Biżuteria Handmade

 episode0408-feat

        Półfinał czwartego sezonu „The Walking Dead” był w oczach twórców czymś naprawdę wielkim. Już końcem lipca tego roku dane nam było usłyszeć o tym jaki to niesamowity oraz powalający materiał mają oni w zanadrzu do zaprezentowania widzom. „Dynamiczny„, „nieprzewidywalny„, „niezwykle emocjonalny” to jedne z wielu epitetów, którymi opisywano „Too Far Gone” na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy. Należy wspomnieć o tym, że sami aktorzy również nie byli oszczędni w pochwałach, opisując wydarzenia wieńczące wątek więzienny mianem najlepszej historii jaką do tej pory nakręcili. Jak widać balonik oczekiwań został napompowany niemalże do granic możliwości, sprawnie podsycając w ten sposób słabnące odrobinę zainteresowanie serialem. Pojawia się jednak pytanie, czy cokolwiek z tych jakże bujnych zapowiedzi miało swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości? Czy z czystym sumieniem można powiedzieć, iż odcinek ósmy był w pełni satysfakcjonującym? W moim odczuciu jak najbardziej, gdyż po raz pierwszy od dawien dawno przedstawiono nam naprawdę silny wydźwięk emocjonalny, jak i spore pole do analitycznego spojrzenia na odcinek. Aczkolwiek kilka błędów logicznych się znalazło. 

tumblr_mx6spp5pHP1r7wse8o1_500

       Fabuła „Too Far Gone” z założenia miała być połączeniem bardzo emocjonalnego rozwoju wydarzeń z ich spektakularnością, szybkim tempem i nieoczekiwanymi zwrotami akcji. Niezwykle mocno widać to chociażby po zaangażowaniu w reżyserię Ernesta Dickersona, który jak wiadomo w kręgach serialu uchodzi za istnego speca od czystko akcyjnych wstawek, co udowodnił takimi epizodami jak „Bedside the Dying Fire” czy „Seed„. Niemniej z doświadczenia lat poprzednich wiem, że o ile jego osoba może świadczyć o naprawdę niesamowitej widowiskowości większości sekwencji, o tyle dbałość o jakość głównego storytellingu może zostać zepchnięta na bok poprzez poprzez próby znalezienia miejsca dla wszelkich wybuchów i wystrzałów. Jak to się mówi, historia lubi się powtarzać gdyż tym razem dostaliśmy tytułową powtórkę z rozrywki. Spore bogactwo epizodu w różne ozdobniki sprawiło, że fabuła zaczęła znikać wręcz w tle. Mówiąc nawet szczerze, nie będę w błędzie stwierdzając iż jej tutaj najzwyczajniej w świecie nie ma. Po raz kolejny dostaliśmy nagromadzenie różnych nie związanych ze sobą wątków, które to nie dość że nie zostały rozwiązane to jeszcze w trybie natychmiastowym poznikały. Tu gdzieś liźnięto temat sabotażysty, tam gdzieś wprowadzono elementy związane z Carol, gdzieś nam się jeszcze przypałętał motyw romansu Tary z Alishą i na tym koniec. Zastanawiam się zatem, czy są to próby nadania wielowymiarowości opowiadanej historii czy może desperackie kroki w celu dociągnięcia do końca całego okresu więziennego. Sama próba wykorzystania motywu wojny jako głównej osi fabularnej także okazała się fiaskiem, ponieważ akcja ta jest tutaj wciśnięta niemalże na siłę i nie ma minimalnego związku z wcześniejszymi wydarzeniami mającymi miejsce na płaszczycie storyline’u więzienia. Jesteśmy po prostu świadkami maksymalnego oderwania od tematyki czwartego sezonu. Gdyby Gubernator od samego początku S4 był głównym zagrożeniem dla Ricka oraz reszty, przy czym obydwoje prowadziliby regularną wojnę tak jak to miało miejsce w komiksie, to zwieńczenie które obserwowaliśmy w E8 byłoby logicznym następstwem wcześniejszych akcji. Widzowie dostaliby dobrze poprowadzony ciąg przyczynowo-skutkowy. Szkoda tylko, że tak się nie stało. Usilna próba zapętlenia historii poprzez początkową sielankę, a następnie pojawienie się znikąd Philipa, który to nawet nie miał minimalnego kontaktu z głównymi bohaterami daje efekt odwrotny do zamierzonego, ponieważ zamiast spójności czuje się wymuszenie. Mimo tego, iż odetchnąłem z wielką ulgą na widok końca wiezienia to jednak czułem, że to wszystko nie tak powinno być poprowadzone. Ciężko jest też nie odnieść wrażenia, że takowy obrót sprawy stał się wynikiem rozpoczęcia całego motywu więziennego od samego końca. Twórcy zamiast sukcesywnie brnąć do przodu na zasadzie pewnej etapowości czyli najpierw adaptacji bohaterów do warunków kompleksu, a następnie wprowadzenie antagonisty, postanowili zacząć od elementów wieńczących ten okres opowiadania po to tylko by zakończyć wątek na czystej sielance mającej miejsce w początkowych odcinkach sezonu. Ogólnie rzecz ujmując, fabularnie „Too Far Gone” nie powaliło mnie na kolana, a to dzięki zbyt dużemu poplątaniu i sporej niekonsekwencji względem tego co już nam zaprezentowano w tym serialu. Aczkolwiek przyznaję, że jako zakończenie więzienia sprawdza się bardzo dobrze.

tumblr_mx6mz99ixR1r7wse8o1_500

      Jedną z ważniejszych, jak nie najważniejszych cech tego odcinka jest bardzo dobre ujęcie emocjonalności w strukturze głównych sekwencji. Muszę tutaj przyznać, że po raz pierwszy od dawien dawna twórcom udało się w pełni „wbić” mnie w prezentowane wydarzenia. Osobiście potrafiłem utożsamić się z stanami bohaterów, czułem to połączenie między nimi, a sobą. Można nawet powiedzieć, że ich uczucia w trybie natychmiastowym wręcz zostały przelane na moją osobą. Stałem się kolejnym uczestnikiem, dzięki czemu twórcy osiągnęli maksymalny poziom integracji widza ze swoim serialem. Jeżeli o mnie chodzi, to taka sytuacja miała miejsce tylko i wyłącznie dwa razy. Pierwsza przypada na odcinek „Vatos” i śmierć Amy, a druga na „Pretty Much Dead Already” i wyjawienie kwestii Sophie. Aczkolwiek muszę tutaj przyznać, że to nie wojna wywołała takie, a nie inne emocje. Gdyby nie śmierć Hershela odcinek ten byłby po prostu pustym, nic nie znaczącym etapem. Tak naprawdę to właśnie ten element nadaje epizodowi wydźwięku niepewności, załamania, psychicznego rozbicia. Kiedy z walki zrzuci się zasłonę dramatycznego odejścia jedynego źródła człowieczeństwa, to dostajemy mdłą oraz nieciekawą potyczkę między dwoma obozami, która tak de facto ani widza ziębi, ani grzeje. Mimo sporego dynamizmu brak temu wszystkiemu jakiegoś polotu. Co za tym idzie, zaimplementowanie w struktury „Too Far Gone” uśmiercenia Greena było naprawdę zmyślnym zabiegiem scenarzystów polegającym na zamaskowaniu bezpłciowości prezentowanego materiału. Do końca odcinka widz żył tylko i wyłącznie tym wydarzeniem, przez co dalsze akcje nabierają dzięki temu kolorytu, są żywsze i na swój sposób ciekawsze. Ostatnie chwile Hersha zostały zrealizowane w iście mistrzowski sposób. Sprawne operowanie między podbudowującym monologiem Ricka, coraz bardziej chwiejącym się an granicach szaleństwa Gubernatorem, szokiem i żalem w oczach Michonne oraz prawdziwej tragedii w wykonaniu Maggie dało tak porażający wręcz efekt, że człowiek nie wie o czym w ogóle myśleć. W głowie zaczyna krążyć multum sprzecznych ze sobą myśli przez co nie wiadomo tak naprawdę jak osądzić postępowanie bohaterów. Dodatkowo należy docenić pełną emocji i ekspresi grę aktorską z wyszczególnieniem Lauren Cohan, która jak nigdy dotąd tak tutaj pokazała prawdziwy kunszt. Sposób w jaki odegrała złość, załamanie, wewnętrzny ból jest iście mistrzowski pokazując w ten sposób, że jest aktorką ze sporym potencjałem, który powinien być w przyszłości częściej wykorzystywany. Należy również wspomnieć o tym, że uczucia te potęgowane są zarówno psychicznym jak i fizycznym rozłamem grupy. Widz obserwuje jak bohaterowie ci upadają, ponownie pozostają z niczym, jak zdani są tylko na siebie. Ponownie bez domu, rodziny, najbliższych. Spokój oraz dom o który tak ciężko walczyli został im odebrany w mgnieniu oka, a sama myśl o tym ile ludzi stracili by utrzymać więzienie jest jeszcze bardziej depresyjna.

tumblr_mx6xq2yamB1r7wse8o1_500

       Nie ma wątpliwości co do tego, iż wspomniana wyżej śmierć Hershela Greena to niepowetowana wręcz strata dla „The Walking Dead”. Postać ta z niepozornego bohatera drugoplanowego wyrosła do poziomu najważniejszej oraz co najdziwniejsze najbardziej lubianej wśród publiczności. Jest to tak naprawdę jedyny przykład w którym twórcy racjonalnie od A do Z prowadzili jego rozwój wprowadzając zarówno wielopłaszczyznowość rysu charakterologicznego jak i unikając nielogiczności zmian. Cofając się wstecz widz widzi jak sukcesywnie oraz racjonalnie rozwijano poszczególne fragmenty portretu psychologicznego wprowadzając w ten sposób ciągłość niezwykle dynamicznych zmian. W ten oto sposób Hersh stał się integralną częścią tego serial, która nie tylko na swój sposób go definiowała, ale również wynosiła fabułę na wyższy oraz lepszy poziom. Jako jedyny w pełni potrafił samodzielnie udźwignąć odcinek bez pomocy osób trzecich. Był on indywidualistą, osobą z własnym światopoglądem oraz systemem wartości, których przestrzegał do końca. Bez cienia wątpliwości można powiedzieć, iż wyróżniał się na tle niezwykle mdłych już bohaterów TWD. Z tego też względu starta ta niezwykle boli widza gdyż po raz kolejny pozbyto się niesamowicie barwnej jak na standardy serialu postaci. Niemniej jednak muszę przyznać, że jest to takie pomieszanie goryczy z uznaniem, gdyż z drugiej strony bardzo dobrze widać tutaj dopełnienie jego historii. Hershel zakończył swoje zadanie w postaci utrzymania człowieczeństwa grupy. Jego rola jako moralnego mentora dobiegła końca, przy czym osiągnął on pewny sukces. Widok grupy więziennej będącej jednością zarówno pod względem więzi jak i wyznawanych poglądów nakierowanych na dobro człowieka było dla niego sygnałem, że w końcu wypełnił powierzone mu zadanie, którego niestety nie potrafił zrealizować sam Dale. Co za tym idzie, jego śmierć jest pierwszą od czasów Shane’a która ma znaczenie. Widz ma świadomość wykorzystania potencjału jaki drzemał w postaci Hershela. Jego historia jest zarazem dramatyczna, jak i na swój sposób piękna i dobrze zrealizowana. Człowiek ten nie tylko zdobył rodzinę traktującą go jako ogniwo spajające wszystkich w około, ale również doświadczył uczuć których nigdy nie odczuł we wcześniejszych latach swojego życia. Dostrzegł po prostu nadzieję w społeczności ludzkiej, odszedł wiedząc iż pozostawia swoje własne córki w otoczeniu ludzi, którzy dołożą wszelkich starań by zapewnić im byt oraz przetrwanie. Oczywistym jest, że Hershel z pewnością mógł pożyć w serialu znacznie dłużej, jednak wybranie właśnie tego momentu na jego uśmiercenie sprawiło, iż miało to wszystko sens oraz uniknięto zbędnego przedłużania jego żywota. Coś czego nie osiągnięto w przypadku Lori, Andrei czy Merla, osiągnięto właśnie przy Greenie.

tumblr_mx8hqnWX0a1r7wse8o1_500

      Jedną z bardziej kontrowersyjnych rzeczy „Too Far Gone” był dość długi monolog Ricka skierowany do samego Gubernatora jak i jego ludzi. Wielu widzów ponownie zarzucało szeryfowi zmiękczenie czy niezdecydowanie w tak dramatycznej sytuacji. Obok tego padały również zarzuty o brak aktywnego działania względem tak nieoczekiwanego zagrożenia które nie tylko podważało istnienie grupy rezydującej w więzieniu, ale zmniejszało szanse na przeżycie Michonne oraz Hershela. Po części jestem w stanie się z tym zgodzić, jednakże oceniając postępowanie Grimes’a należy wziąć pod uwagę jego stan emocjonalny. Jest to człowiek, któremu w mgnieniu oka ponownie włożono w ręce odpowiedzialność za życie kilkudziesięciu ludzi z jego otoczenia. Sprawa od której uciekał na każdym kroku powróciła tak niespodziewanie, iż wprowadziła w nim pewną dozę wewnętrznego dramatu oraz nawet szoku. Powiedzmy sobie szczerze, czy osoba której decyzje doprowadziły do śmierci kilkudziesięciu innych ludzi będzie w stanie racjonalnie myśleć w takiej sytuacji? Lista błędów jest naprawdę długa. Tym bardziej jego początkowa ucieczka od tej odpowiedzialności oraz próba odwołania się do moralności wydaje mi się jedynym sensownym rozwiązaniem i krokiem, które mógł podjąć. Z perspektywy drogi, którą przeszedł było to bardzo ważne gdyż w końcu ukazało to, że powrócił do normalności, do stanu który obserwowaliśmy na przestrzeni sezonów pierwszego oraz drugiego. Dostaliśmy człowieka, który szanuje życie ludzkie, który daje szanse. Owszem takie postępowanie zostało okupione wielką stratą, jednakże niewątpliwie mniejszą niż jego autorytarne podejście. Rick na swój sposób otworzył się przed ludźmi, pokazał im swoje własne słabości oraz obawy, uzewnętrznił strach przed powrotem do poprzedniego stanu. Czuć było, że ten człowiek boi się zarówno walki jak i własnego „ja” szczególnie w obliczu człowieka

[Gubernatora] dla którego nie ma już powrotu. Grimes zadał tutaj szereg naprawdę ważnych pytań, na które w świecie TWD nie jest łatwo odpowiedzieć. Czy tego właśnie ludzie chcą? Czy jedynie śmierć jest rozwiązaniem? Czy czeka na nich tylko zezwierzęcenie? Czy nie ma już szansy na normalność, wspólne życie, egzystencję w spokoju? Odwołał się on to podstaw ludzkiego życia trafiają w czuły punkt wszystkich bohaterów tego odcinka. Rick nie wdał się w polemikę z Philipem lecz z ludzi w okół niego, starając się w ten sposób pokazać , że można odejść od tego czym się było i co się zrobiło. Na przykładzie tego co grupa więzienna osiągnęła, pragnął przedstawić że wspólnymi siłami można dojść do rzeczy wielkich oraz trwałych.

tumblr_mxab2aZP401r7wse8o1_500

      Trzecią co do ważnością postacią był sam Gubernator. Choć w trakcie rozmowy z Rickiem orbitował on już niemalże w granicach przeogromnego przerysowania oraz nienaturalności, to w ogólnym rozrachunku udało się twórcom w pewnym stopniu odejść od utartego już schematu. Nie wiem jak inni, ale ja osobiście czułem tą wewnętrzną walkę Philipa pragnącego wrócić do normalność. Wierzył w to, że uda mu się przejąć więzienie bez rozlewu krwi oraz mordu. Nie za bardzo wierzył oczywiście w obopólne korzyści jednak chciał aby wszyscy rozeszli w miarę pokojowym nastoju, co ja osobiście doceniam. Czuć było prawdziwość jego intencji, chęć oszczędzenia życia innych oraz co najważniejsze pogodzenie się z przeszłością. Ten człowiek nie żywił zemsty względem grupy więziennej, on chciał jedynie uciec od dawnego „ja”. Niestety jednak nie przewidział tego, że spotka się nie tyle co z fizycznym oporem, ale moralnym. Uważał, że zastanie Ricka w takim samym stanie w jakim widział go ostatnio, w stanie w który będzie łatwy do złamania. Jak się okazało było inaczej. Miał przed sobą człowieka, który osiągnął stabilizację, który sukcesywnie dąży do odzyskania człowieczeństwa, który kieruje się wyższym dobrem. Ten kontrast, którego był świadkiem stał się dla niego szokiem niespotykanym nigdy dotąd oraz co najważniejsze nieoczekiwanym. Kolejne zdania nawołujące do moralności sprawiały, że Gubernator z sekundy na sekundę coraz mocniej tracił pewność siebie, coraz bardziej zatracał się w swoim dawnym szaleństwie. Tracił on po prostu kontrolę nad samym sobą. Czuł gniew, złość, agresję. Można powiedzieć, że nie był on emocjonalnie przygotowany na taki opór. Coraz mocniej odczuwał on brak kontroli oraz potrzebę zadania silnego ciosu grupie więziennej. Z tego też względu na swoją ofiarę wybrał Hershela, co nie było w cale przypadkowym impulsem. Gubernator dostrzegł u Ricka te same podstawy, którymi kierował się Green. Dzięki temu zobaczył, że to on był gwarantem stabilności każdego w więzieniu dzięki utożsamianiu w sobie porządku starego świata. Był źródłem wartości, moralności, człowieczeństwa. Był czymś czego Philip nie mógł zaakceptować. W jego światopoglądzie nie było miejsca dla człowieka, który mimo okropności otaczającego świata nadal był ostoją człowieczeństwa myślącą w pierwszej kolejności o dobru ludzi w około. Dla Blake’a było to nie do przeskoczenia. Skoro on sam nie może wrócić, inni też tej szansy nie dostaną. W ten sposób zapragnął pokazać, że nie ma ucieczki do tego kim się było. Zabicie Hershela było w jego wykonaniu negacją oraz wymazaniem prawa do istnienia dobra w realiach TWD. Kolejnym potwierdzeniem tego stanu było zabicie Megan bez wyrażania żadnej emocji oraz również bójka z Rickiem będąca typowym odzwierciedleniem odwiecznej walki dobra ze złem. Brzmi to trochę infantylnie, jednak słabnąca siła człowieczeństwa oraz górująca nad tym destrukcja robiła naprawdę powalające wrażenie.

tumblr_mx8kn6GMyP1r7wse8o1_500

       „Too Far Gone” odznacza się również kilkoma pomniejszymi scenami na które warto zwrócić uwagę. Jedną z nich jest sekwencja z Lizzie oraz Miką. U mnie dziewczyna niezwykle zapunktowała chęcią obrony życia swojego jak i innych. Widać, że emocjonalnie się rozwinęła i ma świadomość powagi sytuacji. Nie ma teraz miejsca na podział dorośli/dzieci. Żyją w czas w których każdy musi walczyć o swoje, szczególnie jeśli mówimy o tak poważnym zagrożeniu. Zaimponowała mi swoją determinacją, roztropnością oraz co najważniejsze odwagą. Także Lily była dość ciekawą bohaterką. Jej konfrontacja z brutalnym i bezwzględnym światem Gubernatora była naprawdę ciekawą mini historią. Widać jak upadła jej niewinność oraz wiara w ludzi. Zaufała człowiekowi, który zburzył bezpieczny świat jej egzystencji. Coś co uważała za pewne okazało się najgorszym koszmarem z którym musiała się zmierzyć. Straciła przez to nie tylko swoją własną córkę, ale i nadzieję. Osobiście oczekują aby jej motyw był nadal kontynuowany. Trochę gorzej na tym tle wypada Tara. Mimo tego, iż darzę tą postać niezwykłą sympatią to pokazała tutaj spore pokłady hipokryzji. Pierwsza do bójki oraz pierwsza do odwrotu. Zdaję sobie sprawę, że to co zobaczyła pod więzieniem było szokiem, a jej reakcja była w pewnym sensie adekwatną, jednak wykazała się tutaj zbytnią pewnością siebie, a później tchórzostwem. Niemniej był to pierwszy taki akt brutalności, z którym się spotkała więc jestem w stanie przymknąć na to oko. Jeżeli przeżyje i ponownie ją spotkamy to stanie się ona naprawdę dobrym materiałem pod przyszły rozwój.

tumblr_mx607lpmXv1r7wse8o1_500

       Nie wiem czy było to tylko moim odczuciem, ale główna wojna pomiędzy obozami wydała mi się na swój sposób pusta, szczególnie jeśli mówimy od grupie Ricka. Był to moment w którym pierwszy raz od dawien dawna odczułem aż tak mocno brak niektórych bohaterów. Zastanawiam się czy nie wynikło to przypadkiem z kwestii czytania samego komiksu, w którym jak wiadomo do czasów głównej potyczki towarzyszyła nam znaczna ilość postaci wprowadzonych jeszcze w początkowych zeszytach. To co zaprezentowano nam w epizodzie „Too Far Gone” aż prosiło się o obecność Andrei (z dużym wyszczególnieniem), Merla, Lori, a nawet samego Miltona. Akcja zyskałaby również sporo na samym Dale’u, Axelu czy T-dogu. Nie mam na myśli tutaj jedynie większego „przebierania” pomiędzy zgonami, ale również większej emocjonalności, która nie opierałaby się tylko i wyłącznie na postaci Hershela. Po pierwsze Blondyna byłaby łącznikiem pomiędzy sezonem trzecim, a czwartym. Jej wewnętrzny dramat po torturach jakie doznała w „Welcome to the Tombs” byłby w moim odczuciu niezwykle intrygującym materiałem. Po latach izolacji w bezpiecznych dla niej murach więzienia ponownie musiałaby zmierzyć się z człowiekiem, który dokonał u niej psychicznej degradacji. Dużo na polu walk zdziałałby sam Merle, który nie tylko podrasowałby wojnę ale również na swój sposób rozjuszył samego Gubernatora. Ciekawym rozwiązaniem byłoby również ukazanie neurotycznego Mameta wraz dość autorytarnym Dalem jako wsparcie dla Ricka w trakcie negocjacji. Lori natomiast wpłynęłaby na podrasowanie wydarzeń mających miejsce w murach kompleksu. Taki skład pozwoliłby również na większe szarady w szeregach Grimes’a. Obiektywnie rzecz ujmując grupa ta wyszła bez większego uszczerbku z tej potyczki, co w moim odczuciu nie powinno mieć miejsca. Przy tak poważnym zajściu nierealnym jest aby raptem jeden bohater poniósł śmierć i to jeszcze nie w głównej walce mającej miejsce na dość ograniczonym obszarze dziedzińca więziennego. Niemniej jestem  w stanie zrozumieć twórców. Ich pole do popisu zostało tutaj niesamowicie ukrócone, gdyż sezon poprzedzający niestety ale cechuje się aż nadto dużym natężeniem niepotrzebnych zgonów.

tumblr_mx8e8eWXHG1r7wse8o1_500

       To co teraz powiem, może wydać się niektórym dziwne lub śmieszne, jednak na tle całej tej wojny najgorzej wyszedł sam Daryl Dixon, który to osiągnął najwyższy poziom przerysowania z możliwych. Po raz kolejny znalazł się on w sytuacji bez wyjścia i po raz kolejny wyszedł z niej bez szwanku. Podobnie jak i Gubernator, orbitował tutaj w granicach braki logiki oraz realizmu. Osobiście byłem pewien, że będą to jego ostatnie chwile w serialu, na co tak de facto szczerze liczyłem, lecz jak się okazało byłem w błędzie. Jego niesamowitość doprowadza nie tylko to spowalniania pocisków wystrzelonych z odległości niecałych trzech metrów, ale również zatrzymania ich w ciele zgniłego trupa. Dopełnieniem tego wszystko było jeszcze nie tylko przedarcie się przez grupę kilkudziesięciu trupów, ale również zniszczenie czołgu. Absurd w tej sekwencji przybrał wręcz niewyobrażalne rozmiary sprawiając, że jest to najbardziej komiczna wręcz scena, którą dane mi było oglądać. Żałuję jednak tego, że postać która jest tak mdła, że aż niestrawna nadal trzymana jest w serialu zabierając w ten sposób czas, który powinien być oddany znacznie ciekawszym bohaterom.

tumblr_mx6u6c8dDl1r7wse8o1_500

      Sporą nielogicznością odcinka okazało się również naprawdę łatwowierne zachowanie gawiedzi Gubernatora. Rozumiem, że odbywało się to ku rozwojowi fabuły jednak tak szybkie zawierzenie sprawy Philipowi bez jakichkolwiek prób wyjaśnień, dla mnie było czymś niezrozumiałym. Dwadzieścia parę osób zna człowieka od niecałych kilku dni i już idą za nim ślepo, nie pytając po co oraz dlaczego. Wieść porwania Hershela oraz Michonne również nie robi żadnego wrażenia. Pod więzieniem również brak reakcji, mimo jasnych dowodów na to że wcześniejsza opowiastka Gubernatora o morderczych zapędach grupy jest wyssana z palca. Ludzie widząc, że oferowano im dach nad głową, bezpieczeństwo, bezwarunkowe przyłączenie do społeczności, nie wieli oporów przed otworzeniem ogna i mordem niewinnych osób w tym dzieci. Jednym słowem kompletnie zidiocenie na rzecz dokończenia wątku.

tumblr_mx6wpa8U6t1r7wse8o1_500

       Podsumowując, odcinek „Too Far Gone” jest naprawdę świetnym zwieńczeniem dość słabego wątku więziennego. Motyw ten mimo sporej niekonsekwencji czy to w ukazaniu postaci czy w zabiegach „efekciarskich”, był sporym kawałkiem świetnie wykonanej roboty. Choć fabuła nie grała zbyt dużej roli, to twórcy nadrobili pomniejszymi elementami podnosząc jakość odcinka. Uważam, że zakończyli półsezon niezwykle zgrabnie oraz z dość dużą pompą charakterystyczną dla tego typu epizodów. Jednym słowem było na bogato, ale ze sporą ilością dramatu. Ode mnie odcinek otrzymuje ocenę 7.5/10.

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts