Biżuteria Handmade

zywy-przeglad-intro

Choć informacje na temat pierwszego epizodu 7 serii TWD docierały do nas na długo przed premierą, to powrót do pełnej terroru sceny sprzed kilku miesięcy wciąż wywoływał na plecach ciarki grozy. Odcinek The Day Will Come When You Won’t Be sprawdził się zarówno jako prezentacja ustanowionego przez diabolicznego Negana „nowego porządku” jak i jako otwarcie nowego rozdziału w historii pozostałych przy życiu bohaterów serialu.

Właściwie to trudno byłoby ten odcinek naprawdę zepsuć. Po pierwsze twórcy wciąż trzymali nas w garści dzięki cliffhangerowi z finału szóstego sezonu. Po drugie epizod miał przedstawić bohaterów w sytuacji całkowitego terroru, którego jeszcze w takim stopniu nie zaznali. Całe 43 minuty wystarczyły dokładnie na tyle, by przedstawić nie tylko nowe reguły gry, ale również ustanawiającego te reguły Negana. Nie było tu nawet miejsca na nudne zapychacze. Realia zostały zarysowane w bardzo wyraźny i brutalny sposób. Z resztą, poziomem brutalności odcinek dorównał odpowiednim scenom w komiksie, co spotkało się nawet z oburzeniem niektórych fanów. I trudno im się dziwić, bo rzeczywiście, ciężko było patrzeć na cały ten krwawy mord postaci, z którymi zdążyliśmy zżyć się przez tę parę ostatnich lat (szczególnie w przypadku Glenna). Niestety, była to jednocześnie najbardziej odpowiednia droga do pokazania tego, do czego zdolny jest nowy antagonista.

the-walking-dead-episode-701-glenn-yeun-935

Najwyraźniej Scott Gimple rzeczywiście zrozumiał motywacje kierujące komiksowym Neganem i wprowadził go do telewizji w takiej formie w jakiej zapowiadał w jednym z wywiadów („Negan ma także dziwaczne poczucie empatii. Wie, że kiedy na niego wpadasz – masz strasznego pecha, ale i tak nie zmienia to sytuacji”). Muszę też przyznać, że choć Negan nie rzuca mięsem na lewo i prawo, a z postury nie wygląda niestety na groźnego, przypakowanego karka z komiksu, to w wygłaszaniu komiksowych kwestii i przeniesieniu charakteru postaci na ekrany, Jeffrey Dean Morgan radzi sobie jak na razie naprawdę dobrze.

Z drugiej strony nie można powiedzieć, że Negan to postać skomplikowana czy szczególnie trudna do zagrania. Nie jest na pewno typowym, nieprzewidywalnym psychopatą, ale łatwo określać go w równie prosty sposób. To raczej do bólu cyniczny, uśmiechnięty i niebrzydzący się przemocą racjonalista, który potrafi jednocześnie spojrzeć na świat z perspektywy swoich ofiar, wcześniej łamiąc je psychicznie i moralnie. Dobitnie przedstawia też swoje oczekiwania.

the-walking-dead-episode-701-rick-lincoln-3-935

Szkoda tylko, że o ile na poziomie scenariusza i aktorstwa The Day Will Come When You Won’t Be utrzymywał się na w miarę wysokim poziomie, to reżyseria zawodziła już często łopatologicznie prowadzoną narracją. Nie musiałem nawet sprawdzać nazwiska reżysera, by już po paru pierwszych montażowych zagraniach odgadnąć, że za kamerą pierwszego epizodu 7 sezonu stanął Gregory Nicotero.

Ten Nicotero, który chcąc pokazać wewnętrzne przeżycia Ricka robi to za pomocą czego? A jakżeby inaczej – czarnobiałych, tandetnych migawek. Co robi kiedy chce oczyścić atmosferę po brutalnej i dramatycznej scenie? Włącza rzewne tony muzyki i zwolnione tempo, dodające jeszcze więcej sztucznie pompowanego dramatyzmu i patosu (przynajmniej muzyka była ładna). Kiedy indziej Nicotero po raz kolejny puszcza „z offu” tętniący w tle głos Negana, na wypadek gdyby widzowie albo bohaterowie nie zrozumieli jeszcze przekazu jaki ze sobą niesie. Właściwie te niepasujące do ponurego świata The Walking Dead i zupełnie niesubtelne zabawy z formą były jedyną słabą stroną epizodu (oprócz irytującego zachowania Daryla i paru nie do końca przekonywujących w mojej opini reakcji na śmierć Abrahama i Glenna). Ktoś może lubi jednak tego typu scenki w rodzaju tej ostatniej, słodko-gorzkiej „wizualizacji” jedzenia przy wspólnym stole.

Tak jak w finale szóstego sezonu, tak i w najnowszym epizodzie fajnie wyglądały natomiast ujęcia, w których cały kadr zajmowała twarz jednego bohatera. Czasem budowało to pewien rodzaj dyskomfortu (kiedy w kadrze pojawiał się Negan), kiedy indziej pozwalało podglądnąć emocje i zagubione spojrzenia reszty bohaterów.

the-walking-dead-episode-701-rick-lincoln-4-935

Wyczekiwanie na nieuniknione uderzenia Lucille wciąż dostarczało masy emocji, ale kolejne minuty nieco sztucznego trzymania w niepewności sprawiały już wrażenie powtarzania tej samej, wyświechtanej sztuczki. Na szczęście oprócz powtórki z pełnej grozy, brutalnej sceny mordu, scenarzyści stworzyli także warunki do kolejnych, trzymających w napięciu i uzasadnionych fabularnie wydarzeń takich jak krajoznawcza wycieczka Ricka i Negana czy będąca jej następstwem mrożąca krew w żyłach scena z ucinaniem ręki Carla (zabawa ze znającymi komiks rozkręciła się tu na dobre).

Nową sytuację w zgrabny sposób wykorzystano również do kontynuowania wątku przywództwa Ricka Grimesa (cofając się do minionych sezonów: zaczęło się od tego, przeszło do tego i potem tego). Osadzenie Szeryfa w roli głównego bohatera epizodu wydawało się więc naturalnym porządkiem rzeczy. Sam Andrew Lincoln zagrał tu właściwie całym szeregiem złych emocji – od nienawiści po szok i przerażenie. I sprawdził się znakomicie jako przewodnik prowadzący widzów przez zgotowane bohaterom piekło.

the-walking-dead-episode-701-rick-lincoln-935

Czy odcinek The Day Will Come When You Won’t Be otwiera więc nowy rozdział w historii The Walking Dead? Tak przynajmniej prezentowało się to w pilocie. Nie zapomnijmy jednak, że w przeszłości wielokrotnie byliśmy świadkami takich nowych, ciekawych otwarć, które niestety kończyły się ostatecznie paroma rozciągniętymi w czasie epizodami-zapychaczami.

Ocena: 9/10

Fotosy:
www.amc.com

Larone

Na Strefie zajmuje się głównie newsami, artykułami i recenzjami odcinków serialu TWD. W przeszłości udzielał się amatorsko w paru innych projektach. Kiedy najdzie go ochota, bawi się w krytyka filmowego (choć chyba podchodzi do kina zbyt optymistycznie). Poza Strefą: gorliwy widz serialowy, niestety nigdy nie zobaczył do końca Miasteczka Twin Peaks. Choć za popcornem nie przepada, gdyby mógł, większą część życia przesiedziałby w kinie. Dlaczego pisze na Strefie? Bo lubi :)

More Posts