Biżuteria Handmade

 TooFarGone

„Too Far Gone” nie tylko zasłużył sobie na miano najbardziej efektownego odcinka czwartego sezonu, ale świetnie sprawdził się również jako domknięcie ciągnącego się już od jakiegoś czasu etapu. Początek epizodu szybko zarysował ogólną sytuacje. Następnie wprowadzono nieco dynamizmu oraz parę minut napięcia, by za chwilę przemienić w miarę spokojny obraz w pełną ofiar, chaotyczną akcję, w której walka dobra ze złem zarysowana została w sposób bardzo wyraźny.

 

Właściwie cały rozmach związany z regularną wymianą ognia, której wielu oczekiwało po m.in finale trzeciego sezonu, został zepchnięty na dalszy plan przez „odejście” jednej z głównych postaci serialu – Hershela. Kolejnym przełomowym wydarzeniem odcinka okazał się również koniec głównego antagonisty – Gubernatora. Szczerze mówiąc, nie mogę powiedzieć, że nie podobało mi się domknięcie jego wątku, ale w moim odczuciu zabrakło w tym czegoś bardziej dosadnego, dającego odczuć, że już się z Philipem nie zobaczymy.

Sam Blake starał się zachowywać w miarę racjonalnie i gdyby nie jego chory upór, może wszystko skończyłoby się dla niego dobrze. Plan wydawał całkiem skuteczny – zakładnicy i czołg to w końcu całkiem mocne argumenty, a kłamstewka mające nakłonić grupę do ataku na więzienie również okazały się przekonywujące. Gradacja napięcia zrobiła swoje – poruszająca melodia i Gubernator stojący na czołgu pewien swego zwycięstwa… Udało się stworzyć wrażenie, że kończy się jakiś etap historii, zwłaszcza dzięki nagromadzeniu ważnych dla rozwiązania poszczególnych wątków wydarzeń, jak wyjawienie Tyreesowi prawdy o Carol (do czego ostatecznie nie doszło), przerwane sprawą o wiele bardziej poważną i dramatyczną. Wśród bohaterów pozytywnych na pierwszy plan wysunął się  Rick Grimes. Widać było, że nie za bardzo chce wrócić do roli przywódcy decydującego za resztę . Jego nieco patetyczna przemowa prawdopodobnie zdałaby egzamin, gdyby nie stała się równocześnie impulsem prowadzącym do śmierci Hershela. Prowokacja się udała i w tenże właśnie masakryczny sposób na ekranie nastał prawdziwy chaos – krzyk Ricka, strzały, reakcja bezradnych Maggie i Beth, brawurowe wypady Daryla, który chyba jedynie cudem uniknął śmierci. Do wymiany ognia włączył się nawet czołg – na pewno nie można było narzekać na efekty specjalne i rozmach – działo się sporo. Więzienie nie pogrążyło się co prawda w całkowitej ruinie, ale dym i płomienie spowiły sporą jego część, przez co ucieczka Ricka i Carla z dotychczasowego schronienia wydawała się jeszcze bardziej przejmująca. Ile osób zginęło, nie liczyłem, spore wrażenie zrobił mały „dziecięcy batalion imienia Carol Peletier”, a szczególnie strzał w głowę oszołomionej Alishii (nauki jednak się na coś zdały).

Too Far Gone 2

Sama walka Ricka z Gubernatorem godna była prawdziwego finału – pełna dramatyzmu i bardzo „intensywna”. Trochę mi tylko szkoda, że Blake nie zginął efektownie jak typowy bajkowy łotr, bo akurat taki koniec raz – lepiej zapadałby w pamięć, dwa – pozwoliłby scenarzystom utrzymać pewną konsekwencję w budowie portretu przerysowanego Gubernatora.  Dlaczego próbowano przekonać nas, że drzemią w nim jeszcze jakieś resztki ludzkich uczuć? „Dobicie” Megan, bez mrugnięcia okiem rozwiało wszelkie moje wątpliwości i całkowicie odarło Philipa z człowieczeństwa. Ta obojętność na twarzy zbryzganej krwią, melodia budująca dramatyzm, ale nie dla Gubernatora. Nie dziwię się Lily, że „Briana” nie poznała, bo w Too Far Gone, nawet nowe imię bohatera odeszło w niepamięć.

Może wyglądałoby to źle, gdyby nagle załamał się nad swym losem i rzewnie zapłakał, ale zabranie mu jakiejkolwiek wrażliwości sprawiło, że nie będę już za Gubernatorem tęsknił (nie miałem też wrażenia, że śmierć dziewczynki sprawiła, iż Blake poczuł, że nie ma już żadnego celu). Po prostu przegiął z tym swoim chorobliwym, szaleńczym uporem i nienawiścią. Twórcy zaserwowali nam jedynie kończącą dzieła Lily i symboliczną figurę szachową króla (nie było to złe, pozwoliło wyrwać Gubernatora ze schematu typowego łotra – co dla niektórych było zapewne plusem)… Prosta, w miarę szybka śmierć, po której nie poczułem, że Philip Blake już naprawdę nie żyje (może dlatego, że nie mogłem się już na tym skupić po śmierci Hershela i ogólnej masakrze).

 Gubernator&Lily

Niezbyt przekonało mnie też początkowe zachowanie Ricka. Wydawało mi się, że nie będzie próbował igrać z ogniem, widząc Gubernatora trzymającego ostrze na gardle Hershela. Bezradność malująca się na jego twarzy i szał po brutalnej śmierci przyjaciela, były świetnym początkiem dla chaosu jaki nastąpił chwilę po tym. Scena egzekucji, choć szokująca, nakręcona została naprawdę rewelacyjnie, błysk słońca na ostrzu i ujęcie na stojącego w oddali Ricka, szept w tle – wszystko spotęgowane jeszcze wyobrażeniem tego co miało za chwilę nastąpić. A odnośnie pozostałych postaci, w pamięć zapadła mi oczywiście Michonne, która mimo okazji nie zmasakrowała Gubernatora oraz Carl, który zachowywał się po prostu dojrzale. Dobijająca była scena, w której wraz z ojcem zobaczył opuszczone nosidełko Judith (mam nadzieję, że dziecina przeżyła)…

 Rick&Carl

Nie trudno było przewidzieć przebieg kolejnych zdarzeń, co nie oznacza, że nie udało się widzów w pewien sposób zaskoczyć. Już chwilę przed powiedzmy przełomowym momentem wiedzieliśmy tak naprawdę jak mniej więcej skończy się dana scena – zarówno w przypadku śmierci Hershela jak i małej Megan. Jedynie moment końca Gubernatora nie był jakby z góry nakreślony (choć całe to wydarzenie realizowało dość filmowy motyw – „gdzie zły z dobrym się bije, tam trzeci dobry pomaga”), poza tym, uwagę skupiałem głównie na tym, jak Rick wybrnie z tego starcia. W przypadku Greena, już po samym wyrazie twarzy Philipa można było stwierdzić co się za chwilę wydarzy.

W każdym razie wątek Gubernatora i więzienia został najwyraźniej skończony. Druga połówka sezonu zapewne przyniesie nam sporo nowości w związku ze sposobem przedstawiania akcji – w końcu grupa została rozdzielona i nie wiadomo jak szybko zbierze się ponownie. Nie pozostaje nam nic innego jak czekać na 9 odcinek 4 sezonu, którego premiera nastąpi już 9 lutego 2014 roku.

Too far gone

 

 

Larone

Na Strefie zajmuje się głównie newsami, artykułami i recenzjami odcinków serialu TWD. W przeszłości udzielał się amatorsko w paru innych projektach. Kiedy najdzie go ochota, bawi się w krytyka filmowego (choć chyba podchodzi do kina zbyt optymistycznie). Poza Strefą: gorliwy widz serialowy, niestety nigdy nie zobaczył do końca Miasteczka Twin Peaks. Choć za popcornem nie przepada, gdyby mógł, większą część życia przesiedziałby w kinie. Dlaczego pisze na Strefie? Bo lubi :)

More Posts