobliwie, demoniczny villian - Ale chuj, mniejsza z tym.  – machnął lekko ręką i skupił znów swą uwagę na liderze grupy.
- Tony Sullivan. A dla ciebie pan Sullivan, pajacu. – przedstawił się.
- ...z FBI. - mruknął.
- Dokładnie, kurwa, tak. Z jebanego FBI, więc lepiej zabieraj swoich przygłupów i wypierdalaj stad w podskokach pajacu, póki jeszcze możesz.
- Lepiej go posłuchaj, on nie żartuje. - pokiwał przytakująco głową.
 - Nie wie nawet co to poczucie humoru, jest zbyt nadętym chujkiem. - mruknął sarkastycznie.
- To on nie rozumie mojego poczucia humoru, bo jest zbyt nadętym chujkiem. - odciął się.
- Ty jesteś nadętym chujkiem, każdy ci to powie. - mruknął pod nosem.
- Złamas.
- Kretyn.
- Kurw.
- Hej! – przerwał - Zamknąć mordy. - warknął poirytowany.
- Jestem Negan i nie podoba mi się, że zabiłeś moich ludzi, a gdy wysłałem w odwecie swoich ludzi, by zabili twoich, ty znów ich zabiłeś. – przemówił.
- Nie jestem pewien o ci chodzi,  ale szach-mat, pajacu. - odparł z uśmieszkiem, rozkładając ręce.
- Nieładnie. Nieładnie. Nie masz pojęcia jak cholernie nieładnie postąpiłeś, ale myślę że niebawem nadrobisz braki w wiedzy. Za kilka minut bardzo pożałujesz że wszedłeś mi w drogę. Oj tak. – powiedział groźnie, kwitując przemowę  diabolicznym uśmiechem. 
- Jeśli myślisz o tym, o czym ja myślę…. – zaczął, gdy pajac zaczął się kretyńsko szczerzyć.
- Cokolwiek robisz nie możesz zadzierać z nowym porządkiem na Świecie, a ten wygląda właśnie tak i bardzo łatwo go sobie przyswoić, więc nawet jeśli byłbyś tępy, to nadal go pojmiesz. Gotowy? Już ci tłumaczę, słuchaj uważnie. – nachylił się -  Oddaj mi wszystko albo was pozabijam.
- A...czyli chcesz tylko zapierdolić pajaców, a nie wyruchać mnie?
- Co? - Człowiek zwany Neganem, zmarszczył brwi.
- No to mi kurwa ulżyło. W takim razie śmiało, nie krępuj się. – mruknął, ruchem głowy wskazując w kierunku pozostałych. 
Człowiek zwany Neganem przez krótką chwilę został całkowicie zbity z tropu, jednak nie trwało to długo. Chwyciwszy pewniej pałę zagłady i pożogi, zaczął przechadzać się z wolna.
- Dziś tylko zaplanowałem małe wprowadzenie. Natrudziliśmy się byście zrozumieli, co ze mnie za człowiek i do czego jestem zdolny. Od teraz pracujecie dla mnie. Wszystko co posiadacie jest moje. Macie coś, oddajecie mi. Taka jest wasza robota. Wiem że na pewno to teraz ciężko przetrawić, ale uwierz przetrawisz to. Przewodziłeś tym ludziom, udało ci się coś stworzyć. Myślałeś że jesteście bezpieczni i w pełni to rozumiem. Ale prawda wyszła na jaw. Nie jesteście bezpieczni bardzo wam do tego daleko. Czeka was zguba, jeśli nie dacie mi tego czego chcę. A chcę połowy tego co macie. Jeśli to za dużo, zróbcie, znajdźcie albo ukradnijcie, więcej i za jakiś czas znowu to wyrównamy. Tak teraz wygląda wasze życie. Im bardziej będzie się upierać, tym bardziej ucierpicie. Jeśli zapuka...
- Zieeew... - Seth ostentacyjnie ziewnął - zaraz to tu wszyscy pomrzemy z nudów, zagadani na śmierć, bo się zapętlasz i pierdolisz to samo od pięciu minut.  No bogowie niejedyni, to jakaś zaraz czy co? Kolejny co musi pokazywać jakim jest zajebisty maczo samcem. Facet masz najwyraźniej o ile to w ogóle możliwe, jeszcze bardziej mikroskopijnego niż Agencik albo nie masz tam w ogóle nic, że musisz machać tą swoją pałą na prawo i lewo jak ekshibicjonista w parku.
- Właśnie, synek może tak się trochę streścisz, bo już mi się przysypia. – wtrącił się Kenny – Poza tym takie klęczenie jest w chuj nie wygodne.
- Potwierdzam. – dodał, poprawiając okulary – Takie długotrwałe przebywanie w jednej pozycji, źle wpływa na zdrowie, więc bylibyśmy wdzięczni, gdyby Pan zechciał nieco skrócić swoją przemowę, Panie Regan.
- Negan. – poprawił Doktora.
- O, to, to. Doktorek wie co gada. – wskazał palcem na Henry’ego, przytakując.
- Poza tym zaczyna mnie trochę cisnąć na pęcherz. – zawiercił się.
- Było nie tankować tyle browarów, Mikołaju. I zaraz ku ucieszę Wielkiej Pały, faktycznie popłynie rzeka sików. – wyszczerzył się.
- Ale podobno Kenny nosi pampersy. – wtrąciła.
- Nie noszę.
- Przecież sam przed chwilą to powiedziałeś. – wzruszyła ramionami.
- Cholera, to była tylko sarkazm. Czy tam ironia. – fuknął poirytowany.
- Mordy w kubeł, bo was wszystkich zapitolę! – Człowiek zwany Neganem zaczynał tracić cierpliwość. Ci ludzie kimkolwiek byli, wprawiali go w niemałą konsternacje – Na czym to ja skończyłem… -  mruknął – A tak.. Jeśli zapukamy  do waszych drzwi, wpuścicie nas bez wahania, bo rzeczone drzwi należą do nas.
I am the danger I am the one who knocks. - przedrzeźnił - Jebany będzie nam tu odpierdalał Heisenberga. - prychnął.
- Co ja powiedziałem?! - Człowiek zwany Neganem, rozjuszył się, lekceważeniem go.
- Mam zacytować? "Bla bla bla bla". Kończ, bo wszyscy już widzimy żeś jest zwykły pajac. - burknął na co pajac przystawił mu do skroni, swój kij bejsbolowy - Oh, Misiu, myślisz że to robi na mnie wrażenie? Widzisz te ręce? - wzniósł lekko dłonie do góry - Tyle tylko mi potrzeba żeby cię zajebać. Nic więcej. Może chcesz się przekonać? - zaproponował wesoło.
Człowiek zwany Neganem roześmiał się.
- Zabawny jesteś. - wskazał z rozbawieniem na Tony'ego. - Ale to ja tu jestem zajebistym złodupcem, nie ma miejsca dla dwóch. - powiedział z uśmiechem, przechadzając się.
- Pajac. - fuknął.
-  A więc...Jeśli zapukamy  do waszych drzwi, wpuścicie nas bez wahania, bo rzeczone drzwi należą do nas. Jeśli spróbujecie nas powstrzymać wyważymy je. Zrozumiałeś? Co, nawet nie odpowiesz? – nachylił się nad Jednookim, palącym papierosa.[/color]
- Mów mi Snake. – odparł, wydmuchując dym prosto w twarz Człowieka zwanego Neganem.
Villain zakrztusił się dymem nikotynowym. Gdy doszedł do siebie kontynuował:
- Ale chyba nie sądziliście że nie zostaniecie ukarani? Nie chcę was zabijać, chcę tylko postawić sprawę jasno. Macie dla mnie pracować. Nie możecie tego robić będąc martwi. żaden ze mnie ogrodnik. Ale zabiliście naprawdę wielu moich ludzi. Więcej niż byłem w stanie poświęcić i musicie za to zapłacić. A więc...teraz zabije jednego z was na miejscu.
To jest Lucille i uwierzcie że jest zajebista. – chwycił pewniej swoją broń.
- Lucille? – powtórzyła – To prawie tak samo jak ja. – zauważyła z entuzjazmem.
- Sprowadziłem was tu wszystkich by aby obdarzyć kogoś tym zaszczytem. - stanął przed Lucy.
- Co? Co powiedziałeś? Mam zabić wszystkich i uciec? - zapytała rozglądając się - To tylko głosy. - spojrzał na mężczyznę z uśmiechem - Żartowałam. - machnęła ręką, chichocząc, gdy spotkała się z zdziwionym spojrzeniem - To nie to co naprawdę powiedziały. - sprostowała, uśmiechając się niewinnie - Jestem Lucy. Ładna apaszka. Pasuje ci do oczu. Hej! Właśnie chyba mam...uh...jak to się nazywa... - zaczęła się gorączkowo zastanawiać - Sully? - spojrzał na Tony'ego.
- Okres? - mruknął.
- Uh, nie głuptasie. Chodzi o takie coś, uh....odnoszę wrażenie jakby...jak to się nazywa...coś jak De volaille...nie, coś po hiszpańsku chyba... coś jak...
- Deja vu, Lucy. - odezwała się Czerwonowłosa.
- Tak! - pisnęła tryumfalnie - Chyba, tak. Uh, no to mam to deja vu, jakbym już gdzieś widziała, pana, ale nie wiem gdzie. Mógłby pan stanąć bokiem? O tak, jeszcze troszkę i teraz głowa trochę w lewo. Hmm...a może jednak bardziej w prawo? - zastanowiła się głośno.
- Dosyć! - Człowiek zwany Neganem został po raz kolejny wytrącony z równowagi. Zaczynał dochodzić do wniosku, że z tymi ludźmi było coś bardzo nie tak.
- Dobra słuchajcie, nie próbujcie więcej takich zagrań inaczej od razu zapitolę.Ten jeden raz jeszcze podaruje, bo rozumiem że emocje biorą górę. -  trzymając fason, podszedł do kolejnej z ofiar znów wchodząc w rolę Najstraszliwszego z Najstraszliwszych, Okrutnego i Złowieszczego Villaina. 
- Cholera, rozchmurz się albo przynajmniej uroń łezkę. - powiedział wesoło.
- Ja? - rozejrzał się zdziwiony - Chłopaki nie płaczą. - skwitował.
- Kolejny dowcipniś. - mruknął pod nosem, uśmiechając się.
- Jezu, wyglądasz chujowo. Powinienem skrócić twoje męki.
- Wypraszam sobie. - prychnęła - Ach ci Jankesi...za grosz u was manier.
- No ale kogoś wybrać muszę, wyszczy ładnie czekają na moją decyzje.
- Nożesz kurwa mać...- westchnął zmęczonym głosem - Weź zajeb Agencika i miejmy to już za sobą, bo już tu korzenie wszyscy zapuszczamy.
- Pierdol się. – warknął w kierunku Łucznika – Ciebie niech zajebie.
- Ja jeśli można...też jestem za tym, żeby zabić Sullivana. - wtrąciła.
- Panie przodem. - powiedział niewinnie w kierunku Madonny.
- Znalazł się, gentelman.
- A Josh się zlał, Josh się zlazł!
- Spokój! - huknął. Odczekał aż zalegnie cisza i jako że był niewątpliwie budzącym grozę psychopatą, zaczął gwizdać.
- Po prostu nie potrafię wybrać. - oznajmił.
- Ale mam pomysł.
- Ene, due...- zaczął wskazywać na każdego pałą zagłady i pożogi, zwaną też Lucille.
- O wyliczanka: "Raz, dwa trzy, pałą dostaniesz dzisiaj ty." - wyszczerzył się - Ups...chyba wypadło na mnie.
- Jeśli ktoś się ruszy albo coś powie, wyrwijcie drugie oko młodej i nakarmcie nim wąsatego. I dopiero wtedy zaczniemy. Możecie oddychać, mrugać oczami i płakać. Kurwa, nie wątpię że wszyscy to będziecie robić. - Przerażający psychopata, wzniósł swą pałę ku górze, by zdać cios, a wtedy Rudzielec dał susa między jego nogami.
- C-co...? Co do...? - Człowiek zwany Neganem, wytrzeszczył oczy w zdumieniu. Poczuł że coś na niego wskoczyło.
- Wiesz jaki jest twój problem, tatku? Za dużo gadasz, a za mało robisz. - powiedział wesoło wprost do ucha,a potem zacisnął na nim z całej siły szczękę.
Człowiek zwany Neganem ryknął głośno.
- Teraz! - Morgan dała znać reszcie.
Dzielna drużyna, wykorzystując nie uwagę przeciwnika, zajęła się resztą bandy, przechwytując broń i ruszając do boju.
Człowiek zwany Neganem, w końcu zrzucił z siebie Młodego.
- Ej chłopaki, ja też chcę! - krzyknął, rzucając się z pozostałymi w wir walki.
Człowiek zwany Neganem, obserwował z niedowierzaniem, jak jego ludzie dostają łupnia. Przebiegły villain, postanowił zrobić, to, co zwykł robić w takiej chwili taki przebiegły villain - wczołgać się pod campera, by tam przeczekać bitwę.

Kilkadziesiąt minut rozpierduchy, później...

Nie widząc ani nie słysząc już żadnych odgłosów walki, odczekał jeszcze chwilę, uważnie nasłuchując. Odkrył że wszyscy jego ludzie zostali wycięci w pień. Na placu boju na wyciągnięcie ręki, spoczywała na ziemi jego pała zagłady i pożogi. Ostrożnie wyciągnął rękę w jej kierunku. Już prawie ją miał w garści, gdy ktoś przydepnął boleśnie jego dłoń.
- Tu się schowałeś. - odezwał się wesoły głos, a zaraz potem został wywleczony spod RV. Leżąc na plecach, patrzył na pochylające się nad nim sylwetki.
- Kapitan spierdalający jako pierwszy z tonącego okrętu. Nieładnie. Kurewsko nieładnie. - powiedział ganiąco.
- Nic z tego nie rozumiem...powiedzieli mi, że jesteście bandą jakiś przygłupich wymoczków. - Człowiek zwany Neganem, nie ukrywał już zdziwienia.
- Najwyraźniej, musieli nas z kimś pomylić. - powiedział dziarsko, opierając się o swoją łopatę.
- To się dopiero nazywa mieć pecha. - wziął do rąk pałę zagłady i pożogi - Mam nadzieje że się wystarczająco nagadałeś, bo teraz czeka cię pierdolona, wieczna cisza, więc...

To szczera prawda, to się wie
Lepiej słuchaj, nie bądź kiep
Albo ci przyłożą w łeb

Czemu tak jest - zobaczysz w mig
Gdy naplują w oko ci
To naplują w oko ci

- zaintonował z uśmiechem, po czym wzniósł pałę ku górze, biorąc zamach.


Sorry but you are not allowed to view spoiler contents.

hang up the chick habit
hang it up, daddy,
a girl's not a tonic or a pill
hang up the chick habit
hang it up, daddy,
you're just jonesing for a spill

oh, how your bubble's gonna burst
when you meet another nurse
she'll be driving in a hearse

you're gonna need a heap of glue
when they all catch up with you
and they cut you up in two

now your ears are ringing
the birds have stopped their singing
everything is turning grey

no candy in your till
no cutie left to thrill
you're alone on a tuesday

hang up the chick habit
hang it up, daddy,
or you'll be alone in a quick
hang up the chick habit
hang it up, daddy,
or you'll never get another fix

i'm telling you it's not a trick
pay attention, don't be thick
or you're liable to get licked

you're gonna see the reason why
when they're spitting in your eye
they'll be spitting in your eye


***
- Może już starczy...
- Właśnie, bo jak na to patrzę to aż chcę mi się...
- Jeść. - wtrąciła.
- No...aż zjadłoby się krwiste, soczyste mięcho.
- No dobra, jak Josh skończy wymiotować, to się zbieramy.  - zarządził.
- No i to by było kurwa na tyle. - mruknął.
- Co tu się stało? - zapytał ktoś obcy. Drużyna spojrzała w kierunku skąd dobiegł głos. Okazało się że na miejsce przybyła jakaś inna grupa składająca się z między innymi z dzieciaka w kapeluszu, dwóch murzynek, kudłacza z kuszą, rudego gościa i azjaty.
- Patrzcie, on ma pałę zagłady i pożogi, to Negan! - krzyknął jeden z ludzi, a reszta dobyła broni.
Drużyna spojrzała na Sullivana, który trzymał w rękach owianą sławą pałę.
- Zgaduję, że ty jesteś Rick. - na jego twarzy pojawił się diabelski uśmieszek.


KONIEC
« Ostatnia zmiana: 19 Luty, 2018, 21:16:32 wysłana przez Narwaniec »

Noctury

  • Offline
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 28
  • -Otrzymane: 195
  • Age: 27
  • Wiadomości: 406
  • Płeć: Kobieta
    • Status GG
    • Zobacz profil
  • Komiks: Nie czytałam
  • Skąd: Mysłowice
Odp: RPG - wesołe pisanie
« Odpowiedź #1 dnia: 02 Kwiecień, 2017, 13:26:20 »


-Jasne, rozumiem. Sama siedzę jak na szpilach – przytaknęła Morgan. Nie było im ostatnio łatwo, pierdolnik jak się patrzy… Dostrzegła w oczach kowboja smutek i jakby melancholię, coś absolutnie zrozumiałego w tych okolicznościach. Może zawsze miał takie spojrzenie, tylko nigdy nie stała na tyle blisko, by to zauważyć? Czuła się przytłoczona wszystkim co ich spotkało. Dakota zdawał się to rozumieć, a Czerwona w tym momencie bardzo potrzebowała zrozumienia dla swojego marudzenia.
-Właściwie chciałam spytać o… - zaczęła, ale w międzyczasie przyszła Lucy ze swoim bojfrendem i zaczęła szczebiotać jak zwykle.
-Teraz chcecie gdzieś jechać..? Serio? I na pewno chodzi o naukę strzelania, no tu mi kaktus wyrośnie. Przecież widać po jego minie co się święci – pokręciła głową. Jak to jest, że choć świat się walił, oni zachowywali się jakby byli na wycieczce i kontynuowali końskie zaloty? Morgan zaczynała im powoli zazdrościć takiego durnego podejścia do życia…  Pomyślała nawet, że Lucy zdaje sobie sprawę z tego do czego to doprowadzi, ale jej to nie przeszkadza. Dakota też wydawał się tęsknie spoglądać na takie „zwyczajne” problemy. Morgan aż zrobiło się go żal. Kurwa mać, czyli Sullki mogą się bawić, a oni nie? Też mogą, a co!
-Dobra, jedźcie. My może wybierzemy się na jakąś wyprawę, albo zostaniemy tutaj i też spędzimy ten czas… produktywnie. Prawda Logan? – Morgan podeszła do Dakoty i objęła go ramieniem. A niech tam. Po chwili wahania dodała do tego lekkiego buziaka w policzek. Jak już Sullivan ma im coś insynuować, to niech ma do tego podstawy. W tym momencie zauważyła jednak przechodzącego Henry'ego i poczuła się wyjątkowo głupio.
-Cześć Heniu... to nie tak jak myślisz...

***
-Josh, pomożesz mi trochę?
-Jeden moment mamo, rozmawiam właśnie z…
-Ojej pewnie ze swoim chłopakiem, no to nie przeszkadzam…
-To TEŻ nie jest mój chłopak… - jęknął mechanik. Tego mu jeszcze brakowało w tej rozmowie, to teraz już na pewno Seth będzie przekonany…
-Szkoda… - westchnęła cicho Jenna. Tylu wokół było miłych chłopaków (łucznik zdecydowanie prezentował się jako obiecujący młodzieniec), a jej syn zdawał się tego nie zauważać. No cóż. Chyba sama będzie musiała wziąć sprawy w swoje ręce.
-Tyler, będziesz tak miły i poobierasz trochę kolb? – posłała rudemu chłopakowi firmowy uśmiech i poczekała, aż usiądzie przy niej – Wiesz, nie chcę być wścibska, ale widzę że Josh bardzo Cię lubi… mamy wiedzą takie rzeczy. Mam nadzieję że nie masz mu za złe, że podchodzi do tego jak pies do jeża, niestety niespecjalnie czuł się swobodnie z tym że… no wiesz, interesują go mężczyźni. To w pewnej mierze i moja wina, dlatego teraz chciałabym go wspierać najlepiej jak umiem. Cieszy mnie, że zakochał się w takim miłym chłopcu jak ty i prosiłabym o cierpliwość dla niego…  Już ja się postaram, żeby zachowywał się odpowiednio, możesz być pewien.

-MAMO! – blondyn momentalnie zjawił się w kuchni. To już była gruba przesada…
-O, jednak przyszedłeś skarbie, to dobrze..! – Jenna zdawała się nie zauważać zdenerwowania syna. Podała mu kolbę kukurydzy jakby nigdy nic – Proszę, jak chcesz pomóc…
-Proszę, nie opowiadaj takich rzeczy na prawo i lewo, Tyler na pewno nie jest zainteresowany tymi bzdurami..! – wkurzony zabrał kukurydzę z rąk matki.
-Daj spokój Josh, próbuję Ci tylko pomóc…
-Niby w jaki sposób..?
-Jak sam nie masz odwagi powiedzieć Tylerowi co czujesz, no to muszę zainterweniować synu. Bo przecież się lubicie, to oczywiste..!
-Yyy, no wiesz, to nie jest takie proste… Kumplujemy się, ale… Tyler, powiedz coś… - Josh wyraźnie stracił rezon.
-Och dałbyś spokój, nikt cię tu przecież nie zje..!  Biedny chłopak, trzymasz go w takiej niepewności, tak nie można! Porozmawiałbyś, zaprosiłbyś na jakiś poczęstunek, widać że biedactwo łaknie towarzystwa… Ja bardzo chętnie potraktuję go jak rodzinę. Czy ja Ci muszę wszystko tłumaczyć?
-Zaraz, nie można tak… znaczy wymuszać tak na kimś… może Tyler wcale nie ma ochoty, żeby… Ja go faktycznie lubię, nawet bardzo… chodzi o to że… no nie wypada się tak narzucać, przecież gdzie on mógłby chcieć cokolwiek od takiego nudziarza jak ja – wzruszył ramionami, czując jednak że plącze się w zeznaniach, a matka wcale nie zamierza odpuścić. Josh zaczął się nawet zastanawiać co jest gorsze: wieczne potępienie przez rodzinę czy nagła chęć matki do znalezienia mu chłopaka…
-Josh, na litość Boską, ten dzielny młody człowiek szukał Cię nocą po lesie, a ty jeszcze masz jakieś wątpliwości? No przecież ja ci nie każę od razu wnuków robić, ale…
-Wnuków?! – Josh aż się zatoczył z wrażenia. Po drodze potknął się o jedno z wiader i wylądował plackiem prosto w nieobranej kukurydzy. Bolało, kolby wbijały mu się w plecy i nie tylko…
-Słońce, nic ci nie jest? Musisz trochę uważać, naprawdę..! – Jenna momentalnie przyklęknęła przy synu. Nic dziwnego że musiała tak na niego uważać, był kompletnie roztrzepany.
-W… w porządku… - wydusił z siebie po chwili mechanik – Po prostu… Jezu, ty chyba wiesz, że to niemożliwe żebyśmy… żebym miał mieć jakieś…
-Och wiem, dlatego powiedziałam przecież że nie o nie mi chodzi, tylko o to żebyś był szczęśliwy i docenił jak dobrego masz… niech będzie że kolegę. – pokręciła głową. Widząc że Josh odetchnął z wyraźną ulgą, dodała: - A w razie czego możecie zawsze adoptować i już.
-Chryste… - jęknął Josh – Aua, co mnie tu..? – podniósł się chwiejnie, tylko po to by zobaczyć że przed chwilą siedział na sporej kolbie kukurydzy.
-Chodź, usiądziesz na moim miejscu, bo znowu wywiniesz orła – Jenna wstała i podsunęła synowi swoje krzesło.
-Dziękuję, chyba po prostu postoję… - powiedział lekko zawstydzony Josh – Może po prostu dasz nam chwilę, wyjaśnimy to sobie prywatnie..? – zaproponował desperacko. Z mamą u boku nie ma szans by ta szopka się skończyła.
-W porządku, może tak będzie lepiej. To co, dajcie sobie buzi na zgodę i już wam nie przeszkadzam..! – powiedziała z entuzjazmem, nie zwracając uwagi na czerwonego ze wstydu Josha.