Biżuteria Handmade

Slabtown - intro

Do tej pory The Walking Dead nigdy nie schodziło poniżej pewnego, niebezpiecznie niskiego poziomu.  To w końcu ten serial, stanowił pierwsze poważne i wysokojakościowe podejście do tematu Żywych trupów w telewizji. Slabtown można odebrać raczej jako nieciekawy debiut reżyserki, na kiepskiej filmówce. Naprawdę, nie sądziłem wcześniej, że będę się czuł aż tak rozczarowany oglądając TWD. Szczególnie, że po paru bardzo dobrych odcinkach spodziewałem się, że wątek porwanej Beth dołoży do tego sukcesu kolejną cegiełkę i okaże się na tyle wciągający by poświęcać mu cały epizod. 

 

Ciężko nawet rozpatrywać Slabtown w kategoriach w jakich zwykło się pisać o The Walking Dead. Oczywiście okazjonalnie pojawiły się tu zombiaki, ale poza nimi z klasycznego klimatu nici. Kolejnym elementem przypominającym z czym właściwie mamy do czynienia, miała być zapewne Beth, która jak najbardziej zasłużyła sobie na miano głównej bohaterki. Ok, mamy więc jakieś podstawy żeby odcinek z Żywymi Trupami połączyć, ale w takim razie dlaczego i tak kompletnie straciłem poczucie, że oglądam zrealizowany na wysokim poziomie serial o trudnych czasach apokalipsy? Miejscami przypominało to bardziej hardcorową wersję Chirurgów – szczególnie sceny w których Beth służyła pomocą doktorowi, pchając wózek czy podając leki w rytm pobrzdękującej w głębi muzyki. Już pierwsze momenty epizodu, z próbującymi „wywoływać wrażenie” ujęciami na tykający zegar zapowiadały materiał co najwyżej średniej jakości. To nawet nie kwestia tego, że wraz Greenówną zostaliśmy rzuceni do nowej lokacji i w nowe środowisko. Nawet jako odrębna historia Slabtown wypadło wyjątkowo słabo.  Wszystko tutaj zupełnie odbiegało od tego z czym do tej pory kojarzyliśmy The Walking Dead. Nawet zachowanie bohaterów, które choć często w serialu mogło wydawać się przerysowane, to zawsze starano się  utrzymać je w duchu komiksu. Tutaj trzymano się po prostu tandetnych, najbardziej oklepanych klisz – sprytny Noah ratujący Beth z opresji, wściekająca się policjantka, perwersyjny glina. Został ogromny niesmak i rozczarowanie.  W tunelu pojawiło się tylko jedno światełko. Mianowicie temat amoralnej decyzji doktora o pozbyciu się konkurencji. Nie był to może najbardziej wyrafinowany pomysł scenarzystów, ale chyba najmniej wyświechtany schemat z którego odważyli się skorzystać. Bohaterowie albo reagowali zbyt przesadnie, albo ich reakcja została ograniczona do kompletnego minimum. Przez kompletny brak więzi z nowymi bohaterami i momentami wręcz surrealistyczną atmosferę marnego thrillera psychologicznego o ucieczce z psychiatryka, wewnętrzne dramaty i konflikty nowej grupy nie robiły na widzu żadnego wrażenia (Nawet Beth nie przejęła się za bardzo samobójstwem Joan) . W końcu mieliśmy już do czynienia z o wiele ciekawszymi społecznościami, a ekipa szpitalnych policjantów to po prostu za mało by kogokolwiek zainteresować. Rozmowy Beth z bohaterami to kolejny powód do narzekań. Greenówna zachowywała się trochę jak po silnej dawce leków na uspokojenie. Z oburzeniem rzucała wyświechtanymi tekstami, na które znajdywały się równie wyświechtane odpowiedzi. Wrócę tutaj do rozmowy z doktorem na dachu szpitala, w której zarzuciła mu, że „jego życie to nie życie”. Powiedziała osoba, która jeszcze nie dawno kryła się ze swoją rodziną w więzieniu, próbowała popełnić samobójstwo i szukała po lesie alkoholu z braku laku. A skoro przy tej scenie jesteśmy czy tylko mi opuszczona Atlanta nie wydała się już tak klimatyczna jak niegdyś (może to kwestia kiepskich efektów).

Beth

Odcinek sprawiał wrażenie kompletnie oderwanego od klasycznego The Walking Dead. Nie było by w tym nic złego, w końcu często osobne historie mogą wnieść do serialu sporo świeżości. Slabtown powtórzyło jedynie przeżute na tysiąc sposobów motywy, zanudzając przy tym swoją prostotą. Atmosfery nie ożywili nawet nowi, ale kompletnie płascy bohaterowie. Oficer Dawn z betonowym podejściem do przetrwania to jak na razie postać nieco karykaturalna. W opowieściach „to ona rządzi w szpitalu”, w rzeczywistości -pozbawiona charyzmy za to z zahaczającym o paranoję poczuciem obowiązku wobec biednych cywili. „Ostatni doktor”, to z kolei typ którego charakterologiczne braki próbuje się nadrobić podkreślaniem jego „wrażliwości na sztukę”. Nawet Noah to gość, którego „gdzieś już widzieliśmy”. Nie wiadomo nawet czego te wszystkie postacie chcą (Tylko napastliwy Gorman wyraził się jasno). Ratują ludzi po czym dają im do zrozumienia, że nie potrzebują zbędnego balastu i przetrwać powinni tylko pożyteczni. 

Aresztowanie

Nawet montaż i zdjęcia pozostawiały sporo do życzenia. Po prostu, większość scen nakręcona została w małych pomieszczeniach, ale żeby tego było mało, w ujęciach często używano wiele irytujących zbliżeń, przez co wydawało się, że sama kamera nie ma jak pomieścić się wraz z bohaterami w szpitalnej lokacji. Chwilowe scenki na świeżym powietrzu i szersze kadry były prawdziwym błogosławieństwem, szczególnie że większa część wcześniejszych ujęć charakteryzowała się kompletnym brakiem dynamizmu i pomysłu na ciekawe przedstawienie danej sytuacji w obiektywie (miejscami było bardzo dziwacznie). Gdybyśmy przenieśli się do telewizji lat 90, gdzieś w Argentynie – nie było by problemu, zarówno dialogi jak i prace kamera można by ocenić jako satysfakcjonujące. W kategorii TWD? No cóż, nawet nie będę tego komentował. Nie wiadomo co scenarzyści chcieli tym odcinkiem powiedzieć, nie był to w końcu typowy zapychacz. Po co jednak udowadniać nam po raz kolejny, że Beth to w rzeczywistości silna dziewczyna, bo chyba na tym polegało główne założenie odcinka.Co z tego jeżeli czy słońce, czy deszcz twarz Greenówny pozostawała myślą i emocją nie skalana. Beth ciągnąca wózek, Beth jedząca świnkę morską, Beth walcząca o przetrwanie – to dalej jeden i ten sam grymas w różnych stadiach. Takie „emocje” nie wydają się zbyt wiarygodne. 

 

Dawn

 

Slabtown w praktycznie żadnej kwestii nie przypominało tradycyjnego The Walking Dead. Pomijam już fakt, że oprócz Beth (Carol w końcówce), nie pojawił się tu nikt z głównej obsady. Przez chwilę myślałem nawet, że może cała ta sytuacja rozgrywa się w głowie nieprzytomnej Greenówny. Szczególnie kiedy poziom żenady i absurdu osiągnął maksimum w trakcie ostatnich minut i „brawurowej ucieczki” ze szpitala. Cała końcowa sekwencja podchodzi pod eksperymentalny twór, zachwyconego programem do montażu twórcy teledysków. Zwolnione tempo, jaskrawe filtry, wszystko doprawione chaosem, absurdem. Za to całkiem zabawne – poziom kiczu i braku smaku osiągnął tu MAKSIMUM. Nigdy wcześniej nie czułem się tak rozczarowany The Walking Dead, które jak na mój gust zawsze dostarczało nam w miarę przyjemną do oglądania opowieść. Slabtown było jednak męką, zarówno w kwestii chaotycznego, nudnego scenariusza, bohaterów jak i sprawach technicznych.

SZKIC - SLABTOWN - outro

Larone

Na Strefie zajmuje się głównie newsami, artykułami i recenzjami odcinków serialu TWD. W przeszłości udzielał się amatorsko w paru innych projektach. Kiedy najdzie go ochota, bawi się w krytyka filmowego (choć chyba podchodzi do kina zbyt optymistycznie). Poza Strefą: gorliwy widz serialowy, niestety nigdy nie zobaczył do końca Miasteczka Twin Peaks. Choć za popcornem nie przepada, gdyby mógł, większą część życia przesiedziałby w kinie. Dlaczego pisze na Strefie? Bo lubi :)

More Posts