Biżuteria Handmade

The Distance-wgryz       Jezu, co to był za wieczór! Oscary, błyskające flesze, szyk i elegancja oraz czerwony dywan pełen pierwszoligowych art… Ups, nie ten dział! Zaraz, o czym ja to miałem pisać? A no tak, wczoraj był przecież poniedziałek, a tym samym premiera najnowszego odcinka „The Walking Dead„! Czy „The Distance” było równie emocjonujące co niedziele rozdanie najważniejszych nagród w przemyśle filmowym? Czy czymś zaskakiwał? Czy czymś zaszokował? A może twórcy pokusili się o wątek, którego nikt się nie spodziewał? Cóż, mamy wiele pytań lecz mało odpowiedzi więc czas najwyższy rozłożyć najświeższy materiał na czynniki pierwsze i przyjrzeć się temu co skrywa w swoich co nieco „przegniłych zakamarkach„. 

The Distance6       Pierwszą rzeczą jaką mogę powiedzieć o „The Distance” to to, iż jest to epizod wyjątkowo dziwny. Pewnym jest to, że potrafi w jakimś większym czy mniejszym stopniu przykuć do ekranu telewizora, niemniej z drugiej strony ciężko nie odnieść wrażenia niestrawnej skrajności w jakiej ulokowano wszystkie wydarzenia. Twórcy przedstawili nam tak przejaskrawiony obraz survivalowców, że trudno jest tak na dobrą sprawę cieszyć się szybko toczącą się akcję, ponieważ zamiast zadowolenia czuć stopniowo rosnącą irytację. Wszystko sprawia wrażenie na siłę wymuszonego i maksymalnie przekoloryzowanego, co niestety już na starcie przekreśla możliwość zakwalifikowania S05E11 do miana epizodu dobrego. Początek, ze względu na wprowadzenie suspensu, dawał jakieś nadzieję na pomyślny oraz angażujący rozwój, ale jak to w życiu bywa, im dalej w las tym więcej drzew. Stwierdzenie, że każda kolejna scena była gorsza od poprzedniej nie będzie się tak na dobrą sprawą aż nadto mijało z prawdą.

The Distance2       Głównym problemem odcinka jedenastego jest niezwykle hiperbolizowany obraz nieufności Ricka, który prowadzi w efekcie do ciągu niepotrzebnych akcji mających za zadanie jako tako dociągnąć epizod do końca. Jestem w stanie zrozumieć, iż po wydarzeniach z Gubernatorem oraz Terminus, Grimes może nie być aż tak otwarty na nowe perspektywy, ale jego zachowanie zakrawało najzwyczajniej w świecie o czystą kpinę. Wszędzie węszy spisek, wszędzie widzi zagrożenie, wszystko mu nie pasuje i wszystko jest be i niedobre. Po prostu istny paranoik. Zarysowano go w sposób śmieszny, karykaturalny, nienaturalny, co doprowadziło do ulokowania go w centrum najprawdopodobniej największej farsy sezonu piątego. Jego postępowanie w „The Distance” jest dla mnie o tyle dziwne, że Aaron był kompletnie innym typem człowieka, niż ci których dotychczas spotykała grupa. Owszem, jego zewnętrzny wygląd mógł wprowadzać lekką konsternację, ale nadmierna wylewność powinna kompletnie zmyć to wrażenie. Jeszcze nikt nie wyjawił naszej grupie aż tylu detali o swojej społeczności co właśnie Aaron. Na domiar wszystkiego dostali od niego wodę (którą zresztą wzięli), a z czasem jedzenie. Jeżeli dla Ricka takie przejawy człowieczeństwa to za mało, to ja naprawdę powątpiewam w jego stabilność psychiczną. Moim zdaniem, jako lider poległ na całej linii, a późniejsza nocna wycieczka do Alexandrii nieoczyszczoną drogą (o której został poinformowany) tylko to potwierdza. Im dalej brniemy z tą historią tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że Szeryf popycha grupę ocalonych na sam skraj. Pytanie tylko, ile jeszcze będą w stanie znieść?

The Distance1

       S05E11 dawał ogromne możliwości do ukazania konfliktowości grupy. Po raz pierwszy od dawien dawna dostaliśmy idealną bazę dla przedstawienia jak różnorodną jest paczka ocalonych, nie tylko pod względem podejścia do przetrwania ale również światopoglądowo. Czy coś jednak z tego dostaliśmy? Niestety nie. Pojawienie się Aarona nie wpłynęło no wyjście kogokolwiek przed szereg. Żadnej gorącej dyskusji, żadnego krzyżowania opinii, żadnego burzliwego debatowania nad swoim losem. Wszyscy jak jeden mąż ulegli wycofaniu, lub całkowitemu zmarginalizowaniu, co dla mnie jako widza jest rzeczą śmieszną. Doskonale wiemy, że zarówno Maggie, Sasha, Abraham lub Tara (i nie tylko) mają wiele do powiedzenia i spokojnie mogliby wziąć problem we własne ręce, znacząco wpływając na przebieg zdarzeń. Czy jednak to robią? Niekoniecznie. Czy oni się boją konfrontacji z Rickiem? Czy im wszystko jedno co się stanie? Czy mają w nosie gdzie zmierzają? Takie spłycanie boli, bo zamiast dostać intensywny i krwisty dramat społeczny, obracamy się w przerysowanych paranojach jednego człowieka. Oczywiście Michonne coś tam zdziałała by utemperować Ricka, ale to zdecydowanie za mało. Tym mocniej odczuwam w takich chwilach braki starej gwardii w osobach Dale’a, Hershela, Andrei, Merla czy nawet Lori, bo wiem że żadne z nich nie odznaczałoby się aż tak zakorzenioną biernością wobec tego, co dzieje się w około. Zastanawiam się, gdzie się podziała ta płaszczyzna tarć ideowych, która przecież została świetnie przedstawiona już w drugim sezonie, w odcinku „Pretty Much Dead Alread„.

The Distance3      Za ogromny plus „The Distance” uznaję zejście z pseudofilozoficznego pułapu, którym byliśmy bombardowani już od odcinka „Slabtown„. Bohaterowie nareszcie weszli na tony konkretyzacji zarówno słów jak i czynów, co zmieniło wydźwięk prezentowanych treści o 180 stopni. Nie było mielenia po raz enty tych samych, wytartych kwestii pokroju „My musimy przeżyć„, „My nie jesteśmy martwi„, „My nie jesteśmy tacy jak oni„. Oczywiście gdzieś tam się wkradły ideologiczne banały i patetyczne tekściki (Michonne ostatnimi czasy strzela nimi jak z karabinu) ale nie były one aż tak wyeksponowane jak dotychczas. Jestem również zadowolony z tego, jak szybko postępowała akcja. Raz ciach i po krzyku. Poszli, znaleźli, przywieźli, a to wszystko bez nadmiernego roztrząsania i wylewania emocji nad puszką groszku czy budyniu. Wszystkie sceny ukazywane na zasadzie szybkich migawek, mocno zdynamizowały akcję i nadały całości wymaganego tempa. A skoro jesteśmy już przy dynamizmie, to i parę słów należy powiedzieć o nocnej eskapadzie bohaterów. Pomijając to, iż spokojnie można było uniknąć całego zajścia, sekwencja została wykonana na akceptowalnym poziomie. Choć pełna kliszy (nagle psujące się auto pośrodku hordy), wytartych chwytów (uciekający Aaron) i mających podnieść ciśnienie kiczowatych zagrań (zombie napadających na Glena), to jednak wzbudziła zainteresowanie i napięcie. Po raz kolejnych doszedłem tu do wniosku, że starcia po zmroku wywołują najlepsze wrażenie. 

The Distance4        Wgryzając się w strukturę S05E11 nie sposób pominąć najbardziej kontrowersyjnego motywu jaki pojawił się w „The Walking Dead„, czyli homoseksualnej pary bohaterów w postaci Aarona i Erica. Mówiąc uczciwie, twórcy weszli teraz na niezwykle grząski teren stosunków społecznych, który niestety spotkał się już z ogromnym sprzeciwem ze strony widzów. Nie chcę się tutaj nadmiernie zagłębiać w rosnącą sukcesywnie krytykę, ale patrząc w sposób obiektywy, kwestią czasu było pojawienie takiej mniejszości w serialu. Jakby nie patrzeć, mamy do czynienia z tytułem dążącym do jak największego realizmu.  Ze swojej strony powiem, że mi to kompletnie nie przeszkadza i ode mnie twórcy dostają zielone światło dla dalszej realizacji zapoczątkowanej historii. Jest to w jakimś stopniu coś nowego i przy odrobinie wysiłku i po obaleniu pewnych stereotypów, może okazać się naprawdę interesującym. Należy wspomnieć jeszcze o tym, że scena pomiędzy Aaronem i Eric’iem była chyba najprawdziwszym obrazem miłości w TWD, co jest dość ironiczne biorąc pod uwagę inne pary ukształtowane na przestrzeni ostatnich sezonów. Choć schematyczna, to jednak pozbawione nadmiernego przesłodzenia na miarę Maglenny lub automatyzacji niczym u Rosity i Abrahama.

The Distance5       Zbliżając się już ku końcowi, chciałbym jeszcze skomentował trzy pomniejsze kwestie, które pojawiły się w serialu:

  1. Za ogromny plus uważam bardzo miłe odniesienie do Dale’a w trakcie rozmowy Glenna i Abrahama pod koniec odcinka. Wprawdzie imię bohatera nie padło, ale każdy wie kogo Rhee miał na myśli. Lekko rozczulająca oraz sentymentalna wstawka, a takie to ja osobiście bardzo sobie cenię. Uważam, że grupa wiele zawdzięcza bohaterom, którzy już nie żyją więc wspominanie ich od czasu do czasu jest fajną formą przedstawienia respektu dla ich dokonań.
  2. Najśmieszniejszym punktem „The Distance” okazała się rozmowa Ricka i Michonne na temat tego, co słyszała podchodząc do kolejnych osad. O ile jestem w stanie zrozumieć nawiązanie do Terminus i panującej tam ciszy, o tyle Woodbury jest scenariuszowym strzałem w kolano i wielkim niedopatrzeniem twórców. Po pierwsze, Mich trafiła do miasteczka po północy więc ciężko aby lokacja tętniła życiem. Po drugie, doskonale widziała ludzi na murach obronnych. Po trzecie została oprowadzona po osadzie, a po czwarte na następny dzień zobaczyła uliczki pełne mieszkańców i biegających dzieci. O imprezach nie wspominając. To sprawia, że próba nadania negatywnego zabarwienia Woodbury okazała się kuriozalna, bo miasto samo w sobie nie było miejscem złym czy nienadającym się do życia. Prawda jest taka, że gdyby nie nadgorliwość Michonne, dziewczyna znalazłaby swoje miejsce w społeczności, zyskując jeszcze protekcję Gubernatora. Czy byłoby to oczywiście dobrą decyzją? Ocena ta pozostaje w sferze naszego poczucia moralności.
  3. Bohaterowie nareszcie zmienili lokacje. Mury Alexandrii, po niekończącym się pasmie lasów i krzaków, były czymś niesamowitym. Ciekaw jestem co zaoferuje ta lokacja i czy okaże się porażką na miarę więzienia czy jednym wielkim sukcesem.

       Podsumowując, odcinek „The Distance” zawodzi. Mimo potencjału na dobry i szokujący storytelling, twórcy postanowili pójść w stronę lekkiego kiczu i nadmiernego wyolbrzymienia, co wpłynęło na negatywny odbiór epizodu. Oczywiście akcja oraz szybkie tempo cieszyło, ale „The Walking Dead” jest przede wszystkim dramatem społecznym i to na ten aspekt powinniśmy patrzeć, oceniając serial pod względem merytorycznym.

Na koniec opinia wyrażona w postaci oceny. Epizodowi S05E11 wystawiam notę 6/10.

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts