Biżuteria Handmade

S06E1011 recka

       Ostatnimi czasy „The Walking Dead” uderza w wyjątkowo minimalistyczne oraz lekkie tony. Historia skupia się na jednym góra dwóch głównych wątkach, nie przeforsowuje zanadto aktorów, niczego nie wyolbrzymia czy przedramatyzowuje. Jest prosto, spokojnie i w łatwym acz kolorowym tonie. Zastosowanie reguły „mniej znaczy więcej” okazało się dla fabuły strzałem w dziesiątkę, ponieważ nie tylko wszystko odetchnęło świeżym powietrzem, ale również pozwoliło zapoczątkować neganowską erę TWD na zaskakująco wysokim poziomie. Twórcom udało się tchnąć w swój materiał zupełnie nowe życie, a zredefiniowana od podstaw stylistyka, a także nowy ład łabularny z pełnym sukcesem przykuwały uwagę widza. Mówiąc prosto, sedno oraz kwintesencja opowieści na ekranie. W takie otoczce „The Next World” oraz „Kntos Untie” nie mogły się nie udać, a ich wejście do czołówki najlepszych epizodów S6 było jedynie formalnością.

S06E10 Rick

       Epizody dziesiąty oraz jedenasty to idealny przykład na to jak powinno się robić spokojne, acz pełne treści odcinki. Ich nie gnająca na łeb na szyję akcja pozwoliła twórcom skupić się na najistotniejszych aspektach, które okazały się kluczowymi w ustaleniu nowego fabularnego ładu. Alexandria w końcu stanęła na nogi częściowo zbliżając się do stabilizacji, bohaterowie liżą rany po tragicznym w skutkach ataku hordy, wszyscy współpracują w utrzymaniu ogólnej spójności, niemniej to co najważniejsze to poszerzenie perspektywy bohaterów odnośnie otaczającego ich świata i jego zasobności. Po prawie dwóch latach od wybuchu apokalipsy, protagoniści po raz pierwszy muszą się zmierzyć z wizją kilku równie sprawnie funkcjonujących społeczności, które połączone są ze sobą dość zawiłym systemem politycznych zażyłości. Pierwszą z nich (i zapewne nie ostatnią), którą poznajemy to samowystarczalna osada Hiltop, natomiast druga to owiana tajemnicą grupa Zbawców dowodzona przez mityzowanego Negana- człowieka do cna przesiąkniętego brutalnością oraz bezwzględnością. I tutaj niestety zaczynają się schody, ponieważ wejście w nowy świat to automatycznie wydawanie na siebie wyroku, który stawia na szali wszystko to o co walczy Rick i spółka. Rodzą się zupełnie nowe problemy, zupełnie nowe zagrożenie, zupełnie nowy układ. Musze przyznać, że fabuła już dawno nie była aż tak interesująca, a wylewający się z ekranu suspens jeszcze bardziej rozbudza wyobraźnię. Twórcy świetnie grają dysponowanymi kartami, rzucając niewiadomymi i kolejnymi pytaniami w najbardziej odpowiednich ku temu momentach. Przyznajcie, ostatnie rewelacje rozbudzają wyobraźnię nieprawdaż?

S06E11 Magge

       Wyjątkowo zaskakującym punktem niedawno zrealizowanego materiału było ustalenie zupełnie nowego ładu przywódczego w Alexandrii, który został rozdzielony pomiędzy Ricka oraz Maggie. Przyznam się szczerze, że choć widziałem w Greenównie potencjał na lidera, to jednak nie spodziewał się, że zostanie on ugruntowany już na płaszczyźnie ASZ i to jeszcze w sytuacji aktywnie działającego Grimesa. Jest to naprawdę milowy krok w charakterze fabularnym serialu, ponieważ począwszy od epizodu „Knots Untie” mamy dwa centralne, choć różniące się od siebie, ogniska władzy decydujące o losie całej społeczności. Z jednej nakierowanego na bitkę i wojnę Ricka, a z drugiej statyczną i skupioną na polityczno-administracyjnych roszadach Maggie, myślącą perspektywicznie o nadchodzących czasach. Ta niegdyś zahukana córka farmera okazała się naprawdę świetnym politykiem, znającym arkana dyplomacji i negocjacji. Widać ewidentnie, że czuje się pewnie w nowej roli, wkraczając na salony z klarownie wytycznymi celami. Nie obawia się wystawiania mocnych propozycji, żądając za ich realizację naprawdę wysokiej ceny. Odkurzenie postaci Maggie na piąteczkę. Patrzę na cały ten wątek z naprawdę dużymi oczekiwaniami, ponieważ twórcy weszli w zupełnie nowy obraz władzy, kończąc jednocześnie z dominującą dotychczas monotematycznością.

The Walking Dead Jesus

       To czym epizody S06E10 oraz S06E11 najbardziej zaskarbiły sobie moje uznanie, to bijące z nich subtelność, lekkość, swoboda oraz pewna doza pieczołowitości, które w dużym stopniu przypominały mi darabontowskie wyczucie oraz styl. Miałem wrażenie, jakbym oglądał materiał, który spokojnie mógłby wyjść spod ręki naprawdę wprawionego filmowca, a nie jedynie przyuczającego się rzemieślnika pokroju Gimple. Każdy element został perfekcyjnie wyważony, wszystko zostało spójnie scalone, oraz przede wszystkim dograne. Udało się w ten sposób serialowi ponownie zaoferować to, czym czarował na swoich początkach. Wprowadzono kilku świetnych bohaterów (Jesus, Gregory), w sposób interesujący przedstawiono dramaty społeczny o charakterze lekko retardacyjnym (romans Ricka z Michonne czy poszukiwania przez Spencera jego zmarłej matki), dobrze pozamykano jak i rozpoczęto część wątków (wprowadzenie Hiltop czy konkluzja historii Deanny), oraz (i co jest chyba kluczowe) w końcu zrobiono echo do poprzednich doświadczeń bohaterów (zachowanie Carla w związku z Monroe). Nutka sentymentalizmu jest czymś zupełnie fantastycznym, ponieważ ukazuje nam to realizowaną historię jako ciągłość, a nie jedynie punktowe odhaczanie kolejnych wydarzeń. Nie brniemy do przodu w sposób mechaniczny oraz sztuczny. Wprowadza to dużą dawkę naturalności, która w produkcje pokroju TWD powinna być celem nadrzędnym.

The Next World

       Kari Skogland, które reżyserowała „The Next World„, dokonała czegoś co wydawało mi się w świecie TWD zupełnie niemożliwe, a mianowicie uderzyła w silne komediowe tony. Do tej pory, stylistyka komediowa albo stanowiła mały smaczek znikający gdzieś w tle, albo była wypadkiem przy pracy. Tutaj jest zupełnie inaczej ponieważ jest to ewidentnie przemyślany krok. W końcu do ponurego, burego, szarego i tragicznego świata żywych trupów, wtargnęła nutka śmiechu czy rozluźnienia, która wyniosła czerpaną z serialu rozrywkę na zupełnie nowy poziom, pozbawiony przerysowania czy groteski. Choć zaczynamy od subtelnych tonów pokroju skonsternowanej Dennisie czy Eugena rzucającego kolejnym niezrozumiałym nerdowskim tekstem, to po zapoczątkowaniu tria Rick-Jesus-Daryl, odcinek wrzuca wyższy bieg i zaczyna przeradzać się w akcję rodem z filmu „Głupi i Głupszy„, któremu brakuje jedynie podkładu z Benny Hilla.

       Kilka akapitów wcześniej wspomniałem o suspensie, który jest realizowany w ramach powoli rozkręcającego się wątku Negana. Choć osobiście jako czytelnik komiksu wiem z „czym to wszystko się je„, to jednak nawet i u mnie udało się zaszczepić nutkę zaintrygowania podpartego podświadomym strachem dotyczących nadchodzących wydarzeń. Fatalizm działań bohaterów gęsty, tajemnica i niedopowiedzenia wyczuwalne na każdym kroku, niepełna prawda dobijająca skrywanym koszmarem- pod tymi hasłami zapewne miną nam kolejne epizody począwszy od „Knots Untie” (scena dostarczenia neganowskiej wiadomości kończąca się dźgniętym Gregorym oraz ponownie zakrwawionym Rickiem miodna) i wiecie co? Kupuję to bez reszty. Biorę szykujący się teatralizm pomieszany z mrocznością, brudem oraz nieprzewidywalnością. Może to właśnie tutaj twórcy zrehabilitują się po rozczarowującym motywie Gubernatora.

Knots Untie

       Omawiane przeze mnie odcinki, oprócz wcześniej wymienionych już głównych motywów, zawierały także szereg pobocznych, które w znaczącym stopniu wzbogaciły ofertę TWD. Można by o nich naprawdę sporo powiedzieć, ale nie starczyłoby chęci ani mi do pisania, ani wam do czytania, także ograniczę się do krótkiego podsumowania każdego z nich:

  • Odnalezienie Deanny – mówiąc czysto obiektywnie, uchowanie się Deanny podczas rzezi hordy wydaje się irracjonalne, aczkolwiek taka konkluzja jej historii była po prostu potrzebna, więc tym samym jestem w stanie przymknąć oko na to niedociągnięcie. Jest to zdecydowanie jeden z dwóch najbardziej dramatycznych momentów szóstego sezonu i o dziwo obydwa należą do Monroe. Cóż mogę powiedzieć, takiej dawki emocji nie czułem od czasów śmierci Amy i z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że dorównano tutaj Frankowi Darabontowi. Uchwycono esencję nie tylko tragedii Spencera, ale także odejścia starego ładu Alexandrii. Zobaczenie Tovah Feldshuh jeszcze raz było naprawdę niezapomnianym doświadczeniem, a sama aktorka pokazała że nawet w postaci zombie potrafi skraść odcinek dla siebie. Oczywiście można deliberować nad tym, czy był sens w pozbywaniu się Deanny aczkolwiek nie jest to czas na tego typu dyskusje.
  • Romanse, wszędzie romanse – na tapecie Rick i Michonne i muszę przyznać, że mimo obaw, był to najbardziej uroczy i romantyczny motyw w historii całego serialu. Danai i Andrew kipią chemią między sobą, co pozwoliło na naprawdę prawdziwe i naturalne ukazanie ich relacji. Te ukradkowe spojrzenia, półuśmiechy, funkcjonowanie już niczym rodzina- poczułem się w pewnym momencie jakby oglądał jakiś romans a nie dramat z domieszką horroru oraz gore. Pokazuje to jednak, że nawet i takie aspekty w serialu mogą okazać się sukcesem i warto po nie sięgać.
  • Rozkminy emocjonalne Abrahama – motyw pasował do „Knots Untie” jak pięść do oka, ale w końcu coś zrobiono z naszym poczciwiną Fordem więc jestem na ta. Oczywiście Abraham jak to Abraham, ubiera wszystko w swój wieśniacko-komiczno-prosty sposób ale taka jest filozofia i sens tej postaci, więc cieszy mnie fakt że zanadto nie kombinują z jego osobą. Próbę sparowania go z Sashą uważam za wyjątkowo interesującą drogę rozwoju, zważywszy na to Williams jest dla niego zupełnie przeciwnym biegunem. Ale zgodnie z regułą, przeciwieństwa się przyciągają prawda?
  • Wprowadzenie Hilltop – kolejna większa lokalizacja w serialu stricte zaciągnięta z komiksu. Musze przyznać, że robi ona naprawdę duże wrażenie. Pietyzm oraz pieczołowitość z jaką twórcy podeszli do zadania potrafią wywołać to WOW. Miejsce toczka w toczkę przeniesione z kart dzieła Kirkmana, a za to ode mnie duży plusik. Mógłbym się czepiać, że osada jest trochę wyludniona, ale statyści też kosztuję, przy czym zatrudnienie ich kilkudziesięciu może być lekkim problemem dla serialu z zaporami budżetowymi.

Deanna

       „The Walking Dead” w „The Next World” oraz „Kntos Untie” zostało zasilone dwójką nowych aktorów. Są to Tom Payne w roli Jesusa Rovii oraz Xander Berkeley w roli Gregorego. Co tu dużo mówić, twórcy wykazali się naprawdę godnym pogratulowania zmyłem, ponieważ obydwa nazwiska to fenomenalni artyści, którzy wnoszą do serialu ogrom. Payne poza tym, że zapewne skradł serca połowie damskiej widowni, czuję się w temacie TWD jak ryba w wodzie. Nadał swojej postaci dość ciekawe szlify, fajnie operując pomiędzy zawadiackością, powagą, szelmowskim usposobieniem oraz przebiegłością Berkeley natomiast był pewniakiem jeżeli chodzi o wysokie aktorstwo. Nie jest to oczywiście nazwisko z czołowej listy, ale doświadczenia odmówić mu nie można. Jego pierwsza scena została zagrana na zasadzie, jakby mistrz wszedł po prostu na salony i wszyscy momentalnie ucichli. Nie ma tu zbytnio wielu rzeczy do komentowania, ponieważ jest to klasa sama w sobie, a fakt współpracy z takim osobistościami jak Harrison Ford, Anjelica Huston czy Sissy Spacek potwierdza to, że serial zyskał kogoś wielkiego.

Maggie-Gregory-Jesus

       Zbliżamy się powoli do końca, więc w kwestii bycia obiektywnym warto by zwrócić uwagę na parę niedociągnięć, które były widoczne acz nieodczuwalne. Teoretycznie mógłbym je pominąć, ale czytelnicy strefy tak często nawołują do bycia obiektywnym, że fizycznie nie mogę tego zrobić. Skoro uczciwość to uczciwość. Na pierwszy ogień sceny akcyjne z epizodu 10. To była delikatnie rzecz ujmują fuszerka. Całość wyglądała tanio oraz niezbyt atrakcyjnie jak na serial, który niespełna odcinek wcześniej pokazał nam świetnie zrealizowaną sekwencję wybijania hordy. Cudem lądujący Jesus na dachu, Rick specjalnie parkujący furgonetkę przy stawie, lekkomyślność doświadczonych bohaterów- to teoretycznie powinno gryź po oczach, ale ogólnikowo materiał był tak dobry, że sprawnie uniknięto wyeksponowania tych kwestii. Druga sprawa, to ratowanie ludzi z Hilltop podczas podróży do osady. Szczerze powiedziawszy, była to zupełnie niepotrzebna wstawka, która pod względem charakteru nijak pasowała do ogólnego tonu epizodu 11. Ani to było fajne, ani ciekawe, a już tym bardziej wnoszące coś więcej do prezentowanej historii. Bynajmniej.

the-walking-dead-episode-611-rick-lincoln-4-935

       Podsumowując, druga tura sezonu szóstego startuje na naprawdę wysokim jak na standardy TWD poziomie. Stylistyka i charakter serialu świeży, inny, angażując. Chyba po raz pierwszy udało się Scottowi M.Gimple zrealizować swoje założenie, polegające na zredefiniowaniu materiału co każde 8 odcinków. Jest zdecydowanie intrygująco i ciekawie z perspektywy długodystansowo realizowanych wątków, co można potraktować jako duże osiągnięcie scenariuszowe. The Next World” oraz „Kntos Untie” można uznać za czołówkę S6. Uważam, że wystawienie obydwu odcinkom noty 8.5/10 to adekwatna ocena względem tego jak sporo zaoferowały.

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts