Biżuteria Handmade

TWD S6

       Szósty sezon „The Walking Dead” mógł być dla Scotta M.Gimple tym, czym dla Franka Darabonta okazał się sezon pierwszy. Mógł być materiałem wielkim, oszałamiającym, zapadającym w pamięć i powalającym jakością. Swoiste opus magnum obecnego showrunnera. Wszystko wskazywało na to, że serial ponownie wróci do czasów swojej świetności, nie tylko przywracając blask tej lekko zaśniedziałej marce, ale również przyczyniając się do wyczekiwanego od dawna ustabilizowania poziomu fabularnego.  Kiedy jednak patrzę na S6 z perspektywy ostatnich miesięcy, nie widzę tej spektakularności czy pietyzmu. Nie dostrzegam konkretności, nie czuję celu, nie łapię zaangażowania. Jedynie co widzę, to zagubionego w treściach reżysera, który nieumiejętnie stara się połączyć ze sobą kilka niepasujących puzzli, stawiając jednocześnie pytanie: „Czy to jest faktycznie to co chcę pokazać?„.

AMC_TWD_Thank_You

        Szósty sezon „The Walking Dead” pod względem realizatorskim był przeogromnym przedsięwzięciem. Na warsztat wzięto nie tylko komiksowy moloch jakim był materiał „No Way Out„, ale również zalążki neganowskiego entrée, którego widzowie wyczekiwali z nieskrywanym podnieceniem. Wydawać by się mogło, że ekipa serialu startowała z pułapu murowanego sukcesu, który ponownie zagwarantowałby im ogromny skok w słupkach oglądalności, niemniej po krytycznych opiniach widowni (nawet amerykańskiej) widać, że osiągnęli efekt odwrotny do oczekiwanego, spotykając się po prostu z wyjątkowo chłodnymi reakcjami. Zawiniło naprawdę sporo czynników, i choć część z nich to stałe bolączki serii, tym razem udało się je nawet nasilić.

the-walking-dead-episode-613-carol-mcbride-935

       Główną przyczyną problemów szóstego sezonu TWD to przede wszystkim zła chronologia wydarzeń oraz mocno nietrafiona inwencja twórcza showrunnera (co jest akurat cechą rozpoznawczą Scotta M.Gimple). Fabuła, zamiast etapowo dążyć do punktu kulminacyjnego, dokładając jednocześnie kolejne elementy w celu zachowania interesującego ciągu przyczynowo-skutkowego, już na starcie kupuje widza grubym hajsem, po czym z odcinka na odcinek rozmienia się na drobne, próbując w konwulsjach pokazać że jeszcze tętni w niej jakiekolwiek życie. Rozpoczęcie intensywnego oraz bogatego materiału w postaci wyjścia hordy z kamieniołomu już w pilotażowym epizodzie serii, okazało się najpospolitszym strzałem w stopę, ponieważ przyczyniło się to rozwalenia struktury motywu oraz wyprania prezentowanej historii z asów, którymi mogła zaskoczyć w późniejszych odcinkach. Nie ma żadnej możliwości aby tak wysoki poziom utrzymać aż do półfinału, co poskutkowało zupełnym zapadnięciem się fabuły już na etapie „Here’s Not Here„, z czego nie udało się wyjść aż do półpremiery. Pomiędzy dotarciem hordy pod ASZ, a jej rzezią mamy wielką dziurę którą starano się wypełnić takimi rzeczami jak motyw Daryl-Dwight, wewnętrzna przemiana Morgana (tak przy okazji całkowicie zniszczono ostatni symbol darabontowskiej jakości), czy też napięcia wśród społeczności Alexandrii, aczkolwiek nie były one tym, co mogłoby podźwignąć półsezon z kolan. Jedynym odcinkiem jaki można uznać za zadowalający, oprócz oczywiście pierwszych trzech, jest „Now” który ze względu na duży nacisk na osobę Deanny potrafił przykuć do ekranu. Najgorszym punktem okazała się jednak wpleciona do historii grupa Wilków, która choć w sezonie 5 mityzowana była już od „What Happened and Whats Going On„, to w S6 okazała się nic nie wnoszącą pierdółką służącą jedynie do zagęszczenia akcji i paru cliffhangerów. Jak na ironię, sytuacja S6 wyglądałaby zupełnie inaczej, gdyby na początku kontynuowano trendy oraz stylistykę z końca S5, a motyw wyjścia hordy zarezerwowano na 4 czy też 5 odcinek. Nie tylko inaczej rozłożyłaby się dynamika całego wątku, ale również znaleziono by czas na należyte wykorzystanie dramatyzmu położenia bohaterów. O napięciu skumulowanym całkowicie w końcówce półsezonu nie wspominając.

First Time Again

       Z dużo lepszej strony prezentuje się natomiast półsezon numer 2, któremu nadano zupełnie odmienny ton oraz stylistykę. Począwszy od odcinka „No Way Out„, aż po „Last Day on Eart„, showrunner w sposób pewny i świadomy opiera całą strukturę motywu Negana na pełnej suspensu historii, którą gdzieniegdzie przeplata odczuwalną powagą, psychodelią, przerażeniem czy klaustrofobią. Widz ma świadomość, iż bohaterowie mimo swojej siły, wkraczają do miejsca, które ich doszczętnie zmiażdży i sprowadzi do roli robaka w ustalonym systemie. Mierzą się z potęgą, z jaką do tej pory nie mieli jeszcze styczności. Całość otacza aura nieznanego; tak jakby postaci na nowo adaptowały się do otaczającego ich świata. Jednocześnie sama perspektywa fabularna znacząco uległa poszerzeniu na skutek wprowadzenia nie tylko Hilltop, ale również powoli raczkującego Królestwa (delikatny spoiler, za który z góry przepraszam). Nowe charaktery, nowe otoczenie, gros nowych wątków. Ze strony widza są to wyjątkowo atrakcyjne aspekty, ponieważ zmieniają wydźwięk dość jednotorowego serialu jakim było TWD na przestrzeni ostatnich sezonów. Na jak długo? Cóż, tego nie wiadomo, ale oceniając tu i teraz można powiedzieć, że jest co najmniej dobrze z szansą na więcej. Czy możemy zatem założyć, że 6B zupełnie wyzbyło się potknięć? Chciałbym aby tak było, ale niestety nie jest. Zauważalny spadek poziomu da się zaobserwować w końcówce półsezonu, który nie wiedzieć dlaczego zaczął tracić na swojej stabilności i uciekać w stronę niezbyt ciekawych innowacji. Historia celowała w powtórne mielenie tych samych tematów (np. religijność Carol rozłożona na ponad 4 odcinki), bez żadnych podstaw nakreślono mini wojenkę na drodze Dwight-Daryl, zmarnowano cały odcinek na dywagacje Denise, która i tak koniec końców umarła, a sam finał choć około godzinny opierał się tylko na przemieszaniu bohaterów z punktu A do punktu B, po to aby doczołgać się jako tako do kulminacyjnego punktu sezonu.

Negan

       Złe rozłożenie fabularne pociągnęło za sobą również problemy w utrzymaniu stabilnej dynamiki opowieści. Scott M.Gimple nie wiedząc w jaki sposób płynnie przechodzić lub przeplatać dramat z akcją, dopuścił się pojawienia niezwykle długich i maksymalnie spowalniających historię momentów, które z pełnym sukcesem zbijały zainteresowanie, robiąc miejsce dla znużenia oraz nudny. Rozciągnięcie motywu hordy na 9 epizodów? Tylko niezwykle „utalentowana” osoba byłaby w stanie tego dokonać. Podobnie nagięcia widać również w drugim półsezonie oraz w środku poszczególnych odcinków. Chyba każdy z nas doskonale pamięta jak po nagłym zawaleniu się wieży w „Starts to Finish„, zamiast ukazać panujący w miasteczku terror, akcja skupiła się na dywagacjach egzystencjalnych Tary lub jakże zajmującej polemice Morgana oraz Carol odnośnie sensu życia i śmierci. Te oraz inne tego typu momenty to morderstwo na fabule, która po prostu zostaje chamsko zastopowana w jednym punkcie i czeka na ruszenie aż do kolejnego intensywnego etapu historii.

the-walking-dead-episode-611-rick-lincoln-4-935

      A skoro jesteśmy już przy intensywnych momentach….Cóż, tutaj pełen ukłon w stronę ekipy „The Walking Dead” ponieważ wspięli się oni na wyżyny, prezentując naprawdę duży kunszt oraz wyczucie. Poza przeczącemu prawom fizyki upadkowi wieży, nie jestem w stanie powiedzieć nic złego odnośnie realizacji akcyjnych partii sezonu 6, które po prostu wgniatały w fotel swoim rozmachem, widocznym dopracowaniem oraz wielkością. Przemarsz hordy miażdżył potęgą i pokazywał jak maluczcy względem tego ogromu są bohaterowie. Idealnie ujęto nieokiełznaną niczym masę, która brnie do przodu kierowana jedynie pierwotnym instynktem. Nie zapominajmy również o tym, że jej rzeź w półpremierze to wręcz miodne zakończenie motywu i najprawdopodobniej najlepiej zrealizowana sekwencja batalistyczna w historii TWD. Atak Wilków na ASZ to kolejny punkt wart uwagi. Reżyserująca odcinek Jennifer Lynch ponownie pokazała wyczucie w łączeniu horroru oraz gore, dostarczając nam naprawdę oddziałujący na widza obraz zdegenerowania oraz bestialstwa. Później przedstawiono świetny odwet na grupie Negana w odcinku „Not Tomorrow Yet„, oraz pełne zaszczucia spotkanie bohaterów z przyszłym antagonistą. Gregory Nicotero jednak zna się na swojej robocie.

the-walking-dead-episode-601-glenn-yeun-4-935

        Elementami 6 sezonu „The Walking Dead„, które zaskoczyły mnie w największym stopniu to świadomy powrót do nurtów typowo społecznych oraz próby wplecenia w historię większej dozy humoru, tym samym zrywając z łatką dobijającej dramaturgii oraz często niepotrzebnej powagi. Twórcy po ponad 4 latach w końcu przypomnieli sobie, że TWD to nie tylko tragizm ale również socjologia ukazana poprzez różnorodne korelacje między bohaterami. Ciekawie rozwinął się romans Ricka i Michonne, nareszcie odkurzono matczyno-synowskie relacje między Michonne i Carlem, ukształtowano kolejną moralną figurę w grupie w osobie Glenna bazującego na światopoglądzie Hershela czy Andreii, a ponadto zaczęto stabilizować Sashę oraz Abrahama po długim pasmie tragedii czy depresji. Pomiędzy tym wszystkim, od czasu do czasu mignęła nam doza wspomnianego wyżej komizmu, który znacząco rozluźniał atmosferę, wprowadzając nutkę kontrolowanej sielanki, swobody i spokoju. Żałuję jedynie, że dane nam to było oglądać przez raptem trzy/cztery odcinki sezonu.

the-walking-dead-episode-602-jesse-breckinridge-935

       Analizując sezon 6 nie sposób nie wspomnieć o wszechobecnych cliffhangerach, które zostały wepchnięte niemalże do każdego odcinka. Rozumiem, gdyby zwyczajowo posłużyć się dwoma tudzież trzema, ale w S6 ewidentnie utracono nad tym kontrolę, czasami serwując nam po prostu abstrakcyjne, kuriozalne i chamskie rozwiązania. Czyżby ekipa była świadoma tego, że dostarczają słaby produkt, któremu trudno będzie się obronić, a który trzeba w efekcie sztucznie podbudować? Nie sposób nie wspomnieć tutaj o finale, w którym twórcy postanowili zataić kto poszedł na romantyczną randkę z Lucillie, niszcząc tym samym całe napięcie jakie towarzyszyło wprowadzeniu Negana. Zupełnie nie jestem w stanie zrozumieć czym motywowane było postępowanie showrunnera, ale jeżeli oparł to na chęci podtrzymania pozytywnego zainteresowania to otrzymał efekt odwrotny do zamierzonego, wzbudzając w widzach napady irytacji oraz złości. Podobnie nietrafionym cliffhangerem było nawoływanie Sama w półfinale, które zostało zupełnie porzuconego w „No Way Out„, lub też burzliwy romansik Glena z okolicznym śmietnikiem jaki widzieliśmy w „Thank You„. Do listy możemy ponadto dodać Ricka, który został otoczony przez hordę, porwanie Denise („Start to Finish„), porwanie Magie wraz z Carol („Not Tomorrow Yet„), czy chociażby postrzelenie Daryla.

the-walking-dead-episode-610-rick-lincoln-935

       6 sezon, podobnie zresztą jak każdy inny sezon TWD, boryka się z widocznymi niedociągnięciami natury logicznej. Twórcy tu i ówdzie nagięli sobie reguły świata przedstawionego, starając się wprowadzić więcej widowiskowości kosztem zdrowego rozsądku. Niemniej, ten aspekt jest stałym elementem show więc nie będę się nad nim zbytnio rozwodził. Zamiast tego, wolę się skupić nad czymś zupełnie nowym, a mianowicie na pierwszych poważnych przejawach artyzmu w serialu na jakie pokusił się Gregory Nicotero, a które niestety nie wszędzie okazały się strzałem w dziesiątkę. Na pewno bardzo spodobał mi się fakt, wykorzystania slow motion jako sposobu przedstawienia recepcji świata przedstawionego przez bohaterów. Zagranie to zostało zastosowane w przypadku Deanny („Now„) oraz Sama („Start to Finish„), co pozwoliło na znaczące uwidocznienie ich zagubienia, szoku, załamania czy zupełnej dezorientacji. To co natomiast nie zagrało tak jak powinno to czarno-biała stylistyka jaką wykorzystano w premierze S6. Publika przyjęła to wyjątkowo chłodno, co podyktowane było albo ogólnym poirytowaniem wywoływanym przez nagłe zmiany tonacji kolorystycznej, albo trudnościami w odbiorze treści. Twórcy wprowadzili zbyt duże zamieszanie pomimo tego, że chcieli prawidłowo zaakcentować chronologię. Podobnie jak w przypadku czerni i bieli, również ukazanie retrospekcji w czerwieni w trakcie śmierci Jessie nie były czymś co zrobiłoby na mnie wrażenie. Zalatywało po prostu kiczem i tandetą, co jeszcze mocniej pogrążyło i tak niezbyt lotny motyw. Na koniec jakże cudna szamotanina Abrahama w „Always Accountable„, która przyjęła postać teatrzyku godnego pożałowania.

Denise

       Było trochę o historii, trochę o konstrukcji oraz stylistyce, więc czas najwyższy zająć się za jednym z najważniejszych elementów show czyli psychologią bohaterów. Aspekt ten-jak zresztą powszechnie wiadomo-jest najważniejszym nurtem tematycznym realizowanym na gruncie fabularnym „The Walking Dead” i choć na przestrzeni lat poprzednich różnie z nim było, to jednak poszczególne sezony (wyjątek S5) potrafiły w mniejszym bądź większym stopniu się wybronić. Czy tak samo broni się S6? Szczerze mówiąc, niekoniecznie i bynajmniej nie mam tutaj na myśli złego toku rozwojowego postaci (choć i takie się znalazły) ile po prostu wszechobecną marginalizację, która dotknęła znacząca ilość protagonistów. W niedawno zakończonej serii, TWD dysponowało ponad 22-osobową główną obsadą plus całą gamą różnorakich drugoplanowców. Taka ilość niestety przytłoczyła i tak słabego pod względem showrunnerowania Scotta M.Gimple, który po prostu usuwał lub wyciągał poszczególne osoby kiedy było mu wygodnie. Doprowadziło to do pojawienia się rwanego rozwoju charakterologicznego, objawiającego się wyjątkowo długimi okresami absencji lub bezcelową wegetacją. Postaci z ciekawym, nawet chwilowym progresem, jest niewiele, co dla mnie jako osoby zagłębiającej się w psychologię bohaterów jest osiągnięciem dość miernym.  Zresztą spójrzmy jak to wszystko się prezentuje:

  • Na pewno na plus możemy zaliczyć Ricka oraz Carol, którzy dość konsekwentnie szli wytyczoną wcześniej ścieżką. Obraz lidera zrywającego powoli z łatką dehumanizacji i przyjmującego nowy ład Alexandrii oraz postać szarej eminencji starającej się utrzymać i dalej kreować wspomniany ład, okazały się naprawdę ciekawym punktem szóstego sezonu. Grimes wraz z Peletier stworzyli wyjątkowo udany duet, który w dużym stopniu ciągnął fabułę na swoich barkach. Są dynamiczni, są niezależni, są silni charakterologicznie oraz kontrowersyjni, dzięki czemu generują materiał do analizy oraz dyskusji. Oczywiście nie obyło się bez potknięć pokroju zbyt przedłużającej się ksenofobii Ricka względem Alexandryjczyków, zupełnego braku wpływu śmierci Jessie na jego osobę lub zbyt lekkomyślne podejście do problemu Negana, a w przypadku Carol katastrofalnie realizowany motyw powrotu do moralności, ale generalnie nie rzutuje to na odbiorze ich osobowości.
  • Gabriel wraz z Eugenem stanowią spore zaskoczenie ze względu na ogromny progres jaki zaliczyli. Po ponad dwóch sezonach, przeszli w końcu przez punkt zwrotny w swoim rozwoju, przybierając zupełnie inną rolę oraz stając się ważnymi dla pewnych wydarzeń. Porter oczywiście rozpoczął swój własny motyw produkcji amunicji, natomiast Stokes przejmuje na siebie problem obrony Alexandrii, stając do walki na równi z resztą bohaterów. Wywołują swoją osobą sympatię wraz z zaangażowaniem i choć ich pięć minut trwa przez krótki czas, to jednak udało się im wkroczyć na zupełnie inny poziom. Podobnie ma się sytuacja z Maggie, która ukazuje się nam w roli przywódcy, „odziedziczając” po Deannie utrzymanie ASZ od strony dyplomacji oraz administracji. Na plus ponadto mogę zaliczyć Sama, którego narastająca depresja wynikająca z braku uwagi matki i śmierci ojca była dość ciekawym dodatkiem do 6A.

AMC_607_Ron_Following_Carl

  • Rozczarowującym okazał się fakt długiego utrzymywania w cieniu takich osób jak Carl (zupełne pominięcie skutków postrzału), Michonne (jej najważniejszą rolą okazało się bycie dziewczyną Ricka), Rosity (sprowadzenie jej do roli ładnego elementu w scenach akcyjnych), Sashy i Abrahama (ich jedyny wątek to rozwijający się romans), Aarona (co on w ogóle zrobił w tym sezonie?), Glenna (nadanie mu roli moralnego kompasu), Spencera (otrząsanie po śmierci rodziny), czy Heatha lub Tary (aczkolwiek tu jestem w stanie zrozumieć ponieważ Corey Hawkins uległ wypadkowi na planie, a Alanna Masterson była w ciąży w trakcie kręcenia sezonu). Postaci pojawiały się punktowo w fabule, przebiegały w tle, czasami powiedziały ze dwa lub trzy zdania, co pozostawiało po sobie niedosyt.
  • Kompletnym kuriozum są natomiast takie osoby jak Jessie, Ron, Morgan, Denise czy Daryl. Ewidentny brak pomysłu, zerowa logika rozwoju, niekiedy z rolą elementu, który ma jedynie popchnąć fabułę do przodu. Czas poświęcony na rozwój Jessie okazał się czasem zupełnie straconym, ponieważ dążenie do jej zahartowania było bezcelowe w świetle zgonu w „No Way Out” , Cloyd przez cały sezon nie zrobiła zupełnie nic po to tylko by dotrwać do odcinka „East” i posłużyć do zekranizowania zupełnie niepotrzebnego komiksowego zgonu, Ron przez pół sezonu rozwijał swój antagonizm wobec Grimesów przy czym stawał się tak nieznośny że bardziej się nie da, Daryl natomiast powrócił do dawnych irytujących tendencji i ogólnego rozwalenia charakterologicznego. Zaś co się tyczy Morgana…..aż nie chce mi się tego komentować bo szkoda.

Tovah Feldshuh as Deanna Monroe - The Walking Dead _ Season 6, Episode 2 - Photo Credit: Gene Page/AMC

        Oddzielny akapit postanowiłem poświęcić Deannie, która w mojej opinii okazała się największym pozytywem całego sezonu 6.  Nie wiem jak to się stało, ale z dość miernego i niewartego zapamiętania pierwowzoru jakim był Douglas, udało się wykreować fenomenalną jak na standardy TWD postać, która u zdecydowanej większości widzów wzbudzała zainteresowanie wraz z uznaniem. Prawdę mówiąc, jeszcze żadna inna bohaterka od czasów Andrei nie wywołała u mnie aż tak żywego zaintrygowania. Podejście Deanny do świata, głoszone wartości czy idee, jej światłość, rezon, pewność siebie, chęć późniejszej walki i siła- nie jestem w stanie w pełni opisać jak bardzo utożsamiałem się z jej postawą. Po prostu coś niesamowitego. Jej rozdarcie między dawnym systemem, a nadchodzącymi zmianami postawiły jej osobę w zupełnie innym świetle, pokazując nam Monroe jako lidera zdolnego do adaptacji i chcącego chronić Alexandrię przed brutalnością świata zewnętrznego. Z jednej strony demony prywatnych tragedii, z drugiej odpowiedzialność za życia kilkudziesięcioosobowej społeczności. Oczywiście nie była osobą krystalicznie czystą, ale to jedynie dowodzi jak dobrze rozpisana charakterologicznie była Deanna. Niestety, jak to w przypadku TWD bywa, pożegnała się z serialem po około 10 odcinkach, czego nie oceniam jako rzeczy pozytywnej. Choć jej śmierć uchodzi w mojej opinii jako jeden z najlepiej zaprezentowanych i udramatyzowanych zgonów, uważam że nie był on fabule potrzebny. Teoretycznie, śmierć Monroe stanowi moment odejścia starego i ugruntowania nowego porządku pod wodzą Ricka, ale w praktyce historia dużo więcej by zyskała gdyby jednak zostawiła bohaterkę przy życiu. Obserwowanie tego jak kieruje rozwojem Alexandri byłoby fajnym dodatkiem do fabuły, a późniejsza konfrontacja z Neganem mogłaby przynieść dość ciekawy zwrot w jej rozwoju. Ponadto, była jedyną osoba z otoczenia Grimesa, która miała na niego jakikolwiek realny wpływ, dzięki czemu ustaliła się miedzy nimi interesująca dynamika.

zombiaki

       Na samym końcu (choć zwyczajowo tego nie robię) chciałbym powiedzieć kilka słów odnośnie aktorstwa, jakie zaprezentowała obsada w czasie sezonu 6. Generalnie rzecz ujmując, ekipa TWD robi naprawdę imponuję wrażenie. Po zeszłorocznym pozbyciu się Emily Kinney (Beth) wraz z Chadem Colemanem (Tyresse), gra aktorka nareszcie uległa ustabilizowaniu na poziomie od dobrego w górę. Teoretycznie, od całości odstaje Christian Serratos (Rosita), ale jest jej w serialu na tyle mało, że nie zwraca się na to zupełnie uwagi. Oczywiście, czołówką TWD niezmiennie pozostaje Andrew Lincoln, który jako Rick jest po prostu czystym fenomenem. W finale S6 przeszedł on samego siebie, pokazując nam obraz całkowicie upodlonego i złamanego Grimesa, który w ogóle nie radzi sobie z zaistniałym problemem. Na podobny poziom wspięła się również Tovah Feldshuh, która ze względu na swoje broadwayowskie doświadczenie oraz funkcjonowanie w branży przez naprawdę długi czas, była w stanie dostarczyć pełny oraz angażujący obraz Deanny. Ewidentnie widać, że kontrolowała materiał, potrafiła się dopasować do skrajnej tematyki TWD oraz idealnie współgrała z resztą obsady. Reszta obsady natomiast na pułapie poprawnym i lepiej. Dużym zaskoczeniem okazały się natomiast nowe angaże w postaci Jeffreya Deana Morgana (Negan), Toma Payne’a (Jesus) czy Xandera Berkeleya (Gregory). AMC sięgnęło po naprawdę mocny oręż, angażując nie tylko znane gwiazdy ale również z imponującym dorobkiem. Podobnie miała się rzecz w przypadku osobistości epizodycznych takich jak John Carroll Lynch (Eastmen), którego publiczność może kojarzyć z roli demonicznego Twistiego z antologii AHS, lub Alicia Witt (Paula). Tak na dobrą sprawę, ich gra nie wymaga większego komentarza więc na tym zakończę.

AMC_604_Morgan_Choking_Eastman

       Reasumując, sezon 6 to materiał będący miszmaszem, który jednocześnie cieszy ale potrafi się również pokazać od irytującej strony. Część rzeczy dopracowana, część potraktowana po łebkach, jeszcze inne zniszczone przez nietrafioną inwencję. Mówiąc uczciwie, bawiłem się przez S6 znacznie lepiej aniżeli przy poprzednich dokonaniach Scotta M.Gimple, niemniej niedociągnięcia fabularne jak i strukturalne są na tyle widoczne, że ciężko mi zakwalifikować serię jako bardzo dobrą. Wydawać by się mogło, że gotowy materiał komiksowy to gwarant sukcesu, ale S6 pokazuje że nawet nad idealną podstawą można stracić kontrolę. Z tego też względu, końcowa nota to jedynie 6/10, co uważam za ocenę adekwatną do poziomu jaki zaprezentował sezon 6 „The Walking Dead

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts