Biżuteria Handmade

Październik był dla fanów „The Walking Dead” wielkim miesiącem. Nie tylko zadebiutował 4 sezon serialu, ale też (a może przede wszystkim) świętowaliśmy 10-lecie komiksu – celebrację tą uświetniła pierwsza część „All-Out War” – reklamowanej jako największy w historii „Żywych trupów” wątek od czasów najazdu Gubernatora na więzienie. Poprzednie zeszyty trochę się dłużyły, liczyliśmy natomiast, że w zeszycie 115 akcja ruszy z kopyta i 12 zaplanowanych numerów stanie się tak kultową kolekcją jak tom 8 „Stworzeni, by cierpieć” (ang. „Made to suffer”). Czy te obietnice udało się spełnić? Zapraszam do przeczytania recenzji, którą przesyłam wam z niemałym poślizgiem (za który przepraszam najmocniej wszystkich fanów komiksu, wydarzyło się kilka rzeczy, które sprawiły że nie miałem możliwości jej napisać).

Issue_115_cover

 

UWAGA! Recenzja zawiera spoilery!

Zeszyt 115 zdecydowanie nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Spodziewałem się, że druga połowa poprzedniego wydania ma nas przygotować, aby w tym zeszycie rozpoczęła się wyczekiwana wojna. Po przeczytaniu jednak październikowego zeszytu zastanawiam się, czemu miało służyć ogromne przedłużanie akcji z choćby zeszytu 113, skoro po dojściu do zeszytu 115, które miało rozpocząć „All-Out War” nadal trwa budowanie akcji. Numer ten jest prawie całkowicie pozbawiony sensu fabularnego, bo prócz jednego wydarzenia na końcu (które w zamierzeniu miało być twistem fabularnym, i choć faktycznie pomysł na pociągnięcie dalszej fabuły jest fajny, to jednak sam twist został słabo wyegzekwowany, mimo to poczekamy jak wątek zdrady potoczy się dalej) nie dzieje się praktycznie nic, co mogłoby mieć jakiekolwiek znaczenie. I choć tym razem to nie Negan występuje w postaci gaduły, to jednak nadal większość dialogów jest wrzuconych dość na siłę. Boję się, czy nie dojdzie do sytuacji w której 6-zeszytowy wątek zostanie rozciągnięty na te zapowiadane 12 zeszytów i całość będzie tak miałka, jak to co w październiku zaserwował nam Kirkman.

Pierwsze karty tego numeru pokazują nam jednak pewną ważną scenę: Rick otwiera się przed Andreą, mówi to, czego nie potrafił powiedzieć nikomu innemu – że ludzie podążają za nim myśląc, że wie co robi, mimo tego, że on sam tego nie czuje. Słowa Paula o Ricku jako nadziei na zbudowanie z powrotem normalnego życia w tym strasznym świecie ciążą na nim – co zrozumiałe Andrea zapewnia go, że to co czyni go człowiekiem, którego inni słuchają i podziwiają, to jego odwaga, aby stawiać czoła przeciwieństwom losu.

Dowiadujemy się także, że Eugene w końcu zdecydował się na wytwarzanie pocisków, co niewątpliwie mocno przyda się bohaterom – dobrymi chęciami w końcu strzelać się nie da. Nieco sztuczna wydawała mi się natomiast scena, w której Andrea zapewnia Carla, że to “jego show” jeśli mowa o obronę Aleksandrii. Carl oczywiście stał się bardzo ważnym członkiem armii społeczności, ale twierdzenie, że 9-latek ma kierować ewentualną obroną wydaje mi się niedorzeczne. Kirkman próbuje oczywiście z Carla zrobić niesamowicie twardą postać, jednak takie traktowanie tej postaci przechodzi w moim mniemaniu niemal w karykaturę.

Oczywiście prawdopodobnie najciekawsza była ostatnia strona zeszytu – Gregory, lider Hilltop schwytany(?) przez Negana zostaje zmuszony do sprzymierzenia Hilltop ze Zbawcami. Pytanie tylko: jak to słowo tak naprawdę liczy się w porównaniu ze słowem Jezusa? Wydaje mi się, że jasne jest za kim ludzie Hilltop wolą pójść: za charyzmatycznym i twardym Paulem Monroe, a nie starym tchórzliwym Gregorym. Oczywiście, pewnie znajdzie się kilku, którzy sprzymierzą się ze Zbawcami, ale nie powinno to zmienić zbytnio rozkładu sił. Sprawia to, że wydarzenie, które miało być twistem fabularnym nie robi tak naprawdę wielkiej różnicy dla dalszej historii.

Robert Kirkman zapowiadał, że pomimo tego, że głównym wątkiem “All-Out War” będzie wojna między czterema społecznościami, to i zombie znowu staną się zagrożeniem. W ostatnim czasie zombie było zepchnięte na bardzo daleki plan i nie pamiętam ile czasu minęło od jakiejś większej akcji je zawierającej. Póki co nie zobaczyliśmy ani tego, ani zapowiadanej większej roli Maggie, która w ostatnim czasie jest zupełnie niewykorzystaną postacią (wraz z Sophią zresztą). “All-Out War” ma 11 zeszytów przed sobą, co jest więcej niż wystarczającą ilością na pokazanie tych wszystkich wątków – pokazanie ich jednak w sposób ciekawy, nie zaś zapychanie zeszytów niewiele znaczącymi scenami, jak to miało miejsce w zeszycie 115 – osobiście mam nadzieję, że w listopadzie (kiedy to po raz pierwszy w historii dostaniemy 2 zeszyty w jednym miesiącu) akcja rozpocznie się na dobre – a my będziemy drżeć o losy bohaterów i ponownie emocjonować się “Żywymi Trupami”

Moja ocena: 5/10

 

Kordas

Miłośnik komiksów, szczególnie tych wydawców „niezależnych” (spoza tandemu DC-Marvel) i science-fiction (Star Wars, Mass Effect, Star Trek). „Żywe trupy” poznał w roku 2009 podczas wizyty w antykwariacie. Od tamtej pory łyka prawie (Survival Instinct, patrzę na ciebie!!) wszystko, co związane z „The Walking Dead”: komiks, serial, książki czy wyśmienitą grę (Telltale Games, patrzę na Was!). Na stronie zajmuje się głównie recenzowaniem poszczególnych zeszytów komiksu.

More Posts