Biżuteria Handmade

No Sanctuary - intro

Sezon piąty możemy uważać za rozpoczęty i to rozpoczęty z pompą. No Sanctuary z jednej strony nie zawodzi oczekiwań widzów, z drugiej nie zdobywa się także na to by czymś ich zaskoczyć. Wszyscy pamiętamy jak aktualny showrunner produkcji zapewniał fanów, że już pierwszy odcinek nowej serii powinien rozstrzygnąć wiele niedopowiedzianych kwestii i „porazić” widza bezpośredniością. Nadzieją na lepszą przyszłość był już sam finał sezonu 4, znacznie różniący się od poprzedzających go epizodów – brutalny, świetnie poprowadzony, nie dawał widzowi nawet chwili wytchnienia. Jak na jego tle prezentuje się najnowszy odcinek?

 

Po nudnawym przestoju, jakim okazał się sezon 4, producenci znowu postanowili docisnąć pedał gazu – wreszcie wykraczają poza ramy telewizyjnych ograniczeń, nadając swojej opowieści brutalnego, wyrazistego charakteru, który powoli odchodził gdzieś w niepamięć we wcześniejszej serii (na rzecz ględzenia i w większości bezpiecznych tematów i wątków). Prawie wszystkie sceny nowego odcinka wnosiły coś do całości, napędzały historię i bohaterów.

 

DARYL I GLENN - No Sanctuary

 

Pierwsze minuty „No Sanctuary”, zgodnie z zapowiedziami wywoływały na plecach dreszcz emocji. Pierwszoosobowe, zamazane obrazy jawnie świadczące o rzeźnickich upodobaniach mieszkańców, przebrzmiewające w tle wibrujące dźwięki budowały obezwładniające poczucie chaosu, niepewności. Trzeba przyznać, że reżyser nie cackał się z niedopowiedzeniami – kamera dokładnie śledziła brutalny proceder (apropos, pierwsza ofiara to Sam, którego spotkaliśmy już w odcinku Indifference 4 sezonu). Niby widzieliśmy już w The Walking Dead sceny równie drastyczne, ale ludzie popełniający, czy przystający na takie bestialstwo to co innego niż „zwykłe”, wygłodniałe zombiaki. Początkowe uderzenie szybko przerodziło się w bardziej stonowaną wersję historii z perspektywy Carol i Tyressa. I tutaj nie nie szczędzono nam jednak emocji. Rozmowę Ty’ja z mieszkańcem Terminus uważam za jedną z lepszych przeprowadzonych w serialu. Bardzo prosto, a jednocześnie nienachalnie udało się wyłożyć w niej przekonania Terminusowców – w nowym świecie dobrzy ludzie, ratujący dzieci nie są w cenie. Przywyknij albo zgiń. Wydarzenia w chatce napisano z uwiarygadniającą wprawą przez co najzwyczajniej w świecie chwytały za gardło (szczególnie moment kulminacyjny), a opiekun Judith miał wreszcie okazję by przełamać swoje „słabości”. Uosobieniem Terminusowej „filozofii egoizmu” stał się cyniczno-pragmatyczny Gareth, który zapewne pojawi się jeszcze na ekranie w niedalekiej przyszłości. Jak obiecywano – to typ zgoła inny od Gubernatora – inteligentny, charyzmatyczny, ale nie szalony. Mimo młodego wieku, doświadczenie wyrobiło w nim cechy zorganizowanego przywódcy, sprawnie zarządzającego odczłowieczoną społecznością. To tajemniczy gość, którego uszy i oczy są zawsze szeroko otwarte – zobaczymy czym jeszcze nas zaskoczy.

 

CAROL i TYRESSE i Koleś

 

Nieco mniej klasy, a więcej komiksowości miała w sobie samotna krucjata Carol, która  to spokojnie mogłaby już załapać się do obsady kobiecej wersji niezniszczalnych. Nie będę się już podśmiechiwał, ale nie chcę ukrywać że mimo rewelacyjnej realizacji planu,  akcja Peletier wywoływała parokrotnie uśmiech na mojej twarzy (niepostrzeżone przechadzki po siedzibie wroga, prawie-wzruszenia przy kuszy). Świetnie wykorzystano tu natomiast przeszłość postaci, w słowach Mary: „mogłabyś być jedną z nas”. Od razu wróciły mi do głowy obrazy śmierci Karen z rąk bohaterki, przekonanej że należy pozbyć się wszelkiego zagrożenia – inaczej świat pozbędzie się ciebie. Trochę zastrzeżeń budziła totalna dezorganizacja w Terminus, które w przeciwieństwie do chociażby Woodbury wydawało mi się ośrodkiem o wiele lepiej przygotowanym na takie ewentualności, jak atak hordy (o ile w ogóle do nich dopuszczano). Nie ulega jednak wątpliwości, że akcja przyniosła naprawdę dużo emocji i rozrywki. Gimple mógł jednak darować sobie wracanie do zamkniętych jeszcze w wagonie – Abrahama, Mich, Maggie Carla i reszty – trochę psuło to dynamikę odcinka, a w dodatku obfitowało w takie sztuczne kwiatki jak tekst Carla: „Tata po nas wróci” (i oczywiście wrócił). Pod pewnymi względami No Sanctuary przypominał mi The Suicide King z 3 sezonu. Tutaj również akcja rozgrywała się pośród wszechobecnego chaosu, jednak dawała o wiele więcej satysfakcji z oglądania „naszych bohaterów”, całkiem zgrabnie odnajdujących się w tym całym nieładzie (Rick eliminujący grupę uzbrojonych Terminusowców). Właściwie oprócz Grimesa reszta ekipy odsunięta została na dalszy plan i nawet się nie miała większych okazji do gadania (co jest oczywiście zrozumiałe).

Karabin

Przemianę Ricka jak na razie udaje się pokazać bardzo dobrze. Słynne  już „zadarli
z niewłaściwymi ludźmi” podkreśliło jedynie narastającą w Ricku frustrację i stopniowe zrywanie z dawną moralnością. Szeryf „nie oszczędza” oprawców, choć nie stał się momentalnie bezwzględnym rzeźnikiem. Do tego stadia „ewolucji” dotarli natomiast mieszkańcy Terminus, którzy jak pokazują klamrowe retrospekcje, odziedziczyli swoje poglądy jako nowe postapokaliptyczne pokolenie. Według Flashbacków i słów Mary idea sanktuarium była pierwotnie zupełnie inna, splamili ją obcy ludzie, w wyniku czego mieszkańcy stworzyli sobie całkowicie egoistyczne zasady przetrwania (lub też kryje się za tym coś więcej). Dobrze, że nie karmiono nas jedynie jednostronną relacją, choć o tym jak świat zombiaków wpływa na normalnych ludzi, twórcy nie powinni nas już więcej przekonywać (każdy może sobie wybrać czy woli dobrych, ale uznawanych za słabych” czy też złych, pragmatyków). Mit „sanktuarium” został obalony bardzo szybko, aż szkoda, że jego tajemnice nie zostały do końca wyjaśnione (liczę na więcej w przyszłości) – to naprawdę klimatyczne miejsce z potencjałem. 

 

Koleś - no sanctuary

 

Od strony realizacyjnej odcinek, nakręcony pod kierownictwem Grega Nicotero, wypadł bardzo dobrze. Kamera wzorowo rejestrowała ważne wydarzenia, wprowadzając widza w chaotyczną akcję. Pojawiło się też parę bardziej brawurowych ujęć znanych chociażby z Teaserów. Świetnie dopełniała się w tym przypadku dwutorowa (a nawet trzy) narracja – z jednej strony Carol i Tyressa, z drugiej uwięzionej reszty ekipy, a ostatecznego spotkania nie można nazwać inaczej niż „festiwalem błogich emocji”. 

 

Nie powiem żeby Rambo Carol, jakoś rozbiła klimat odcinka (bawiłem się przednio). Posmak lekkiej tandety zostawiła jednak „zaskakująca scena po napisach” z Morganem. Mówiłem już kiedyś o zbiegach okoliczności? Średnio wychodzi kiedy w TWD z jednej strony raczeni jesteśmy poważną, realistyczną historią, a z drugiej kłującymi naiwnością wstawkami (to oczywiście kwestia dyskusyjna, ja średnio to kupuję). Przyznam szczerze, że chyba bardziej przypadł mi do gustu finał 4 sezonu (sam już nie wiem czemu nie wystawiłem mu 10/10), choć nie czuję się oszukany – twórcy w 100% spełnili swoje obietnice, z paroma potknięciami, które można im wybaczyć. Są w końcu na dobrej drodze do celu!

 

SZKIC - TWD sezon piątyyyyy - outro

 

 

Larone

Na Strefie zajmuje się głównie newsami, artykułami i recenzjami odcinków serialu TWD. W przeszłości udzielał się amatorsko w paru innych projektach. Kiedy najdzie go ochota, bawi się w krytyka filmowego (choć chyba podchodzi do kina zbyt optymistycznie). Poza Strefą: gorliwy widz serialowy, niestety nigdy nie zobaczył do końca Miasteczka Twin Peaks. Choć za popcornem nie przepada, gdyby mógł, większą część życia przesiedziałby w kinie. Dlaczego pisze na Strefie? Bo lubi :)

More Posts