Biżuteria Handmade

Z nation - review

W miniony piątek swojej amerykańskiej premiery doczekał się nowy serial z żywymi trupami – Z Nation, powstały dzięki współpracy stacji SyFy i znanego z niskobudżetowych produkcji studia Asylum. W rozwinięciu przeczytacie o moich pierwszych wrażeniach z pilotażowego odcinka. Od razu zaznaczam, że starałem się unikać większych porównań do TWD – to po prostu nie ta liga! Miejscami Z Nation mogłoby kandydować raczej do roli czarnej komedii albo parodii hitu AMC, niż na jego pełnoprawnego konkurenta. 

 

Na nasze szczęście Z Nation nie jest jednak produkcją kategorii Z, choć miejscami widać w nim wpływy kina drugiej klasy. Wątpliwości co do założeń jakimi kierowali się twórcy podczas produkcji powinien rozwiać już sam tytuł epizodu – ‚Puppies and Kittens’ (???). To serial traktujący własną tematykę z ogromnym przymrużeniem oka. W dodatku odwracający uwagę widza od niedoskonałości głupawą, ale wartką akcją oraz nie zawsze trafionymi żartami. Od odbiorcy zależy czy da się ponieść historii, czy też z niesmakiem i irytacją będzie zwracał uwagę na przeżute teksty i czasem absurdalne zachowania bohaterów.

 Z Nation przypomina trochę uboższą, mniej elegancką wersję Zombielandu, a nawet parodię The Walking Dead (daję słowo, że niektóre sceny wyglądały żywcem jak naśmiewanie się z hitu AMC!). Miejscami dręczyło mnie także wrażenie, że twórcy bardzo chcieliby odciąć się od swoich niskobudżetowych korzeni. Czasami ciężko było przez to stwierdzić czy dana scena wywoływała uśmiech zgodnie z intencjami producentów, czy pojawiła się jedynie jako efekt ich przyzwyczajenia do kina drugiej kategorii. Produkcja ma jednak spore walory rozrywkowe (pod tym względem kojarzy mi się z Supernatural). Balansuje na granicy kiczu i prostego akcyjniaka. 

Tom

 

Spodobało mi się jak szybko, bez zbędnego ględzenia, zostaliśmy rzuceni w wir akcji – w końcu wszyscy wiemy jak zwykle zaczyna się zombie apokalipsa. Fabuła rozpoczyna się trzy lata po wybuchu epidemii, grupa przypadkowych osób decyduje się przetransportować ocalałego, którego krew może okazać się bezcenna w produkcji leku na dziesiątkującego ludzkość wirusa. Sukcesem wprowadzenia było z pewnością oddanie ciężkiej atmosfery apokalipsy (chaos, zombiaki i desperacja). Szkoda tylko, że to co dobre szybko się skończyło. Muszę przyznać, że z początku wciągnąłem się , ale efekt popsuły nieco prymitywne, nieco odrażająco potraktowane pomysły (zombie dziecko!). Apokaliptyczna rzeczywistość jest tu mocno przerysowana – po świecie jeżdżą obwoźni sprzedawcy broni, a odcięty od świata speaker z opuszczonej bazy NSA (grany przez DJ Quallsa) „zapuszcza” ocalałym rockowe piosenki. Zgrzytać zębami będą zapewne fani kina grozy, którzy nie doświadczą nawet odrobinki adrenaliny (jest raczej śmiesznie/niesmacznie niż strasznie).

 

Pisay

 

Ciekawie zapowiada się natomiast podróż do Kalifornii jak i wątek tajemnicy skrywanej przez ocalałego od plagi Murphiego (w tej roli Keith Allan). Charakter serialu świetnie określają słowa Hammonda (Harold Perrineau): „Nie cierpię moralnych dylematów” (niezła postać swoją drogą)! Nie wiadomo nawet czy pseudo-wahania moralne pełnią funkcję kpiny z bliźniaczych produkcji czy wprowadzenia dramatyzmu. Plusem jest za to zbieranina przypadkowych postaci, z których prawie każda zasłużyła sobie na odrobinę uwagi. Na pierwszym planie pojawia się wspomniany już, odporny na wirus Murphy, były członek Gwardii Narodowej Charles Garnett (Tom Everett Scott) i wojownicze kobiety Warren (Kellita Smith) z napotkaną po drodze Cassandrą (Pisay Pao). Już teraz da się znaleźć wśród tej zgrai bohaterów, którym powinno udać się choć odrobinę zaintrygować widza (nie liczcie jednak na jakąś głębię psychologiczną). Dochodzą do tego młodzi: Mack Thompson, Addy Carver oraz podstarzały Doc. Dalej nie jestem pewien czy twórcy celowali tu w satyrę na TWD, ale jeden z ocalałych  – Hammond – do bólu przypominał mi Abrahama z jego prostym wojskowym pojmowaniem świata i oczywiście planem jego ratowania. Harold Perrineau nieźle odegrał jednak swoją rolę, podobnie jak reszta obsady która nie dawała większych powodów do zażenowania.  

 

 zombies

 

Podobnie rzecz ma się z serialowymi żywymi trupami.  To po prostu „nowoczesne zombiaki”, rodem ze Świtu żywych trupów Zacka Snydera – bardzo szybkie, ze świecącymi białkami i z odrobiną make-upu na facjatach( nie pokuszę się nawet o porównanie do genialnej roboty odwalanej przez Grega Nicotero). Nie jest to na pewno obraz o kinowej jakości (może drażnić osoby przyzwyczajone do wyższych standardów telewizyjnych). Widać, że budżet nie pozwolił na więcej, ale dysponując dostępnymi środkami twórcy poradzili sobie wcale nieźle. Do życzenia wiele pozostawia praca kamery i słaby montaż. Sporo jest szarpania obrazem, bardzo dużo chaotycznych i nieprzyjemnych dla oka cięć, mających zapewne zamaskować niedoskonałości i problem małych lokacji. Liczę też na to, że w przyszłych odcinkach, jak to w opowieściach drogi, twórcy uraczą nas w miarę zmienną i ciekawą scenografią. Scenerie z pilota były co prawda skromne, ale w miarę dobrze imitowały klimat apokalipsy („laboratorium”, baza NSA wśród śniegów północy czy opuszczony obóz wojskowych)

 

Z Nation nie jest z pewnością serialem najwyższych lotów, ale nieznane są wyroki widowni, więc nowa produkcja równie dobrze może okazać się prawdziwym hitem pod względem oglądalności. Napiszcie co sądzicie o Z Nation w komentarzach! Czekacie na następny odcinek?

 


 

 

Z nation - outro

 

 

 

 

Larone

Na Strefie zajmuje się głównie newsami, artykułami i recenzjami odcinków serialu TWD. W przeszłości udzielał się amatorsko w paru innych projektach. Kiedy najdzie go ochota, bawi się w krytyka filmowego (choć chyba podchodzi do kina zbyt optymistycznie). Poza Strefą: gorliwy widz serialowy, niestety nigdy nie zobaczył do końca Miasteczka Twin Peaks. Choć za popcornem nie przepada, gdyby mógł, większą część życia przesiedziałby w kinie. Dlaczego pisze na Strefie? Bo lubi :)

More Posts