Biżuteria Handmade

Self Help- wgryz       „Fenomenalne otwarcie-zapychacz-zapychacz-zapychacz-genialny półfinał/finał” – w taki oto sposób możemy podsumować główny schemat twórczy, na którym oparte zostało „The Walking Dead” za kadencji Scotta M.Gimple. Epizod „Self Help” jest tego idealnym potwierdzeniem, gdyż stanowi niemalże słownikową definicję fillera. Pusty charakter odcinka przejawia się w praktycznie każdym jego aspekcie, a jego niewielka rola względem zasadniczej fabuły daje o sobie znać już w samym otwarciu. Pytanie tylko, czy S05E05 jest całkowicie zły? Rozchodzi się o to, że nie. Ma kilka naprawdę ciekawych pozytywów, które uchroniły go przed kompletnym fiaskiem.

Self Help7

        Jak już wspominałem wyżej, „Self Help” jest epizodem praktycznie pustym. Nie ma tutaj żadnej ważnej historii wymagającej centryka, przy czym prezentowane wydarzenia umotywowane są tylko i wyłącznie potrzebą rozwoju bohaterów. Z jednej strony cieszę się, iż wzięto na warsztat „świeżaków” serii, ale z drugiej strony nie chcę aby odbywało się to kosztem fabuły. Zabija to wypracowany na początku dynamizm oraz stabilizację, ustępując miejsca niewiele ważnym kwestiom, które tak de facto powinny być utrzymane na drugim planie. Nie rozumiem czym umotywowana była decyzja, odnośnie oddania Abrahamowi i jego niewielkiej grupce całych czterdziestu minut, skoro zasadnicza treść wątku rozegrała się w raptem trzech scenach o długości kilku minut.  Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, iż epizod pełen był długich, ciągnących się i nieangażujących scen, które i tak rozmywały wątłą i słabo klejącą się akcję.

       Iście zabójczym element S05E05 były także jego dialogi pełne sztucznej filozofii oraz niepotrzebnej religijności. Częściowo też mieszano w to normalność, co zapewne miało pokazać, iż mimo kolejnego kryzysu bohaterowie nadal znajdują swój cel w życiu. Ja niestety nie kupuję takiego miszmaszu. Przeplatanie konwersacji dotyczących postapokaliptycznych trendów w fryzurkach z biblijnymi wstawkami, a także dywagacjami nad przeszłością/przyszłością nie zdało egzaminu. Przynajmniej nie w takiej formie. Twórcy chcieli pewnie pogłębić rys charakterologiczny postaci, ale osiągnęli efekt odwrotny do zamierzonego. Czułem raczej miałkość oraz lekkie zażenowanie. Pomijam już to, iż dialogi pod względem składniowym są rwane, często oderwane od kontekstu i niełączącą się ze sobą. Widać to chociażby w scenie rozmowy Maggie oraz Glenna czy też Eguena z Tarą w księgarnia. Łatwo można było zgubić kontekst całej rozmowy, co wynikało z braku konkretyzacji treści.

Self Help8

       Ku mojemu zdziwieniu, najnowszy odcinek posiadał w sobie klimat dawno nie poruszanego w tym serialu survivalu. Obserwowanie bohaterów w naturalnym środowisku, do cna przesyconym uczuciem upadku, dało świetny efekt i utrzymało mnie przed ekranem w sporym zainteresowaniu. Mówiąc uczciwie, oglądanie scen buszowania po sklepach, przeszukiwania łazienek czy przystosowywania nowego lokum do przetrwania kolejnej nocy, jest o wiele bardziej przyjemniejsze, niż na maksa zintensyfikowana strzelanina czy też wybuchy, którymi często raczono nas w poprzednich latach. Te zwykłe, prozaiczne czynności pozbawione wymuszenia czy patosu sprawdziły się idealnie. Na deser zaserwowano nam również wyludnione miejskie otoczenie, które jest miłą odmianą po trzech sezonach ganiania po lesie. Widok pustych ulic oraz zapuszczonych domów buduje świetnie wrażenie kruchości życia człowieka, jego ulotność oraz chwiejność.

       Kolejnym plusem, na których warto zwrócić uwagę jest wszechobecny komizm. We wcześniejszych latach występował on tak rzadko, iż w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać czy w światopoglądzie bohaterów istnieje w ogóle coś takiego jako lekkość relacji, bezpośredni optymizm czy delikatność kryjąca się za zwykłym uśmiechem. Cieszę się, że choć na chwilę wprowadzono rozprężające nastroje, które tym razem sprawnie rozładowywały napięcie. Uważam, iż było to potrzebne gdyż w ten sposób uczłowieczono główne postaci i odrobinę ich odciążono. Widzów zresztą też…

Self Help4

        „Self Help” jest drugim epizodem sezonu piątego, który został zbudowany w oparciu o inwersję czasową. Niestety, nie zadziałało to na jego korzyść. Oczywiście pod względem merytorycznym wszystko było w jak najlepszym porządku, niemniej mocno ucierpiała na tym cała struktura odcinka. Częste przeskoki między głównym tokiem zdarzeń, a przeszłością Abrahama wprowadzały niepotrzebne zamieszanie. Nie dość, że zasadnicza akcja została pocięta, to na dodatek samą przeszłość rodziny Forda rozdrobniono na tak malutkie kawałeczki, iż z czasem straciłem jakiekolwiek zainteresowanie tym motywem. Podejrzewam, iż chcieli w ten sposób wprowadzić uczucie suspensu ale coś się twórcom tu nie zgrało. Aczkolwiek, muszę pochwalić Ernesta Dickersona za użycie ciekawej techniki artystycznej w realizacji wspomnienia. Ustawienie Abrahama w centrum oraz wyostrzenie jego osoby z jednoczesnym rozmycie krańców kadru dało fenomenalne wrażenie jego pogłębiającego się zatracenia. Widz widział świat jego oczami, czując dramat oraz schyłkowość jego dawnej postawy moralnej. Do tego wszystkiego wyblakły koloryt przecinany szarościami oraz czernią cieniów, symbolizujący coraz mocniejszą dehumanizację Abe’a.

       Skoro jestem już przy kwestiach technicznych, to warto powiedzieć kilka słów o realizacji scen z udziałem zombie. Było ich tu raptem trzy, aczkolwiek nie prezentowały one niestety równego poziomu. Najlepszą z nich był:

  • Panoramiczny rzut na kilkutysięczną hordę zombie – cudo, po prostu cudo. Sekwencja choć statyczna, to robiąca fenomenalne wrażenie. Ogrom i siła trupów ujęta w kilkuminutowej scenie, polegającej tylko i wyłącznie na ukazaniu potęgi wroga. Ich ilość, rozległość oraz wielkość przytłaczała.

Kolejna w hierarchii to:

  • kraksa autobusu plus walka z zombie – jest to scena połowicznie dobra. Sama idea rozbicia autobusu wywołała komiczne rozbawienie i automatyczne odwołanie to poradnika „10 prostych zasad jak spowodować wypadek” autorstwa Lori Grimes. Niemniej dalej było już zdecydowanie lepiej. Ujęcie sekwencji oczami Eugena, spowolnienie tempa oraz przemożne uczucie przerażenia, wprowadziło obezwładniającą bezbronność. Widz utożsamiał się dzięki temu ze stanem emocjonalnym Poretra, w pełni rozumiejąc jego strach czy paraliż.

Ostatnie i jednocześnie najgorsze sceny to:

  • walka pod budynkiem straży pożarnej- pomysł z zabijaniem zombie dzięki wodzie z wozu strażackiego był absurdalny i w stu procentach kuriozalny. Wszystko sprawiało wrażenie takiej tandety i sztuczności, że ciężko było na to patrzeć. Do tego jeszcze ta poważna muzyka w tle…Oczywiście nie kwestionuję tutaj sposób eksterminacji zagrożenia. Zwracam jedynie uwagę na realizację.
  • ucieczka Eugena przed zombie we wspomnieniach Abrahama – to było tak denne i tanie, że nawet nie wiem jak to odpowiednie skomentować.

Self Help5

        Jak już powiedziałem wcześniej, „Self Help” nastawione było na aktywnym rozwój bohaterów. Pytanie tylko, czy proces ten można zaliczyć tym razem do udanych? Niekoniecznie…Po zakończonym seansie można odnieść wrażenie, iż osiągnięto tutaj połowiczny sukces, bo o ile Tara, Abraham i Eugene zaliczyli jakiś progres, o tyle Rosita, Glenn oraz Maggie nadal stoją w miejscu, oswajając się ze swoją bezbarwnością.

       Bez cienia wątpliwości mogę stwierdzić, iż niekwestionowaną królową epizodu została Tara. Mówiąc uczciwie, jest to chyba najlepsza rzecz jaka przytrafiła się serialowi od czasu wprowadzenia niezwykle dynamicznego Hershela w drugim sezonie. Chambler jest świeża, inna oraz na swój sposób innowacyjna pod względem rysu charakterologicznego. Swoją osobą wprowadza tak fenomenalne nastroje, iż ciężko jest nawet opisać wrażenia jakie wywołuje. Choć odcinek teoretycznie został poświęcony relacjom pomiędzy Fordem, a Porterem, to jednak ona sprawnie odsunęła ich na drugi plan, skupiając na sobie pełną uwagę widza. Pokazuje to, jak bardzo dynamiczną jest ona bohaterką oraz jak efektywnie jest w stanie przejąć ciężar fabuły na swoje barki. Najlepszą jej cechą jest prostota w spojrzeniu na świat, która wprowadza sporo rozbawienia. Zwykłe komentarze w stylu „przesiądźmy się na rowery, przynajmniej nie spłoną” robią większe wrażenie niż kilometrowe i pełne patetyczności monologi Ricka. Mój zachwyt nad tą postacią jest wręcz nie do opisania. Niemniej, mam jedną uwagę co do niej. Nie spodobało mi się to, w jak szybkim tempie wybaczyła Eugenowi zepsucie autobusu. Jak sama zauważyła, mógł on doprowadzić do śmierci całej grupy. Nie uważam, aby to nagłe zapomnienie było tu na miejscu.

       Eugene to drugi bohater, który wywarł na mnie naprawdę piorunujące wrażenie. Oczywiście jego kłamstwo było niezwykle przewidywalne, ale nie rzutuje to w wielkim stopniu na cały proces jego ewolucji. Bardzo podoba mi się ta uniwersalność oraz nietuzinkowość względem pozostałej grupy ocalonych. Porter sprawia wrażenie całkowicie oderwanego od krajobrazu postapokaliptycznego. Jest nieokreślony oraz pełen dziwnego zaintrygowania. Jest ponadto inny, odmienny, unikatowy, a przy tym jakże prawdziwy.  Proces jego uzewnętrzniania się został ukazany rewelacyjnie. Stopniowe otwieranie się na brutalną walkę czy bezpośredni kontakt z zombie wyszło tak dobrze, iż nawet się tego nie spodziewałem. Zwieńczeniem wszystko był jego finalny wywód stanowiący nic innego jak oczyszczenie własnego sumienia. W końcu zrzucił się siebie ciężar oszustwa, widząc jak destrukcyjny wpływ miało ono na kondycję wszystkich ocalonych. Widz idealnie łapał w tej scenie dramatyzm związany z odpowiedzialnością Eugena za śmierć tak wielu osób.

       Po niespełna 10 epizodach, w końcu stabilnie umotywowano działanie Abrahama, tłumacząc jego fiksację na punkcie podróży do Waszyngtonu. Czy ja to kupuję? Częściowo. Choć sprawnie wyjaśniono jego agresję, depresyjność czy wybuchowość, to jednak zrobiono to w bardzo schematyczny sposób, czyli „tracę rodzinę„. Jest to odrobinę jałowe podejście, ale nie mówię że całkowicie złe. Po prostu było to mocno przewidywalne, aczkolwiek w świetle pięcioletniego rozwoju serialu, ciężko oczekiwać większej innowacjności. Trzeba się przyzwyczaić do tego, iż takie wstępy będą na porządku dziennym. Najważniejszym jest jednak to, że sama osoba Forda wywiera dość skrajne emocje, które budują nieprzewidywalne nastroje wokół jego osoby.

       Pozostała trójka bohaterów czyt. Rosita, Glenn oraz Maggie pełnili rolę typowego mebla, który ma stać i ładnie wyglądać. Niby coś tam próbowano z nimi zrobić, ale generalnie cudów nie osiągnięto. Pierwsza chciała się sprzeciwiać i pokazać pazurki, lecz wyszło to słabo i sztucznie. Nie kupuję tego. Zastanawiam się, czy porażka w tej kwestii jest wynikiem scenariusza czy słabej aktorki. Drugi, niby się ogarnął i przejawia większy racjonalizm, niemniej w jego przypadku mówimy już o tak rozległym wypaleniu się materiału, iż ciężko cokolwiek ciekawego zdziałać. Trzecia poza kilkoma pseudofilozoficznymi wstawkami nie robiła dosłownie nic poza zmianą nogi na której opierała swój ciężar. Nie mówię, na Lauren Cohan zawsze miło popatrzeć, ale to nie wybieg Victoria’s Secret czy „TapMadl

Self Help6

 

       Ostatnią kwestią, którą chcę omówić jest aktorstwo. Tutaj prym wiedli przede wszystkim:

  1. Michael Cudlitz – fenomenalny zakres ekspresji emocji, począwszy do dramatu, przez złość, rozgoryczenie lub groteskowy śmiech (to tak w dużym uproszczeniu). Niezwykle prawdziwy w tym co robi, oraz co najważniejsze, przekonywujący. W roli Abrahama czuje się jak ryba w wodzie, bawiąc się jego rysem charakterologicznym. Do tego duża lekkość, swoboda oraz brak wymuszenia. Świetnie zbudował obraz stereotypowego żołnierzyka z tragiczną przeszłością.
  2. Josh McDermitt – w pełni kupuję jego interpretację Eugena. Ta doza komiczności połączona z automatyzacją głosu czy ruchów jest powalająca. Nie wiem czy było to zamierzone, ale wyszło świetnie. W „Self Help” rzuciły mi się w oczy pewne impulsywne reakcje, które w jego wykonaniu dopełniły cały obraz Portera.
  3. Alanna Masterson – no po prostu cudo. Takiej delikatności oraz prostoty nie mieliśmy od czasów Emmy Bell. Bezpośrednia w analizie stanu emocjonalnego jej postaci, co działa na korzyść finalnego wyobrażenia Tary. Świetna, po prostu świetna.

Reszta niestety pozostawia wiele do życzenia. Christian Serratos kompletnie nieprzekonująca oraz całkowicie sztuczna w tym co robi. Rosita w jej wykonaniu jest po prostu płaska i ma pełno naleciałości typowego plastiku. Scena sprzeciwu wobec Abrahama wyszła jej strasznie, choć i tak od Emily Kinney oddzielają ją kilka poziomów. Steven Yeun oraz Lauren Cohan zostali zjedzeni przez rutynę. Sprawiają wrażenie jakby w serialu byli tylko i wyłącznie ze względu na podpisany kontrakt. Grają jakby chcieli, a nie mogli.

       Reasumując, odcinek „Self Help” jest rozczarowujący, ale przynajmniej utrzymano go na akceptowalnym poziomie. Nie jest tak straszny jak „Slabtwon„, ale daleko mu także do jakości której oczekujemy. Nie porywa i to jest chyba jego największy negatyw. Oceniając go w skali od 1 do 10, wystawiam mu zasłużoną ocenę 5.5/10. Jest to moim zdaniem sprawiedliwa nota.

 

 

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts