Autor Wątek: RPG - wesołe pisanie  (Przeczytany 1808 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Tortuga

  • Offline
  • Forumowa Maruda
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 808
  • -Otrzymane: 550
  • Autor wątku
  • Wiadomości: 3020
  • Płeć: Kobieta
    • Zobacz profil
  • Komiks: Tylko część
  • Postać: Al Swearengen, Tony Soprano, Walter White, Rust Cohle, Boyd Crowder, Pietro Savastano, Herr Starr, Joker, Harley Quinn i innsze złodupce
  • Skąd: Bat country
  • Spoilery: Tak
RPG - wesołe pisanie
« dnia: 30 Październik, 2016, 19:29:27 »
:kenny: :seth: :mlody: :josh: :mc: :elka: :steve: ŻYWE TRUPY - APOKALIPSA :morgan: :sully: :lucy: :heniu: :dakota: :snejk:

SPESZJAL EPIZOD
:negan:
WYLICZANKA




- Morgan! Seth! Snake! – echo poniosło się po lesie – Ktokolwiek! Gdzie ich cholera poniosła? – Kenny rozejrzał się w około – Człowiek zniknie na pięć minut, żeby załatwić swoje, a tu… - mruknął pod nosem. Właśnie stał sam jak palec po środku mglistego, ciemnego lasu. Ani widu, ani słychu żywej duszy.
Hawkins zaczął intensywnie zastanawiać się co z tym faktem zrobić. Postanowił sięgnąć po browara. Dla lepszego pomyślunku. Podczas gdy wlewał w gardziel trunek, coś nieopodal trzasnęło i zaszeleściło. Kenny chwycił pewniej trzymaną w wolnej ręce łopatę gotową do roztrzaskania czerepu umarlaka bądź jakiego zbója. Gwałtownie odwrócił się za siebie, uważając na trzymany w drugiej dłoni Napój Bogów.
- No w końcu…a reszta gdzie? – opuścił swój oręż na widok Rudzielca.

- O to samo mogę zapytać. – wzruszył ramionami -  Ciebie akurat Mikołaju bez trudu szło znaleźć, bo to twoje pstrykanie puszkami słychać z promieniu kilku kilometrów.
- Człowiek nie wielbłąd, napić się musi. - stwierdził, wracając do przerwanej konsumpcji.
- Zamiast żłopać piwsko, to lepiej poszukajmy pozostałych. – minąwszy harleyowca, ruszył przed siebie.

Gdzieś w innej części lasu…

- Eee...nie żeby coś, ale wydaję mi się że tędy już przechodziliśmy.
- I to co najmniej trzeci raz. - zauważył.
- Wpuściliśmy się dupą w maliny, nie ma co. - mruknęła Morgan.
- Jezu, po co nam to było... - jęknął.
- Wiem że sytuacja jest chujowa, ale nie panikujmy, bardziej niż jest to konieczne. - Czerwonowłosa starała się uspokoi towarzyszy.
- Słyszycie, to...? - Henry przystanął, rozglądając się niepewnie.
- Trupy? - Josh zatrzymał się równie gwałtownie, przerażony na wizje spotkania w środku ciemnego lasu, hordy chorych.
- Nie...nie zupełnie....coś jakby.... - młody lekarz, zaczął wytężać słuch - ...przekleństwa...?
- W takim  razie nie ma strachu. - zwróciła się w kierunku trzęsącego się jak osika mechanika - To tylko Sullivan.
- Jakoś wcale mnie to nie uspokaja. - wykrztusił.
Pobliskie krzewy przed nimi, zaszeleściły gwałtownie.
- Kurwa zajebana mać. Będziemy się błąkać po tym skurwiałym lesie do świtu. – warknął, wychodząc z zarośli w towarzystwie Lucy.
- Morgan! - pisnęła, rzucając się punkówie na szyję, która próbowała uwolnić się z uścisku.
- Słyszeliście to...? - Henry rozejrzał się ponownie, usłyszawszy kolejne odgłosy.
- Co znowu? - Josh poruszył się nerwowo.
Pozostali zaczęli się rozglądać, nasłuchując przeciągłych dźwięków.
- Ktoś gwiżdżę...? - mruknęła.
- Może to ktoś z naszych?
- Albo szopy. - wtrąciła - Słodka, futrzasta rodzinka szopów z małymi. - stwierdziła wesoło.
- No chyba nie. Chyba widzę kogoś.
- Gdzie?
- Tam, za drzewami. - wskazała ręką.
- Błagam, powiedz że to tylko Seth albo Snake czy Tyler, chcą nas nastraszyć... - jęknął.
- Siemka! - krzyknęła w kierunku jednego z czających się ludzi, machając w jego stronę - Jestem Lucy. Wy też się zgubiliście? - zapytała sympatycznie.
W odpowiedzi gdzieś nieopodal mechanika, świsnęła kula.
- Rany boskie! - odruchowo odskoczył, równocześnie nieświadomie machnąwszy ręką, uderzył Henry'ego, strącając mu okulary.
- Moje okulary! - uklęknął po omacku szukając na ziemi zguby.
- Chyba powinniśmy właśnie zacząć spierdalać stąd w podskokach...chodu! - zarządziła.
- Znalazłem! - obwieścił.
- Brawo ty, a teraz biegiem! - szarpnęła doktora za ramię.

Część drużyny przy akompaniamencie gwizdów, biegła na ślepo przez las, aż w końcu wybiegli na otoczoną drzewami, dosyć sporą,  rozświetloną polanę, którą kółeczkiem otaczali uzbrojeni po zęby, gwiżdżące zbóje.[/color]
- A to kurwa co? Jakiś zlot miłośników pedałowania? - fuknął.
Kilku ze zbójów zbliżyło się do drużyny z zamiarem zabrania ich broni.
- Może z łaski swojej jakieś słowo wyjaśnienia? - warknęła Morgan, szarpiąc się przez chwilę z jednym z typów, który wyrywał jej pistolet. Kątem oka dostrzegła, że o ile z zabraniem broni i jej i reszcie to był pikuś, o tyle z Sullivanem mieli już problem.
- Tylko nie bijcie! - bez protestu oddał broń.
- Uciekaj, Sully, ja ich zatrzymam! - pisnęła leżąc na ziemi i trzymając kurczowo za kostkę jednego z bandytów.
Po kilku złamanych nosach, szczękach, dwóch zastrzelonych, jednym skręconym karku i innych ogłuszających, bądź śmiertelnych ciosach,zbirom, udało się też spacyfikować Tony'ego. Po chwili na miejsce został eskortowany Kenny wraz z Młodym, MacLeodem, Eizabeth i Stevem.
- Ciekawe komu tym razem podpadliśmy. - skomentował.
Na miejsce przybył zbójca zwany przez wtajemniczonych Trevorem z GTA.
- Na kolana. Mamy sporo roboty. - przemówił.
- Jestem Lucy. Miło cię poznać. - wyciągnęła do ów Trevora rękę, uśmiechając się szeroko.
- Na kolana. - powtórzył, ignorując Lucy.
Grupa rozejrzała się po sobie.
- Skoro nalegają.... - mruknął, wzruszając ramionami - Upadnij na kolana, ludu, czcią przejęty... - zanucił pod nosem, klękając, tak samo też i uczyniła reszta.
Kilku z bandytów, ruszyło do stojącej nieopodal ciężarówki. Zbliżyli się do paki i jeden z nich otworzył dwuskrzydłowe drzwi i zaraz gwałtownie się cofnął gdy ze środka wydobyły się na zewnątrz gęstę kłęby dymu. Nagle ktoś ze środka zasadził mężczyźnie soczystego kopniaka, który zwalił go z nóg.
- Strzał za sto punktów. Dobra zasłona dymna, przynajmniej to twoje fajczenie się na coś przydało, Cyklopie. - klepnął Jednookiego w ramię, stając na równe nogi.
- Mów mi Snake. - mruknął, odpalając kolejnego papierosa.
- Kowboju, żyjesz czy się zaczadziłeś? - zawołał do środka.
- Żyję. - Logan wyszedł ze środka, przy okazji uderzając jednego z zbiór drzwiami.
Po kolejnej krótkiej walce, Seth, Snake i Dakota, zostali zaprowadzeni do pozostałych.
- Seth. - Kenny ucieszył się na widok łucznika.
- Hoł, hoł, hoł, Mikołaju. Zdaje się że zajebali nam Święta.
- No i gitara, mamy komplet. - stwierdził zadowolony Trevor z GTA.
- Pora poznać szefa. - oznajmił mężczyzna, pukając w drzwi campera, która stał na przeciw klęczącej grupy.
- O będzie finalny boss. - zachichotał.
Nastała pełna napięcia cisza w której wszyscy oczekiwali szefa bandy.
I o to wyłonił się z ciemności niczym szatan z najmroczniejszych czeluści piekieł. Najstraszliwszy z najstraszliwszych. Z demonicznym uśmiechem, dzierżąc w dłoni swoją pałę zagłady i pożogi. 
- Pfff i to niby ma być mega boss? Wygląda jak podstarzały tatusiek i stały bywalec Błękitnej Ostrygi w jednym. – stwierdził z rozczarowaniem.
- Porty już pełne? Oj, wydaję mi się że za raz ta chwila nastąpi. – przemówił z uśmiechem na ustach, zbliżając się nonszalanckim krokiem w kierunku klęczącej w rządku grupy.
- Mocz popłynie srogim strumieniem. – stwierdził z przekonaniem.
-  Zdaję się że do tego jakiś fetyszysta, brrr. - wzdrygnął się.
- Na szczęście jesteśmy tacy przezorni, że założyliśmy pampersy. – skomentował, prychnąwszy.
- Uh...naprawdę nosisz pampersy...? - spojrzała w stronę Kenny'ego z lekkim niesmakiem.
- Josh chyba zapomniał założyć. - zachichotał złośliwie.
- Co,ej....wcale nie. - spojrzał w dół - Yyy...to chyba nie jest odpowiednia chwila na żarty... – zauważył.
- Który z was chujki, jest tutaj przywódcą?
Drużyna rozejrzała się po sobie nieznacznie.
- Zasadniczo, to wypracowaliśmy system w którym.... - James MacLeod, już spieszył z odpowiedzią, jednak nie dane było mu skończyć, gdy któryś z bandziorów, go ubiegł.
- Ten. – jeden z  bandytów wskazał na Tony’ego.
- No pewnie kurwa że ja. – potwierdził dumnie.
- Cześć. – mężczyzna stanął przed Tony’m - Rick, prawda?
- Kto, kurwa? – skrzywił się.
- Rick. - powtórzył, nieco zbity z tropu.
- Jaki kurwa Rick?
Mężczyzna wyprostował się.
- Mówiliście że nazywa się Rick Grimes. – powiedział na stronie do jednego ze swych ludzi, zniżonym głosem.
- No bo tak się nazywa szefie. – odparł zapytany z konsternacją.
- Coś tu się nie zgadza...- mruknął frasobliwie, demoniczny villian - Ale chuj, mniejsza z tym.  – machnął lekko ręką i skupił znów swą uwagę na liderze grupy.
- Tony Sullivan. A dla ciebie pan Sullivan, pajacu. – przedstawił się.
- ...z FBI. - mruknął.
- Dokładnie, kurwa, tak. Z jebanego FBI, więc lepiej zabieraj swoich przygłupów i wypierdalaj stad w podskokach pajacu, póki jeszcze możesz.
- Lepiej go posłuchaj, on nie żartuje. - pokiwał przytakująco głową.
 - Nie wie nawet co to poczucie humoru, jest zbyt nadętym chujkiem. - mruknął sarkastycznie.
- To on nie rozumie mojego poczucia humoru, bo jest zbyt nadętym chujkiem. - odciął się.
- Ty jesteś nadętym chujkiem, każdy ci to powie. - mruknął pod nosem.
- Złamas.
- Kretyn.
- Kurw.
- Hej! – przerwał - Zamknąć mordy. - warknął poirytowany.
- Jestem Negan i nie podoba mi się, że zabiłeś moich ludzi, a gdy wysłałem w odwecie swoich ludzi, by zabili twoich, ty znów ich zabiłeś. – przemówił.
- Nie jestem pewien o ci chodzi,  ale szach-mat, pajacu. - odparł z uśmieszkiem, rozkładając ręce.
- Nieładnie. Nieładnie. Nie masz pojęcia jak cholernie nieładnie postąpiłeś, ale myślę że niebawem nadrobisz braki w wiedzy. Za kilka minut bardzo pożałujesz że wszedłeś mi w drogę. Oj tak. – powiedział groźnie, kwitując przemowę  diabolicznym uśmiechem. 
- Jeśli myślisz o tym, o czym ja myślę…. – zaczął, gdy pajac zaczął się kretyńsko szczerzyć.
- Cokolwiek robisz nie możesz zadzierać z nowym porządkiem na Świecie, a ten wygląda właśnie tak i bardzo łatwo go sobie przyswoić, więc nawet jeśli byłbyś tępy, to nadal go pojmiesz. Gotowy? Już ci tłumaczę, słuchaj uważnie. – nachylił się -  Oddaj mi wszystko albo was pozabijam.
- A...czyli chcesz tylko zapierdolić pajaców, a nie wyruchać mnie?
- Co? - Człowiek zwany Neganem, zmarszczył brwi.
- No to mi kurwa ulżyło. W takim razie śmiało, nie krępuj się. – mruknął, ruchem głowy wskazując w kierunku pozostałych. 
Człowiek zwany Neganem przez krótką chwilę został całkowicie zbity z tropu, jednak nie trwało to długo. Chwyciwszy pewniej pałę zagłady i pożogi, zaczął przechadzać się z wolna.
- Dziś tylko zaplanowałem małe wprowadzenie. Natrudziliśmy się byście zrozumieli, co ze mnie za człowiek i do czego jestem zdolny. Od teraz pracujecie dla mnie. Wszystko co posiadacie jest moje. Macie coś, oddajecie mi. Taka jest wasza robota. Wiem że na pewno to teraz ciężko przetrawić, ale uwierz przetrawisz to. Przewodziłeś tym ludziom, udało ci się coś stworzyć. Myślałeś że jesteście bezpieczni i w pełni to rozumiem. Ale prawda wyszła na jaw. Nie jesteście bezpieczni bardzo wam do tego daleko. Czeka was zguba, jeśli nie dacie mi tego czego chcę. A chcę połowy tego co macie. Jeśli to za dużo, zróbcie, znajdźcie albo ukradnijcie, więcej i za jakiś czas znowu to wyrównamy. Tak teraz wygląda wasze życie. Im bardziej będzie się upierać, tym bardziej ucierpicie. Jeśli zapuka...
- Zieeew... - Seth ostentacyjnie ziewnął - zaraz to tu wszyscy pomrzemy z nudów, zagadani na śmierć, bo się zapętlasz i pierdolisz to samo od pięciu minut.  No bogowie niejedyni, to jakaś zaraz czy co? Kolejny co musi pokazywać jakim jest zajebisty maczo samcem. Facet masz najwyraźniej o ile to w ogóle możliwe, jeszcze bardziej mikroskopijnego niż Agencik albo nie masz tam w ogóle nic, że musisz machać tą swoją pałą na prawo i lewo jak ekshibicjonista w parku.
- Właśnie, synek może tak się trochę streścisz, bo już mi się przysypia. – wtrącił się Kenny – Poza tym takie klęczenie jest w chuj nie wygodne.
- Potwierdzam. – dodał, poprawiając okulary – Takie długotrwałe przebywanie w jednej pozycji, źle wpływa na zdrowie, więc bylibyśmy wdzięczni, gdyby Pan zechciał nieco skrócić swoją przemowę, Panie Regan.
- Negan. – poprawił Doktora.
- O, to, to. Doktorek wie co gada. – wskazał palcem na Henry’ego, przytakując.
- Poza tym zaczyna mnie trochę cisnąć na pęcherz. – zawiercił się.
- Było nie tankować tyle browarów, Mikołaju. I zaraz ku ucieszę Wielkiej Pały, faktycznie popłynie rzeka sików. – wyszczerzył się.
- Ale podobno Kenny nosi pampersy. – wtrąciła.
- Nie noszę.
- Przecież sam przed chwilą to powiedziałeś. – wzruszyła ramionami.
- Cholera, to była tylko sarkazm. Czy tam ironia. – fuknął poirytowany.
- Mordy w kubeł, bo was wszystkich zapitolę! – Człowiek zwany Neganem zaczynał tracić cierpliwość. Ci ludzie kimkolwiek byli, wprawiali go w niemałą konsternacje – Na czym to ja skończyłem… -  mruknął – A tak.. Jeśli zapukamy  do waszych drzwi, wpuścicie nas bez wahania, bo rzeczone drzwi należą do nas.
I am the danger I am the one who knocks. - przedrzeźnił - Jebany będzie nam tu odpierdalał Heisenberga. - prychnął.
- Co ja powiedziałem?! - Człowiek zwany Neganem, rozjuszył się, lekceważeniem go.
- Mam zacytować? "Bla bla bla bla". Kończ, bo wszyscy już widzimy żeś jest zwykły pajac. - burknął na co pajac przystawił mu do skroni, swój kij bejsbolowy - Oh, Misiu, myślisz że to robi na mnie wrażenie? Widzisz te ręce? - wzniósł lekko dłonie do góry - Tyle tylko mi potrzeba żeby cię zajebać. Nic więcej. Może chcesz się przekonać? - zaproponował wesoło.
Człowiek zwany Neganem roześmiał się.
- Zabawny jesteś. - wskazał z rozbawieniem na Tony'ego. - Ale to ja tu jestem zajebistym złodupcem, nie ma miejsca dla dwóch. - powiedział z uśmiechem, przechadzając się.
- Pajac. - fuknął.
-  A więc...Jeśli zapukamy  do waszych drzwi, wpuścicie nas bez wahania, bo rzeczone drzwi należą do nas. Jeśli spróbujecie nas powstrzymać wyważymy je. Zrozumiałeś? Co, nawet nie odpowiesz? – nachylił się nad Jednookim, palącym papierosa.[/color]
- Mów mi Snake. – odparł, wydmuchując dym prosto w twarz Człowieka zwanego Neganem.
Villain zakrztusił się dymem nikotynowym. Gdy doszedł do siebie kontynuował:
- Ale chyba nie sądziliście że nie zostaniecie ukarani? Nie chcę was zabijać, chcę tylko postawić sprawę jasno. Macie dla mnie pracować. Nie możecie tego robić będąc martwi. żaden ze mnie ogrodnik. Ale zabiliście naprawdę wielu moich ludzi. Więcej niż byłem w stanie poświęcić i musicie za to zapłacić. A więc...teraz zabije jednego z was na miejscu.
To jest Lucille i uwierzcie że jest zajebista. – chwycił pewniej swoją broń.
- Lucille? – powtórzyła – To prawie tak samo jak ja. – zauważyła z entuzjazmem.
- Sprowadziłem was tu wszystkich by aby obdarzyć kogoś tym zaszczytem. - stanął przed Lucy.
- Co? Co powiedziałeś? Mam zabić wszystkich i uciec? - zapytała rozglądając się - To tylko głosy. - spojrzał na mężczyznę z uśmiechem - Żartowałam. - machnęła ręką, chichocząc, gdy spotkała się z zdziwionym spojrzeniem - To nie to co naprawdę powiedziały. - sprostowała, uśmiechając się niewinnie - Jestem Lucy. Ładna apaszka. Pasuje ci do oczu. Hej! Właśnie chyba mam...uh...jak to się nazywa... - zaczęła się gorączkowo zastanawiać - Sully? - spojrzał na Tony'ego.
- Okres? - mruknął.
- Uh, nie głuptasie. Chodzi o takie coś, uh....odnoszę wrażenie jakby...jak to się nazywa...coś jak De volaille...nie, coś po hiszpańsku chyba... coś jak...
- Deja vu, Lucy. - odezwała się Czerwonowłosa.
- Tak! - pisnęła tryumfalnie - Chyba, tak. Uh, no to mam to deja vu, jakbym już gdzieś widziała, pana, ale nie wiem gdzie. Mógłby pan stanąć bokiem? O tak, jeszcze troszkę i teraz głowa trochę w lewo. Hmm...a może jednak bardziej w prawo? - zastanowiła się głośno.
- Dosyć! - Człowiek zwany Neganem został po raz kolejny wytrącony z równowagi. Zaczynał dochodzić do wniosku, że z tymi ludźmi było coś bardzo nie tak.
- Dobra słuchajcie, nie próbujcie więcej takich zagrań inaczej od razu zapitolę.Ten jeden raz jeszcze podaruje, bo rozumiem że emocje biorą górę. -  trzymając fason, podszedł do kolejnej z ofiar znów wchodząc w rolę Najstraszliwszego z Najstraszliwszych, Okrutnego i Złowieszczego Villaina. 
- Cholera, rozchmurz się albo przynajmniej uroń łezkę. - powiedział wesoło.
- Ja? - rozejrzał się zdziwiony - Chłopaki nie płaczą. - skwitował.
- Kolejny dowcipniś. - mruknął pod nosem, uśmiechając się.
- Jezu, wyglądasz chujowo. Powinienem skrócić twoje męki.
- Wypraszam sobie. - prychnęła - Ach ci Jankesi...za grosz u was manier.
- No ale kogoś wybrać muszę, wyszczy ładnie czekają na moją decyzje.
- Nożesz kurwa mać...- westchnął zmęczonym głosem - Weź zajeb Agencika i miejmy to już za sobą, bo już tu korzenie wszyscy zapuszczamy.
- Pierdol się. – warknął w kierunku Łucznika – Ciebie niech zajebie.
- Ja jeśli można...też jestem za tym, żeby zabić Sullivana. - wtrąciła.
- Panie przodem. - powiedział niewinnie w kierunku Madonny.
- Znalazł się, gentelman.
- A Josh się zlał, Josh się zlazł!
- Spokój! - huknął. Odczekał aż zalegnie cisza i jako że był niewątpliwie budzącym grozę psychopatą, zaczął gwizdać.
- Po prostu nie potrafię wybrać. - oznajmił.
- Ale mam pomysł.
- Ene, due...- zaczął wskazywać na każdego pałą zagłady i pożogi, zwaną też Lucille.
- O wyliczanka: "Raz, dwa trzy, pałą dostaniesz dzisiaj ty." - wyszczerzył się - Ups...chyba wypadło na mnie.
- Jeśli ktoś się ruszy albo coś powie, wyrwijcie drugie oko młodej i nakarmcie nim wąsatego. I dopiero wtedy zaczniemy. Możecie oddychać, mrugać oczami i płakać. Kurwa, nie wątpię że wszyscy to będziecie robić. - Przerażający psychopata, wzniósł swą pałę ku górze, by zdać cios, a wtedy Rudzielec dał susa między jego nogami.
- C-co...? Co do...? - Człowiek zwany Neganem, wytrzeszczył oczy w zdumieniu. Poczuł że coś na niego wskoczyło.
- Wiesz jaki jest twój problem, tatku? Za dużo gadasz, a za mało robisz. - powiedział wesoło wprost do ucha,a potem zacisnął na nim z całej siły szczękę.
Człowiek zwany Neganem ryknął głośno.
- Teraz! - Morgan dała znać reszcie.
Dzielna drużyna, wykorzystując nie uwagę przeciwnika, zajęła się resztą bandy, przechwytując broń i ruszając do boju.
Człowiek zwany Neganem, w końcu zrzucił z siebie Młodego.
- Ej chłopaki, ja też chcę! - krzyknął, rzucając się z pozostałymi w wir walki.
Człowiek zwany Neganem, obserwował z niedowierzaniem, jak jego ludzie dostają łupnia. Przebiegły villain, postanowił zrobić, to, co zwykł robić w takiej chwili taki przebiegły villain - wczołgać się pod campera, by tam przeczekać bitwę.

Kilkadziesiąt minut rozpierduchy, później...

Nie widząc ani nie słysząc już żadnych odgłosów walki, odczekał jeszcze chwilę, uważnie nasłuchując. Odkrył że wszyscy jego ludzie zostali wycięci w pień. Na placu boju na wyciągnięcie ręki, spoczywała na ziemi jego pała zagłady i pożogi. Ostrożnie wyciągnął rękę w jej kierunku. Już prawie ją miał w garści, gdy ktoś przydepnął boleśnie jego dłoń.
- Tu się schowałeś. - odezwał się wesoły głos, a zaraz potem został wywleczony spod RV. Leżąc na plecach, patrzył na pochylające się nad nim sylwetki.
- Kapitan spierdalający jako pierwszy z tonącego okrętu. Nieładnie. Kurewsko nieładnie. - powiedział ganiąco.
- Nic z tego nie rozumiem...powiedzieli mi, że jesteście bandą jakiś przygłupich wymoczków. - Człowiek zwany Neganem, nie ukrywał już zdziwienia.
- Najwyraźniej, musieli nas z kimś pomylić. - powiedział dziarsko, opierając się o swoją łopatę.
- To się dopiero nazywa mieć pecha. - wziął do rąk pałę zagłady i pożogi - Mam nadzieje że się wystarczająco nagadałeś, bo teraz czeka cię pierdolona, wieczna cisza, więc...

To szczera prawda, to się wie
Lepiej słuchaj, nie bądź kiep
Albo ci przyłożą w łeb

Czemu tak jest - zobaczysz w mig
Gdy naplują w oko ci
To naplują w oko ci

- zaintonował z uśmiechem, po czym wzniósł pałę ku górze, biorąc zamach.


Sorry but you are not allowed to view spoiler contents.

hang up the chick habit
hang it up, daddy,
a girl's not a tonic or a pill
hang up the chick habit
hang it up, daddy,
you're just jonesing for a spill

oh, how your bubble's gonna burst
when you meet another nurse
she'll be driving in a hearse

you're gonna need a heap of glue
when they all catch up with you
and they cut you up in two

now your ears are ringing
the birds have stopped their singing
everything is turning grey

no candy in your till
no cutie left to thrill
you're alone on a tuesday

hang up the chick habit
hang it up, daddy,
or you'll be alone in a quick
hang up the chick habit
hang it up, daddy,
or you'll never get another fix

i'm telling you it's not a trick
pay attention, don't be thick
or you're liable to get licked

you're gonna see the reason why
when they're spitting in your eye
they'll be spitting in your eye


***
- Może już starczy...
- Właśnie, bo jak na to patrzę to aż chcę mi się...
- Jeść. - wtrąciła.
- No...aż zjadłoby się krwiste, soczyste mięcho.
- No dobra, jak Josh skończy wymiotować, to się zbieramy.  - zarządził.
- No i to by było kurwa na tyle. - mruknął.
- Co tu się stało? - zapytał ktoś obcy. Drużyna spojrzała w kierunku skąd dobiegł głos. Okazało się że na miejsce przybyła jakaś inna grupa składająca się z między innymi z dzieciaka w kapeluszu, dwóch murzynek, kudłacza z kuszą, rudego gościa i azjaty.
- Patrzcie, on ma pałę zagłady i pożogi, to Negan! - krzyknął jeden z ludzi, a reszta dobyła broni.
Drużyna spojrzała na Sullivana, który trzymał w rękach owianą sławą pałę.
- Zgaduję, że ty jesteś Rick. - na jego twarzy pojawił się diabelski uśmieszek.


KONIEC
« Ostatnia zmiana: 19 Luty, 2018, 21:16:32 wysłana przez Narwaniec »

Noctury

  • Offline
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 28
  • -Otrzymane: 195
  • Age: 27
  • Wiadomości: 406
  • Płeć: Kobieta
    • Status GG
    • Zobacz profil
  • Komiks: Nie czytałam
  • Skąd: Mysłowice
Odp: RPG - wesołe pisanie
« Odpowiedź #1 dnia: 02 Kwiecień, 2017, 13:26:20 »


-Jasne, rozumiem. Sama siedzę jak na szpilach – przytaknęła Morgan. Nie było im ostatnio łatwo, pierdolnik jak się patrzy… Dostrzegła w oczach kowboja smutek i jakby melancholię, coś absolutnie zrozumiałego w tych okolicznościach. Może zawsze miał takie spojrzenie, tylko nigdy nie stała na tyle blisko, by to zauważyć? Czuła się przytłoczona wszystkim co ich spotkało. Dakota zdawał się to rozumieć, a Czerwona w tym momencie bardzo potrzebowała zrozumienia dla swojego marudzenia.
-Właściwie chciałam spytać o… - zaczęła, ale w międzyczasie przyszła Lucy ze swoim bojfrendem i zaczęła szczebiotać jak zwykle.
-Teraz chcecie gdzieś jechać..? Serio? I na pewno chodzi o naukę strzelania, no tu mi kaktus wyrośnie. Przecież widać po jego minie co się święci – pokręciła głową. Jak to jest, że choć świat się walił, oni zachowywali się jakby byli na wycieczce i kontynuowali końskie zaloty? Morgan zaczynała im powoli zazdrościć takiego durnego podejścia do życia…  Pomyślała nawet, że Lucy zdaje sobie sprawę z tego do czego to doprowadzi, ale jej to nie przeszkadza. Dakota też wydawał się tęsknie spoglądać na takie „zwyczajne” problemy. Morgan aż zrobiło się go żal. Kurwa mać, czyli Sullki mogą się bawić, a oni nie? Też mogą, a co!
-Dobra, jedźcie. My może wybierzemy się na jakąś wyprawę, albo zostaniemy tutaj i też spędzimy ten czas… produktywnie. Prawda Logan? – Morgan podeszła do Dakoty i objęła go ramieniem. A niech tam. Po chwili wahania dodała do tego lekkiego buziaka w policzek. Jak już Sullivan ma im coś insynuować, to niech ma do tego podstawy. W tym momencie zauważyła jednak przechodzącego Henry'ego i poczuła się wyjątkowo głupio.
-Cześć Heniu... to nie tak jak myślisz...

***
-Josh, pomożesz mi trochę?
-Jeden moment mamo, rozmawiam właśnie z…
-Ojej pewnie ze swoim chłopakiem, no to nie przeszkadzam…
-To TEŻ nie jest mój chłopak… - jęknął mechanik. Tego mu jeszcze brakowało w tej rozmowie, to teraz już na pewno Seth będzie przekonany…
-Szkoda… - westchnęła cicho Jenna. Tylu wokół było miłych chłopaków (łucznik zdecydowanie prezentował się jako obiecujący młodzieniec), a jej syn zdawał się tego nie zauważać. No cóż. Chyba sama będzie musiała wziąć sprawy w swoje ręce.
-Tyler, będziesz tak miły i poobierasz trochę kolb? – posłała rudemu chłopakowi firmowy uśmiech i poczekała, aż usiądzie przy niej – Wiesz, nie chcę być wścibska, ale widzę że Josh bardzo Cię lubi… mamy wiedzą takie rzeczy. Mam nadzieję że nie masz mu za złe, że podchodzi do tego jak pies do jeża, niestety niespecjalnie czuł się swobodnie z tym że… no wiesz, interesują go mężczyźni. To w pewnej mierze i moja wina, dlatego teraz chciałabym go wspierać najlepiej jak umiem. Cieszy mnie, że zakochał się w takim miłym chłopcu jak ty i prosiłabym o cierpliwość dla niego…  Już ja się postaram, żeby zachowywał się odpowiednio, możesz być pewien.

-MAMO! – blondyn momentalnie zjawił się w kuchni. To już była gruba przesada…
-O, jednak przyszedłeś skarbie, to dobrze..! – Jenna zdawała się nie zauważać zdenerwowania syna. Podała mu kolbę kukurydzy jakby nigdy nic – Proszę, jak chcesz pomóc…
-Proszę, nie opowiadaj takich rzeczy na prawo i lewo, Tyler na pewno nie jest zainteresowany tymi bzdurami..! – wkurzony zabrał kukurydzę z rąk matki.
-Daj spokój Josh, próbuję Ci tylko pomóc…
-Niby w jaki sposób..?
-Jak sam nie masz odwagi powiedzieć Tylerowi co czujesz, no to muszę zainterweniować synu. Bo przecież się lubicie, to oczywiste..!
-Yyy, no wiesz, to nie jest takie proste… Kumplujemy się, ale… Tyler, powiedz coś… - Josh wyraźnie stracił rezon.
-Och dałbyś spokój, nikt cię tu przecież nie zje..!  Biedny chłopak, trzymasz go w takiej niepewności, tak nie można! Porozmawiałbyś, zaprosiłbyś na jakiś poczęstunek, widać że biedactwo łaknie towarzystwa… Ja bardzo chętnie potraktuję go jak rodzinę. Czy ja Ci muszę wszystko tłumaczyć?
-Zaraz, nie można tak… znaczy wymuszać tak na kimś… może Tyler wcale nie ma ochoty, żeby… Ja go faktycznie lubię, nawet bardzo… chodzi o to że… no nie wypada się tak narzucać, przecież gdzie on mógłby chcieć cokolwiek od takiego nudziarza jak ja – wzruszył ramionami, czując jednak że plącze się w zeznaniach, a matka wcale nie zamierza odpuścić. Josh zaczął się nawet zastanawiać co jest gorsze: wieczne potępienie przez rodzinę czy nagła chęć matki do znalezienia mu chłopaka…
-Josh, na litość Boską, ten dzielny młody człowiek szukał Cię nocą po lesie, a ty jeszcze masz jakieś wątpliwości? No przecież ja ci nie każę od razu wnuków robić, ale…
-Wnuków?! – Josh aż się zatoczył z wrażenia. Po drodze potknął się o jedno z wiader i wylądował plackiem prosto w nieobranej kukurydzy. Bolało, kolby wbijały mu się w plecy i nie tylko…
-Słońce, nic ci nie jest? Musisz trochę uważać, naprawdę..! – Jenna momentalnie przyklęknęła przy synu. Nic dziwnego że musiała tak na niego uważać, był kompletnie roztrzepany.
-W… w porządku… - wydusił z siebie po chwili mechanik – Po prostu… Jezu, ty chyba wiesz, że to niemożliwe żebyśmy… żebym miał mieć jakieś…
-Och wiem, dlatego powiedziałam przecież że nie o nie mi chodzi, tylko o to żebyś był szczęśliwy i docenił jak dobrego masz… niech będzie że kolegę. – pokręciła głową. Widząc że Josh odetchnął z wyraźną ulgą, dodała: - A w razie czego możecie zawsze adoptować i już.
-Chryste… - jęknął Josh – Aua, co mnie tu..? – podniósł się chwiejnie, tylko po to by zobaczyć że przed chwilą siedział na sporej kolbie kukurydzy.
-Chodź, usiądziesz na moim miejscu, bo znowu wywiniesz orła – Jenna wstała i podsunęła synowi swoje krzesło.
-Dziękuję, chyba po prostu postoję… - powiedział lekko zawstydzony Josh – Może po prostu dasz nam chwilę, wyjaśnimy to sobie prywatnie..? – zaproponował desperacko. Z mamą u boku nie ma szans by ta szopka się skończyła.
-W porządku, może tak będzie lepiej. To co, dajcie sobie buzi na zgodę i już wam nie przeszkadzam..! – powiedziała z entuzjazmem, nie zwracając uwagi na czerwonego ze wstydu Josha.

Tortuga

  • Offline
  • Forumowa Maruda
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 808
  • -Otrzymane: 550
  • Autor wątku
  • Wiadomości: 3020
  • Płeć: Kobieta
    • Zobacz profil
  • Komiks: Tylko część
  • Postać: Al Swearengen, Tony Soprano, Walter White, Rust Cohle, Boyd Crowder, Pietro Savastano, Herr Starr, Joker, Harley Quinn i innsze złodupce
  • Skąd: Bat country
  • Spoilery: Tak
Odp: RPG - wesołe pisanie
« Odpowiedź #2 dnia: 07 Październik, 2018, 20:53:50 »
Speszlaj Mini series
:wow:

:sully:
How I met your family
:lucy:

Part I

Lato w Miami było nieznośne. Właściwie w tym kurorcie dla bogatych emerytów, cały rok było lato. Jednak tegoroczne było wyjątkowo upierdliwe. Tony mknąc swoim Suvem, dziękował w duchu pajacowi, który wymyślił klime. Był początek lipca, a to oznaczało sezon urlopowy. Także i dla niego. Co prawda w biurze pracy było od chuja, w końcu większość dilerów, szmuglerów, łapówkarzy i innych mend, nie robiła sobie wakacji. Sam był obecnie zaangażowany w jedną sprawę związaną z przemytem podrabianych fajków przez tutejszych Rusków.  Mimo to, postanowił wykorzystać przysługujące mu prawo do wypoczynku. Zwłaszcza że rozpracowywanie ruskich przemytników, źle wpływało na jego wątrobę. 
Zlecił trzymanie pieczy nad tą sprawą najbardziej kompetentnym pajacom z jakimi współpracował. Tak więc zredukował ryzyko spierdolenia wszystkiego do względnego minimum. Choć i tak oczywiście nie wypiął się całkowicie swoją jędrną i umięśnioną częścią ciała na całe przedsięwzięcie. To nie byłoby w jego stylu. Miał otrzymywać raporty, tak by mieć cały czas wgląd w sytuacje i mieć nad nią kontrole. Tak, więc choć raczej nie spodziewał się by sprawy przybrały jakiś niespodziewany obrót, to nie wyłączał komórek. Nawet jeśli wiązało się to z telefonami od Borysa, koniecznie chcącego namówić go na kolejną degustacje ruskiego samogonu, pędzonego po kryjomu w jakieś zatęchłej piwnicy.
Przynajmniej Starego miał z głowy – już wcześniej go uprzedził że wyjeżdża, co nie spotkało się z większym sprzeciwem.
Zgasił silnik gdy wjechał do garażu. Niespiesznym krokiem wszedł do domu z zadowoleniem na wizje roztaczającego się przed nim opierdalania się. Spanie po dziesięć godzin, chodzenie po domu w samych gaciach, maratony ruchania i inne przyjemności, którym mógł się bez skrępowania oddawać. Był zadowolony. Nawet można by zaryzykować stwierdzenie że był w świetnym nastroju. Wszedł do domu z zamiarem od razu udania się pod prysznic, jednak po wejściu do jadalni zastał widok, który wzbudził jego niepokój. Cosiek czekał na niego z gotowym obiadem.
- Hej Sully, już miałam do ciebie dzwonić. - Lucy przywitała Tony’ego z szerokim uśmiechem.
Tony zbliżył się nieufnie przyglądając się Cośkowi, a potem zlustrował stół. Trzeba było przyznać Cośkowi, że się postarał.
- Na deser jest twoje ulubione tiramisu. – oświadczyła wesoło.
- Rozjebałaś samochód… - burknął z przekonaniem.
- Uh, nie…no może, trochę go porysowałam jak wyjeżdżałam z garażu, ale to nie to, mam dla ciebie niespodziankę na pewno ci się spodoba, siadaj. – zachęciła z ekscytacją.
- Kurwa mać, jesteś w ciąży. – stwierdził z autentycznym przerażeniem.
- Nie, uh, no usiądź wreszcie. – Lucy ponagliła zniecierpliwiona.
Tony usiadł sobie z co raz bardziej rosnącą obawą, że zaraz czeka go jakiś kataklizm.
Cosiek przysunął sobie krzesło, tak że usiadła tuż obok niego, szczerząc się przy tym jak najdurniej tylko potrafiła.
- Proszę. – z uśmiechem wręczyła Sully’emu kopertę.
- Kurwa jak to jakieś rachunki, to czeka cię bolesna i powolna śmierć. – burknął, otwierając kopertę. Zmarszczył brwi, gdy ku swojemu zdziwieniu w środku znalazł bilety lotnicze z wysiadką zarezerwowaną w Luizjanie…
- Nie mówiłam ci wcześniej żeby nie zepsuć niespodzianki, ale niedawno dzwoniła twoja babcia i żaliła się że czuje się taka samotna, że nikt jej nie odwiedza, uh, zrobiło mi się jej żal, ale wtedy mnie olśniło i wpadłam na świetny pomysł i powiedziałam jej że będziesz miał urlop, a że nie mamy innych planów, to możemy spędzić wakacje u niej. – Lucy wyjaśniła trajkocząc wesoło.
- Ale to jeszcze nie wszystko…przyjadą też twoi bracia. Tylko pomyśl, cała rodzina w komplecie. Cieszysz się? – uśmiechnęła się.
- Sully…? – Lucy z niepokojem obserwowała jak Tony najpierw pobladł, następnie na czole wyskoczyła mu żyła i zaczął ciężko fuczeć.
- Wakacje u babci…- zaczął ze spokojem - …miesiąc…cały ciężko wypracowany pierdolony miesiąc raz w roku po to żeby go spędzić z tymi jebanymi pajacami...POJEBAŁO CIĘ DO RESZTY?! – wrzasnął na Cośka, podrywając się z miejsca.
- Uh, Sully, chciałam pojechać gdzieś na wakacje, to nie chciałeś. – zaczęła z wyrzutem.
- A tak to gdzieś pojedziemy, a przy okazji w końcu poznam twoją rodzinę. – stwierdziła, obserwując miotającego się Tony’ego, który zaczął chodzić nerwowo po jadalni.
- A mnie kurwa już nie łaska zapytać o zdanie, co?
- Jakbym cię zapytała, to wtedy nie była by już niespodzianka. – skwitowała Lucy.
- Poza tym nie rozumiem dlaczego się tak denerwujesz...twoja babcia jest bardzo miła, a twoi bracia na pewno też tacy są.
- Miła… - powtórzył sarkastycznie – Stara histeryczka i do tego trzech kretynów, nie wiadomo który głupszy. – warknął.
- Masz w tej chwili anulować te jebane bilety. – stwierdził kategorycznym tonem.
- Ale już się nie da, wylot mamy jutro o 9:00…już nas spakowałam.
- Co...? – popatrzył na Cośka z niedowierzaniem. Czuł jednak, że choćby nie wiadomo co zrobił, nie uniknie swojego smutnego przeznaczenia.
- Oby się kurwa ten samolot rozbił…
« Ostatnia zmiana: 07 Październik, 2018, 21:02:59 wysłana przez Tortuga »

Tortuga

  • Offline
  • Forumowa Maruda
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 808
  • -Otrzymane: 550
  • Autor wątku
  • Wiadomości: 3020
  • Płeć: Kobieta
    • Zobacz profil
  • Komiks: Tylko część
  • Postać: Al Swearengen, Tony Soprano, Walter White, Rust Cohle, Boyd Crowder, Pietro Savastano, Herr Starr, Joker, Harley Quinn i innsze złodupce
  • Skąd: Bat country
  • Spoilery: Tak
Odp: RPG - wesołe pisanie
« Odpowiedź #3 dnia: 07 Październik, 2018, 20:58:04 »
Part II: Najebana Dama tańczy sama

- Uh, Sully opanuj się, bo zaraz będziesz pijany, a ledwo wystartowaliśmy. – Lucy z dezaprobatą przyglądała się jak siedzący obok Tony właśnie wypijał kolejną szklaneczkę whisky.
- Na to kurwa liczę. – odparł, poprawiając przyciemnione okulary. Czuł się co najmniej kiepsko. Świadomość wyjazdu skutecznie zjebała mu humor już do końca dnia. Całą noc dręczyły go koszmary, a gdy nadszedł sądny dzień w akcie desperacji próbował rozpaczliwie odsunąć od siebie widmo nadciągającej katastrofy symulując wszystko co przyszło mu tylko na myśl - od zwału na sraczce kończąc. Jednak Cosiek był nieugięty. Odpierdoliła się w czerwoną sukienkę i krótkie futerko w panterkę i nie było zmiłuj się.
W drodze na lotnisko jeszcze łudził się resztkami nadziei, że może jak to Cosiek, zjebała coś z rezerwacją, ale kurwa, nie. Wszystko było w porządku. Przynajmniej zarezerwowała lot pierwszą klasą i nie musiał jeszcze dodatkowo użerać się z jakąś hołotą. Zamówił kolejną whisky u cycatej stewardesy.
- Ale stąd są widoki, Sully, jej. – Lucy przyklejona do szyby podziwiała tereny nad którymi lecieli.
- Szkoda że Albert tego nie widzi. – dodała z zawodem głosie na myśl o swoim shih-tzu, którego musiała pozostawić pod opieką Morgan. Choć wiedziała, że u punkówy będzie miał lepiej niż w niejednym psim hotelu, to i tak żałowała że nie mogli go zabrać ze sobą.
- Jeszcze tego skurwysyna mi tu brakuję. – Tony mruknął pod nosem z nieukrywanym niezadowoleniem. Jednak w obecnej sytuacji, nawet ten jebany mały kudłacz, siejący zniszczenie, wydawał się mu być milszą wizją niż jego spierdolona rodzinka.
- Może mi opowiesz coś o swojej babci albo o braciach, nie wiele o nich mi mówiłeś. – zaproponowała.
- Ile mają lat? Gdzie mieszkają? Co robią? Mają żony? Dziewczyny? Chłopaków? – zaczęła zasypywać Tony’ego pytaniami. – Dzieci?
Westchnął ciężko.
- Greg jest jebanym porucznikiem, choć nawet by się kurwa nie nadawał do dowodzenia stadem małp, Frank zaszył się na jakieś tekstańskiej wiosce i gasi pożary, gdy któremuś zapijaczonemu redneckowi wpierdoli jego bimbrownie, a Leo odpierdala Słoneczny Patrol w Kalifornii. – objaśnił krótko z nieukrywaną niechęcią.
- Uh, nadal nie rozumiem dlaczego ich tak nie lubisz. Z tego co mówisz wydają się być ciekawi. – podsumowała Lucy.
- Wkrótce się przekonasz. – rozłożył ręce – Daje ci trzy, góra cztery dni i będziesz mnie błagała na kolanach, żebyśmy spierdalali stamtąd w podskokach. – dodał z satysfakcją, przekonany że nawet Cosiek wymięknie.
- Wiesz co, Sully? Wydaję mi się że dramatyzujesz. Założę się że wcale nie będzie tak źle. – odparła na co on pokiwał głową z drwiącym uśmieszkiem.
- Ja cię tylko Cosiek lojalnie uprzedzam, żebyś mi kurwa nie ryczała potem że chcesz wracać. - opróżnił kolejną porcję whisky. Zdążył jeszcze wypić kilka kolejnych nim bezpiecznie wylądowali na lotnisku w Nowym Orleanie. Już nie mógł liczyć ani na to że samolot się rozbije ani że uprowadzą go jebani terroryści.

Whisky wypite na pokładzie samolotu, dało o sobie znać. Co prawda był tylko na lekkim rauszu, ale uznał że można to wykorzystać i wyolbrzymić swój stan w myśl zasady „najebany, to do domu”. Tak więc zabrali się z lotniska taryfą i zatrzymali w pierwszym lepszym motelu do którego podrzucił ich sędziwy Czarnuch. Chyba nie spodobały mu się jego czarny humor.
 Leżał na wznak na łóżku gapiąc się na rozklekotany wiatrak, który mimo że obracał się na pełnych obrotach, nie zmniejszał ani trochę zaduchu panującego w motelowym pokoju. Podciągnął się i usiadł sobie opierając plecami o zagłówek łóżka. Sięgnął ręką w kierunku stojącego na etażerce radia z którego dobywały się pohukiwania jakiegoś spierdolonego bambusa, pierdolącego o byciu gansta-zjebem. Uśmiechnął się z zadowoleniem gdy po zmianie stacji z głośników popłynęło Take On Me. Usłyszał że zza ściany przestał wydobywać się stłumiony odgłos lecącej wody. Poderwał się z łóżka. Przedstawienie czas zacząć. Podkręcił głośność radia i zasunął na wszelki wypadek żaluzje. Kurwa co on musi odpierdalać, hańba.
Lucy wyszła z pod prysznica obwinięta swoim różowym ręcznikiem. W końcu po podróży trzeba było się odświeżyć, a skoro i tak mieli przymusowy postój…
- Uh… - westchnęła z obawą na widok Tony’ego, który ledwo trzymając się na nogach, usiłował ściągnąć krawat z miernym skutkiem.
- Uh, Sully mówiłam ci żebyś nie pił, bo się opijesz, a wiesz co wtedy się dzieje... – skomentowała.
- Świat staje się piękniejszy. – odparł bełkotliwie, rozkładając ręce. Zrobił to na tyle energicznie, że strącił stojącą na stoliku lampkę nocną i omal nie stracił równowagi.
- Bo Świat jest piękny, moja droga Lucy…tylko ludzie skurwiali. – stwierdził lekko, kołysząc się lekko do rytmu.
- O nie…- jęknęła Lucy. Wiedziała że zaczyna wchodzić w tą swoją fazę. Sully po pewnej dawce alkoholu, jak to mawiał Logan – „przechodzi w tryb Travolta na dancefloorze”. Lucy obserwowała z niepokojem co raz energiczniejsze ruchy biodrami i wywijanie rękami.
- Sully, może lepiej się połóż i się prześpij. – zaproponowała.
-  …Take on me – zanucił rozpinając koszulę zamaszystym ruchem i z  uśmiechem oddał się dalszym pląsom, ignorując co mówiła.
- To może zrobię ci kawy. Wypijesz i trochę wytrzeźwiejesz.
- …Take me on. – przewrócił oczami na jej pierdololo i szybkim ruchem, zdarł z niej puchowy ręcznik, którym zaczął kręcić w powietrzu.
- Uh, Sully to nie jest zabawne…to znaczy jest...- była na granicy wybuchnięcia śmiechem widząc jego tańce po całym pokoju.
- ...I'll be gone - po zrobieniu obrotu strzelił ją ręcznikiem w tyłek.
 - Przestań w tej chwili! –Lucy przyjęła poważną pozę.
- Mieliśmy pojechać do twojej babci w odwiedziny, a ty się upiłeś. – stwierdziła oskarżycielsko.
- Och, moja ty cielęcinko o dorodnych wymionkach...- Lucy zakryła się z powrotem ręcznikiem - …To kurwa ze szczęścia, że jadę odwiedzić moją ukochaną babcię. – stwierdził beztrosko.
- Uh, Sully wiem że to przeżywasz, ale… - zaczęła ostrożnie.
- Bierz walizki, nie możemy się kurwa spóźnić. -  Widząc że ten zataczając się, skierował się w stronę drzwi, rzuciła się pędem w ich stronę i zatrzasnęła je w momencie gdy zaczął je otwierać.
- Najpierw musisz wytrzeźwieć. – pociągnęła go za rękę, kierując w stronę łóżka.
- Kluseczko, już nie przesadzaj, jestem tylko zaledwie wstawiony. Za nim dojedziemy na miejsce, to będę już kurwa trzeźwy jak kościelny na mszę. – wybełkotał w myślach z zadowoleniem stwierdzając że plan działa.
- Uh, nie pojedziesz nigdzie w takim stanie. Zadzwonię i powiem że przyjdziemy wieczorem. – stwierdziła twardo, popychając go w stronę łóżka.
- Ale słoninko, babcia… - zaprotestował, siadając na łóżku.
- Babcia, zaczeka Sully. – Lucy odparła poirytowana.
- Czyli nie pojedziemy? – zapytał z udawanym zawodem w głosie.
- Nie! – odfuknęła.
Zmanipulowanie Cośka było dziecinnie proste. Tony uśmiechnął się z zadowoleniem. Co prawda nie czuł się dobrze z tym, że musiał się tak zhańbić, ale fakt że dopiął swego i udało mu się odwlec choć na kilka godzin spotkanie z swoją spierdoloną rodziną, był tego warte. Obserwował ubierającego bieliznę, Cośka. Odwróciła głowę w jego stronę. Uśmiechnął się do niej i posłusznie opadł na łóżko. Wiatrak nadal się kręcił.

Tortuga

  • Offline
  • Forumowa Maruda
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 808
  • -Otrzymane: 550
  • Autor wątku
  • Wiadomości: 3020
  • Płeć: Kobieta
    • Zobacz profil
  • Komiks: Tylko część
  • Postać: Al Swearengen, Tony Soprano, Walter White, Rust Cohle, Boyd Crowder, Pietro Savastano, Herr Starr, Joker, Harley Quinn i innsze złodupce
  • Skąd: Bat country
  • Spoilery: Tak
Odp: RPG - wesołe pisanie
« Odpowiedź #4 dnia: 07 Październik, 2018, 20:59:19 »
Part III: Home, Sweet Home

Rozespany Tony usiadł sobie na łóżku. Przy akompaniamencie krótkich pomruków, przeciągnął się, zadając sobie pytanie ile właściwie spał. Spojrzał przez ramię. Cosiek siedział na drugiej połówce łóżka. Wgapiona w swojego jebanego, panterkowego smartfona, zdawała się nie zwracać na niego uwagi. Sam sięgnął po swój telefon. Na wyświetlaczu pokazała mu się miniaturowa, jednooka morda.
„Posterunek do rozjebania. Wbijasz?” – przeczytał pozostawioną wiadomość. Westchnął ciężko na myśl, że właśnie mógł  teraz leżeć wygodnie w swoim łóżku i grać.
„Nie.” – odpisał lakonicznie. Telefon za wibrował.
„Ok...” – odczytał. Już miał schować smartfona do kieszeni, gdy urządzenie ponownie zabrzęczało:
„...chuju”
Tony z rosną irytacją, wystukał na ekranie:
„Spierdalaj, pajacu, nie mam czasu na granie. Poza tym ostatnio mi podpierdoliłeś mojego wyjebanego lkm-a…chuju.”
„Mów mi Snake.” – otrzymał w odpowiedzi. Rzucił telefon na łóżko. Kretyn. Pomyślał z rozdrażnieniem.
- Uh…Sully, chyba mam jakiegoś wirusa na telefonie… - Lucy pokazała swój telefon Tony’emu.
- To nie wirus, tylko filtr. – odburknął.
- Filtr? Jaki filtr? Co za filtr? – spojrzała przez ramię Sully’ego na ekran swojego telefonu.
- Antycośkowy. – odparł.
- Sullly! – Lucy fuknęła ze złością, gdy zorientowała się w czym rzecz.
- Uh, znowu mi założyłeś blokadę rodzicielską na telefonie! – wyciągnęła rękę po swojego smartfona.
- Ty się lepiej przyznaj co chciałaś zobaczyć.
- Uh, nie twoja sprawa, oddawaj! – Lucy z marnym skutkiem, próbowała odzyskać telefon.
- Moja dopóki ja opłacam jebany abonament. – odparł odpychając Lucy ręką.
- Uhhhh, jesteś nienormalny! Masz to wyłączyć, a nie będziesz mnie szpiegował! Sam sobie ten cały flirt załóż, bo pewnie oglądasz gołe baby. – z naburmuszoną miną obserwowała Sully’ego, który wstał  z łóżka. Grzebiąc w jej telefonie, zdawał się ignorować jej słowa.
- Co to kurwa jest...- Tony zmarszczył brwi – Wibrator w panterkę za…200 dolarów?! I kto tu jest nienormalny, pojebało cię do reszty…?! – huknął na Cośka.
- Nie denerwuj się tak, to nie dla mnie. – odpowiedziała z niewinnym uśmieszkiem.
- A niby kurwa dla kogo? Dla mnie?
- Uh, nie, głupku…Josh będzie miał za niedługo urodziny, a przez to że Tyler wyjeżdża na te całe sesje fotograficzne, to wtedy Josh zostaje sam i na pewno mu jest smutno, więc pomyślałam że jak nie ma Tylera, to może wtedy…
- Stop kurwa, nie chce tego słuchać... – przerwał jej zniesmaczony na rysujący się w wyobraźni obraz Wypłosza z tym fantastycznym prezencikiem.
- Nie będziesz wydawać moich ciężko zarobionych pieniędzy na tych tęczowych pajaców, to jest raz. Dwa: Prezent za 200 dolców…Czy ty kurwa myślisz że ja sram forsą?! – warknął. Cosiek przez krótką chwilę zastanawiał się, po czym odparła z głupawym uśmieszkiem:
- Tak.
Westchnął ciężko przytłoczony ciężarem głupoty Cośka.
-  Wrócimy jeszcze do tego, a teraz zbieraj się jedziemy do tej Strefy 51. – zarządził z przekąsem gdy przypominał sobie o celu ich podróży.

***
Woń najtańszych papierosów wymieszana z odorem równie taniego alkoholu i brud, który sprawiał że potem miało się paskudne wrażenie, że tym wszystkim samemu się przesiąka, była jednym z powodów dla których nienawidził jeździć taksówkami. Nawet odezwało się w nim pewnego rodzaju współczucie dla tej biedoty, która była uzależniona od transportu publicznego. Jak to szło? A tak…”Żul nie jedzie tramwajem, ale tramwaj nadal jedzie żulem”.
Cicho brzęczące radio zagłuszało ordynarne, głośne ciamkanie Cośka, które wydawał z siebie przy żuciu gumy, od czasu do czasu przerywane pyknięciem przy robieniu balona.
Wrócił do spoglądania przez otwartą szybę (co względnie neutralizowało smród panujący w środku) na miejski krajobraz Nowego Orleanu. Mimowolnie słysząc w myślach Fasta Domino śpiewającego „Yes I’m going back home to stay,  yes I’m walking to New Orleans” przyglądał się mijanym zabudowaniom pamiętających czasy niewolnictwa. Stare tramwaje, liczne kluby, blues, parowce na Mississippi. Kolebka Jazzu jakby zatrzymana na zawsze w czasie. Nawet na Czarnuchów kręcących się po zatłoczonych ulicach spoglądał z pobłażaniem. To były swoje Czarnuchy.
- O czym myślisz, Sully? Wzruszyłeś się że jesteś w domu? – Lucy postanowiła przerwać cisze, wygrzebując z torebki pilniczek.
- Zastanawiam się kto jest bardziej spierdolony: moi bracia czy twoi upośledzeni kuzyni i jeszcze nie znalazłem odpowiedzi. – odparł ponuro.
- Robisz się już monotoniczny Sully, wiesz? – skomentowała od niechcenia, piłując paznokcie.
- Jak już próbujesz używać trudnych słów, to przynajmniej rób to poprawnie. Monotematyczny. Monotoniczny, to jest pierdolony ciąg.
- Sam sobie ciąg. – prychnęła urażona.
Ja pierdole. Bambus za kółkiem, Król tego pierdolonego syfu na kółkach, zerknął we wsteczne lusterko. Znał to spojrzenie pełne niedowierzania, a zarazem wyrażające współczucie. Przywykł już do tego że publiczne otwieranie japy przez Cośka, tak się zwykle kończyło.

***
Po żmudnym przejeździe przez stolice stanu Luizjana, dotarli na obrzeża miasta. Po przekroczeniu Mississipi miejski krajobraz ustąpił charakterystycznym dlatego miejsca dębom i zaroślom. Wjechali w osiedle domków wolnostojących. Tu także można było odnieść wrażenie że czas zatrzymał się w miejscu. Te same rozklekotane zabudowania z charakterystycznym pierdolnikiem na trawniku przed nimi.
Taksówka zatrzymała się (nie omieszkując przy tym wjechać na pełnej kurwie na krawężnik, pajac jebany) przed dwupiętrowym, białym domem w stylu kolonialnym. W zestawieniu z ich domem w Miami, można by było nazwać go ruderą. Na tle sąsiednich zabudować wyróżniał go względny porządek na trawniku na którym rósł, wielki rozłożysty dąb. Na jeden z kolumn łopotała dumnie przy lekkim, letnim wietrzyku amerykańska flaga.
- Jak tu  ładnie. – stwierdziła entuzjastycznie Lucy, po opuszczeniu taksówki wciągając nosem powietrze.
- Tylko trochę capi błotem i mułem. – dodała gdy doszedł do niej niezbyt przyjemny zapaszek, który nieco psuł sielską scenerie.
- Może dlatego że jesteśmy na jebanych bagnach. – odburknął, wciskając do rąk Lucy jedną z walizek.
Ciągnąc za sobą dwie wypchane walizki na kółkach (Cosiek zabrał chyba połowę swoich jebanych szmatek) skierował się w stronę domu z rosnącym uczuciem ścisku w żołądku na myśl czekającego go jebanego koszmaru. Oboje weszli na trzeszczącą drewnianą werandę. Nacisnął guzik przy drzwiach. Rozległ się głośny dźwięk dzwonka. Nic. Zadzwonił ponownie w napięciu nasłuchując kroków. Nadal brak odzewu.
- Uh…może gdzieś wyszła na chwilę…- stwierdziła Lucy.
- I wpierdoliły ją tutejsze aligatory.
- Uh, Sully to twoja babcia, nie mów tak…zaraz…aligatory? – Tony uśmiechnął się wrednie. Drzwi skrzypnęły głośno, otwierając się na oścież. Ze środka wyłoniła się lśniąca lufa dubeltówki.
- Kto tam? – zza drzwi odezwał się niezbyt głośny, słodki głosik z słyszalną lekką chrypką.
- Babciu to ja Tony. – odezwał się z niechęcią, zażenowany cyrkami jakie babka odpierdalała od progu.  Drzwi się zamknęły. Ja pierdolę. Po chwili dało się usłyszeć pospiesznie otwieranie zamków. Boże, kurwa za co. Drzwi otworzyły się z hukiem na całą szerokość. W progu stała Babcia jak zawsze odpierdolona jak na damę za którą się uważała, przystało. Stała tak przez chwilę z miną jakby zobaczyła ducha.
- Oh, Najświętsza Panienka w końcu wysłuchała modłów biednej, zrozpaczonej matki stojącej nad grobem i sprawiła żebym mogła jeszcze ten jeden raz przed odejściem z tego Świata zobaczyć mojego synka! – zaczęła szczebiotać z charakterystycznym akcentem.
-  Zaczyna się, kurwa… - mruknął Tony pod nosem. Ku swojemu zgorszeniu babka rzuciła się na niego obłapiając go w pasie.
- Oh, Serdelku niech że ja cię uściskam! – ku uldze Tony’ego po dłuższej chwili wypuściła go z objęć. Zrobiła krok w tył przyglądając mu się.
- Jak ty wyrosłeś. Taki przystojny mężczyzna…taki przystojny. – zaczęła się rozpływać w zachwycie.
- Może nie będziemy stać w progu. – burknął zdecydowanie nie podzielając entuzjazmu starszej pani.
- Oh, wybaczcie, to ze wzruszenia… - zreflektowała się – Chwała ci Najświętsza Panienko, że sprowadziłaś mojego synka domu! Wejdziecie, wejdźcie! – staruszka energicznie machnęła ręką.
Lucy weszła za Tonym do środka, przyglądając się wnętrzu, urządzonemu w starym stylu. Podobało jej się. Było przytulnie.
- Mówiłem ci już żebyś nie otwierała drzwi ze strzelbą w ręce. W końcu kogoś zastrzelisz. – odezwał się Tony gdy Babcia odłożyła broń z powrotem na swoje miejsce.
- To na wypadek gdyby jacyś przystojni i młodzi rabusie przyszli okraść niewinną kobietę w kwiecie wieku. – stwierdziła z rozmarzeniem, poprawiając koka.
- Nie było by tak, gdyby moi chłopcy tu byli. Taki wielki dom…a ja tu sama jak palec...! Opuszczona przez wszystkich.   –  przyłożyła dłoń do czoła jak rasowa Drama Queen. Oho, kurwa, zaczyna się teatrzyk. Pomyślał Tony, widząc że Babcia jest na skraju swoich teatralnych spazmów.
- Uh, niech Pani nie płacze. – Cosiek jak to Cosiek łyknął te tanie dramy z szczerym przejęciem. Babka jak na zawołanie znów przeszła w tryb rozpromienionej staruszki.
- A ta urocza młoda panienka to pewnie jest Lucy. – Babcia zbliżyła się do nich, a Cosiek wyszczerzył się jak na zawołanie.
- Niech że ja ci się przyjrzę Złotko, tylko znajdę swoje okulary, gdzie one są… - mruknęła staruszka przez chwilę krzątając się po wszechstronnym salonie. Lucy z szczękościskiem zerknęła niepewnie w kierunku Tony’ego.
- Ach, tak już mam! No, zobaczmy co my tu tym razem mamy…- Babcia zakładając okulary zlustrowała Lucy od stóp do głów, przyglądając jej się okiem eksperta w dziedzinie oceny kobiet godnych jej wnusio-syneczków.
- Myślę że Bóg ci wybaczy ten rozwód Tony. – orzekła, ściągając okulary.
- O jak mi ulżyło. – skomentował sarkastycznie.
- Dobrze że pogoniłeś tamtą nierządnice, to nie była kobieta odpowiednia dla mojego synka za chuda była, kobieta musi mieć tu i ówdzie, a Lucy jest utyta to dobrze…
- Utyta? – Lucy powtórzyła, ale Babcia Sully’ego kontynuowała:
-…i młoda jest, to jeszcze ci dużo dzieci urodzi, mam nadzieje że jeszcze tego doczekam, ale oczywiście najpierw ślub i wesele, bo trzeba żyć po bożemu, wiele ludzi teraz o tym zapomina, pokazują w telewizji tych bezbożników, zwłaszcza tych Forresterów z Hollywódów tfu, zresztą u nas też nie jest lepiej, wiem bo moja fryzjerka do której chodzę regularnie, a chodzę regularnie, no bo przecież muszę dobrze wyglądać jak padnę tu kiedyś trupem i znajdą za parę miesięcy moje zwłoki, a potem będą pokazywać w telewizji i na pierwszych stronach gazet, a ja będę taka nieuczesana i nieubrana i żeby mnie potem ludzie palcami wytykali, już nie wspomnę jak tak przed Panem naszym Stwórcą stanąć jak obdartus jakiś, hańba, no to mam wiedzę z pierwszej ręki i na przykład tacy Johnsonowie, to ich córka się prowadza z jakimś czarnoskórym chłopcem, a on podobno narkotykarz jakiś jest, no kto to widział, to się źle skończy ja mówię, ale dość już o takich rzeczach, oh jak ja się cieszę że moi synkowie cała czwórka przyjdzie do mnie w odwiedziny, ale co tak stoicie jak chłop w polu, usiądźcie sobie, no już siadajcie, siadajcie, rozgośćcie się.  – zagoniła ich na kanapę.
- Coś się przypala. – zauważył Tony przerywając monolog.
- O Madonno, prawie bym zapomniała! – Babcia w pośpiechu wybiegła do kuchni.
Tony opadł ciężko na sofę z trudem przetrwawszy to pierdolenie. Cosiek też wydawał się być skołowany faktem, że ktoś może z równym zacięciem co ona wyrzucać z siebie takie ilości bełkotu jednym tchem. Wreszcie cisza i spokój. Wyciągnął paczkę papierosów i odpalił jednego.
- Sympatyczna ta twoja babcia Sully, wiesz? Chyba mnie polubiła. – Cosiek przemówił wesoło. Kurwa. Czyli nie ma dla niego ratunku.
- A co to jest? – Lucy wskazała na stojący na telewizorze niewielki srebrny pucharek.
- Nie chcesz wiedzieć… - odparł enigmatycznie Tony.
- Na całe szczęście Święta Panienka czuwała i się nie spaliła. – Babcia weszła do salonu, niosąc ze sobą jedzenie.
- Proszę częstujcie się lazanią, no jedzcie, jedzcie, bo na pewno po takiej podróży umieracie z głodu zaraz wam jeszcze podam spaghetti i calzone a na deserek mam ciasteczka i tiramisu, wybaczcie mi że tak skromnie, ale co stara schorowana kobieta może więcej zrobić, widzisz a widzisz Serdelku jakbyś mieszkał z matką, to byś codziennie tak jadł, a przecież mężczyzna musi zjeść, żeby wyglądać jak mężczyzna, a nie jakby się w nim duch ledwo plątał, jak nie je to znaczy że coś się złego dzieje, że chory biedak, czego się napijecie, Lucy (tu Lucy już otworzyła usta, żeby odpowiedzieć, ale Babcia wiedziała lepiej) wody, bo kto wie czy już nie przy nadziei, a Tony wino, ale tylko jedna lampka Serdelku, bo wiesz że w tym domu alkoholu się nie nadużywa.
- Czy ty palisz? – Babcia przerwała patrząc na Tony’ego z trwogą, gdy ten zgasił peta w popielniczce.
- Właśnie skończyłem. – rozłożył ręce, po czym dobrał się ochoczo do lazani.
- Bój się Boga, Anthony, opamiętaj że ty się i rzuć to natychmiast, bo ja słyszałam że papierosy to źle na potencje wpływają i jak potem biednej Lucy dziecko zrobisz?
- O to się już Babciu nie musisz martwić, wszystko działa jak trzeba. – rzucił.
- Uh, pyszna ta lazania proszę Pani. – wtrąciła Lucy – I w ogóle ładny dom, tak tu przytulnie i dużo różnych obrazów i innych takich dupereli, podobają mi się zwłaszcza ta waza na telewizorze. – stwierdziła entuzjastycznie.
- Oh, Złotko, to nie waza. – Babcia pokręciła głową z uśmiechem.
- Nie? A co?
- Urna, Cosiek. – Tony udzielił odpowiedzi – Skremowane na popiół zwłoki. – sprostował nalewając sobie wina. Cośkowi najwyraźniej lazania stanęła w gardle.
- Tak, to mój świętej pamięci Corrado, dziadek Tony’ego, wspaniały mężczyzna, a jeszcze gorętszy kochanek. – wyjaśniła Babcia z nostalgią i dumą w głosie.
- A nie „Świętej Pamięci Opój” jak zwykle o nim mówisz? – zakpił Tony.
- Wstydź się Tony, tak mówić o swoim dziadku! – zrugała go oburzona starsza pani.
- Twój dziadek był wielkim człowiekiem i zginął męczeńską śmiercią jak Pan Jezus. Świeć Panie nad jego duszą. – Babcia podeszła do telewizora i wzięła do rąk stojącą obok urny fotografie, swojego zmarłego męża.
- Pędzili u swojego brata w Nashville bimber w stodole i byli tak najebani, że nie zdążyli spierdolić przed tornadem. – Tony nachylił się w stronę Lucy.
- Uh, Sully nie zmyślaj. – szepnęła Lucy.
- Samo życie. – skwitował, delektując lazanią.
- Mam nadzieje że się nie obrazicie na mnie Serdelki, jak zjecie to wypakujcie się, a ja tymczasem wracam do kuchni, bo muszę przygotować jeszcze jedzenie na przyjazd moich pozostałych synków, a oni też przyjadą głodni, będą potrzebowali zjeść, to trzeba dużo jedzenia, dużo jedzenia… - zatrejkotała Babcia w pośpiechu.
- Ależ skąd, możesz iść… - zaczął uprzejmym tonem - …w pizdu. – dodał ciszej.
- Uh, to może ja pomogę Pani. – Lucy podniosła się z miejsca i zniknęła wraz z starszą panią w kuchni.
- O jeszcze kurwa lepiej. – skomentował z zadowoleniem.
« Ostatnia zmiana: 07 Październik, 2018, 21:13:50 wysłana przez Tortuga »

Tortuga

  • Offline
  • Forumowa Maruda
  • *
  • Podziękowania
  • -Wystawione: 808
  • -Otrzymane: 550
  • Autor wątku
  • Wiadomości: 3020
  • Płeć: Kobieta
    • Zobacz profil
  • Komiks: Tylko część
  • Postać: Al Swearengen, Tony Soprano, Walter White, Rust Cohle, Boyd Crowder, Pietro Savastano, Herr Starr, Joker, Harley Quinn i innsze złodupce
  • Skąd: Bat country
  • Spoilery: Tak
Odp: RPG - wesołe pisanie
« Odpowiedź #5 dnia: 07 Październik, 2018, 21:00:51 »
Part IV: Han Sullo

Opierając się o zagłówek kanapy, Tony poluzował nieco pasek u spodni, stwierdzając że obżarł się jak nie przymierzając, Warchlak. Z niechęcią pomyślał, że jest na dobrej drodze żeby przytyć co najmniej kilka kilogramów. Ignorując dochodzące z kuchni ćwiartolenie (się kurwa dobrały), sprawdził telefon służbowy. Zero połączeń. Czyli albo wszystko gra albo się tak spierdoliło, że boją się go poinformować. Wstał z miejsca i zabrał walizki, kierując się w stronę schodów. Wytachał bagaże na piętro. Co by o Babce nie mówić, to widać było że dbała o dom. Zresztą co innego miała do roboty. Wszedł do jednego z pokoi, gdzie na środku stało duże, dębowe, dwuosobowe łóżko. Postawił walizki przy łóżku i postanowił przejść się po swoim rodzinnym domu.
Stara, drewniana podłoga cicho skrzypiała z każdym krokiem jaki na niej postawił. Na ścianach w kolorze ecru, wisiało od zajebania obrazów i starych fotografii oprawionych w ramki. Te szczególnie przykuły jego uwagę. Babcia miała niemałego pierdolca pod tym kątem. Zdjęcia z urodzin, szkoły, wakacji, jak i takich przedstawiających zwykłą, codzienną rzeczywistość. Głównymi bohaterami tych fotografii byli jasnowłosi chłopcy, zmieniający się w nastoletnich szczyli, a potem już prawie dorosłych mężczyzn. Na tych ścianach wisiało niemal całe życie jego i jego braci. Tony w jednej chwili poczuł się cholernie staro.
Kontynuując swoją „wycieczkę”, zatrzymał się pod drzwiami pomieszczania, które znajdowało się na końcu wąskiego korytarza. Jego pokój, który musiał dzielić z Frankiem. Drzwi skrzypnęły, gdy nacisnął za klamkę. Po przekroczeniu progu, poczuł się jakby właśnie cofnął się w czasie. Było w tym coś niemal przerażającego. W pierwszej chwili wydawało mu się, że mały pokoik zastał w identycznym stanie w jakim go zostawił przed wieloma laty.  Z plakatów wiszących na ścianach patrzyli na niego Luke Skywalker, Indiana Jones i Ash Williams. Pomiędzy chłopakami z Guns N’ Roses i Nirvany, którzy byli bożyszczami nastoletniego Franka, samotnie wisiał Hendrix. Jego idolem był Czarnuch z gitarą. Pomyślał z drwiną. I to jaki Czarnuch. Uśmiechnął się lekko do swoich myśli.
Niewielki regał uginał się pod różnej maści książkami i komiksami z superbohaterami. Do pełnego obrazu pokoju dwójki nastoletnich Sullivanów brakowało tylko, walających się po podłodze ubrań. Tony zbliżył się do biurku stojącego pod oknem, obok dwupiętrowego łóżka, na którym znajdywały się różne szpargały. Jego uwaga skupiona była jednak na czymś innym. Powoli odsunął szufladę biurka.

***
Drzwi otworzyły się z hukiem. Do pokoju wpadł blondwłosy chłopiec. W popłochu dobiegł do biurka. Trzymając coś w zaciśniętej pięści schował przedmiot do szuflady, zatrzaskując ją z głośnym zgrzytnięciem. W samą porę, bo do pomieszczenia właśnie wbiegł drugi, znacznie wyższy, młodzieniec, który rzucił się na pierwszego z pięściami.
- Babciu...! – krzyknął niższy z chłopców, kuląc się.
- Oddawaj, pajacu! – warknął ten wyższy.   
- Babciu, bo Greg mnie bije!
- Zamknij dupę pajacu jeden z drugim! – odezwał się trzeci chłopiec, leżący na dwupiętrowym łóżku.
- Idźcie drzeć się gdzie indziej, ja tu próbuję czytać! – dodał z rozdrażnieniem, przewracając stronice książki.
- Lepiej sobie czytaj dalej te swoje bajeczki dla dzieciaczków i się nie wtrącaj, gówniarzu! – odparł z wyższością Greg w stronę młodszego brata.
-  A ty drugi smarkulcu, oddawaj co nie twoje! -  syknął szarpiąc drugiego z braci, który torował drogę do biurka.
- Jakie twoje, jak to moje! Tony, weź mu przypierdol! – pisnął Frank, osłaniając się rękami przed kolejnymi razami od Grega.
- Ja nawet nie wiem o co temu pajacowi chodzi. – Tony wzruszył obojętnie ramionami.
- O to, że mi zapierdolił moją figurkę Hana Solo! – wybuchnął z wściekłością Greg.
- Oddawaj albo obije ci mordę, sraluchu!
- Odpiernicz się ode mnie, to moja figurka, nie twoja! – Frank na próżno zaprotestował, gdy Greg odciągnął go szarpnięciem od biurka i wydobył z szuflady przedmiot kłótni.
- Kurwa! Han Solo był mój! – Tony zaatakował z góry, pacnąwszy Grega książką w głowę.
- Nie, bo mój! – zaprotestował Greg.
- Wcale że nie, bo mój! – wtrącił Frank.
- Gówno! Mój! – Tony szarpnął Grega ze jego sięgające do ramion, blond włosy na co ten zareagował krótkim krzykiem, wypuszczając z ręki miniaturową podobiznę Hana Solo. Trójka Sullivanów zaczęła walczyć ze sobą o figurkę, nie szczędząc sobie przy tym gryzienia i drapania. Greg padł na podłogę, osłaniając się przed ciosami Tony’ego, który usiadł na nim okrakiem, okładając starszego brata pięściami, a jego z kolei lał Franky. Figurka wyrywana sobie wzajemnie z rąk, poszybowała w powietrzu, upadając na dywan, tuż pod małe, bose stópki. Trójka chłopców przerwała dziecięce mordobicie, spoglądając w stronę ich niespełna czteroletniego brata, który z zaciekawieniem schylił się po leżącą na ziemi zabawkę.
- O nie, zaraz weźmie go do gęby! – jęknął Frank z przerażeniem.
-  Nie, Leo, nie bierz do buzi, to jest kurwa be, bardzo be! – Greg zrzucając z siebie Tony’ego zerwał się na równe nogi, chcąc doskoczyć do najmłodszego Sullivana, nim będzie za późno.
- Kurwa! – warknął Frank, podnosząc się z ziemi, gdy zobaczył że Han Solo stał się gryzakiem dla Leo.
- Oddawaj, oblechu! – Greg wyszarpał z buzi malucha figurkę.
- Cały obśliniony…fuj, weź go sobie. – stwierdził z obrzydzeniem Frank.
- Ty sobie go zabierz! – Greg cofnął się jak poparzony, wciskając Hana Solo z powrotem do ręki Leo.
-  Chłopcy! Co to za hałasy? – z parteru dobiegło wołanie Babci.
- Nic, Babciu, my się tylko bawimy! – odkrzyknął Greg.
- Och, moje aniołki…schodźcie na dół, babcia przygotowała obiad! – odpowiedział pełen rozkwilenia, kobiecy głos.
- Kto ostatni na dole, ten jest obsraną pieluchą Leo! – Greg popchnął Franka wybiegając z pokoju.
- Powiem wszystko babci! – Frank z pośpiechem pognał za starszym bratem. Tony został w pokoju sam razem z Leo.
- Dobra robota, Śliniak. -  Tony poklepał po głowie malca. Mały blondynek żując w buzi figurkę, zadarł głowę do góry, spoglądając na brata błękitnym oczami pełnymi dziecięcej ufności.
- A teraz kurwa oddawaj. – Tony szybkim szarpnięciem wyciągnął z buzi Leo, zabawkę, obcierając ją w koszulkę berbecia.
- Pajace. – uśmiechnął się tryumfalnie, przyglądając się zdobyczy.


***
Tony w zamyśleniu obracał w dłoni naznaczoną wiekiem, figurkę Hana Solo. Z nostalgicznej zadumy, wyrwał go widok campera, który pojawił się przed domem. Greg. Pomyślał spoglądając przez okno z ponurym wyrazem twarzy. Odłożył figurkę na swoje miejsce.

Lucy o ile dotrzymywała kroku Babci Sully’ego w kwestii gotowania, o tyle w przypadku konwersacji, była daleko w tyle. Nawet ktoś tak gadatliwy jak Lucy, musiał się ugiąć w obliczu słowotoku starszej pani, która wprost promieniała ze szczęścia. Z uśmiechem więc ograniczyła się tylko do potakiwania na słowa babci, pomimo że zgubiła wątek dawno temu i w właściwie nie miała pojęcia o czym kobieta do niej mówiła.
-…Oh, wybacz mi Złotko, czasami za dużo mówię, ale czy można się dziwić samotnej, starszej kobiecie, która mieszka tu sama jak palec? – starsza pani machnęła ręką.
- Lepiej pokaż mi ten pierścionek zaręczynowy, który ci sprawił mój Serdelek, mam nadzieje że się postarał i wydał na niego co najmniej całą swoją miesięczną pensje.
- Hę…? – Lucy spojrzała na kobietę pytająco – Pierścionek…Sully, uh, Tony, mi się jeszcze nie oświadczył. – wyjaśniła z uśmiechem.
- Nie oświadczył się? – Babcia spojrzała na Lucy szeroko rozwierając błękitno-szare oczy ze zdumieniem.
- Jeszcze za krótko jesteśmy razem. Tak powiedział. Dopiero rok. – Lucy wzruszyła lekko ramionami.
- Po roku to ja już byłam w ósmym miesiącu ciąży, moja droga. – skomentowała zatrwożona tym co właśnie usłyszała.
- Ale nic się martw skarbie, już ja sobie porozmawiam z tym bezbożnikiem. – babcia z troską położyła rękę na ramieniu Lucy, obdarzywszy ją ciepłym uśmiechem.
- Chyba ktoś przyjechał… - Lucy spojrzała w stronę okna.

Tony obserwował przez okno na piętrze jak drzwi campera się otworzyły. Pierwsza wyszła Kathy, żona Grega. Choć w jej przypadku – wytoczyła się. Stu kilogramowy waleń. Lawetą ją powinien kurwa przywieźć. Zaraz potem otworzyły się tylne drzwi RV. Kurwa, przywiózł bachory ze sobą. Tony zeźlił się na widok dwóch gówniar i trzeciej, najmłodszej na rękach Kathy.  Dla Grega to była osobista tragedia, że nie udało mu się zrobić syna. Cztery baby w domu, kurwa. Tony wzdrygnął się na samą myśl. Na zewnątrz pojawił się w końcu i sam Greg. Stojąc na podwórku z rękami wspartymi na biodrach, podziwiał chuj wie co. Boże, może jakiś jebany piorun, który by trafił w tego pajaca.

Ożywiona Babcia zaczęła gorączkowo biegać po kuchni, a Lucy tymczasem wyszła na korytarz.
- Sully, chyba przyjechał któryś z twoich braci. – uśmiechnęła się do schodzącego po schodach Tony’ego.
- Niestety. – odburknął wisielczym tonem. Zrobił krok w tył, gdy babcia niemal przebiegła przez korytarz, jakby się paliło. Dopadłszy klamki, otworzyła drzwi na całą szerokość.
- Kathy! Oh, Złotko jak ty pięknie wyglądasz, chyba schudłaś! – babcia zaczęła szczebiotać od progu, witając swoją „synową”.
- Zaczyna się. – westchnął cicho Tony, obserwując powitanie przybyłych gości. Babcia właśnie ćwiartoliła w stronę trzymanej na tłustych raciach Kathy, najmłodszej latorośli Grega, która zawstydzona wtuliła głowę w ramię matki.
- Dzień dobry babciu! – przywitała się piskliwym głosikiem druga z córek Grega i Kathy.  Susie, Sandra, Sharon…coś na „S”. Jakoś zjebanie. A chuj wie. I tak go będzie wkurwiać. Najstarsza, wysoka i chuda jak patyk, stanęła z boku, wgapiając się w ekran telefonu, nie zwracając zbytniej uwagi na gdakanie Babki. Na końcu wszedł Greg. Wysoki jak Tony, przy czym znacznie skromniej zbudowany. Tony zauważył że jego czterdziestoletni brat zaczyna dziadzieć. Na włosach w kolorze mysiego blondu, które ułożone były w niemal identyczny sposób jak jego, tyle że bardziej przylizane, widać było nieznaczne pierwsze oznaki siwizny. W zgnito zielonym sweterku z wystającym białym kołnierzykiem koszuli i brązowych spodniach (dobrze że się w mundur nie odjebał) wyglądał jak typowy tatusiek z familijnych spierdokomedi, tworzonych przez pajaców dla pajaców.
- Uh, Sully, jej jak rany, ale jesteście do siebie podobni… - szepnęła Lucy przyglądając się bratu Tony’ego.
-  Nie wiem kurwa z której strony. – odwarknął w odpowiedzi.
- Oh, Serdelku jak ja cię dawno nie widziałam.  Jak ty wyrosłeś. Taki przystojny mężczyzna…taki przystojny! – babcia wyściskała Grega.
- Pomimo siwiejącego wąsa. – wtrąciła żartem Kathy.
- Oh, siwizna dodaje mężczyźnie męskości. – zachichotała babcia.
- Popieram. – dodał Greg, uśmiechając się do babci.
- Zaraz się porzygam… - burknął Tony czując że poziom serdeczności zaczął wyjebywać poza skalę jego cierpliwości. Spojrzenia jego i Grega skrzyżowały się. Starszy brat odszedł od babci i zbliżył się do Tony’ego.
- Tony. – Greg stanął przed nim. Wyprężył się na baczność i z tym swoim głupawym uśmieszkiem malującym się na twarzy, zasalutował, jakby witał się właśnie z jebanym generałem. Kurwa co za pojeb.
- Greg. – odburknął w odpowiedzi. Ku zgorszenie Tony’ego, brat przytulił się do niego.
- Jak się masz mały braciszku? – zapytał wesoło Greg czochrając po włosach Tony’ego, zupełnie nie przejmując się tym że młodszy brat zaczął go od siebie odpychać, zdecydowanie nie mając ochoty na takie czułości.
Gdy już udało mu się uwolnić z uścisku Grega, poirytowany przeczesał dłonią rozmierzwione włosy, patrząc z mordem w oczach na brata, który nie miał zamiaru przestać pajacować.
- Napomowany jesteś jak ruski czołg, trzymasz formę co? FBI się z wami nie pierdoli. Może małe zapasy jak za starych dobrych czasów, pokaż ile masz siły w tych wielkich barach.  – Tony z politowaniem przyglądał się Gregowi robiącemu gardę.
- Greg…odpuść. – burknął.
- Dawaj, braciszku. – zachęcił Greg, wymachując mu pięściami przed nosem.
Tony westchnął ciężko. Szybkim ruchem wyprowadził cios. Greg zgiął się w pół.
- W porządku! Nic mi nie jesteś! – machnął ręką na Kathy, która już miała zamiar podbiec do męża.
- Oh, jak oni się kochają, moi chłopcy. – skomentowała rozczulona babcia. Nastoletnia Sullivanówna, oderwała wzrok znad ekranu telefonu i przewróciła oczami.
- To tylko takie braterskie okazywanie czułości, co nie Tony? – Greg postękując i trzymając się za żołądek, uśmiechnął się w stronę Tony’ego.
- Jasne. – potwierdził z przekąsem.
- Ekhe, ekhe… - Lucy ostentacyjnie zakaszlała.
- Prawie bym kurwa zapomniał. – Tony spojrzał na Cośka.
- Cosie…Lucy, Greg. Greg, Lucy. – przedstawił od niechcenia.
- Miło mi poznać. – Lucy wyszczerzyła się w stronę Grega.
- Urocza z was parka. – stwierdził najstarszy Sullivan z lekkim trudem się prostując.
- Z chęcią będę świadkiem na waszym ślubie. – dodał.
- O ile dostaniesz kurwa zaproszenie. – burknął pod nosem Tony, obserwując jak Cosiek witał się z Waleniem i gówniarami.
- Chodź, pomożesz mi wnieść bagaże. - Greg położył mu rękę na ramieniu i skierował się w stronę drzwi.
« Ostatnia zmiana: 07 Październik, 2018, 21:25:22 wysłana przez Tortuga »