Biżuteria Handmade

rp_the-walking-dead-s4b-key-art-500x538.jpeg       Czwarty sezon „The Walking Dead” w zamyśle Scotta M.Gimple oraz reszty producentów był czymś rewolucyjnym. Od chwili zakończenia „Welcome to the Tombs”, aż po październik 2013 roku regularnie można było wyłowić informacje mówiące o wielkim charakterze nadchodzącego materiału. A to pełno dramatyzmu, a to pełno akcji, a to powrót do zagrożenia ze strony zombie i różne takie pierdółki goniące jedna za drugą. Co by nie powiedzieć, plany naprawdę ambitne. Szczytem ambicji jednak okazał się wymóg jaki twórcy z własnej nieprzymuszonej woli na siebie nałożyli. Robert Kirkman z wielkim zadowoleniem rzucił w mediach, iż S4 powróci do korzeniu serii czy założeń charakterystycznych dla sezonu pierwszego ukształtowanego w oparciu o wizję i przewodnictwo Franka Darabonta. W tym właśnie momencie większość widzów została jakby rażona gromem. No ale jak to, po długim paśmie porażek w końcu zwrot na odpowiednie tory? Czy nareszcie serial będzie taki jakim być powinien? Jakby to ująć, apetyt zaczął po prostu rosnąć w miarę jedzenia. I tutaj pojawia się pytanie, czy aby faktycznie udało się spełnić wszystkie te obietnice, które z czasem urosły do niemałego stosiku oczekiwań? Czy może ponownie zderzyliśmy się z toną pustych frazesów rzucanych jedynie na wiatr?

far       Dużym problemem „The Walking Dead”, który ciągnie się już niemalże od drugiego sezonu jest fabuła. Precyzując, jej po prostu nie ma. Cofając się wstecz i analizując większość elementów składowych idealnie widać, iż brak temu wszystkiemu odgórnie nałożonego wątku przewodniego. Są oczywiście motywy, które dominują i zagarniają czas antenowy w sposób zdecydowanie większy niż reszta, niemniej nie prowadzi to do finałowej konkluzji, która spoiła by każdy pomniejszy element w jedną spójną i rzetelnie wykonaną pracę. Powtórzę tutaj już każdemu znany frazes (przewija się w mojej każdej recenzji), a mianowicie widz nie może doświadczyć ciągu przyczynowo-skutkowego. Sezon czwarty również kultywuje ten niezrozumiały dla mnie trend, którego twórcy tak kurczowo się trzymają. Patrząc ogólnie na S4 widzimy, iż jest on zlepkiem kilki różnych pomysłów, które w żadnym stopniu się nie uzupełniają. Ba, mają nawet między sobą dość znikomy związek. Scenarzyści poszli w myśl „wrzućmy co się da robiąc jeden wielki miszmasz, bo jakoś trzeba to do końca pociągnąć”. Najpierw zaserwowano nam epidemię, później ni stąd ni zowąd zza krzaka wyskoczył Gubernator robiąc spektakularną rzeź, po czym przenieśliśmy się na ośmioodcinkową tułaczkę. Sensu żadnego. Ot, było i poszło. Niby oczywiście mamy tutaj śmierć Hershela pełniąca rolę pomostu między jednym, a drugim niemniej w perspektywie 16-epizodowego sezonu jest to zdecydowanie za mało. Nie można również pominąć bardzo słabej wielowątkowości, którą starano się za wszelką cenę stworzyć. Dodatkowe historie generalnie były albo pomijane (alkoholizm Boba i jego wojskowa przeszłość czy poszukiwania Beth podjęte przez Maggie), albo tak źle poprowadzone, że człowiek wolałby o nich zapomnieć („spragniona” Beth, mini dramacik Daryla, emo-Tyreese czy Carol-KubraRozpruwacz-Peletier). Pomijając jednak nikłe strukturalne rozłożenia sezonu, najgorszym w tym wszystkim jest brak widocznych w zachowaniu postaci skutków wydarzeń, których byli częścią. Poza drobnym motywem Carla, Ricka i Michonne, na których upadek więzienia odbił spore piętno, Tary i jej poczucia odpowiedzialności oraz wyrzutów sumienia Dixona (co też było akurat powieleniem starych wątków) reszta poszła sama sobie. Jak na prawie 20 osobowy skład to raczej kiepsko się zaprezentowali.

30        Sezon czwarty trochę lepiej wypada, kiedy spojrzy się na niego, jako na dwie autonomiczne historie czyli wspomniana epidemia jako jedno i tułaczka jako drugie. Pierwsza część święci triumfy ponieważ została utrzymana w niezwykle zdynamizowanym tonie. Od „30 Days Without an Accident„, aż po „Too Far Gone” ciągle coś się dzieje. Tu wypady, tam trupy w bolku, gdzie indziej jeszcze jakieś narastają konflikty. Nie można powiedzieć, że jest nudno. Czuć również atmosferę schyłkowości lokacji, gdyż wrażenie końca idylli kroczy za bohaterami nieprzerwanie od pierwszej minuty pilotażowego odcinka. Oczywiście oni są tego nieświadomi dalej zajmując się swoimi sprawami, lecz jest to normalna kolej rzeczy działająca na korzyść serialu. Znalazło się również miejsce na przeniesienie akcji do innych miejsc, dzięki czemu zaimplementowano względną różnorodność. Był supermarket, sklep a nawet miasto. Dano nam lekki powiew świeżości. Mówiąc szczerze, zatęchłe mury więzienia zaczęły mnie męczyć. Nie sposób również zapomnieć o fantastycznym wątku Hershela, który osobiście uważam za czołówkę najlepszych pomysłów twórców TWD. Oprócz tego, iż pokazano jak dynamicznym bohaterem Green był, to na dodatek w sposób znaczeniowy ujęto moralność, walkę o wyższe idee oraz oddanie sprawie oparte na ludzkiej empatii i współczuciu. Całość zwieńczona została spektakularnym upadkiem więzienia pełnym napięcia oraz dramatu. Tutaj nie dano nam odpocząć. Aczkolwiek nie wszystko było tak kolorowe jak to wygląda. Przedwczesna śmierć Karen była nie tylko stratą dość ciekawej postaci i jedynego łącznika S4 z S3, ale także powodem najżałośniejszego zachowania jakie kiedykolwiek dane mi było oglądać w jakimkolwiek dziele telewizyjnym. Z jednej strony obchodzący się z własnymi problemami jak z jajkiem Tyreese, a z drugiej Carol, która ot tak sobie postanowiła mordować ludzi bez żadnego zastanowienia. Ideę miała przednią, nie powiem że nie, ale realizacja daleka od logiki. Dużym minusem jest również sam Gubernator, a raczej to że ponownie bazowano na wyeksploatowanym materiale i na dodatek poświęcono aż godzinę na realizację bzdurnego i mało absorbującego dojścia Philipa do władzy w nowym obozie. Niepotrzebne, niepotrzebne. Druga część sezonu miała natomiast genialne otwarcie oraz genialne zakończenie, jednak wszystko to co pomiędzy nimi nadaje się do kosza. Wydarzenia zdecydowanie przeciągnięte, nudne, bezcelowe oraz monotematyczne. Ciągnące się poszukiwania Glenna, rozmemłane dialogi pomiędzy Darylem i Beth lub usilnie przedłużająca się psychoza Lizzie były najzwyczajniej w świecie nużące. Dlaczego zostało to tak wydłużone? Nie mam zielonego napięcia. Wiem jednak, iż nie działało to na korzyść serialowi. Cięgła otoczka lasu już po dwóch odcinkach zaczynała doskwierać, a tu do końca zostało jeszcze sześć. Poza wprowadzeniem Abrahama nic tak naprawdę nie zasługuje na uwagę, a już na pewno nie na jakiekolwiek pochwały. Całość została rozwleczona na rzecz mdłego survivalu. Zastanawiam się teraz czym się tak Greg Nicotero zachwycał wspominając o tym aspekcie? Na dobrą sprawę dynamizm wprowadziła jedynie grupa Joe i jej kontrowersyjne podejście do świata, ale miało to jedynie krótkotrwały efekt. Świadomość iż tropią oni rodzinę Grimesów wraz z Michonne wywoływała napięcie ze względu na strach o to co się może z nimi stać. Historia Lena idealnie pokazała do czego są zdolni. Zresztą co tutaj dużo mówić, zwieńczenie tego motywu było tak fantastyczne, że aż nie do opisania o czym świadczą w większości pozytywne reakcje. 

walking-dead-recap-season-4-episode-15       Twórcy bardzo mocno zarzekali się, iż S4 „The Walking Dead” jest najbardziej dopracowanym materiałem jaki wyszedł spod ich ręki. Szkoda jednak, że niewiele to oświadczenie ma wspólnego z realnym produktem, który oddano do dyspozycji widzom. Pomijając jakieś drobne nielogiczności czy niedociągnięcia (te zawsze się zdarzają, nawet w na pozór idealnym serialu) scenarzyści dopuścili się-by nie skłamać-aż 4 lub nawet 5 absurdalnych sytuacji.  Oto lista:

  1. Motywy Ann i Sama z odcinka „Indifferencje”.  Wszystko byłoby tak naprawdę w porządku gdyby nie to, że chłopak przepadł jak kamień w wodę, a sama dziewczyna zmarła leżąc od swoich „pozostałości” kilka metrów dalej, będąc przy tym jedzoną przez zombie. Również to, że Rick i Carol nie słyszeli ani walki, ani krzyków, ani wystrzałów z pistoletu również jest jednym wielkim absurdem. Swego czasu można to było zrzucić na karb domniemanych kanibali, ale patrząc na sporą odległość położenia Terminusu (tutaj zaznaczam, że jeszcze nie znamy prawdziwej natury tego miejsca, aczkolwiek wiele mówi o charakterze tego miejsca) rozwiązanie te nie ma najmniejszej racji bytu. Podejrzewam, iż twórcy chcieli wprowadzić suspens, aczkolwiek okazało się to jedną wielką i nieprzemyślaną klapą.
  2. Wybicie grupy ocalonych z odcinak „Dead Weight„. Jak wiadomo, Gubernator po dotarci do grupy Martineza wybrał się w teren w celu poszukiwania zapasów. W pewnym momencie z odległości grupa dostrzegła jakąś społeczność ocalonych. Na pozór nic nowego-ot świeżaki-ale kiedy wracamy na to miejsce kilka chwil później widać iż z obozu nie ostał się „nawet kamień”. W tajemniczych okolicznościach wszystkich wymordowano. Jak do tego doszło? Tego nawet najświętsi nie wiedzą. Kolejny raz mamy do czynienia z wątpliwej jakości suspensem.
  3. Karteczki wywieszone na trupach widoczne w odcinkach „Dead Weight” oraz „Still„. Teoretycznie rzez ujmując nie byłoby to żadnym błędem, gdyby pozostawiono to z wyjaśnieniem jakie padło z ust braci Dolgen. No, ale jest to jedno „ale”. Z podobną sytuację spotkali się również Daryl i Beth podczas poszukiwania alkoholu. Nie wiadomo o co chodzi, kto to zrobił, do czego to prowadzi itd. Wprowadzono coś co nie miało żadnego wyjaśnienia. Czyżby twórcy poszli w zasadę „zróbmy bezpodstawny szok”?
  4. Dziwne zniknięcie Luka oraz Molly po wydarzeniach z „Too Far Gone„. Wprawdzie pełnili jedynie rolę dodatku, a sami twórcy zasugerowali ich śmierć pokazując zakrwawiony but, niemniej uważam to za wyjaśnienie grubymi nićmi szyte. Już samo to, że Tyreese zgubił dwójkę dzieci stanowi jedno wielkie kuriozum. Przyjmując jednak możliwości ich zgubienia się, to niemożliwym jest aby ani grupa Ty ani ta dwójka nie widzieli się w żadnym punkcie, ponieważ krążyli po tym samym terenie i to jeszcze w praktycznie tym samym czasie.
  5. Grupa więzienna przez półtora roku stacjonowania w więzieniu lecz ani razu nie widziała znaków prowadzących to Terminus. Mówiąc szczerze jest to błahostka, niemniej z perspektywy wiarygodności fabuły stanowi to jawne niedociągnięcie. Patrząc na zakres „rozreklamowania” nie ma fizycznej możliwości aby nikt podczas wypadu nie dostrzegł żadnych szyldów czy napisów.

Producenci nie popisali się kompletnie jeśli chodzi o szczegółowe wykończenie motywów. Generalnie większość z nich odgrywała ważniejszą rolę skupiając uwagę widzów, więc tym bardziej obliguje to że precyzji wykonania. Duży minus. Jak to się mówi, „diabeł tkwi w szczegółach”

Gubernator       Jak wiadomo najważniejszym czynnikiem całego uniwersum „The Walking Dead” są bohaterowie. Robert Kirkman ustalił, iż pod płaszczem szerzącej się apokalipsy przedstawi człowieka oraz jego kondycję emocjonalną jako elementy składowe regularnego społeczeństwa. Teraz pojawia się pytanie, jak z tym wszystkim radzi sobie sezon czwarty, który poniekąd miał wrócić do korzeni serii? Mówiąc szczerze, wbrew temu co powiedziano cudów nie ma. Burzliwych korelacji oraz dynamicznie zmieniających się postaci ze świecą szukać. Obiektywnie patrząc, na cały 18 osobowy skład jedynie Carl, Michonne, Hershel oraz Mika byli poprowadzeniu w sposób nie budzący żadnych zastrzeżeń. Osobiście nie jestem w stanie dostrzec jakichkolwiek negatywnych stron w rozwoju ich rysów charakterologicznych, które dodatkowo były świeże, inne oraz absorbujące widza na poziomie innym niż tylko ich efektowności. Niedaleko tej grupy uplasowali się również Rick, Maggie i Tara, niemniej z racji tego że pierwszy zajął się bzdurnym farmerowaniem, druga kompletnie zapomniała o siostrze, a trzecia aż nadto kozaczyła przy pierwszym pojawieniu się, nie jestem w stanie uznać ich za idealnie przedstawione postaci. Generalnie, aspekty te zdecydowanie wpłynęły na lekkie zidiocenie tej trójki. Najgorzej z całego składu zaprezentowali się natomiast Daryl (bezbarwny), Glenn (irytujący), Beth (mdła), Tyreese (przewrażliwiony), Carol (głupia) oraz Lizzie (koszmarna). Nie wiem czym kierowali się scenarzyści, ale tak złego ukazania bohaterów dawno nie dane mi było oglądać. Mamy tutaj cały zestaw cech, które w pełni pasują do tzw. „potworków charakterologicznych”. Osobiście jestem również wściekły na twórców za stale prowadzony proces marginalizacji, zakrojony tym razem na niespotykaną skalę. Mała uwaga, którą poświęcono Bobowi oraz Sashy jest wręcz grzechem z artystycznego punktu patrzenia. Dwójka fantastycznych z założenia osobowości, którzy jedynie zostali liźnięci. To samo tyczy się Abrahama, Rosity oraz Eugena. Każdy z tej grupy zrobił rewelacyjnie wrażenie, ale co z tego skoro czas antenowy im poświęcony zamyka się w niecałych kilkudziesięciu minutach? Z wielką chęcią zaliczyłbym ich do grona najlepiej poprowadzonych postać, jednakże brak rozwoju znacząco ich dyskwalifikuje. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że zostali wprowadzeni w czasie, który dawał spore pole do popisu. No ale jak woli się marnować możliwości na nic nie znaczące pierdoły to efekt mamy jaki mamy.

Carl       Dla niektórych to co zaraz powiem może wydać się szokujące, ale pierwszy raz zawiedziony jestem małą śmiertelnością wśród głównych bohaterów. Już tłumaczę dlaczego. Po pierwsze, zrobił się zdecydowanie zbyt duży tłok. Myślałem, że upadek więzienia przetrzebi trochę szeregi, ale jak widać twórcy nie byli skorzy to usunięcia znanych nazwisk. Po drugie spora część postaci najzwyczajniej w świecie nie gra już znaczącej roli. Dalsze trzymanie Daryla jest dla mnie najgłupszą rzeczą jaką popełniono przy tym serialu. Nie tylko stał się on najbardziej bezbarwny, ale również zabiera cenny czas antenowy, który spokojnie mógłby zostać oddany innym, bardziej ciekawszym osobom. Nie dynamizuje, nie intryguje, nie absorbuje. Pytam się zatem po co? O wiele więcej TWD by zyskało na jego zgonie w półfinale niż na zgonie Hershela. To samo tyczy się Beth. To, że przeżyła ona takie postaci jak Lori, Andrea, Merle czy Axel jest niepojęte. Kolejny z brzegu jest Glenn, a za nim Tyreese. Naprawdę nie jestem w stanie zrozumieć toku rozumowania producentów. Mieli tak wiele adekwatnych momentów do pozbycia się słabych ogniw, lecz mimo wszystko woleli ich zatrzymać.

Carol       Podsumowując, S4 okazał się większym rozczarowaniem niż podejrzewałem. Nie jest oczywiście źle, ponieważ kilka diamentów można tutaj znaleźć, niemniej generalnie materiał ten nie powala. Widać, iż Scott M.Gimple nie ogarnął rozmiarów zgliszczy jakie pozostawił po sobie jego poprzednik – Glen Mazzara. W cale go jednak o to nie winię. Podejrzewam, że nawet najwięksi by sobie nie dali rady. Niemniej jak już mówiłem, nie jest dobrze. Wiele rzeczy wymagało poprawy ze względu na swój słaby charakter, a brak strukturalnego rozłożenia sezonu wpłynął na jego chaotyczność oraz wydźwięk miszmaszu. O tyle jednak dobrze, że showrunner dał sobie ciekawą bazę wyjściową pod S5. Podsumowując, sezon 4 otrzymuje ode mnie ocenę 5.5/10.

  

 

 
 

 

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts