Biżuteria Handmade

Them-wgryz       Kiedy raz na jakiś czas zdarzy się, że któryś odcinek „The Walking Dead” wywoła u mnie reakcje inne niż chorobliwa niestrawność, to zawsze dochodzę do jednego i tego samego wniosku: „dramat ukazany na tle survivalu musi zdać egzamin„. Tak właśnie stało się w przypadku epizodu „Them„, który mimo mocno zachowawczego poziomu, jest niczym innym jak powiewem orzeźwiającej świeżości w zatęchłym i mocno zdezelowanym twórczym świecie „Żywych Trupów„. Z czystym sumieniem przyznaję, że twórcom udało się stworzyć wyjątkowo zjadliwy materiał, który potrafił przykuć mnie do ekranu monitora na bite 40 minut, co jest nie lada wyczynem, biorąc pod uwagę moje bardzo wygórowane oczekiwania względem flagowej produkcji stacji AMC.

Them       S05E10 to kolejny wycinek przygód wesołej ferajny Ricków, który porusza tematy egzystencjalne. Tym razem jednak nie celowano w samą istotę postapokaliptycznego życia, a raczej skutki jakie niesie ze sobą utrata najbliższych w tragicznym splocie zdarzeń. Teoretycznie, jest to materiał wyeksploatowany do granic możliwości, za sprawą takich postaci jak Rick (skrajny obraz halucynacji) czy Andrea (próba samobójcza). W praktyce, sytuacja wygląda jednak zgoła inaczej, gdyż twórcom udało się znaleźć jakiś zakamarek tematu wart dalszej eksploatacji. Postanowili oni ukazać tragedię z płaszczyzny dwóch,  odmiennych stanów, ale mniej wyolbrzymionych niż u wcześniej wymienionej dwójki. Z jednej strony obserwowaliśmy depresyjnie wyciszoną Maggie, która z beznamiętnym wyrazem twarzy zastanawia się ile jeszcze barier będą w stanie pokonać, a z drugiej podminowaną i gotową do wybuchu Sashę, nabuzowaną emocjami tak dynamicznymi, że zdolna byłaby do zmiecenia połowy Waszyngtonu. Musze przyznać, że mieszanka ta wywołała u mnie niewielkie pokłady empatii oraz współczucia, co zaowocowało tym, że z lekkim zainteresowaniem śledziłem rozwój wyżej wymienionych postaci. Byłem w stanie się z nimi utożsamić co uważam za spory sukces. Nie wiem jak wy, ale ich stany emocjonalne wydały mi się prawdziwie, intensywne oraz namacalne, a tego nie mieliśmy w „The Walking Dead” od dawien dawna. Ten swoisty pojedynek, który obserwowaliśmy przez całe 40 minut, był naprawdę angażujący, co pozwala mi go zakwalifikować na dzień dzisiejszy do najlepszych motywów sezonu piątego. A i tak jeszcze na koniec. Występy Maggie i Sashy mogę również ocenić jako sposób rehabilitacji po kiepskich wyczynach w 5A. Sposób w jaki trafnie i bezpośrednio podsumowały część grupy był chyba najdobitniejszym tego odcinka. W końcu strącono Tyreesa i Gabriela z ich piedestałów moralności, a Abrahama ściągnięto z pułapu wielkiego ego, pokazując gdzie jego miejsce w grupie (czy zasłużenie czy też nie, nie mnie to oceniać).

Them3        Skoro już poruszyłem tematykę fatalistycznego charakteru najnowszego epizodu, to warto krótki akapit poświęcić bohaterowi „na doczepkę” czyli Darylowi. Dlaczego mówię „na doczepkę„? Ponieważ po raz kolejny został wyniesiony na piedestał w wątku, w którym w ogólnie nie powinien być on wyróżniony. NA MIŁOŚĆ BOSKĄ! PRZECIEŻ TO BYŁ CZAS MAGGIE I SASHY! Ja naprawdę jestem w stanie zrozumieć żal Dixona po śmierci Beth, ale on swoje pięć minut już dostał i zabieranie dalszego czasu antenowego na powielanie schematów mija się z celem. Gdyby jeszcze forma żałoby przyjęła jakiś nowy, ciekawy wyraz to może mógłbym to zaakceptować, ale myśmy dostali ciąg dalszy czegoś, co już obserwujemy od niespełna półtora sezonu. Ileż można patrzeć na wiecznie zbolałą minę, wyrażającą załamanie po niemożności uchronienia niemalże całego świata? Od upadku więzienia, aż po dzień dzisiejszy, nasz wielki kusznik kręci się w zamkniętym kole, serwując nam dokładnie taki sam zestaw składający się z odgrzewanego kotleta i przegniłych dodatków. Na domiar złego, katują nas tragicznym aktorstwem Normana Reedusa.

Them2       Them” jest odcinkiem mocno stonowanym, wolnym, by nie powiedzieć że aż nadto stagnacyjnym, co wynika z podejmowanej przez niego tematyki. Osobiście bardzo bałem się tego połączenia, bo jak każdy z Was doskonale wie, we wcześniejszych latach oznaczało to tylko i wyłącznie miernotę na horyzoncie. Tym razem było jednak zgoła inaczej. Wśród tych pozornie nieciekawych kwestii, udało mi się znaleźć jakąś delikatną finezję, nutkę wrażliwości, a także poczucie estetyki co było dla mnie największym zaskoczeniem. Reżyser w sposób niezwykle subtelny starał się wyodrębnić kruchość świata Maggie oraz Sashy, dzięki czemu nadal odcinkowi lekkości, mimo ciężaru podejmowanego motywu. Wyzbycie się nachalnej symboliki na rzecz jasnego przekazu okazało się strzałem w dziesiątkę, a otwarcie epizodu brakiem nadziei i jego zamknięcie pokładami niewinnej radości dało wrażenie przemyślanej  oraz stabilnej struktury.

       Dużym motywem S05E10, oprócz wcześniej wymienionych filozoficznych aspektów był survival. W tej kwestii nie było możliwości aby twórcy zawiedli. W poprzednich latach nie zdarzyło się, aby cokolwiek zgrzytało więc nie podejrzewałem, aby coś takiego miało miejsce tym razem. Bardzo ucieszyło mnie to, że w końcu zdecydowano się pójść w skrajny obraz nędzy jaki dotknął bohaterów. Do tej pory żyli sobie jak pączki w maśle, a tu taka odmiana. Mamy stopniowo zabijające pragnienie, nieprzychylne warunki pogodowe (aczkolwiek burza wyszła wyjątkowo tandetnie przez liczne cięte kadry, zbyt patetyczną muzykę i naciągane wyjście bez szwanku), a nawet doskwierający głód zmuszający bohaterów do skrajności, takich jak wcinanie pulchniutkich „robaczków Haribo prosto w fabryki” w wykonaniu Daryla lub gorące „hot-dogi” z rusztu.

Them5       Wydarzenia z „Them” były dla Ricka pierwszym od dawien dawna wyzwaniem, które postawiło przed nim liderowanie. Niestety chłopak poległ na całej linii. W chwili tak dramatycznej, Grimes powinien scalać wszystkich nie tylko pod względem przetrwania, ale również ideowo. Doskonale wiemy, że Szeryf jako jeden z niewielu nadal ma nadzieję i tą nadzieje powinien zaszczepić u innych, szczególnie z tego względu, że ma pod sobą grupę kompletnie załamanych ludzi. Szkoda tylko, że tego nie robi. Jego survivalowcy, którzy rzekomo są społecznością, sprawiają wrażenie zbieraniny osób który złączyli się na zasadzie  „dobra inni idą, to ja też”. Nie czuć tego, że mają wspólną historię, wspólne przeżycia, czy rzekomo wspólne cele. Brak tu jedności. Sprawiło to, że zaprzeczenie przez Ricka wyznania „We are The Walking Dead”, straciło na swojej sile i nie brzmi jak jego pewne przekonanie. O tym, że Grimes poległ również na polu taktycznego podejścia do przetrwania nie chcę nawet wspominać (to tak a propos angażowania niestabilnej Sashy do pierwszej linii obrony grupy).

       Dużym zaskoczeniem odcinka był również skok w jakości aktorstwa. Po raz pierwszy od dawien dawna, epizod nie był ciągnięty tylko i wyłącznie przez Andrew Lincolna i Setha Gilliama. Lauren Cohan w końcu przypomniała sobie czym jest granie, serwując widzom naprawdę przejmujący i realny obraz Maggie. Przechodzenie pomiędzy różnymi stanami emocjonalnymi, połączonymi z mocną ekspresją, wyszło jej wyjątkowo lekko i sprawnie. To samo tyczy się Sonequi Martin-Green. Gdyby była taka możliwość, dziewczyna zabijałaby wzrokiem i raziła piorunami. Jej złość, irytacja, a nawet pewne szaleństwo lały się z ekranu, co mocno dopełniło obraz niepewnej siebie i przyszłości Sashy.

Them4       Reasumując, odcinek „Them” mimo tego, że nie jest jakościowym mistrzem, to jednak potrafił zainteresować widza. Stonowanie jeszcze nigdy nie było tak lekkie w odbiorze i nie stanowiło źródła żywego zainteresowania jak właśnie teraz. To w połączeniu z niemałym cliffhangerem w postaci Aarona, daje nam czwarty najlepszy epizod tego sezonu. 

Na koniec opinia w postaci punktacji. Najnowszemu odcinkowi przyznaję notę 7/10.

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts