Biżuteria Handmade

TWDS5       Piąty sezon „The Walking Dead” miał być dla tego serialu całkowicie świeżym startem. Po tym jak S4 jako tako odbudował ruinę jaką pozostawił po sobie Glen Mazzara, wszystko miało wrócić na swój stabilny tor, dając widzom niezapomnianą, pełną napięcia i szokujących momentów historię, która na nowo zdefiniowałaby TWD. Podczas okresu marketingowego, twórcy jak zwykle nie szczędzili zachwytów pod adresem swojego materiału, określając go niekiedy mianem najbardziej ambitnego jaki kiedykolwiek stworzyli. Mówiąc zatem prosto, miało czekać na nas coś naprawdę wielkiego. Osobiście podchodziłem do S5 ze sporym optymizmem i ku mojemu zaskoczeniu, jego otwarcie wywarło na mnie niezwykle pozytywne wrażenie. Szkoda tylko, że było ono jedynie chwilowe, gdyż jak to z „Żywymi Trupami” bywa, jak szybko potrafią wspiąć się na wyżyny, tak szybko potrafią spaść, wywołując ogłuszających huk. To co działo się przez zdecydowaną większość piątej serii jest naprawdę godne pożałowania i gdyby nie dopracowana końcówka, sezon ten byłby po prostu jednym wielkim jakościowym fiaskiem.

Them5        Pierwszym wnioskiem jaki można wyciągnąć zaraz po zakończeniu sezonu piątego to ogólna miałkość jego fabuły. Twórcy dokonali tak dużego miszmaszu wątkowego, że kompletnie zgubili sensowność historii, kreując obraz zbudowany ze słabo współgrających ze sobą elementów. Z czasem charakter materiału uległ takiemu rozmyciu, iż jedynym wrażeniem towarzyszącym widzom podczas oglądania było „Boże, o co tutaj chodzi?!„, co w połączeniu z ciągłym przeskakiwaniem pomiędzy rozbitą grupą bohaterów zaowocowało rwaniem niektórych motywów i niewykorzystaniem ich pełnego potencjału. O tym, że bardzo wiele z nich już na starcie skazane było na fiasko nie wspominając. Kanibalizm potraktowano po macoszemu, problematykę poszczególnych bohaterów utrzymano na sinusoidzie rewelacji i zażenowania, motyw drogi będący z założenia emocjonującym został poprowadzony bez żadnego większego zaangażowania widza, a w przypadku szpitala nie pozostaje nic innego jak tylko spuścić kurtynę milczenia. Nie można również zapomnieć o masie spraw pobocznych, które również poszły całkowicie niekontrolowanym torem, ulegając albo marginalizacji albo nagłemu i nieuzasadnionemu cięciu (np. wpływ próby gwałtu na psychikę Carla czy też odzew tragicznych wydarzeń związanych z siostrami Samuels na światopogląd grupy) na rzecz mało angażującego zastępstwa, które w zamyśle twórców miało być chyba interesującym. Tak na dobrą sprawę, dopiero od odcinka „Remember” złapano sens fabularny, ale to jednak za mało jak na 16-epizodowy sezon. Odnoszę wrażenie, iż Scott Gimple chcąc ukształtować każdy półsezon jako coś w pełni autonomicznego, na własne życzenie zapędził się w ślepy zaułek, który nie tylko nie pozwalał mu zbudować konkretnego opowiadania, ale również wypychał to co zrobił toną niedopracowania i absurdów, których wyłapywanie stało się w pewnym momencie jedyną rozrywką jaką dostarczał serial. 5A w tym względzie przoduje, stanowiąc najgorszy okres w historii „The Walking Dead” ponieważ zakres epizodów od „Slabtown” po „Coda” (bite pięć godzin filmowego materiału) doprowadził zdecydowaną większość widzów do szewskiej pasji. Sytuacji nie poprawił również „wielki hit” sezonu piątego czyli „What Happened and What’s Going On„, który to w rzeczywistości okazał się bezczelnym niewypałem. Wydaje mi się, iż showrunner powinien patrzeć na sezon jako na całość, a nie opierać swoją pracę na kiepsko rozrysowanych i niepasujących do siebie elementach, które na drodze edycji nieumiejętnie próbuje się ułożyć w jako taką jedność.

Crossed2       Jak już wspomniałem w akapicie otwierającym niniejsze podsumowanie, sezon 5 wystartował na naprawdę wysokim pułapie. Terminus to materiał krwisty, dynamiczny, oraz najprawdopodobniej najbardziej kontrowersyjny ze wszystkich, które dotychczas pojawiły się w tym serialu. Owszem, może jego brutalność niczym nie szokuje, ale już sam fakt pokazania tak skrajnie zdegenerowanej grupy, która przeprowadza mord w imię swojej chorej ideologii, zwraca uwagę na przekroczenie pewnych granic telewizyjnych. Twórcom udało się wykreować niezwykle świeży i zaskakujący obraz apokalipsy, który niewątpliwie wywiązał się z powierzonego mu zadania otwarcia sezonu z przytupem. Nie możemy również zapomnieć o tym, iż oparto to na dość ciekawym schemacie w postaci „jedno zezwierzęcenie punktem wyjścia dla narodzin kolejnej ludzkiej kaźni„, oraz ulokowano w centrum dwójkę bohaterów, którzy z marszu otrzymali miano kultowych. Mam tu oczywiście na myśli Garetha (Andrew J.West) wraz z jego matką Mary (Denise Crosby). Nie wiem jak Wy, ale ja naprawdę byłem zaskoczony tym jak sprawnie to wszystko ze sobą współgrało i jak wiele naturalnego tragizmu można było wyłapać z tego etapu „Żywych Trupów„. Na to wszystko została jeszcze nałożona silna aura tajemnicy, która sprawnie pobudzała wyobraźnię i wywoływała to podświadome uczucie przerażenia prawdziwym obliczem nowo poznanej grupy. Wisienką na torcie okazał się miodny upadek Terminusu zaserwowany nam przez Carol, który stał się dopełnieniem ugruntowanego już sukcesu. Ten jak wiadomo wyraził się w 17-milionowej widowni.

NoSanctuary20       Z drugiej jednak strony, nie wszystko w motywie kanibali było idealne. Terminus ukazano w tak wąskim spektrum, iż widzowie musnęli jedynie wierzchnią warstwę z całej problematyki podjętego tematu. Etapowi temu powinni spokojnie poświęcić dwa do trzech dodatkowych epizodów, co pozwoliłoby logicznie i w 100% wypełnić wstępny schemat zarysowany w sezonie czwartym. Scenarzyści woleli jednak podejść do sprawy w sposób oględny, rzucając nam co rusz jakimiś enigmatycznymi tekstami, które w żadnym wypadku nie wyklarowały opowiadanej historii. Dostaliśmy tu wprawdzie początek w postaci ataku jakiś psychopatów na grupę Garetha, ale nie raczono pokusić się o rozwinięcie, a już tym bardziej zakończenie procesu narodzin kanibalizmu z jasnym punktem kulminacyjnym . Wydaje mi się, iż każdy z nas z dużym zainteresowaniem śledziłby etapowość formowania się Terminusu, wraz z jego wszelkimi problemami dotyczącymi chociażby pierwszej ofiary, stopniowego wypaczenia czy kształtującej się doktryny. Szkoda tylko, że nie dostaliśmy takowej możliwości ponieważ twórcy ucięli temat gdzieś w 1/4 i pozostawili go za sobą aby gnił bez większego zaangażowania. Dlaczego tak postąpili? Nie mam zielonego pojęcia. Zważywszy na fakt, że Terminus dawał ogrom możliwości, takie podejście jest czystym scenariuszowym grzechem, a już poświęcenie na to jedynie dwóch epizodów można potraktować jako najpospolitszy idiotyzm. Naprawdę nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego mając tyle opcji (ogólne przyzwolenie na kanibalizm; traktowanie ocalonych jak zwierzęta, które należy zaganiać niczym bydło do klatek; obraz liderowania na tle tak silnego zdegenerowania; droga utrzymywania utopijnej iluzji dla nowoprzybyłych itd.) producenci postanowili postąpić w tak nieprofesjonalny sposób. Na spokojnie mogli zrobić tu niewielką odskocznię od ogólnych nurtów TWD, kreując historię która pod względem zabarwienia emocjonalnego poszłaby w psychodelię. Wydaje mi się, iż byłoby to świetnym urozmaiceniem sezonu piątego, który to przecież był promowany hasłem „Hunt or be hunted„. Odnoszę wrażenie, iż twórcom chodziło tylko i wyłącznie o pierwsze wrażenie WOW, które choć było czymś pozytywnym, to jednak świadczyło o ich tanim i nieodpowiedzialnym podejściu do własnej pracy. Moje oczekiwania względem Terminusu niestety nie zostały zaspokojone w takim stopniu w jakim bym sobie tego życzył. Można było wykrzesać z tego zdecydowanie więcej i nakierować TWD na tory naprawdę ciężkiego obrazu ludzkiego zezwierzęcenia.

Slabtown9       Przejdźmy teraz do drugiego wątku 5A czyli „wesołych perypetii Beci w szalonym szpitaliku”. Cóż mogę powiedzieć… To był tak koszmarny, straszny i niestrawny etap „The Walking Dead„, iż brakuje słów by opisać moje zdegustowanie zaprezentowanym obrazem. Taki typowy scenariuszowy potworek, który pod żadnym pozorem nie powinien wyjść poza obręb pokoju scenarzystów. Poza naprawdę świetnym aktorstwem Christine Woods, motyw Grady Memorial Hospital nie może pochwalić się niczym dobrym. Pełno w tym kiczu, pełnio idiotyzmu, pełno mdłych dialogów i jeszcze gorszego storytellingu. Po odcinku „Coda” czułem się, jakby scenarzyści po prostu wyssali ze mnie życie, ponieważ tak męczącego i pustego materiału nie było w historii tego serialu nigdy. Twórcy w ekspresowym tempie osiągnęli dno dna, niemalże zabijając to co stworzyli. Jaki przyświecał im cel? Nie mam zielonego pojęcia. Ewidentnie widać było, że Scott Gimple nie miał bladego pojęcia jak rozegrać zamieszanie powstałe po porwaniu Beth, więc postanowił stworzyć takie dziwne „cusik” kompletnie pozbawione sensu oraz logiki, które w założeniu miało pretendować do miana złożonego antagonisty, ale w rzeczywistości rozminęło się z własnym powołaniem. Do tej pory nie pojmuję o co chodziło z tym wielkim negatywizmem Dawn oraz dlaczego Grady było niby aż tak złym miejscem, mimo tego że większość mieszkających tam ludzi współpracowało ze sobą w celu osiągnięcia stabilizacji. Dodatkowo, łatwy w obaleniu system Lerner został urobiony do takiej rangi, iż widz miał myśleć o nim jako o bycie praktycznie nienaruszalnym, co niestety jest jedną wielką farsą biorąc pod uwagę ogromną opozycję policjantów sprzeciwiających się reżimowi jednej kobiety i kilku zdegenerowanych funkcjonariuszy, którzy-jak na ironię-z czasem sami zapracowali na własną śmierć. Jak już mówiłem, sensu w tym za grosz. Sytuacji nie poprawiło również postawienie w centrum Beth, która swoją miałkością jeszcze mocniej przyszpiliła cały motyw do dna. Twórcy nie wyciągnęli wniosków z sezonu czwartego, opierając lwią część 5A na barkach postaci, która za żadnej skarby nie była w stanie udźwignąć ciężaru samodzielnego wątku. Greenówna była tak jednowymiarowa, statyczna oraz nierozwinięta pod względem charakterologicznym, iż nie było mowy aby mogła ona stać się mechanizmem napędzającym tok zdarzeń. Jej działania czy też motywacje były po prostu śmieszne, co przeniosło tą śmieszność na cały motyw Grady. Przyjrzyjmy się zresztą takim elementom jak misja „słodka truskaweczka” czy „the great escape plan” będących osią jej partii w 5A. Nawet Rick ze swoją bandą nie był w stanie choć na moment dźwignąć GMH z kolan, ponieważ absurd bazy wyjściowej uniemożliwił scenarzyście stworzenie ciekawego konfliktu pomiędzy naszymi protagonistami, a grupą Lerner, czego przejawem był tragiczny „Crossed” poprzedzony wcześniej niewiele lepszym „Consumed„.

Slabtown10       Motyw drogi na tle sezonu piątego wypada wyjątkowo poprawnie. Nie był on wprawdzie przedstawiony w jakiś bóg wie jak zajmujący sposób, ale zachowawczość w kreowaniu sytuacji przyniosła fabule wymierne korzyści. Najpierw dostaliśmy „Self Help„, który był powiewem lekkiej świeżości pomiędzy kolejnymi wycinkami dotyczącymi miernej Beth, a następnie brnęliśmy przez „Them” ukazujący odmęty kompletnego wycieńczenia bohaterów. Zarówno pierwszy jak i drugi epizod pozbawiony był większych ochów i achów, ale uważam że ich treści były na tyle ciekawe, iż potrafiły w jakimś stopniu wywołać zainteresowanie widza. Za ich duży plus na pewno można uznać dynamicznie zmieniającą się scenerię, która sprawnie maskowała panującą w fabule stagnacje. Twórcy nie tylko pobawili się w przeplatanie obrazu miast i wsi w ich najbardziej surowej formie, ale również pokusili się o przełamanie niekończącego się lata pierwszą od S1  burzą. Można powiedzieć, że zaserwowali nam taki naturalny i dziki obraz apokalipsy. Warto pamiętać również o tym, że dość dobrze wymieszano tu dramat z nutką komizmu (szczególnie widać to w „Self Help„), czego w serialu dotychczas raczej nie było. 

Remember3       Do motywu Alexandrii w piątym sezonie podchodziłem z wielkim dystansem. Etap ten w komiksie nie charakteryzuje się wyjątkowo ciekawą linią fabularną, więc tym bardziej od serialu nie oczekiwałem bóg wie czego. Biorąc pod uwagę fakt koncertowo zepsutej serialowej partii dotycząca więzienia oraz Woodbury, mało co wskazywało na to aby telewizyjne ASZ okazało się sukcesem. Na całe jednak szczęście, moje obawy okazały się mocno na wyrost. To co zaserwowano nam od „Remember” aż po finał wbiło mnie w niemałe osłupienie, a nagły skok poziomu okazał się tak zaskakujący, iż przez długi czas nie mogłem zebrać szczęki z podłogi. „The Walking Dead” w mgnieniu oka wróciło do klimatów, które sprawiły że tak mocno zaangażowałem się w serial bite pięć lat temu. W końcu doczekałem się naprawdę świetnej historii, skonkretyzowanej oraz przemyślanej praktycznie od A do Z. Przywiązanie do szczegółów, pietyzm wykonania, świetne aktorstwo czy dość ciekawie przeplatane wątki to jedne z wielu zalet tego etapu „Żywych Trupów„. To co mnie najbardziej ujęło to naprawdę rewelacyjnie przedstawiona problematyka konfliktowości dwóch skrajnie różnych światopoglądów, z których jeden oparty został na silnym ale jednocześnie iluzorycznym poczuciu człowieczeństwa, a drugi na brutalnym i bezkompromisowym survivalu, który w mniemaniu niektórych był jedynym gwarantem przetrwania. Od czasów drugiego sezonu nie było tak działającego na widza konfliktu, co tym bardziej pogłębia moje pozytywne odczucia. Dodajmy do tego jeszcze dobrze skonstruowanych bohaterów drugoplanowych pokroju Deanny, Aarona czy Nicholasa, oraz w końcu oddychające postaci główne i mamy murowany sukces. Wszystko nabrało tak bogatego kolorytu oraz intensywności w przekazie, że człowiek z minuty na minutę chciał jeszcze więcej, a to w 100% dzięki zastosowaniu synkretyzmu gatunkowego, który wymieszał w jednym garze wszystkie dostępne rodzaje filmu. Mieliśmy tragedię, nutkę sielanki, trochę z akcyjniaka, odrobinę dramatu z elementami społecznymi, a nawet typowy horror oparty na gore i slasherach. Mówiąc prosto, coś niesamowitego. Jedyną rysą na tym niemalże nieskazitelnym obrazie okazał się finał. Twórcy jak zwykle napompowali balonik, sprawiając że człowiek oczekiwał czegoś bóg wie jak dobrego (a miał do tego prawo dzięki wcześniejszym epizodom), lecz niestety rzeczywistość pokazała swoje. „Conquer” stał się odcinkiem rozczarowującym, niedopracowanym na bardzo wielu płaszczyznach, oraz niewykorzystującym pełnię swojego potencjału. Marginalizacja Wilków, wiele błędów natury edytorskiej oraz znaczące przesadzenie w kwestii zaprezentowania Morgana (co otarło się o lekki kicz) to jedynie kilka z całej gamy poważnych błędów popełnionych podczas tworzenia odcinka S05E16.

Conquer5       „The Walking Dead” jest serialem, który od zawsze szczycił się rewelacyjnie przedstawionymi relacjami międzyludzkim. Ma być różnorodnie, ambitnie i przeważanie tak zawiło, iż widz powinien mocno główkować nad przyczynami niektórych zachowań bohaterów. Postawmy sobie jednak pytanie, czy piąty sezon faktycznie może się tym pochwalić? Osobiście chciałbym żeby tak było, ale rzeczywistość okazała się zbyt miażdżąca. Spośród wszystkich pięciu serii, S5 od samego początku męczyło się z chronicznym brakiem kompleksowo przedstawionych zależności między postaciami, co dla mnie jako widza jest czymś całkowicie nieakceptowalnym. Z perspektywy całych 16 odcinków, tak tragicznej sytuacji nie miał nawet S3 stworzony przez Glenna Mazzarę. Począwszy od „No Sanctuary” mieliśmy jedno wielkie nic, które trwało nieprzerwanie przez kolejne 11 odcinków. Połączenie Ricka i Carla praktycznie nie istniało, duet Peletier i Dixona oparty został na ciągłej wtórności i mdłej symbolice odradzania się z popiołów, namawianie Sashy do wybaczenia wykonaniu pseudomoralizatorskiego Tyressea to absurd goniący absurd, a konflikt Abrahama w kwestii podróży do Waszyngtonu z czasem nabrał takiego komizmu, iż ciężko było brać jego motywacje na poważnie. Na domiar złego, zostaliśmy jeszcze przygnieceni koszmarnym trójkątem Beth-Lerner-Edwards, który po prostu obrażał inteligencję widza. Mówiąc prosto, dramat i sto metrów mułu. Tak na dobrą sprawę, dopiero epizod „Remember” stał się punktem, który zaczął dość sprawnie mieszać w korelacjach naszych protagonistów. Dostaliśmy tu świetne sparowanie na drodze Rick-Carol-Michonne-Deanna, dobry kontrast Glena oraz Nicholasa, pierwsze miłosne uniesienia Carla i Enid czy też zaskakujący fakt odratowania Daryla dzięki połączeniu go z Aaronem w oparciu o ich społeczną odrębność. O tym, że zaserwowano nam sparing Carol oraz Pete’a na zasadzie relacji „była ofiara-kat” nie wspominając. Bohaterowie zaczęli żyć, zaczęli oddychać, zaczęli działać, idealnie pokazując, że mimo silnego  zintegrowania, każdy z nich jest autonomiczną jednostką zdolną do samodzielnego myślenia i wygłaszania własnych poglądów.

Try3       Skoro poruszyłem już temat relacji pomiędzy bohaterami, to przydałoby się parę słów powiedzieć o ich ogólnym rozwoju. Generalnie rzecz ujmując było źle, by nie powiedzieć że bardzo źle. „The Walking Dead” oczywiście cały czas miało swoje bolączki, ale czegoś takiego nie było chyba nigdy. Cały skład można podzielić na takie grupy jak:

1. Najlepiej rozwijani:

  • Rick – to jest bohater, który w sezonie piątym przeszedł przez najbardziej skonkretyzowany cykl. Pomijając rysę w postaci hiperbolizacji zachowań z „The Distance” oraz niewielkie potknięcia na etapie pierwszej połowy S5, cała reszta jest praktycznie bez zarzutów. Scenarzyści starali się przedstawić jego drogę w jak najbardziej kontrowersyjny sposób, a już oparcie tego na schemacie rozdarcia pomiędzy postawą Dale’a, a zachowaniami typowymi dla Shane’a uważam za strzał w dziesiątkę. Przez naprawdę długi czas Grimes ciągnął serial na swoich barkach, co tylko dowodzi temu jak silnym stał się na charakterem w ostatniej serii.
  • Carol – nie przepadam za tą postaci, ale patrząc obiektywnie, jej rozwój był również przemyślany od A do Z. Twórcy w pełni wyprostowali swoje potknięcia z sezonu czwartego, motywując w ten sposób jej postępowanie jak i poglądy. Wykreowali Peletier jak postać pozornie pozytywną, co jest dość zaskakującym krokiem. Nadanie jej makiawelicznego charakteru było czymś przeze mnie nieoczekiwanym, a co poskutkowało niezwykle ciekawy położeniem Carol na arenie rozgrywek toczących się w Alexandrii. Już sam fakt, iż dziewczyna wyszła bez większego uszczerbku na wizerunku z 5A pokazuje, że szła on dobrym torem.

2. Zmarginalizowani, ale w pewnym stopniu wybronieni:

  • Sasha – w 5A jej po prostu nie było. Pomijając aktywny udział w „Four Walls and a Roof„, później po prostu zniknęła w natłoku nadmiernie wyeksponowanej Beci. Z tego też względu bardzo szybko zbliżała się w kierunku fiaska, niemniej gdzieś w okolicach „Them” udało się twórcom uchwycić jej stabilność i wprowadzić Sashę na tory racjonalnego zachowania. Owszem, może irytowała ale skutki śmierci Boba i Tyreesa zostały przedstawione dość dobrze.
  • Michonne – ta również zginęła w 5A. Zero kompletne. Dopiero „The Distance” było punktem, gdzie Mich ponownie złapała za stery, kierując niejako fabułą. Uważam, że twórcy w jej przypadku wyszli obronną ręką, a nadanie jej roli przeciwwagi Ricka również okazało się świetną decyzją. Do tego przeplatanie całości z próbą asymilacji do normalności dało wyjątkowo ciekawy efekt.
  • Glenn – również w 5A nie istniał choć i tak jego udział w „Self Help” można zaliczyć do wyjątkowo udanych. Oczywiście tak jak w przypadku dwójki wyżej wymienionych, on również swoje życie zaczął w Alexandrii i przedstawienie go jako ostatniej pewnej ostoi człowieczeństwa było niezwykle interesujące.

3. Całkowicie zmarginalizowani (tutaj już bez większego komentarza bo nie ma czego komentować):

  • Carl
  • Rosita
  • Abraham
  • Tara
  • Eugene

4. Równia pochyła:

  • Beth – to jest po prostu koszmar nad koszmarami. Postać zła, mdła, tragiczna, kiepska, irytująca i męcząca. Wyeksponowanie dodatku do roli pierwszoplanowej to była najgorsza decyzja jaką mogli podjąć twórcy. Dziewczyna, która powinna dawno nie żyć dostała więcej uwagi niż niejeden drugoplanowy bohater z o wiele ciekawszym rysem charakterologicznym.
  • Tyreese – po prostu brakuje słów by opisać jak złą była ta postać. Niepotrzebnie wprowadzona, strasznie poprowadzona oraz co najważniejsze, usilnie wykreowana na moralizatorskiego typka, który mimo własnej hipokryzji, poucza każdego w około. Tok przyczynowo-skutkowy u niego w ogóle nie istniał, a już samo nadanie mu ksywki „Pączusia” pokazuje jakim „poważaniem” cieszył się wśród widzów.
  • Daryl – fakt faktem został on w jakimś stopniu odratowany w 5B, ale to jednak za mało by zmyć tą farsę jaka działa się w okół jego osoby. Twórcy w sposób kuriozalny i sztampowy prowadzili tą postać w sezonie piątym, a już wciskanie go na siłę do każdego możliwego wątku uważam za szczyt absurdu. Mimo licznej krytyki jaka leje się na Dixona już od przeszło dwóch lat, nadal katowano nas jego bezcelowym wątkiem. Dlaczego? Nie mam zielonego pojęcia.
  • Maggie – to jest da mnie największy szok sezonu piątego. W życiu nie podejrzewam, że ta postać zaliczyć aż taki spadek. Za wyjątkiem „Them” gdzie pokazała swoje dawne „ja”, cała reszta jest po prostu godna przemilczenia. Choć broniłem jej zachowania względem Beth, to jednak położenie kreski na siostrze było scenariuszowym idiotyzmem, co w połączeniu z biernością względem toczących się na około zdarzeń, wepchnęło Maggie to worka najgorszych.
  • Gabriel – przez pewien czas szedł w dobrym kierunku, ale po tym jak po „Coda” wdarła się do niego wtórność i nienaturalność, ciężko go uznać za postać dobrze poprowadzoną. Nie dość, że został zmarginalizowany i okazyjnie się pokazywał, to na dodatek jego zachowanie było wyjątkowo męczące i przesadzone względem zmian jakie zaszły w jego rysie w pierwszej połowie sezonu 5.

Spend9       Ostatnią rzeczą jaką chcę przeanalizować to śmierci, które widzieliśmy w sezonie piątym. Choć S5 nie okazał się (jak to zapowiadano) wielką krwawą łaźnią, to jednak postaci, które wybrano do „odstrzelenia” chyba większość widzów usatysfakcjonowały. Pozbycie się Beth oraz Tyrees’a można potraktować po prostu jako czystki w zespole, które miały na celu usunięcie najsłabszych ogniw ciągnących fabułę na dno. Stwierdzenie to jest tym bardziej trafne, gdyż właśnie od odcinka „Them” TWD zaczęło podnosić się z kolan. Jestem Gimple ogromnie wdzięczny, gdyż nie tylko zaoszczędził widzom męczenia się z koszmarnymi bohaterami, ale również ukrócił okropne aktorstwo reprezentowane przez Emily Kinney oraz Chada L.Colemana, których oglądanie niekiedy bolało. Jedynym minusem tego wszystkiego był sposób w jaki odeszli. Becia na sam koniec odwaliła największy idiotyzm, a Pączuś umarł w objęcia przerysowania i kiczu, przy których jedynie fanfar brakowało. Oprócz nich uśmiercono również Boba oraz Noah, ale w ich przypadku mamy już same superlatywy. Pierwszy idealnie odnalazł się w motywie ofiary kanibali wprowadzając lekko psychodeliczny klimat, a drugi zaserwował nam najbardziej dobitne gore jakie jakiekolwiek pojawiło się w TWD.

WHAWGO1       Podsumowując już to dość przydługie posumowanie, sezon piąty niestety rozczarowuje. Mimo naprawdę świetnej bazy wyjściowej powstałej po upadku więzienia, scenarzyści nie potrafili dobrze wypełnić praktycznie 11 godzin filmowego materiału. Jak już mówiłem w otwarciu, gdyby nie czas od odcinka „Remember„, S5 byłby jednym wielkim jakościowym fiaskiem. Mówiąc uczciwie, przygodę z tą serią na spokojnie można by zacząć właśnie od odcinka 12, a sam widz zbyt wielu rzeczy by nie stracił.

Oczywiście, jak to zwykle bywa, na koniec ocena wyrażona w postaci punktowej. Sezon piąty otrzymuje notę 4/10.

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts