Biżuteria Handmade

S06E09 recka

        Zachwyty! Zachwyty! Wszędzie zachwyty! Ochy i achy leją się zewsząd, widzowie w bezgranicznej euforii, a słów uznania nie ma końca. Z takimi właśnie reakcjami spotkał się najnowszy odcinek szóstego sezonu „The Walking Dead” zatytułowany „No Way Out„, który zafundował nam najprawdopodobniej najbardziej krwawe walentynki w dziejach. Po prostu „bloody Valentines made by TWD!„. Zombie napływają z każdego rogu ekranu, bohaterowie przyparciu do muru, a fani z palpitacją serca chłoną następujące po sobie sekundy epizodu. Jest dużo, szybko i z rozmachem. Chciałoby się rzec: „istna BOMBA!”. Ale co w sytuacji, kiedy ta bomba w pewnej części może okazać się niewypałem? Bo takim wydaje mi się niestety S06E09, który choć ma fenomenalną, cieszącą oko otoczkę to jednak pozostawił po sobie odrobinę ambiwalentne uczucia, które bardzo mocno utrudniają jego jednoznaczne zaklasyfikowanie.

No Way Out 4

       Na realizatorach odcinka „No Way Out” ciążyła bardzo duża odpowiedzialność oraz presja. Nie tylko pojawiła się potrzeba pozamykania gros wątków, które nie doczekały się konkluzji w zeszłorocznym „Start to Finish„, ale również musieli zmyć z siebie blamaż po wielu nietrafionych decyzjach, jakie zostały podjęte przy okazji półfinału. Z początku miałem duże obawy co do tego, jak z natłokiem bajzlu poradzą sobie Seth Hoffman (scenarzysta) oraz Greg Nicotero (reżyser), ale o dziwno dość sprawnie nad wszystkim zapanowali, serwując nam naprawdę zadowalający materiał. Statystyczne 40 minut zostało wykorzystane w wyjątkowo efektywny sposób, dzięki czemu seans okazał się przyjemnym i zapadającym w pamięć doświadczeniem. Większość z postaci miała czas by zabłysnąć, każde kluczowe wydarzenie zostało należycie zaakcentowane (choć z różną gamą efektów), a wątki doczekały się satysfakcjonującego finiszu. Wrażenie kompletności i prawidłowego dopasowania treści do siebie na piątkę. Pozwala nam to już na wstępie umieścić MSP na poziomie co najmniej niezłym . I teraz pytanie, czy jest możliwość odbicia się wyżej? Z tym już niestety może być problem, ponieważ po zagłębieniu się w trzewia można zauważyć, że detale nie zawsze są tak precyzyjne jak by się tego chciało, a droga do osiągnięcia finalnego sukcesu okazała się być troszeczkę wyboista. Tam czegoś nie dociągnięto, gdzie indzie znowuż przesadzono, a w jeszcze innym momencie po prostu zapomniano o szczegółach, lub celowo przymknięto na to oko, licząc że może nie będzie to aż tak widoczne.

No Way Out 7

        Bardzo ciekawy aspektem MSP była jego różnorodność gatunkowa, która nadała odcinkowy niecodzienny wydźwięk. Osobiście oczekiwałem jednotorowego, mocno patetycznego i pseudomoralizatorskiego storytellingu, który w sposób typowy dla TWD będzie zamęczał widza, ale przeżyłem pozytywne zaskoczenie. Oprócz dramatu, dostaliśmy nutkę horroru oraz gore, trochę socjologicznych aspektów w relacjach międzyludzkich, szczyptę wbijających w fotel scen batalistycznych i akcyjniakowych, ale przede wszystkim sporą jak na ten serial dozę komediowych akcentów i zwykłej naturalności. Pozwoliło to choć na moment wrócić fabule do jej charakteru typowego chociażby dla pierwszego czy drugiego sezonu, gdzie to z bohaterów nie robiono sokratesowskich myślicieli. Nie wiem czy był to zabieg celowy, czy zupełnie przypadkowy, ale sprawdził się on świetnie. Takie drobnostki jak troska Sashy o stan Daryla, humorystyczne podejście Abrahama do kryzysowych sytuacji, przypomnienie wszystkich moralnych kompasów grupy czy też wieńcząca odcinek scena ukazująca mieszkańców zgromadzonych razem pod infirmerią, nadają całości naturalizmu i w znacznym stopniu ściągają postaci z ich piedestału niesamowitości. To, w połączeniu z całą resztą jakże bogatej oferty śródpremiery,  po raz pierwszy od „Thank You” przykuło mnie do ekranu tak, że nawet nie chciałem się od niego oderwać. Choć gały z orbit mi nie wyszły.

No Way Out 10

       S06E09 to jak dotąd chyba najbogatsze otwarcie półsezonu jakie zaserwowali nam twórcy. Kiedy zwyczajowo prowadzono równocześnie dwa góra trzy wątki, w „No Way Out” (zakładając, że dobrze liczę) zaserwowano nam ich około 8. Przyznam się szczerze, że jak na standardy tego serialu to jest to istne szaleństwo. Szkoda tylko, że nie wszystkie zostały zrealizowane na jednakowo satysfakcjonującym poziomie, który pozwoliłby jednoznacznie określić epizod jako idealny. Nie wiedzieć mi czemu, twórcom bardzo często uciekały szczególiki, które niestety mają to do siebie, że nawet pierwotnie idealną rzecz potrafią mocno podkopać. MSP jest tego idealnym przykładem, choć i tak muszę przyznać że części z nich udało się jednak wyjść z impasu obronną ręką:

  • Daryl-Sasha-Abraham vs gang Negana                                                                                                                                                 Zdecydowanie drugi co do niesamowitości motyw epizodu 9. Kiczowata i przesadzona do granic możliwości sekwencja, godna najbardziej tandetnego akcyjniaka ze Stevenem Seagalem w roli głównej, okazała się jedynym momentem po którym zbierałem szczękę z podłogi. Pomysł na wprowadzenie do odcinka, choć do całości pasujący jak pięść do oka, to jednak fantastyczny więc z mojej strony chapeau bas. Komizm oraz żywa prześmiewczość sytuacji wyszły miodnie. Najlepiej oczywiście wypadł Christopher Berry (przywódca gangu), który już w pierwszych minutach pokazał, że czuje się jak ryba w wodzie. Trzymał sekwencję w ryzach, idealnie dopasował się do charakteru swojej postaci oraz nadawał wszystkiemu odpowiedni ton. Obok Ethana Embry’ego oraz Johna Carrolla Lyncha, jest to trzeci gościnny występ warty zapamiętania. Oczywiście nie obyło się bez głupotek pokroju sprawdzania bagażnika w cysternie, bezszelestnej szamotaniny Dixona czy też ostające się bez większych uszkodzeń motory po wybuchu rakiety, ale dla mnie nie gra to jakiejkolwiek roli. Naprawdę satysfakcjonujący teaser przed finalnym wprowadzeniem Negana.
  • Przemarsz Ricka i reszty przez hordę w Alexandrii                                                                                                                       Szczerze powiedziawszy jest to chyba najsłabszy element całego odcinka. Nie wiem dlaczego, ale nie wywołał we mnie żadnych pozytywnych emocji, co zapewne wynikało z wyczuwalnego braku większego zaangażowania ekipy w realizowaną sekwencję. Początek, kiedy słyszymy przytłumioną muzykę na tle której odbywa się pełne skupienia przedzieranie przez hordę, wyszedł nawet klimatycznie, ale trwał on jedynie ułamek sekundy. Dodatkowo, mamy tutaj dość długą listę grzeszków popełnionych może nie tyle przez scenarzystę (choć ten też swoje dołożył), ile przez reżysera, co w znaczący sposób przeniosło się na kreowane wrażenie zagrożenia. Biorąc pod uwagę warunki nakreślone w pierwszym sezonie serialu, widok deliberujących sobie jak gdyby nigdy nic bohaterów, osaczonych zewsząd nie zwracającymi na nich uwagi zombie wyszedł wręcz kuriozalnie. Chyba każdy z nas pamięta pełen napięcia marsz Ricka i Glena z odcinka „Guts„, gdzie nawet najmniejszy szmer będący przejawem życia został nagle zarejestrowany przez pobliskie trupy. Nawet ruchy odstające od „normy” zwracały na siebie uwagę. A tutaj? Kompletne zero. Ale na tym się to nie kończy, ponieważ kompletnie zapomniano o zeszłoodcinkowym nawoływaniu Sama; Alexandrię którą można w kilka minut przebiec wzdłuż i wszerz, bohaterowie przemierzają tak długo, że aż ich zastaje środek nocy; cała kilkunastominutowa sekwencja została nakręcona w pobliżu nieszczęsnego stawiku. Nie chcę nawet wspominać o tym, że nikt z dorosłych nie zaprotestował stanowczo wobec utyskiwań niestabilnego emocjonalnie dziecka odnośnie udziału w eskapadzie.

No Way Out 6

  • Przełamanie barier Gabriela oraz Eugena                                                                                                                                           Drugi satysfakcjonujący motyw epizodu. Z perspektywy czysto fabularnej, twórcy nie mogli wybrać na to lepszego momentu. Po prawie dwóch latach krążenia w okół jednego schematu, nareszcie zrobiono milowy krok w przód co do podejścia obydwu postaci do ich sytuacji i świata zewnętrznego. Gabriel w końcu zerwał z łatką jątrzącej na boku szui, zyskując zaufanie Ricka, a Eugene dowiedział się co do znaczy odwaga i walka o utrzymanie własnego bezpieczeństwa. Ta nagła przemiana może wydawać się odrobinę wymuszona, ale biorąc pod uwagę ogólny średnio-poprawny poziom serialu, dobrze się stało że nie dorabiano do tego bóg wie jak wielkiej ideologi. Ot, przypływ adrenaliny, wjazd na ambicje i efekt widzimy na ekranie. Weźmy tu po prostu pod uwagę, że obecny showrunner to nie Frank Darabont więc na złożoną psychologię nie ma co liczyć. Aha, no i na koniec pochwały dla Setha Gilliama oraz Josha McDermitta, którzy po prostu rozumieją swoje postaci i grają, ukazując ich kwintesencję. Nie były to popisy rewelacyjnie, ale na pewno przykuwające uwagę swoją autentycznością.
  • Umacnianie wiary Enid                                                                                                                                                                           Umiarkowanie-poprawny wątek. Enid jak to Enid, dalej działa na nerwy i raczej mało wskazuje na to aby zyskała w moich oczach, aczkolwiek dosyć mocno zapunktował tutaj Glenn, który jest prawdopodobnie pierwszą od dawien dawna postacią, która w sposób niefilozoficzny podeszła do sensu swojego życia. Zrobił to ludzko, prosto, realistycznie, bez przekombinowania. Cieszy mnie fakt, że motorem napędowym jego obecnej egzystencji są wszystkie dawne moralne kompasy grupy w postaci Dale’a, Hershela, Tyreesa (choć tu można polemizować) oraz Anderii. Pokazuje to jego silny emocjonalny związek z tymi postaciami oraz wpływ ich decyzji na postępowanie Rhee, które na chwilę obecną jest mocno przesiąknięte wartościami dawnego człowieczeństwa. Troszeczkę rozczarowałem się co do formy wspominek ponieważ rzekomo miały być one zrealizowane w wyjątkowo piękny sposób, a co za tym idzie liczyłem odrobinę na jakieś krótkie flashbacki, ale koniec końców nawet i z tego byłem zadowolony.
  • Przemiana Wilka oraz Denise                                                                                                                                                               Kontynuowanie tego wątku było dla mnie mocno niezrozumiałe i MSP pokazał mi dlaczego. Całość generalnie poszła bardzo przewidywalnym, niezbyt angażującym i rozczarowującym torem, a jego jedynym pozytywem było ustabilizowanie życia Denise. Te wszystkie pogadanki o przemianach czy nagła zmiana nastawienia Wilka z mordercy zdolnego zabić dziecko do człowieka poświęcającego swoje życie na rzecz obcej osoby, to przejaw nie tylko słabości tej części scenariusza, ale również nagięcia zdrowego rozsądku. Pomijam w tym wszystkim fakt przesiedzenia całego dnia za winklem jakiegoś domu, zapewne kilka metrów od miejsca pobytu Tary, cudny brak reakcji zmobie na smakowity kąsek pośrodku ulicy, czy wyjątkowo sztucznie wyglądające szarpaniny Cloyd z trupami. Merritt Wever zagrała w tych konkretnych momentach zupełnie bez zaangażowania, a jej spokojnie przechadzanie się po opanowanej Alexandrii to całkowite kuriozum.  Związany był z tym jeszcze poboczny wątek Tary, Rosity, Carol i Morgana, ale nie jest to zbyt ważny element by o nim wspominać. Powiem jedynie tyle, że Christian Serratos (Rosita) powinna się udać na lekkie doszkalające z zakresu aktorstwa, bo w MSP zagrała sztywniej niż kłoda.

No Way Out 5

  • Ratunek Maggie                                                                                                                                                                                                        Powiem tyle, wątek bezsensowny już od samego początku, a to tylko dlatego, że nasza córeczka farmera ratunku nie potrzebowała ponieważ spokojnie mogła się usadowić na kładce po której dostała się do niej Enid. Ale mniejsza z tym, ponieważ główny celem było podtrzymanie dynamizmu toczącej się wewnątrz Alexandrii walki i z tego wywiązało się na medal. Ani przez moment nie poczułem, że napięcie czy dynamizm spada. W zachowaniu bohaterów czuć było narastającą desperację oraz przytłoczenie zagrożeniem. Maggie pokazała prawdziwy strach i tutaj chylę czoła przed Lauren Cohan. Jedyną rysą na całości był Glenn, który ponownie znalazł się na granicy życia i śmierci, i który ponownie wyszedł z niej bez najmniejszego szwanku. Podobnie jak Dixona, nawet kule wystrzelone serią z broni szybkostrzelnej nie są w stanie go zabić.
  • Odbicie Alexandrii z rąk hordy                                                                                                                                                                      Cudo, cudo i jeszcze raz cudo. Tak dobrze zrobionej sceny batalistycznej nie mieliśmy w TWD chyba od zakończenia drugiego sezonu. Klimat wciągał widza doszczętnie, przygniatając go ogólnym rozmachem i wielkością. Greg Nicotero idealnie zapanował nad bezmiarem toczącego się kryzysu. Jak dla mnie przedstawił on czystą esencję omawianej problematyki. Była wiara, determinacja, zjednoczenie, wola, nadzieja, zaangażowanie, siła. Najbardziej przypadło mi do gustu to, że starano się ukazać wszystko z perspektywy nie bohaterów, a trupów. Praktycznie cały czas mamy rzut od ich strony, co w świetle ciągle narastającego oporu Alexandryjczyków jedynie utwierdza nas w przekonaniu, że horda nie jest już miażdżącą i pozostawiającą po sobie zgliszcza falą. Wszystko dodatkowo okraszone zostało dynamiczną reżyserią, wydłużonymi jak na TWD ujęciami oraz dobrze dopasowaną do całości muzyką. Wieńczącym elementem była emocjonalna przemowa Ricka, w której Anderw Lincoln ponownie wspiął się na wyżyny swoich możliwości.                                                                                                                                 No Way Out 8

       Zupełnie oddzielny akapit postanowiłem poświęcić ostatniemu kluczowemu motywowi „No Way Out” jakim jest śmierć rodziny Anderson oraz idące za tym długofalowe skutki. Jak większość z Was doskonale wie, jestem osobą która z nieskrywaną nabożnością podchodzi do wiernego ekranizowania komiksów. Nie od dzisiaj wiecie, że odcinki w znacznym stopniu zaczerpnięte z papierowego pierwowzoru, dostają ode mnie bardzo wysokie noty. Był jednak jeden wątek, co do którego miałem ogromne obawy i wobec którego wyrażałem stanowczy sprzeciw. Jest nim właśnie odejście Andersonów. Już w komiksie spotkał się on z mojej strony z chłodnymi reakcjami, więc przy serialu musiałby się stać cud aby takowe nie miały miejsca. Niestety cudu nie było. Całość wyszła strasznie sztywno i na kilometr raziła sztucznością. Nie czułem w tym tragedii, dramatu, horroru czy szoku. Sytuacja została wykreowana w sposób zupełnie wymuszony, a zachowane niektórych postaci kompletnie nierealne. O ile jeszcze jestem w stanie zrozumieć szok Sama wywołany przywołaniem z pamięci słów Carol, o tyle bierność w reakcji całej reszty wydaje mi się absurdalna. Jessie od niechcenia stara się uspokoić syna, Rick mętnym wzrokiem patrzy na panikę dziecka, a Ron jakby w ogóle nie przejmował się tym co dzieje się na około. Dodatkowo wszędzie harmider, a okoliczne trupy w ogóle nie przejmują się zamieszaniem. Kiedy już ginie Sam, sceneria niewiele ulega zmianie, przy czym Grimes w ogóle nie stara się uratować ukochanej od nadchodzącej śmierci. Przyjmuje pozycję jakby przypomniał sobie, że zostawił gdzieś mleko na gazie. Wszystko wydawało mi się wyprane z głębszych uczuć, a już fakt ewidentnie stłamszonych i nie wiedzących co robić aktorów, kompletnie nie poprawiał odczuć. Alexandra Breckenridge okazała się nieprzekonywująca by nie powiedzieć, że sztywna, a Andrew Lincoln zaliczył swój najgorszy występ z dotychczasowych. Reżyseria też nie pomogła, ponieważ próba nadania całości nuty artyzmu, poprzez pojawiają się flashbacki w odcieni czerwieni, jedynie dodały ciężkości. Jedynymi ciekawymi elementami były prawdziwy szok i ból wyrażony na twarzy Michonne no i oczywiście postrzał Carla.

No Way Out

       Podsumowując, „No Way Out” to odcinek solidny, ale nie pozbawiony problemów. Choć koniec końców wywołuje on szereg pozytywnych reakcji, jego trzewia są w wielu miejscach niedopracowane, co przy obiektywnym podejściu do tematu uniemożliwia mi nazwanie MSP mianem najlepszego epizodu jaki został dotychczas stworzony. Jest to typowy materiał TWD, w którym tona rozemocjonowania idzie w parze z równie dużą ilością głupotek i niedociągnięć. W drugim akapicie niniejszego wgryzu stwierdziłem, że S06E09 startuje na poziomie niezłym czyli szóstki według naszej forumowej skali, ale z racji wrażeń jakie dostarczył jestem skłonny dać mu ocenę o oczko wyżej czyli 7/10.

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts