Biżuteria Handmade

Po kilku słabszych zeszytach, „The Walking Dead” zdecydowanie przyspiesza w zeszycie 112. Rozpoczęcie wojny jest co prawda zapowiadane na zeszyt 115, ale już teraz wygląda na to, że rezydenci Aleksandrii wkopali się w niezłe kłopoty. Tak czy inaczej, starcie zjednoczonych społeczności i Zbawców jest nieuniknione i w przeciągu następnych miesięcy będziemy świadkami zapowiadanej jako największej w historii komiksu linii fabularnej, większej nawet od „Made To Suffer” („Stworzeni by cierpieć” w polskiej wersji), w którym Woodbury zaatakowało grupę więzienną i która obfitowała w wiele śmierci.

 

The-Walking-Dead-112-cover

The Walking Dead 112

 UWAGA! Recenzja zawiera spoilery!

W zeszycie 112 nie ma czasu na oddech, gdyż historia rozpoczyna się tuż po wydarzeniach z poprzedniego numeru. Rick oczywiście nie jest zadowolony z samowolki Negana, który postanowił pod jego nieobecność zamieszkać sobie w Aleksandrii i kiedy tylko po powrocie odkrywa obecność nieproszonych gości i los Spencera, od razu rusza, aby skonfrontować się z Neganem. Ten jak widać niezbyt przejął się losem mieszkańca społeczności. Wymiana zdań pomiędzy Rickiem i Neganem kończy się wypełnieniem umowy. I choć Negan chce w „przeprosinach” za swoje czyny pozostawić całe zapasy i zrezygnować ze swojej działki, Rick nalega, mówiąc że „umowa to umowa”. Po chwili poznajemy jego prawdziwe plany.

Ten moment tego numeru naprawdę mnie zastanowił. Rick to inteligentny facet. Rozumiem jego chęć zabicia Negana i uwolnienia się spod jego tyranii. Ale założenie, że Negan przywiózł faktycznie tylko ósemkę ludzi i nie ma ani broni, ani nikogo do wsparcia było bardzo głupie. Być może popełnienie tej głupoty byłoby warte, gdyby skończyło się śmiercią Negana, zanim ten zorientuje się, co się święci. Ale Andrea podejmuje niezrozumiałą też dla mnie decyzję, aby najpierw zabić kierowcę, a nie lidera Zbawców. Być może nie widziała dokładnie, który to jest Negan, a może miała jakiś inny plan na rozwiązanie tej sytuacji. Tak czy inaczej, Negan dalej żyje, a Rick i ludzie, którzy wzięli udział w zasadzce są w sporych kłopotach.

Potwierdziło się moje podejrzenie, że Zbawcy tak naprawdę mają broń, tylko oszczędzają amunicję na ludzi a nie na szwendaczy. Rick i jego ludzie mogą to odczuć na własnej skórze, chociaż akurat los Ricka jest pewny – ten przeżyje przynajmniej to spotkanie, widać jak w zeszycie 115 prowadzi atak na Sanktuarium. I choć teoretycznie wojna ma rozpocząć się za kilka miesięcy, to już tą konfrontację można uznać za pierwszą bitwę, choć pewnie niewielką w porównaniu do tego, czego niedługo doświadczymy. Mam nadzieję, że zapadnie ona w pamięci tak jak bitwa o więzienie – tym razem stawka jest większa. Walczą nie dwie, ale cztery grupy.

Moja ocena: 8,5/10

Kordas

Miłośnik komiksów, szczególnie tych wydawców „niezależnych” (spoza tandemu DC-Marvel) i science-fiction (Star Wars, Mass Effect, Star Trek). „Żywe trupy” poznał w roku 2009 podczas wizyty w antykwariacie. Od tamtej pory łyka prawie (Survival Instinct, patrzę na ciebie!!) wszystko, co związane z „The Walking Dead”: komiks, serial, książki czy wyśmienitą grę (Telltale Games, patrzę na Was!). Na stronie zajmuje się głównie recenzowaniem poszczególnych zeszytów komiksu.

More Posts