Biżuteria Handmade

the-walking-dead      „Żywe Trupy” były uniwersum dość kontrowersyjnym od samego początku swojego istnienia. Kiedy dzieło Roberta Kirkmana po raz pierwszy ujrzało światło dzienne, autor opisał je jako dojrzałą i pełną emocji opowieść o ludziach zmuszonych do walki o własne życie w świecie, w którym nie ma miejsce na moralność, oddanie i poświęcenie dla dobra ogółu. To wszystko zostało sprawnie zastąpione rosnącym z minuty na minutę procesem dehumanizacji natury człowieka. Twórca sprawnie bawił się wykreowanymi przez siebie portretami psychologicznymi bohaterów ukazując stopniowo kolejne ich stadia przemiany pod wpływem wydarzeń, których stali się częścią. Każdy z nich reagował inaczej podczas starć z brutalną i często bezduszną rzeczywistością. Zaowocowało to tym, iż Robert bez problemów mógł przedstawić praktycznie dwadzieścia skrajnie różnych postaw, które zawładnęły sercami czytelników. To w połączeniu z dojrzałą fabułą obfitującą w liczne twisty fabularne, emocjonalnymi zawirowaniami między protagonistami oraz tragicznymi i przerażającymi obrazami nakreślającymi nam świat przedstawiony uniwersum pozwoliło na stworzenie niesamowicie poważnego tytułu, który stał się istnym bestsellerem w świecie literatury. Można powiedzieć, że Kirkman stworzył produkt prawie idealny. Pytanie jednak dlaczego tylko prawie?

The Walking Dead      Jak napisałem w akapicie powyżej, Kirkman „stworzył produkt prawie idealny”. Wynika to z faktu, że przed rozpoczęciem prac nad „The Walking Dead” wyznaczył on sobie pewne cele, a mianowicie chciał on wykreować świat jak najbardziej realistyczny z zachowaną logiką działań i rzetelnym ciągiem przyczynowo skutkowym. Z tego też względu powiedział sobie, iż nikt w jego uniwersum nie będzie bezpieczny. To jest właśnie to „prawie”. Była to pierwsza informacja jaką podał on do opinii publicznej, przestrzegając w ten sposób iż komiks nie będzie przepełniony jedynie radosnymi momentami. Czytelnicy muszą nastawić się na sporą dawkę druzgocących chwil. Początkowo wszyscy podeszli ze sporym dystansem, mówiąc sobie iż autor nie może uśmiercić większości bohaterów. No jak na ironię, myliliśmy się. Wraz z postępem fabuły Robert Kirkman rzucał jak z rękawa coraz to bardziej zaskakującymi zgonami, co przyjęło swój kulminacyjny moment wraz z zakończeniem wątku więziennego w zeszycie 48. Fani zbierali wtedy szczęki z podłogi i to właśnie w tym momencie uświadomili sobie, że twórca nie ma barier w swojej twórczości. Niemniej jednak ku ogólnemu zdziwieniu wspomniana reguła znalazła posłuch i uznanie. Wielu fanów uważała, że jest to krok godny podziwu ponieważ niewielu pisarzy po kilkuletniej pracy na rozwijaniem danej postaci byłaby w stanie od tak sobie się jej pozbyć. Dla odbiorców stało się to gwarantem ciągle wysokiej jakości opowiadania. Sam Kirkman potrafił przy tym zachować pewien balans. Mimo takiego „rozrzutu” zawsze rozwijał danego bohatera do maksimum jego możliwości oraz pozostawiał sobie na arenie kilka postaci, nad którymi mógł śmiało pracować, co stało się konsensusem jak najbardziej do przyjęcia. 

tumblr_mkn7ajzASy1sn9osdo1_500       W taki oto sposób mijał rok za rokiem, a dzieło Kirkmana zyskiwało coraz to bardziej na popularności. Wielu fanów zadawało pytanie, ile to jeszcze czasu musi minąć aby ktokolwiek wziął się za ekranizację tego milowego wręcz dzieła pochodzącego ze wciąż nadmiernie eksploatowanego światka zombistycznego. Cóż, jak się okazało była to kwestia chwili. Z pomysłem zaadaptowania „Żywych Trupów” do formatu telewizyjnego wyszedł każdemu znany Frank Darabont, twórca takich dzieł jak „Majestic”, „Zielona Mila” czy „Skazani na Shawshank”. Wydawać by się mogło, że przed Frankiem wszystkie drzwi będą stały otworem i każdy przyjmie go z otwartymi ramionami. Otóż tak się właśnie nie stało. Filmowe TWD miało początkowo bardzo pod górkę. Według nieoficjalnych informacji Darabont chciał mieć pełnię praw do tytułu. Wiele stacji w tym nawet HBO (do których na tamten czas pomysłodawca dobijał się najmocniej) nie mogło się na to zgodzić, wiedząc dokładnie jak mocno dochodowym interesem TWD będzie. Jak wiadomo wyłączność praw powoduje ograniczenie wpływu stacji na produkcję. W końcu Darabont dał za wygraną, ale i tak nie rozpoczął pracy tam gdzie chciał. Po roku usilnych starań tytuł trafił pod jurysdykcję AMC. W tym właśnie momencie maszyna produkcyjna ruszyła.

the-walking-dead-comic-con-poster      Zainteresowanie było stopniowo podsycane. Najpierw niewielkie przecieki informacji, później wiadomość o zatwierdzonych bohaterach, następnie wieści o aktorach. Była to sprawna manipulacja wprowadzona przez Franka, ponieważ doprowadziła do tego, iż potencjalni odbiorcy siedzieli jak na szpilkach czekając na pilotażowy epizod pierwszego sezonu. Bez cienia wątpliwości można powiedzieć, że ta gra przyniosła swój zamierzony efekt. Odcinek „Days Gone Bye” został obejrzany przez 5.31 miliona widzów co dla AMC było przeogromnym sukcesem. W ten oto sposób widzowie zafascynowani dziełem Darabonta bez wytchnienia śledzili poczynania Ricka i spółki wyszukując coraz to nowszych informacji i doniesień. Jednym słowem panowała ogólna ekscytacja. Najbardziej jednak zadowoleni byli fani pierwowzoru, z racji tego iż serial pod „rządami” pierwszego showrunnera opierał się na niuansach. Reżyser sprawnie operował pomiędzy materiałem bazowym, a własną inwencją łącząc te dwa czynniki w jedną całość. Zaowocowało to tym, że czytelnicy mieli spore pole do popisu przy wychwytywaniu znanych im motywów z komiksu. Dużym zainteresowaniem cieszyły się również nieznaczne zmiany w głównym toku fabularnym, które to natomiast w znaczny stopniu wpływały na wygląd niektórych sekwencji. W pierwszej chwili wydawało się, iż nic nie może zniszczyć murowanego hitu jakim stały się „Żywe Trupy”. Cóż, ci co tak myśleli byli jednak w błędzie. Można powiedzieć, że finał pierwszego sezonu był początkiem spadku jakościowego serialu, jak i braku weny i błądzenia twórców.

Season-2-Wallpaper-the-walking-dead-25688940-1600-1200

      Frank Darabont miał swoją wizję prowadzenia „The Walking Dead”. Określił sobie jak każdy element ma wyglądać i już z góry wiedział na kim tak naprawdę skupi się cała uwaga. Z tego też względu wybrał sobie grupę najbardziej zaufanych aktorów, z którymi chciał jak najdłużej współpracować. Hipotetycznie rzecz ujmując, można było się domyślić kto najdłużej zagości w serialu. Typowanymi aktorami byli Jeffrey DeMunn (Dale), Laurie Holden (Andrea) i Mellisa McBride (Carol) z racji tego, iż z całą tą trójką pracował przy innych swoich projektach. Bardzo starannie i długotrwale też zastanawiał się kogo obsadzić w roli trójki kolejnych bohaterów, czyli rodziny Grimes. Decyzja zapadła aby zakontraktować Andrew Lincolna (Rick), Sarah Wayne Callies (Lori) oraz Chandlera Riggs’a (Carl). W międzyczasie na tapetę weszli bracia Dixon i tutaj postawiono na Normana Reedusa oraz Michaela Rookera. Do opinii publicznej podana została informacja, jakby cała ta ósemka była aktorami długoterminowymi. Z tego też względu, widzowie bardzo mocno zżyli się z nimi poświęcając im jak największy procent swojej uwagi. Darabont jest reżyserem, który słynie z tego, iż swoje filmy opiera na dobrych postaciach oraz jeszcze lepszych aktorach. Wszyscy byli święcie przekonani, że stanie się to gwarantem i podstawą całego serialu. Niestety jednak, w wyniku pewnych zawirowań showrunner został zwolniony ze swojej posady i na jego miejsce wszedł Glen Mazzara. Wraz z tą decyzją zaczęły się diametralne zmiany, które niestety, ale nie przypadły każdemu do gustu. 

      Jak wspomniałem wyżej, reżyserowanie Darabonta opierało się na niuansach. Mazzara jednak zrezygnował z tej właśnie koncepcji. Za czasów jego prowadzenia serialu wszystko zmieniło się diametralnie. Komiks przestał być na pierwszym miejscu. Stał się jedynie nic nie znaczącym materiałem z którego – o ile chęci Glena na to pozwalały – zaczerpnięto pewne motywy i zwroty akcji. Reszta natomiast była już luźnym zlepkiem pomysłów i właśnie z tego powodu wewnętrzna struktura serialu zaczęła się sypać. Mimo tego, iż serial nadal utrzymywał dość wysoki poziom widzów, wśród odbiorców spotkać można było sporo zarzutów odnośnie braku pomysłu na fabułę, niepotrzebnych zmianach czy braku umiejętności budowania odpowiednich charakterów. Liczne wypowiedzi zarzucały twórcom sztuczne przeciąganie akcji i niepotrzebne wprowadzenie „mody na sukces z domkiem w tle”. Dodatkowo zauważono pewne nieścisłości fabularne oraz brak ciągu przyczynowo-skutkowego, a to wszystko w ideę odejścia od komiksu. Przez sezon drugi jeszcze widzowie jakoś się trzymali, jednakże sezon trzeci sprawił, że rozgoryczenie sięgnęło zenitu. Oczywistym jest, że znajdzie się spora grupa zadowolona z przedstawionego materiału, jednakże można spotkać o wiele większą będącą zawiedzioną, a wręcz nawet zirytowaną. Po sezonie trzecim ewidentnie było widać, iż producenci nie uczą się na błędach i nie dość, że ponownie popełniali te same pomyłki, to jeszcze dołożyli kilka innych w postaci niewykorzystywania potencjału bohaterów czy marginalizowanie ich na rzecz taniej sensacji. Czy aby tego oczekujemy od „Żywych Trupów”? Nie z takim poziomem serial zaczął i nie z takim powinien skończyć. Powtórzę się jeszcze raz, to wszystko w myśl odejścia od komiksu. Pytanie więc czy warto aż w takim stopniu odcinać się od pierwowzoru, skoro ewidentnie widać, że twórcy nie radzą sobie z powagą materiału, który obecnie dzierżą w rękach? Innowacyjność nie zawsze gwarantuje wysoki poziom. Wszyscy jesteśmy w stanie zrozumieć, iż twórcy wykazują się tutaj ambicją w stworzeniu czegoś lepszego, większego, doskonalszego, ale czy jest to potrzebne? Czy fabuła wymaga aż tak dużej ingerencji?

Full-HD-Wallpapers-The-Walking-Dead      Sami twórcy za każdym razem podejmują próby uniknięcia odpowiedzi na wystosowaną pod ich kierunkiem krytykę w związku z nadmiernymi zmianami w fabule TWD. Bardzo często idą pokrętnymi drogami imając się w ten sposób odpowiedzialności. Rzadko kiedy też można spotkać u nich negatywne spojrzenie na własną prace. Spójrzmy dokładnie na to, jak producenci – w tym wypadku Gale Ann Hurd oraz David Alpert – komentują tą kwestię (jest to fragment wywiadu przeprowadzonego podczas tegorocznego rozdania nagrody Saturn):

DZIENNIKARZ: Wraz z sezonem trzecim oraz dramatycznym odejściem od komiksu, uważacie że macie teraz większą swobodę w zmianach względem pierwowzoru i czy widzowie zaakceptują wszystko to, co im pokażecie?

Hurd: „Uważam za bardzo ważny rozwój bohaterów i pozwolenie, aby wszystko to, co się wydarzyło rozwijało emocjonalne połączenie, które mają lub konflikty w które są uwikłani. Moim zdaniem, kiedy show wpada w kłopoty, wtedy wszystko to, co robią jest robione dla zaszokowania.”

DZIENNIKARZ: Więc w następstwie śmierci Andrei, nie możecie powiedzieć czy będziemy świadkami większej tudzież mniejszej ilości zmian?

Alpert:  „Chcę powiedzieć, że szukamy naturalnie rozwijającego się opowiadania. Więc pojawiła się decyzja tego sezonu

[trzeciego] by wprowadzić Michonne w bardzo dramatycznym stylu i by tego dokonać musieliśmy rozdzielić postać Laurie Holden od jej grupy. Kiedy to się stało mieliśmy Michonne i Andreę w lesie wraz z historią Gubernatora. I pojawiła się tutaj decyzja. Michonne odchodzi i Andrea zostaje. I te decyzje popłaciły dla dobra sezonu.”

„To co lubię najbardziej jest to, że to opowiadanie rozwija się naturalnie dzięki tym decyzjom. Więc jeśli uważałeś na to, co wydarzyło się w odcinku drugim i trzecim, będzie nagrodzony w epizodzie 15 i 16. Więc to nie jest „Co możemy zrobić w tym tygodniu? Jak mamy umieści te 60 stron skryptu?” Jest to bardziej „Co możemy zrobić, by opowiedzieć tą historię tak by miała sens?”

Jak widać twórcy nie kwapią się do postawienia sprawy jasno. Ewidentnie widać, iż nie dostrzegają błędów które popełnili lub widzą je ale nie chcą się do nich przyznać. Z całym szacunkiem, ale jaki w tym jest sens? Czy AMC jest stacją dla której liczą się tylko pieniądze? Czy twórcom nie zależy na poprawianiu poziomu i byciu prawdomównym wobec fanów? Ciągle możemy usłyszeć tylko i wyłącznie wytarte już schematy w ich wypowiedziach. Dokąd więc to zmierza?

The-Walking-Dead-Widescreen-Wallpapers      Pozostaje jeszcze jedna sprawa, czyli to sławetne motto „nikt nie jest bezpieczny”. W komiksie sprawdziło się ono idealnie wprawiając czytelników w istny entuzjazm. Pytanie jednak czy z taką samą sytuacją spotkała się telewizyjna adaptacja? Czy serial również może pochwalić się sukcesem na tym polu? No cóż, twórcy bardzo by tego chcieli, ale niestety rzeczywistość pokazuje co innego. Scenarzyści, podobnie jak Kirkman, sypią zgonami jak z rękawa. Niby wszystko pięknie i ładnie, ciągle coś się dzieje, na nudę narzekać nie można, lecz niestety, ale wygląda ta sprawa zgoła inaczej. Omówmy wpierw może fabularną kwestię tej sprawy. Bohaterowie jak wiadomo są podstawą dla rozwoju akcji i dynamizmu opowiadanej historii. Tak jest od czasów starożytnych i nie zanosi się, aby cokolwiek w tej kwestii uległo zmianie. No powiedzmy sobie szczerze, czym byłaby sztuka „Romeo i Julia” bez tytułowej dwójki głównych postaci? No właśnie, tak myślałem. Nie inaczej jest w przypadku TWD. To sprawnie nakreślona początkowa grupa bohaterów w osobach Ricka, Carla, Lori, Dale’a, Shane’a, Andrei, Daryla, Merla, Maggie, Hershela, Carol, T-doga, Gubernatora, a nawet Beth i Miltona napędzała ten serial. Wiadomo, że nie można do końca wszystkich trzymać, jednak dlaczego zaserwowane nam zgony były tak niekompletne, irracjonalne, nierealne i w dodatku osłabiły fabułę? Tak moi drodzy, większość uśmierceń, z którymi mieliśmy styczność negatywnie podziałała na rozwój opowiadania i nie miała żadnego emocjonalnego na nią wpływu. Więc jaki jest w tym sens? Po co usuwać coś, a raczej kogoś, będącego gwarantem skupienia uwagi? Jeszcze w drugim sezonie była nad tym pewna kontrola, ale trzeci jest istnym rozbojem. Nie wiem czego twórcy oczekiwali, ale jakie korzyści przyniosło pozbycie się chociażby Lori? Nie wspominając już o Axelu? Te dwa zgony jeszcze można było jakość przeżyć, jednak najbardziej twórcy „rozwalili system” końcowymi sekwencjami serialu. Odejście zarówno Merla jak i Andrei w odstępie czasowym jednego odcinka było najgorszym posunięciem jakie można spotkać w serialu oraz na jakie w ogóle można było się zdecydować, i to jeszcze przy serialu o takiej tematyce. Nasuwa się więc pytanie po co to wszystko? Jaki jest sens w odsuwaniu na bok postaci, które przez trzy lata budowały sobie kręgi zainteresowanych, były punktem odniesienia i łącznikiem z poprzednimi sezonami? Czy twórcy chcą zabić emocjonalne łącze widzów z serialem poprzez zabijanie faworytów? Najgorsze jednak w tym wszystkim jest to, że wielokrotnie postaci nie były do końca rozwinięte, cały czas miały w sobie drzemiący potencjał, a wydarzenia przez które przeszły i zmiany które wywołały one w ich psychice rokowały na spore zamieszanie w nadchodzącym materiale. Kto nie liczył na Andreę i jej morderczy cios powalający Gubernatora? Tudzież jej walkę ramię w ramię z Michonne? Albo dramatyczna relacja braci Dixon lub konfliktowość Merla wraz z wejściem w struktury grupy? Zwróćmy również uwagę na fakt, że przeważnie uśmiercane były postaci z bardzo mocnym charakterem, które miały swój światopogląd i swoje pojmowanie rzeczywistości. Byli to ci, którzy mogli sporo namieszać, ale też i sporo wnieść. Ponadto powinniśmy również spojrzeć tutaj na jeden ważny element, przy życiu pozostali ci, których rys charakterologiczny – za wyjątkiem Ricka oraz Carla – nie pozwala na spore zawiłości fabularne. Co za tym idzie czy możemy potraktować to jako strach twórców przed wprowadzeniem bardziej kompleksowych postaci? Czy jest możliwość, iż nie potrafią oni po prostu pracować na takim materiale i najprostszym rozwiązaniem stało się jego wyeliminowanie? Przecież nie skorzystanie z takich zalet jest iście karygodne szczególnie jeśli mówimy o projekcie długoterminowym. Bardzo ważnym argumentem przemawiającym za zatrzymaniem bohaterów pokroju Andrei i Merla jest również to, że w pewnym momencie wena twórcza się skończy i twórcy zatoczą istne koło. Zacznie się powtarzanie wcześniej wykorzystanych elementów, przez co będziemy mieli w serialu zjawisko wprowadzania substytutów. Przedstawmy jednak stanowisko producentów w związku z tą kwestią.

Hurd: „Jeśli podejmujemy decyzję o zabiciu bohatera, czy to z komiksu czy nie, staramy się zaimplementować w tym pewien twist. Chociażby sposób w jaki umarł Shane na koniec drugiego sezonu- nie był to sposób taki jak w komiksie; udział Carla też nie był taki jak w komiksie. Ale miało to wpływ na obydwu tych bohaterów oraz oczywiście odbiło się to na postaci Lori. Następnie kiedy zmarła Lori, to również było inne niż w komiksie, oglądaliśmy później upadek Ricka i przemianę Carla w żołnierza. Było to umotywowane dzięki tym śmierciom. To samo z postacią Andrei – kiedy Andrea umarła, Michonne jest niesamowicie tym dotknięta.”

(wypowiedź przy okazji odnosząca się do odejścia od komiksu)

Czy takie wytłumaczenie jest adekwatne i wystarczające? Czy usprawiedliwia ono bezmyślne pozbywanie się silnych osobowości z „The Walking Dead” – uniwersum opierającym się na nich? Moim zdaniem nie, ponieważ nic z tego o czym wspominała Hurd nie miało odzwierciedlenia w pokazywanych nam treściach. Spójrzmy może jeszcze na zdanie „sprawcy” tego zamieszania, czyli ex-reżysera Glena Mazzarę.

Mazzara: „Uważałem za bardzo ważne to, by pokazać iż nikt nie jest bezpieczny. Również ważne jest to, by pokazać jaki wpływ na pozostałych naszych bohaterów miały te śmierci. Śmierć Andrei dla przykładu; wiedziałem że Rick w końcu otworzy bramy więzienia po zakończeniu sezonu w którym starał się ukryć przed światem i zamknąć wszystkich oraz trzymać ich w bezpieczeństwie. Zdał on sobie sprawę co to znaczy –  nasza grupa zaczyna się izolować i zamykać, że jego syn jest na drodze do przeobrażenia się w Gubernatora, więc musi on otworzyć bramy i pozwolić innym wejść oraz być pełnym współczucia.”

„Pod koniec finału przyprowadził on te wszystkie kobiety, dzieci oraz starszych ludzi i ta grupa zacznie się zmieniać. Niezbędne tutaj było krwawe poświęcenie oraz zapłacenie najwyższej ceny za nie. Andrea płacąca tą cenę była ważna. Nie miała ona możliwości by ponownie „wejść” do grupy Ricka. W pewnym sensie, wszystko to, co zrobiła było robione by połączyć te dwie zbiorowości razem. Jednakże nie miała ona możliwości by wejść do więzienia i w pełni zintegrować się ze swoją dawną rodziną. Było to ostateczne poświecenie, będące warte finału”

A jak to wytłumaczenie będzie przez Was odebrane? Czy faktycznie Andrea nie miała nawet cienia szans za powrót w szeregi grupy? Czy każdy z więzienia położył na niej kreskę i uznał za przeszłość, za rzecz niewartą zachodu, o którą nie należy się troszczyć i którą nie należy się przejmować? Czy taką postawę wyrażała Carol, Hershel, Daryl tudzież nawet Michonne? Osobiście powiem, że nic takiego nie miało miejsca w serialu, chociaż mogę się mylić. Podobne oświadczenie wydał również autor całego uniwersum, czyli sam Robert Kirkman. Brzmi ono następująco:

„Naprawdę mocno pracowaliśmy nad wątkiem Woodbury i zrealizowanie tego miało sens. Jedyną rzeczą, która zmusiłaby Ricka do zaakceptowania mieszkańców Woodbury byłoby coś tak tragicznego jak śmierć Andrei. Niefortunną rzeczą w związku z tymi śmierciami jest to, iż widzowie reagują w sposób „O mój Boże, dlaczego zabiliście Andreę?!” Rozumiemy ten emocjonalny aspekt – powinien zresztą tu być – ale jest tutaj również wiele rzeczy, które przyjdą wraz z sezonem czwartym, a które mają początek w tym momencie. Kiedy widzowie zobaczą nowy sezon, będą wiedzieli dlaczego to zrobiliśmy.”

Czy jest to aby wystarczające wyjaśnienie? Patrząc na reakcję fanów ich tzn. twórców zamierzenia w ogóle nie miały odbicia w serialu. Wielokrotnie mówiono, iż zgon ten nie miał ani grama znaczenia dla ogólnej fabuły, a kwestia Woodbury zostałaby rozwiązana i bez tego. O ile nas pamięć nie myli, Rick chciał zawrzeć pokój nieprawdaż? Niemniej jednak chciałbym tutaj nadmienić, iż sprawa Andrei nie jest taka prosta i nie została do końca zamknięta. Liczne zawirowania podczas tworzenia finalnych wątków tej postaci, jak i konflikty wśród producentów, wraz z pokrętnymi odpowiedziami na zadane pytania pozwalają nam wierzyć, iż gdzieś tam temat Blondynki wisi w powietrzu i jest rozważany. Twórcy nie powiedzieli kategorycznego nie. Wróćmy jednak teraz do głównego toku.

The-Walking-Dead-Celeb-Characters-Wallpaper      Z kwestią nadmiernego uśmiercania bohaterów wiąże się jeszcze jeden element, czyli zmiany w strukturze aktorów. Jak wiadomo serial to nie komiks, w którym można zmienić cokolwiek i kogokolwiek się chce bez większego wpływu emocjonalnego na odbiorcę. Wersja telewizyjna ma to do siebie, że aktorzy odgrywający dane postacie stają się dla widzów integralną częścią rzeczonego projektu. Są istnym łącznikiem i znakiem rozpoznawczym tytułu z jednoczesnym pełnieniem roli motoru napędowego do jego śledzenia. Wystarczy spojrzeć na fanbasy, których liczebność w niektórych przypadkach śmiało sięga milionom.  Odbiorcy utożsamiają się z nimi, czują emocjonalne połączenie, gdyż razem przeżywają i czują danego bohatera. To razem z nimi prowadzą jego analizę oraz razem z nimi idą przez ten świat. W pewnym momencie staje się to wręcz normalnością. Wyszukiwanie wywiadów, oglądanie playfestów czy zjazdów comic con wplatane są w codzienne życie. Integrowanie jest tutaj procesem bardzo popularnym i nader normalnym. Dodatkowo nasze zainteresowanie danym aktorem czy aktorką jest bardzo ważne. Zdobywają oni zaufanie i oddanie. Zwolnienie ich równa się zerwaniem tego połączenia. Co za tym idzie czy twórcy nie boją się bardzo prawdopodobnego zjawiska, jakim jest utrata zainteresowania, albo nawet jak nie utrata to spadek? Lojalność wobec ulubieńców jest często dość silna. Wraz ze zniknięciem znanych twarzy znika zaangażowanie.

      Warto przy tym również wspomnieć o ciągłych skokach jakościowych aktorstwa. Frank Darabont inicjując produkcję serialu zgromadził w okół siebie jak najlepszych aktorów, których warsztat opiera się na grze teatralnej, po to by nadać przedstawianym scenom i wydarzeniom bardziej prawdziwy i dramatyczny wydźwięk. Holden, Lincoln, DeMunn czy McBride są tego idealnym przykładem. Podczas procesu dość ciężkiej selekcji wyłoniono również takie perełki jak Reedus czy Rooker, a wraz z sezonem drugim Wilson oraz Cohan. Frank będąc mocno związanym ze światem filmu wiedział, że dobry skład aktorski to połowa sukcesu. Stąd też zebrał tak mocne indywidua, aby podwyższyć jakość serialu. Pytanie więc, czy pozbywanie się tak dobrych nazwisk i zamienianie ich często na aktorów poprawnych czy nawet miernych pod względem umiejętności jest dobrym zagraniem? Do czego to doprowadzi, kiedy w pewnym momencie wyrzuci się znaczną część obsady? Sezon trzeci bardzo dobrze to pokazał, ponieważ jakość gry poleciała na łeb na szyję. Poza tym czy AMC nie zależy na prestiżu w postaci licznych nagród za aktorstwo? Laurie Holden pokazała w tym roku co nieco zgarniając sprzed nosa Jessici Lange Saturna.

the_walking_dead___wallpaper_2_by_vampiric_time_lord-d5jwjcm      Podsumujmy już ten szereg dość długich rozważań. Z ogólnej opinii wynika iż serial zabijają te elementy, która miały być gwarantem jego sukcesu. Coś co powinno szokować, intrygować i napędzać dynamizm wprowadza efekt odwrotny do zamierzonego. W ogólnym rozrachunku czujemy zażenowanie i złość. Czy można to więc traktować jako początek końca serialu? Twórcy ironicznie rzucili, iż wersja telewizyjna będzie ciągnięta do 2022 roku, ale patrząc na to co dzieje się obecnie mało co przemawia za tą teorią. Pytanie więc do Was, jak zapatrujecie się na tą sprawę? Wyrażacie stanowisko pro czy raczej anty?

 

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts