Biżuteria Handmade

LIVEBAIT1

Gubernator wrócił, zbiedzony i zarośnięty. Wreszcie otrzymał w prezencie od scenarzystów zestaw  ludzkich cech (przyznam, że w zestawieniu z jego wcześniejszą „kreacją” mogą wydawać się nieco groteskowe). Mimo całego zła jakie wyrządził, to jakoś lubię te chwile kiedy pojawia się na ekranie, a jego wielki powrót uważam za jak najbardziej udany. Szczególnie, że twórcy postanowili dokładnie przedstawić co się z Blakem działo po tym gdy odjechał gdzieś w siną dal w finale 3 sezonu. Odniosłem wręcz wrażenie, że starano się wywołać w nas lekką sympatię do upadłego gubernatora, byśmy zrozumieli go, wskoczyli w jego skórę i… wybaczyli winy?

Rzadko pojawiały się w historii The Walking Dead odcinki poświęcone w głównej mierze jednej postaci (na myśl przychodzi mi pilot serialu). Oczywiście, by epizod taki był w stanie przyciągnąć uwagę widza warto wybrać bohatera na tyle złożonego by w razie braku większych twistów fabularnych, był w stanie skupić na sobie całe zainteresowanie. W przypadku „Live Baits” nie dość, że mamy do czynienia z charakterem tak wyrazistym, że czasem wręcz przerysowanym to dostaliśmy również całkowite odwrócenie dotychczasowego punktu widzenia – poznaliśmy wydarzenia z drugiej strony – perspektywy Philipa Blake’a.

Były narodziny i upadek, czas na odrodzenie. „Spalając” postać Gubernatora, Blake w popiół obrócił również swe „dziedzictwo” – Woodbury. Nie wiem czy późniejsze ochrzczenie się Brianem Heriotem było jedynie zbiegiem okoliczności (jego rzeczywiste imię – przynajmniej według komiksowo-książkowej wersji brzmi właśnie Brian), ale zapowiada się na to, że „nowy bohater” zdrowo namiesza jeszcze w całej historii.

GOVERNOR

Dla niektórych wykorzystanie motywu wędrówki w przypadku Gubernatora, może wydawać się nieco komiczne… (zapewne mina Martineza w scenie przy ognisku, była dla niektórych świetnym „komentarzem” gubernatorowej badassowości). Nie była to może typowa podróż w poszukiwaniu sensu istnienia, ale pozwoliła gubernatorowi odkryć na nowo pielęgnowane niegdyś wartości.

Z jednej strony z odcinka biła tak bardzo pożądana w kategorii TWD świeżość, z drugiej posłużono się kilkoma wysłużonymi już w kinie motywami. Trzeba jednak przyznać, że w przypadku postaci gubernatora tematy śmierci osobowości, rodziny, ojcostwa, wykorzystane zostały całkiem trafnie, a ich przedstawienie za pomocą paru, niezbyt nachalnych, symbolicznych scen (jak rozmowa na początku, gra w szachy czy walka na śmierć i życie w obronie „córki”) wydało mi się całkiem zgrabne. Bohater co rusz wykorzystuje też niedopowiedzenia, zrozumiałe jedynie dla widza – zabieg równie znany co wspomniane wcześniej, ale pozwolił wczuć się w sytuację i klimat.

Akcji było w odcinku niewiele, ale relacje „Briana” ze zwykłymi nieznającymi go od strony wielkiego wodza ocalałymi, przyćmiły wszystko i wszystkich. Wreszcie zaczęliśmy poznawać jego prawdziwą osobowość, niezniekształconą przez z góry narzucony autorytet gubernatora.

Lilly, David, mała Meghan  i pyskata Tara poznały go jako zmęczonego, małomównego typa z brodą i opaską na oku. Blake niczym chłopiec na posyłki pokornie zanosi chorego do łóżka, odkłada brudne naczynia do zlewu i w poczuciu obowiązku jako „ojciec” stara się uszczęśliwić dziewczynkę. Wystarczy wspomnienie o małej Meghan, by Blake zrobił wszystko o co go proszą (pamiętajmy, że „ponowna” śmierć Penny musiała naprawdę go zaboleć), troskliwy, opiekuńczy, pełen poświęcenia, miejscami prawie że wrażliwy – odmieniony, ale nie do końca. Postać doprawiona została krztyną swej znanej już nam „badassowości” i tradycyjnie, w większym lub mniejszym stylu unikała śmierci.

GOVERNOR

Z początku Philip wygląda i zachowuje się jak zbity pies, ale powoli, zyskuje sobie szacunek każdego, nawet pyskatej siostry. Pojawia się nawet miejsce na romans (niestety imię kochanki – Lilly – może nie wróżyć nic dobrego dla gubernatora…). Nowe bohaterki nie zaskoczyły co prawda oryginalnością charakterów, ale dały się polubić.

Akcja w domu opieki, nie należała do tych bardziej dynamicznych, ale na pewno klimatycznych. Moment w którym słyszeliśmy coraz głośniejsze, nadchodzące zombie mógł zjeżyć włosy na głowie. Miło zobaczyć, że nawet gubernator popełnia błędy i czasem traci głowę (choć śmierci unika). Szaleńcza walka ze szwendaczami w dole również robiła duże wrażenie, podobnie jak interwencja gubernatora przy przemienionym Davidzie.

Osoby, które uważały go za postać groteskową prawdopodobnie zdania po „Live Baits” nie zmienią, ale ci którzy już wcześniej przymykali oko na jego kulo-i-zombie odporność powinni być zadowoleni.

I niech ludzie marudzą, że Blake, przepraszam Heriot, stał się nagle zbyt czuły, a przez to śmieszny, ale kurcze – dla mnie budowa tej postaci przebiegła naprawdę ciekawie (patrząc nawet na wszystkie przerysowane wstawki z jej udziałem). Stąd też wysoka ocena „Live Baits”.  Ci co gubernatora nie trawią mogą od niej odjąć parę punktów. Mi najzwyczajniej w świecie bardzo dobrze się ten odcinek oglądało, ba – czekam na więcej!(choć czuję, że to już ostatnie chwile naszego niby „szwarzcharaktera”).

Live Baits(2)

 

Larone

Na Strefie zajmuje się głównie newsami, artykułami i recenzjami odcinków serialu TWD. W przeszłości udzielał się amatorsko w paru innych projektach. Kiedy najdzie go ochota, bawi się w krytyka filmowego (choć chyba podchodzi do kina zbyt optymistycznie). Poza Strefą: gorliwy widz serialowy, niestety nigdy nie zobaczył do końca Miasteczka Twin Peaks. Choć za popcornem nie przepada, gdyby mógł, większą część życia przesiedziałby w kinie. Dlaczego pisze na Strefie? Bo lubi :)

More Posts