Biżuteria Handmade

rhiannon_interview

      „Tak właśnie kończy się świat: nie z hukiem, nie ze skomleniem, tylko z odgłosem rozszarpywanych ciał…”- tym oto cytatem okraszona jest jedna z najnowszych i jednocześnie najświeższych serii książkowych traktująca o świecie pustoszonym przez epidemię żywych trupów, której autorką jest mało znana szerszej publiczności pisarska Rhiannon Frater. Z tego względu, iż zapewne niewielu z Was słyszała o tej dość tajemniczej artystce (choć zakładam, że może ktoś się wyłamał z tego schematu) przydałoby się przytoczyć tutaj choć cząstkę z jej dość interesującego życiorysu. Otóż, Frater swoją karierę zaczęła kilka lat temu od internetowych publikacji swego opowiadania zombiestycznego, do którego napisania zmotywowała ją dość dziwna (jak dla mnie oczywiście) sytuacja. Przytoczę ją zatem dla rozjaśnienia sprawy:

„Ujrzałam młodą, czarnowłosą kobietę w różowym szlafroku, stojącą na wejściowych schodkach swego domu i spoglądającą w dół. Zastanawiałam się na co ona z takim przerażeniem patrzy. I w tedy zauważyłam maleńkie paluszki przeciskające się pod drzwiami”.

Widok, z którym spotkała się Frater był na tyle przerażający, ale zarazem i emocjonujący, że w trybie natychmiastowym zapragnęła ona opisać to zdarzenie i przekazać je światu. Wybrała jednak dość niekonwencjonalny sposób, gdyż postawiła na klimaty żywych trupów. Po zamieszczeniu pierwszego fragmentu na swoim blogu, historia ta zyskała niespotykanie wielki i raczej nieoczekiwany przez nią rozgłos. Reakcja fanów była wręcz powalająca. Po serii wysłanych mailów z podziękowaniem, odbiorcy zażądali natychmiastowej publikacji opowieści. Za sprawą ich nacisku, w marcu 2013 roku pierwszy tom obdarzony tytułem „Pierwsze Dni” ujrzał światło dzienne, wprowadzając Rhiannon w rozległy oraz jakże bujny świat literatury fantasy/s-f.

pierwsze_dni_2

„Thelma i Louise w świecie The Walking Dead”

All Things Urban Fantasy 

      Znając już przeszłość autorki, rozłóżmy na czynniki pierwsze książkę rozpoczynającą serię „Zmierzch świata żywych” pt. „Pierwsze Dni” wprowadzającą czytelników w niezwykle burzliwe oraz dramatyczne wydarzenia mające miejsce w stanie Teksas w USA, których głównymi bohaterkami są Jenni oraz Katie- dwie protagonistki będące kwintesencją kobiecej inteligencji, zapalczywości, zaradności oraz subtelnego uroku i zmysłowości. Zarys fabularny kuszący, nieprawdaż? Zastanówmy się jednak, czy te pozory urokliwości i zaintrygowania zostały spełnione.

      Frater wybierając tematykę zombie rzuciła się dosłownie na głęboką wodę bez żadnego zabezpieczenia. Mając na uwadze uniwersum Roberta Kirkmana „The Walking Dead” oraz rozległe dokonania ojca gatunku Georga Romero, śmiało można dojść do wniosku, że nic innowacyjnego i świeżego w tym temacie wymyślić się nie da. I to jest właśnie największy problemem z jakim na nieszczęście boryka się fabuła „First Days„. Sięgając po ten tytuł,  doskonale zdawałem sobie sprawę z faktu ograniczonego pola manewru. Nie miałem jednak zielonego pojęcia o tym, że ta książka jest aż tak podporządkowana wyeksploatowanym już do granic możliwości schematom oraz konwenansom rządzącymi światem zombie. Autorka nie pokusiła się o zbytnią elastyczność, przez co storytelling książki jest niezwykle sztywny i niezmiernie hermetyczny. Bardzo mocno podąża on wytartymi już szlakami ani na moment nie schodząc gdzieś w boczne drogi rozwojowe. Ewolucja fabuły wielokrotnie pozwalała na zaimplementowanie czegoś nowego, lecz Rhiannon jakby bała się improwizować, w efekcie czego wszelkie możliwe nowości zamiatała pod przysłowiowy dywan, sprawiając że jej opowiadanie z rozdziału na rozdział coraz to ubożało. Na próżno szukać tutaj treści wcześniej niespotykanych czy nieprzedstawianych. Czytelnik niewątpliwie doświadczy uczucia wtórności czy powtarzalności. Należałoby również zwrócić uwagę na fakt taki, że podążając wraz z głównymi bohaterkami przez świat pogrążony w chaosie nie mogłem odeprzeć od siebie wrażenia, że „Pierwsze Dni” są wręcz bardzo mocną inspiracją wątków z „The Walking Dead”. Niektóre zagrania są tak niesamowicie podobne, że aż oczekiwałem momentu w którym na tapecie pojawiłby się Rick i spółka. Co za tym idzie z powyższego opisu obraz fabuły nie jawi się zbyt kolorowo. Zatem czy oznacza to, iż podstawowy aspekt książki jest aż tak zły? Na całe szczęście nie. Po pierwsze historia jest niesamowicie zdynamizowana. Szybkie tempo wydarzeń sprawia, że idzie się przez kolejne strony w tempie iście zatrważającym. Na taki stan rzeczy wpływa nie tylko zakres rozwijania się zarazy, ale również sposób wyobrażenia trupów. Postawienie na ich sprawność ruchową, sprawiło, że bohaterki muszą działać tak „gibko” jak to możliwe. Z tego też względu sceneria zmienia się niczym w migawkach. Dodatkowo Frater opisała w „Pierwszych Dniach” coś co przez większość twórców jest pomijane, a mianowicie cała początkowa faza wybuchu epidemii. Niezwykła szczegółowość oraz przywiązanie do detali sprawia, iż dostajemy niezwykle tragiczny oraz zarazem soczysty i brutalny obraz końca świata, pełen szorstkości. Chaos, dezorganizacja, strach, bezcelowość to jedne z wielu uczuć, które gotują się w czytelniku już w pierwszych rozdziałach. Wykreowane środowisko jest tak zdominowane przez uczucia upadającego świata, że sama miałkość historii została odpowiednio wyważona, przez co nie ciąży w aż tak silny sposób.

      Kolejny bardzo ważnym czynnikiem, wpływającym na odbiór tego tytułu są dwie główne bohaterki w osobach Katy oraz Jenni. Mówiąc prosto fani takich osobistości jak Michonne, Andrea, Lori czy Carol będą niezmiernie zadowoleni, ponieważ wspomniana dwójka jest czystym miksem znanej większości fanów TWD damskich postaci. Sprawia to, że ich rysy charakterologiczne są nader intrygujące. Z jednej strony możemy doświadczyć bezwzględności działania, z drugiej matczynego zaangażowania, z trzeciej moralnego kręgosłupa, z czwartej oddania najbliższym. Ewidentnie widać, iż Frater dołożyła wszelkich starań by stworzyć protagonistki niezwykle kompleksowe, wszechstronne w postępowaniu oraz wielotematyczne, na których śmiało mogłaby oprzeć swoją opowieść. Jesteśmy również świadkami ich niesamowicie prawdziwej oraz uzasadnionej przemiany o bez wątpienia stabilnym podłożu, której proces trwa nieprzerwanie od samego początku książki. Widzimy jak bohaterki te stopniowo odkrywają siebie na nowo wyciągając na wierzch umiejętności oraz postawy, o które byśmy je nie podejrzewali kilka rozdziałów wcześniej. Sprawia to, iż ich rysy charakterologiczne nie mogą pozostać niezauważone. Czytelnicy mają do czynienia z naprawdę pełnokrwistymi i kolorowymi osobowościami na których charakter wpływa każde pomniejsze wydarzenie. Należy również zwrócić uwagę na fakt, iż wszystko to z czym boryka się ten duet ma długoterminowy wpływ na nie same. Frater dokonuje w pewnym sensie syntezy łącząc w sposób klamrowy wiele elementów, które nie mogą czasami funkcjonować autonomicznie. Coś co na pierwszy rzut oka wydaje nam się błahostką okazuje się naprawdę ważnym czynnikiem w momencie kiedy zestawi się go z innymi doświadczeniami. Niestety jednak, mimo tak ciekawego zarysu głównych postaci „Pierwszych Dni” Rhiannon popłynęła w przypadku kluczowego czynnika czyli wspólnej relacji na drodze Katy – Jenni. Wydawać by się mogło, że mając tak dobrze zarysowane bohaterki ich korelacje powinny być burzliwe, pełne emocji i euforii. Szkoda jednak, że ze świecą przychodzi szukać tych elementów. Ten swoisty twist jest tak sztucznie, tak nieprawdziwie i tak nierealnie prowadzony, że czytelnik zaczyna się zastanawiać czy nie lepiej wyszłoby, gdyby ta dwójka została od siebie odseparowana. Ich znajomość rozwija się nienaturalnie i zaczyna przybierać czasami kuriozalny obrót. Wzajemny wpływ na siebie jest bezpodstawny, a oddanie i silna relacja nie mają mocnej bazy pod to by traktować to poważnie. Zdarza się nawet, że sekwencje poświęcone tylko im są w pełni sztampowe, godne polecenie twórcom „Mody na Sukces”. Niestety, telenowelowatość nie została tutaj ominięta. 

      Analizując poszczególne aspekty tego dzieła, warto spojrzeć na kwestię zasadniczą czyli sposób wykreowania żywych trupów. Sporo z Was przyzwyczaiło się do powłóczących nogami, ślamazarnych trupów które jak jeden mąż zalewają Stany Zjednoczone. Frater jednak postanowiła zerwać z tym wyobrażeniem i odrobinę poeksperymentować. Po pierwsze wprowadziła-jak już wspomniałem wyżej – sporą sprawność motoryczną zombie. Cechują się ona szybkością, sprytem, a nawet szybkim reagowaniem na bodźce. Są spostrzegawcze oraz zawzięte, przez co stanowią naprawdę poważne zagrożenie. Należy również zwrócić uwagę na fakt taki, iż autorka zachowała im szczątkową pamięć oraz inteligencję wraz z funkcjami adaptacyjnymi. Zombie z czasem zaczynają rozpoznawać otoczenie w którym przebywają dłużej niż parę chwil, wykorzystując dla swoich korzyści słabe elementy. Czy możemy uznać, że stosują pewną taktykę? Raczej tak, choć jest to lekko naciągane, zważywszy na to, że takich trupów jest dość mała ilość. Oznacza to, że jesteśmy w stanie wyróżnić pewne gatunki zombie, podobnie jak ma to miejsce w uniwersum Kirkmana.

      A jak natomiast układa się logika akcji oraz niektórych zdarzeń. Mówiąc szczerze, Frater chyba aż nadto wzięła sobie do serca podstawy gatunku s-f, w którym można naginać reguły według swojej modły. Rozumiem, iż jest to dopiero raczkująca pisarka, jednakże tworząc historię taką jak „Pierwsze Dni” osadzoną w realnym świecie z dobowym cyklem dnia oraz pewnymi zależnościami powinno się pamiętać o tym, że nie wszystkie zagrania są dozwolone. Po pierwsze, rozprzestrzenianie się epidemii przybiera niesamowicie szybkie tempo. Dowiadujemy się, że w przeciągu raptem jednego dnia, ba nawet kilku godzin świat pogrążył się w istnym chaosie, a populacja ludzkości została zdziesiątkowana w takim stopniu że jedynie dobitki się ostały. Spójrzmy prawdzie w oczy – czy takie zagranie jest możliwe? Kilka godzin i koniec? Jest to mocne nagięcie zależności i zgodności czasu akcji z jej rozwojem. Następna rzecz, która rzuca się w oczy to pewna niespójność faktów. Czytelnicy wraz z rozwojem fabuły dowiadują się że świat upadł. Nie przeszkadza to jednak w tym by ciągle działała elektryczność. Bohaterowie korzystają z niekończących się dostaw prądu wykorzystując maksymalnie wszystkie dostępne uciechy. Wydawać by się mogło, że bez szwanku nadal funkcjonują inne usługi. Niestety jednak wiemy, że takie elementy jak telefonia komórkowa czy Internet przestają działać. Pytanie więc jak to jest możliwe? Autorka wprowadziła w tym momencie jedną wielką nielogiczność implementując dwa antagonistyczne względem siebie aspekty. Kolejną sprawą, której chciałbym poświęcić trochę uwagi, a która niestety jest niesamowitym naciągnięciem rzeczywistości jest wygląd fortu w którym przyszło bohaterkom żyć. Z tekstu wynika, że w przeciągu dwóch dni tworzącej się właśnie społeczności w Ashley Oaks udało się ufortyfikować i odizolować praktycznie jeden kwartał miasta zlokalizowany w jego centrum, a uwzględniający kluczowe miejsca jak główny hotel czy ratusz. Czy jest to możliwe? Niestety, ale spoglądając optymistycznym wzrokiem, nie. Do tego, przerzucanie ludzi łyżką od koparki czy zastawianie ulic kontenerami są jednymi z wielu irracjonalnych zagrań tego tytułu.

      Podsumowując, „Pierwsze Dni” są książką niesamowicie niedopracowaną i bardzo nieprzemyślaną. Wychodzą w niej wszystkie braki autorki, które podczas jej tworzenia nie potrafiła ze sobą połączyć motywacji twórczej z racjonalnym podejściem do sprawy. Efektem tego jest spore ubożenie jakości tytułu, a to tylko ze względu na czasami śmieszne i przerysowane akcje oraz pomysły. Nie oznacza to jednak, że należy omijać to dzieło szerokim łukiem. Wiadomo jest, iż storytellingu na poziomie Stephena Kinga nie uświadczymy, niemniej jednak warto poświęcić te kilka chwil by zaznajomić się z historią Jenni i Katy. Rhiannon Frater choć nie dopracowała samego konceptu książki to wykazała się w kwestii jej emocjonalnego wydźwięku przedstawiając nam niezwykle mocny dramatyzm walki o byt w świecie opanowanym przez chodzące zwłoki. Jeżeli natomiast miałbym ocenić tytuł punktowo, to przyznałbym mu 5.5 pkt w skali 10 pkt.

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts