Biżuteria Handmade

episode414-feat

       Twórcy „The Walking Dead” za punkt honoru obrali sobie łamanie pewnych telewizyjnych i filmowych stereotypów. Od początku trwania serialu co rusz przesuwają oni ogólnie przyjęte granice starając się pokazywać materiał, który w generalnej opinii nie powinien być dopuszczony do medialnego obiegu. Mówiąc szczerze, to w prywatnym „słowniku” składu producenckiego  na próżno szukać określeń takich jak „za brutalny„, „zbyt kontrowersyjny” czy „nieetyczny„. Pierwsze przejawy takiego podejścia mamy chociażby w pilotażowym odcinku sezonu pierwszego pt. „Days Gone Bye” gdzie to scenariusz wylewa na widzów kubeł zimnej wody ukazując w sekwencji otwierającej miłosiernie dobicie nieumarłej dziewczynki o imieniu Summer. Motyw ten był tak szokujący w opinii amerykańskich widzów (jak można w ogólnokrajowej telewizji pokazać egzekucję dziecka?), że część z nich zaczęła zastanawiać się czy przypadkiem Frank Darabont nie posunął się zbyt daleko. Mimo wszystko jednak, na tej jednej rzeczy nie poprzestano, wydłużając tym samym listę „dyskusyjnych” wątków jakie przewinęły się przez „Żywe Trupy”. Ostatnim i zarazem najświeższym dodatkiem do tego panteonu okazał się również poniedziałkowy epizod „The Grove„, który wprawił niejedną osobę w spore osłupienie. Już teraz da się usłyszeć w ogromnej ilości opinii, że takiego odcinka jak dotąd w serialu nie było. Pojawia się jednak pytanie, czy aby faktycznie mamy do czynienia z materiałem niemalże idealnym? Czy może jednak twórcy sprawnie zamaskowali słaby charakter epizodu za sprawą finalnych momentów sióstr Samuels?

The Grove Lizzie

       Andrew Lincoln przed premierą drugiej części czwartego sezonu stwierdził w jednym z wywiadów, że najbardziej zdumiewające odcinki są jeszcze przed nami. Coś w tym jest, ponieważ S04e14 sporo namieszał w dość zastygłej już fabule serialu. Mimo swojego retardacyjnego wydźwięku pozostawił po sobie niezwykle pozytywne odczucia, które wywindowały go w moim prywatnym rankingu do pierwszej piątki najlepszych materiałów jakie zaprezentował Scott M.Gimple. Niemniej jednak jak mówiłem wyżej,  wszystko to zostało przewiezione na wózku pt. „psychodeliczne zakończenie wątku Lizzie oraz Miki„. Po odjęciu tego niewielkiego elementu, który zajmuje niespełna 10 minut z czasu antenowego, „The Grove” jawi nam się jako niezwykle miałka oraz mało absorbująca historia umotywowana faktem przymusu ukazania tego co działo się z grupą Carol. Niby wydarzenia zaprezentowane zostały na tle dalszej podróży do Terminus więc niejako dostaliśmy swego rodzaju progres fabularny, lecz w pewnym momencie następuje zerwanie tego łącznika na rzecz zaprezentowania odseparowanych wątków które zaczynają funkcjonować swoim własnym monotonnym i bezcelowym życiem służącym do zapełnienia tych 40 minut. Na swój sposób widzowie dostali tutaj powtórkę formatu z odcinka „Still” co jak powszechnie wiadomo nie spotkało się z aprobatą odbiorców. Całości brakło jakiegoś polotu oraz etapowo budowanego napięcia, który osiągnąłby punkt kulminacyjny w zabójstwie Miki. Przez 25 minut mamy ogrom statycznego materiału, następnie niewyobrażalny i nagły skok w słupkach natężenia wrażeń, a na końcu znowu szybki powrót do tej statyczności, która w zamyśle miała zbudować dramatyzm. Nie ma w tym jakiegoś wyważenia oraz co najważniejsze hierarchii. Przypomina to trochę próby chaotycznego przedstawienia dość górnolotnego pomysłu, który na skutek źle rozpisanych charakterów jak i ponownego pasma złych decyzji najzwyczajniej w świecie upadł. Największym minusem było osadzenie grupy w jednym miejscu, co znacząco zniwelowało wymagany tutaj dynamizm. Spowiedź Peletier również miała w tym spory swój udział.

The Grove Carol-Lizzie (2)

       Będąc jeszcze przy ogólnym omawianiu wyglądu fabuły „The Grove” chciałbym poświęcić większą uwagę samemu motywowi zabójstwa Miki Samuels przez Lizzie. To był ten moment, przy którym uchyliłem przed twórcami głowę. Showrunner jak nigdy wcześniej w tym sezonie tak właśnie teraz pokazał pełnię swoich możliwości twórczych. Pomijając oczywiście fakt mojej wdzięczności za adaptację jednego z bardziej kultowych już motywów komiksowych, zbudowano tutaj tak fantastyczne uczucie emocjonalnego rozbicia, że aż w pewnym stopniu stało się to niewyobrażalne. Widok ciała dziecka połączony z beznamiętnym głosem oprawcy oraz wyrazem szoku na twarzy Carol wbił mnie w kompletne osłupienie. Takiej gry na emocjach widza oczekuję po tym serialu. Na moment poczułem się jak na seansie dobrego thrillera w którym w końcu główny bohater zrzuca maskę ukazując swoje przerażające oblicze mordercy. Coś naprawdę niesamowitego, powalającego, zapadającego w pamięć na stałe. Mówiąc uczciwie zbierałem szczękę z podłogi mimo tego, że w duchu przeczuwałem jaki to wszystko będzie miało finał. Nie spodziewałem się jednak aż takiej emocjonalnej bomby, która spadła na mnie bez żadnego ostrzeżenia. W pierwowzorze robiło to wrażenie, ale serial przebił go pod każdym względem. Gimple przemieszał ze sobą dramatyzm, strach, żal, szok oraz całkowity paraliż. Dla takich momentów warto nadal oglądać „The Walking Dead„, aczkolwiek żałuję że aż tak długo musimy na nie czekać i mają one tak krótki udział. Dodatkowo w tym przypadku pełni on na domiar złego rolę maskującą monotonie.

The Grove Lizzie-Judith

        W tym momencie przejdę do analizy bohaterów, kontynuując przy tym dość pozytywny wydźwięk mojej recenzji. Pod lupę wezmę tym razem jeden z jaśniejszych punktów odcinka jakim była Mika. W życiu nie przypuszczałem, że twórcom „Żywych Trupów” uda się pokazać w tak ciekawy, interesujący oraz na swój sposób odbiegający od schematów dziecięcy charakter. Patrząc na przeszłość serialu przeważnie spotykaliśmy się albo z emocjonalnie złamanymi albo z kompletnie zmarginalizowanymi dziećmi. Tutaj tego nie ma. Dziewczynka ta wychodzi znacząco przed szereg wyróżniając się przy tym bardzo mocno na tle pozostałych. Najbardziej podobało mi się ujęcie w jej osobie nieskazitelnego oraz nieskażonego światem zewnętrznym podejścia w którym nadal jest miejsce na radość, szczęście, czy poszanowane życia innych ludzi. Bije od niej niezwykle pozytywna energia, którą widzowie nie są raczeni zbyt często. Uważam, że jest ona przykładem jednego z lepiej skonstruowanych oraz poprowadzonych charakterów jakie przewinęły się przez sezon czwarty. Świadomość zagrożeń świata zewnętrznego przeplatano w jej przypadku z ciągłą chęcią zachowania człowieczeństwa. Oglądanie tego, jak Mika broni się przed moralnym upadkiem było niezwykle intrygującego, ponieważ w końcu przedstawiono nam to z perspektywy innej niż dorosłego człowieka po burzliwych przejściach. Jest ona w pełni świadoma drastycznych zmian zachodzących w ludzkiej psychice, lecz nie chce przyłożyć do tego ręki. Jej zdanie podsumowujące kondycję społeczeństwa, a brzmiące „Prawdopodobnie nie byli oni takimi wcześniej” jest jednym z mądrzejszych wniosków jakie pojawiły się w tym serialu co świadczy również o sporej inteligencji mimo niewątpliwie młodego wieku. Mówiąc szczerze, w mojej opinii zabicie Miki trafia na listę kolejnych głupich zagrywek w wykonaniu twórców. Po zbudowaniu tak wielowarstwowej postaci pozbyli się jej niczym parę zużytą chusteczkę, pomimo tego że nadal miała ona sporo do zaoferowania. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że zbyt problematyczni bohaterowie są zdecydowanie za dużą barierą do przekroczenia dla producentów. A szkoda.

The Grove Lizzie (2)

       Odcinek „The Grove” okazał się także momentem podreperowania nadszarpniętej reputacji Carol Peltier. Po tym jak zabawiła się ona w Boga dokonując samosądu nad życiem dwójki niewinnych ludzi, sporo straciła w oczach większości widzów (również w moich). Co za tym idzie taki motyw był tutaj aż nadto potrzebny, który to na całe szczęście w pełni ona wykorzystała. W końcu zerwano ze sztucznym oszukiwaniem samego siebie, w końcu do lamusa odeszło pokrętne działanie, w końcu na wierzch wyszło prawdziwe poczucie winy które było widać w każdym jej geście czy kroku. Wykrzesała u mnie choć odrobinę pozytywnych reakcji co było nie lada wyzwaniem. Na swój sposób się z tego cieszę, ponieważ może zacznie piąć się w górę w kwestii odzyskiwania utraconej reputacji, aczkolwiek nie chcę wysnuwać tutaj zbyt dalekosiężnych wniosków ponieważ różnie to może być. Dużym plusem w jej wykonaniu było przywołanie Sophie jako przykładu tego, co może niewinność zrobić z dzieckiem. Jej próby swoistego schowania tego aspektu w postępowaniu dziewczynek uważam za dobrze umotywowane kroki, które były wymagane w kwestii dalszego zdeterminowania ich przetrwania. Widać, że na swój sposób uczy się ona na błędach przeszłości wyciągając z nich poważne wnioski. Oczywiście wiemy doskonale, że wszystko to zakończyło się fiaskiem ale nie z winy Peletier. Wniosek o tym, że Mika z tej dwójki jest najgorsza również był niezwykle trafny, ponieważ pokazał że Carol jest w pełni świadoma kto z tego duetu jest najbardziej narażony na możliwą śmierć. Nareszcie ukazano życiową mądrość tej postaci. Z drugiej jednak strony wiemy, że to właśnie ona przyczyniła się do rozwoju psychozy u Lizzie więc tak kolorowo jak to wygląda nie jest. Brak kontroli na tą dziewczyną, jak i późniejsze podsycanie tego stanu czy to za sprawą nawoływania to wzięcia się w garść czy chociażby przekazania jej broni przyniosło tragicznie w skutkach sytuacje. Dodatkowo zostawiła ona dziewczynki (przy okazji powiem, że to jeden z większych idiotyzmów epizodu) bez żadnej opieki, co w świetle dość jawnie widocznego stanu Samuels jest rzeczą nie do przyjęcia. No przynajmniej jeśli o mnie chodzi. Niby mówi się, że błądzenie jest rzeczą ludzką ale nie w tym przypadku. Peletier powinna mieć oczy szeroko otwarte, szczególnie po tym jak sama odkryła odchyły jeden ze swoich podopiecznych. Tutaj mamy odrobinę słodko-gorzkie podsumowanie jej charakteru.

The Grove Carol

       Jedną z rzeczy, których najbardziej nie mogłem zaakceptować w tym odcinku był sposób poprowadzenia Lizzie. W moim odczuciu był on niezwykle wymuszony i nierealny. Rozumiem chęć postawienia na nieprzewidywalność dziewczynki, ale twórcy na chama wręcz zrobili z niej morderczynię. Można to oczywiście zrzucić na karb dwojakiego spojrzenia na świat, ale mimo wszystko okres czasu w jakim została ta zamian rozłożona sprawnie spycha ten argument w cień. Mam uwierzyć, że w niespełna dwa dni przeszła ona z punku A jakim było traktowanie zombie niczym ludzi, do punku B w którym zabiłaby ona własną siostrę? Przepraszam bardzo, ale nie kupuję tego. To jest naprawdę radykalny krok który powinien być umotywowany całkowitą obojętnością czy oziębłością ze strony bohatera (swoje zdanie motywuje wątkiem komiksowym). Lizzie nie była ani wyalienowana, ani odtrącona na własne życzenie, ani też nie była obojętna na ludzi którzy ją otaczają. Miała ona nadal ludzkie odruchy, a jej zmiany ograniczały się jedynie do skrzywionego spojrzenia na chodzące trupy. Pytam się zatem jak? Wydaje mi się, że twórcy niepotrzebnie połączyli w jednej osobie aż dwa wątki. Z jeden strony zabicie bliźniaka (Ben-Billy) z drugiej zombie jako przyjaciele (komiksowa Carol). Moim zdaniem gdyby postawili na opcję drugą i przykładowo uśmiercili Samuels na skutek świadomego podłożenia się żywym trupom wyszłoby to racjonalniej. Wiem, że brzmi to trochę drastycznie ale jednak takie podstawy miał tutaj ten wątek.

       Co do Tyreesa to niestety ale nadal jest ona takim ciapowatym pączusiem bez wyrazu. Tak jak został wprowadzony tak jest przedstawiony po dzień dzisiejszy mimo zapewnień, że będzie on 100% odzwierciedleniem swojego komiksowego pierwowzoru. Jest on mdły antypatyczny oraz nieciekawy. Po prostu nie da się go lubić bez względu na to co by zrobił i co by powiedział. Mówiąc prosto, taka jedna wielka mameja bez wyrazu, która sama nie wie czego chce (z góry przepraszam za kolokwializmy). Dodatkowo całkowicie położył wątek wyznania winy przez Carol. Całkowita akceptacja czynu Peletier jest dla mnie śmieszna i raczej absurdalna, szczególnie po tym że w więzieniu był gotów zabić sprawcę. To pokazuje jak słabym on jest. Z drugiej jednak strony oszczędzono nam sztucznej dramy, więc nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.

The Grove Carol-Lizzie

       Na końcu swojej recenzji chciałbym jeszcze zahaczyć o kwestię aktorstwa. Przeważnie tego nie robię ponieważ na dzień dzisiejszy kadra aktorska nie jest w TWD rewelacyjna (poza kilkoma wyjątkami), niemniej jednak popisy McBride w „The Grove” obligują do poświęcenia temu tematowi paru zdań. Do dnia dzisiejszego oceniałem aktorkę jako co najwyżej poprawną. Ani ona sztuczna, ani aż nadto rewelacyjna. Ot  pokazała w paru momentach coś więcej bez zbędnego skakania ponad. To co jednak zobaczyłem w 14 epizodzie powaliło mnie na kolana. Okazało się, że Melissa jest nieoszlifowanym jeszcze diamentem tego serialu, który nie wiedzieć mi czemu był niezwykle często marginalizowany. Szkoda, naprawdę szkoda. Nie są to oczywiści popisy na miarę Meryl Streep, ale jednak pobiła całą resztę damskiej obsady serialu. Od czasów Laurie Holden żadna aktorka nie dostarczyła mi takiej dawki emocji w raptem 40 minutach odcinka. Była ona prawdziwa i niezwykle plastyczna. Oglądanie jej było czystą przyjemnością. Podoba mi się u niej ta łagodna modulacja głosu, która odgrywa w jej przypadku sporą rolę w kwestii całościowego zbudowania charakteru danej sceny. Kawał świetnej roboty. Trochę gorzej na tym tle wypadają Brighton Sharbino oraz Kyla Kenedy jednakże są to dopiero dzieci, które uczą się swojego fachu więc jestem w stanie przymknąć na nie oko. W generalniej opinii dobrze wykreowały swoje role, szczególnie jeśli mowa o dziewczynce wcielającej się w Mikę. Najsłabszym ogniwem był jednak Chad L.Coleman,  który na dzień dzisiejszy jest najgorszym aktorem z całej obsady „The Walking Dead„. Bardzo mocno odstaje on od pozostałych aktorów, którzy nie oszukujmy się, ale postawili wysoko poprzeczkę. Jest on sztuczny oraz co najgorsze niewiarygodny. Sceny w jego wykonaniu wydają się całkowicie plastikowe oraz bez wyrazu. Kompletnie nietrafiony wybór.

The Grove Mika-Lizzie

       Podsumowując już, odcinek „The Grove” jest przykładem odcinka który swoją popularność oraz pozytywne reakcje zawdzięcza jedynie jednemu niewielkiemu motywowi, który stał się motorem napędowym całego zamieszania. Tak naprawdę udał się on w niewielkim procencie, ponieważ poza polepszeniem pozycji Carol jak i ciekawym poprowadzeniem Miki, ciekawych rzeczy widzowi nie oferuje. W generalniej ocenie jest on raczej nudnym zapychaczem, który po wielkich wysiłkach dostarczył choć odrobinę materiału po analizę. Rozwój bohaterów jest raczej czystym przypadkiem niż zamierzonym krokiem, ponieważ fabuła nie determinuje tego procesu w nawet minimalnym stopni. Aczkolwiek muszę przyznać, że mimo wszystko S04E14 trafił na listę najbardziej kontrowersyjnych motywów, co uważam za akuratny pozytyw. Kończąc już tą przydługą recenzję, ode mnie epizod otrzymuje notę 6/10.

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts