Biżuteria Handmade

Roberta Kirkmana śmiało można na dzień dzisiejszy nazwać człowiekiem renesansu. Gdzie by nie spojrzeć, tam jego nazwisko figurujące niemal na każdej stronie związanej z działalnością artystyczną. Kinematografia, rozrywka elektroniczna, literatura oraz scenopisarstwo niewątpliwie nie są mu obce, co definitywnie nie powinno nikogo dziwić. W mgnieniu oka zawojował wszystkie cztery dziedziny mimo tego, że przez prawie siedem lat wyrażał swoją wizję jedynie w kręgach komiksu zatytułowanego „The Walking Dead”. Jak się okazało wszelkie produkty sygnowane jego nazwiskiem są gwarancją sukcesu, jednakowoż teraz nasuwa się pytanie co jest powodem takiej, a nie innej sytuacji? Co przysporzyło takiej popularności zarówno jemu jak i uniwersum, które stworzył? Otóż, odpowiedź jest bardzo prosta, ludzie lgną masami do tytułów Kirkmana ze względu na świeże oraz innowacyjne podejście do tematyki zombiestycznej, w której dokonał niemałej rewolucji. Nic więc dziwnego, że zapragnął rozwinąć swoją działalność literacką rozpoczynając cykl książek traktujących o Gubernatorze- jednym z największych czarnych charakterów według serwisu IGN. Seria rozpoczęła się książką zatytułowaną „Narodziny Gubernatora„, która wywołała niemałe wrażenie wśród czytelników, zarówno pod względem rozmachu, jak i jej dramatycznym wydźwiękiem. Teraz pytanie, czy część następna pt. „Droga do Woodbury„, mająca premierę 16 października 2012 roku spotkała się z podobnym odbiorem? Czy dostaliśmy produkt, który obniżył loty, czy może pobił swojego poprzednika? Na te i inne pytania postaram się odpowiedzieć rozkładając książkę na czynniki.

droga-do-woodbury-fragment

 

Tradycyjnie już, najlepiej zacząć od punktu wyjścia, czyli fabuły będące jednocześnie główną ramą książki. Według słów Pawła Deptuchy: „Żywe Trupy to synonim nieprzemijającej, wysokiej jakości„, czytelnicy najnowszego dzieła Kirkmana mogą, a przynajmniej powinni oczekiwać tytułu najwyższych lotów. Czy jednak tak jest w rzeczywistości? Czy książkę tą śmiało można określić mianem pozycji spełniającej wymagania nawet najwybredniejszego odbiorcy? Czy zaspokaja ona zapotrzebowanie dosłownie każdego z osobna? Cóż bardzo chciałbym wypowiedzieć się o fabule najnowszego działa ze stajni Kirkmana w samych superlatywach, jednakowoż mimo wielu chęci nie potrafię tego zrobić, ponieważ ku mojemu zaskoczeniu książka już pod tym aspektem jest sporym zawodem. Historia Lilly Caul ukazana w tejże książce rozczarowuje głównie swoją prostotą. Niby mamy pokazaną sztandarową ramę uniwersum, jednakże brakuje tutaj pewnych zawirowań oraz twistów fabularnych. Wszystko porusza się w określonych i sterylnych przez autora warunkach, przez co czytelnik odnosi wrażenie pewnej automatyzacji, a wręcz mechanizacji działań oraz zjawisk występujących w przedstawianych treściach. Określony jest punkt A, z którego bohater musi dojść do punktu B i na tym się wszystko kończy. Sprawia to, że fabuła wyzbyta jest wszelkiego dynamizmu, polotu czy rozmachu, które utrzymywałby odbiorcę przy lekturze. O uczuciu zaskoczenia też można jedynie pomarzyć. Zastanówmy się jednak, co mimo wszystko jest największym „gwoździem do trumny”. Jak wiadomo „The Walking Dead” to głównie mocno zarysowany dramatyzm oraz tragizm wydarzeń. Do tego przyzwyczaił nas Kirkman, a co za tym idzie tego samego oczekuje się od wszystkich dzieł spod szyldu „TWD”. Pytanie więc, czy dostaniemy te elementy w „Drodze do Woodbury”? Otóż nie bardzo. Jak już mówiłem, sterylność książki uniemożliwia wprowadzenie tych dwóch, najważniejszych dla serii pierwiastków. Autor usilnie stara się gdzieś upchnąć ten dramat jednakże wychodzi to nader topornie i nieumiejętnie, przez co czytelnik odczuwa pewną dozę bezradności jak i niekonsekwencji autora. Spada ponadto jakość książki, zaciera się klimat, zanika element zaskoczenia i uczucie alienacji, oraz co najważniejsze brak tutaj emocjonalnego związku z bohaterami. Jakby to określić, książka nie trzyma czytelnika za „gębę” oraz nie wywołuje uczucia chorobliwego zaintrygowania. Warto również zwrócić uwagę na fakt, że elementy śmiało mogące budować napięcie są sprawnie odsuwane na bok, a każdorazowa śmierć jakiegoś bohatera przechodzi bez najmniejszego echa i jakiegokolwiek tragizmu. Niemniej jednak nie można powiedzieć, iż brak w książce ciekawszych momentów. Owszem są one, jednak jak na 350 stronicową książkę, trzy tudzież cztery sekwencje to stanowczo za mało.

lilly-caul-108051

A skoro już jesteśmy przy bohaterach, to i o nich przydałoby się coś skrobnąć. Wydawać by się mogło, że książka powinna obfitować w świetną grupę portretów psychologicznych, a co za tym idzie czytelnik powinien robić kilometrowe analizy stanów psychicznych postaci. Prawdę powiedziawszy to właśnie na to się najbardziej pisałem i to właśnie ten element jest jak dla mnie połową sukcesu każdego dzieła literackiego. Pytanie teraz, czy można tego oczekiwać? Czy Lilli Caul zdaje pod tym względem egzamin? Niestety, ale z dużym bólem stwierdzam, iż nie. Od razu powiem, że to kolejny element nad którym potencjalny odbiorca może się szczerze przejechać. Niemniej jednak spójrzmy przynajmniej jak to tam ten główny skład grupy wygląda.

118dnog

Jak wiadomo książka jest uzupełnieniem komiksowego uniwersum. Co za tym idzie, jej nieodłącznym elementem będzie obecność postaci znanych nam z kart pierwowzoru. Pierwsze skrzypce oczywiście gra wspomniana Lilly Caul, a towarzyszy jej nie kto inny jak sam Bob Stookey. Oprócz tego w wydarzeniach czynny udział biorą Josh Lee Hamilton, Megan Lafferty oraz Scott Moon. Jest to grupa, której osamotnione poczynania obserwujemy przez większą część książki. Pod koniec na tapetę wchodzi nie kto inny jak sam Phillip Blake, któremu akompaniują Cesar Martinez wraz Brucem oraz Gabem. Tak to oto wygląda cały skład tytułu. W międzyczasie przewijają się również takie postaci jak Alice czy Dr.Stevens jednakowoż nie grają one znaczącej roli. Wracając jednak do tego, co chcę powiedzieć. Niestety, ale jak już wspomniałem, książka nie oferuje nam bogatych portretów psychologicznych. Bohaterowie stworzeni zostali w oparciu o ogólnie przyjęte schematy, oraz co gorsza trzymają się znanych każdemu ram oraz konwenansów. Nie widać u nich zmian oraz tak ważnej ewolucji w postępowaniu. Wszystko jest niczym cliche czyli mocno przewidywalne oraz pociągnięte po najmniejszej linii oporu. Prawdę powiedziawszy postaci jak nigdy dotąd są po prostu płaskie. Czytelnik nie ma ani przez chwilę możliwości wgryzienia się w ich charakter, nie może rozłożyć go na czynniki pierwsze. Co jest jednak najbardziej niedopuszczalne, czytelnik nie może nawiązać żadnej więzi z postaciami, co owocuje niemożnością utożsamienia się z kimkolwiek. Dotyczy to całego składu, włącznie z Gubernatorem, który definitywnie stracił swoją iskrę jaką wykreowano w komiksie. Staje się on po prostu nudny, podobnie jak reszta składu.

Brian_Blake_-_The_Governor_-_The_Walking_Dead

Przydałoby się też troszeczkę powiedzieć o technicznej stronie, czyli o wykonaniu samej książki. Otóż, tutaj mogę się wypowiedzieć w samych superlatywach. Można powiedzieć, że punktem kulminacyjnym całego produktu jest sama okładka. Zaprojektowanie jej w iście komiksowym stylu nie dość, iż jest mrugnięciem w stronę komiksu, to dodatkowo tak przykuwa oko, że potencjalny odbiorca natychmiastowo poczuje nutkę zaintrygowania. Tutaj naprawdę chylę czoła przed grafikami. Czuć tajemnicę, pewną dozę zainteresowania, a nawet grozy, co potęgowane jest mocno zaakcentowanymi odcieniami szarości. W jednym obrazu udało im się uchwycić to, co nie udało się uchwycić Kirkmanowi w całej treści. Zdaję sobie sprawę, iż jest to najmniej ważny element całości, jednakowoż dla mnie na tyle ważny by o nim wspomnieć. Co zaś się tyczy doboru języka użytego w książce oraz poziomu merytoryki. Strzałem w dziesiątkę było postawienie na przystępne słównictwo. Nie mamy tutaj wydumanych rozważań pełnych encyklopedycznych zwrotów. Opisy jak i dialogi oraz monologi są proste, przystępne oraz zrozumiałe co nadaje całości sporej lekkości i powabu. Czytelnik czuje się swobodnie, a całość wydaje się bardziej realna. Jakość ortograficzna również podskoczyła względem poprzednika. Wszelkie błędy wprowadzające zamęt zredukowanie do minimum, przez co książka nie kole w oczy tak jak „Narodziny Gubernatora”.

 

Czas teraz na ostatnią część recenzji. Jak już wspominałem wyżej, „Droga do Woodbury” jest uzupełnieniem komiksowego uniwersum. Podobnie jest również z serią gier od firmy Telltale. Pytanie jednak, czy aby książka jest zgodna z powyższymi tworami? Czy Kirkman zachował się konsekwentnie? Czy uniknięto błędów logicznych? Otóż, niestety ale nie udało się uniknąć „rozmyć” treściowych. Prawdę powiedziawszy to jest ich sporo jak na taką książkę. Wymieniając jednak po kolei: 

 

  • Pierwsze co rzuca się w oczy to kwestia Lilly, która występuje zarówno w książce jak i grze. Jak wiadomo obydwie pochodzą z komiksu, o czym mówił zarówno Kirkman jak i Telltale, a co za tym idzie automatycznie powinny mieć one taką samą przeszłość i powinni się one wzajemnie uzupełniać. Czy jednak tak jest? W dużej mierze tak. Obydwie miały dramatyczny epizod w Macon, oraz obydwie podróżowały przez długi czas same. Dodatkowo akcja książki dzieje się na kilka miesięcy po wybuchu epidemii, kiedy to gra skupia się na pierwszych trzech miesiącach, a co za tym idzie historie te się sprawnie uzupełniają. Poza tym książkowy stan psychiczny Lilly wskazuje na dramatyczne wydarzenia, przez które ona wcześniej przeszła, a którymi mogą być zdarzenia z Travelier Motel. Co najważniejsze obydwie podróżowały z ojcem. Niemniej jednak tutaj zaczynają się schody. Po pierwsze ojcowie inaczej się nazywają, zajmowali inne stanowiska i inaczej potoczyły się ich losy. Jednakowoż jak taki mały szkopuł ma się do reszt idealnie pasującej do siebie układanki?
  • W książce pojawia się nieścisłość czasowa. W treści mowa o sztormie, który przeszedł nad Georgią w roku 2009, kiedy to akcja książki osadzona jest w roku 2003
  • Sztorm, który ma miejsce w książce nigdy nie pojawił się w komiksie, mimo tego, że ich akcja jest równoległa. Kiedy Lilly przyjeżdża do Woodbury, to Rick w tym czasie wyjechał z farmy Hershela i rezyduje w więzieniu (okres zimowy)
  • W książce mowa jest o tym, że zmarłe, ale jednocześnie wystarczająco świeże ciała mogą wyjść z zakopanych trumien, mimo tego, że w poprzedniej książce jak i komiksie nigdy nie miało to miejsca.

 

Podsumowując już moją recenzję, książkę „Droga do Woodbury” oceniam na 5/10. Niestety ale okazała się ona sporym rozczarowaniem pod wieloma względami. Wielkie zapowiedzi i gwarancje jakie dawał Rober Kirkman były niczym pic na wodę, co zaowocowało tym, iż produkt jest pasmem niespełnionych obietnic. Wszystko polegało tylko i wyłącznie na pompowaniu balonika oczekiwań, co zresztą nie jest niczym nowym, patrząc przez pryzmat serialu. Po rewelacyjnych „Narodzinach….” powinna przyjść jeszcze lepsza „Droga…” jednak rzeczywistość pokazała co innego. Znacznie obniżenie jakości i poziomu jaki reprezentuje książka sprawia, że moje oczekiwania względem ostatniego tytułu trylogii znacznie zmalały. Dodatkowo sam Kirkman pokazał jakby tracił już wenę, a jego innowacyjność poszła w las.  Na koniec nie pozostaje mi nic innego, jak zapytać się ile jeszcze pociągną nasze „Żywe Trupy” skoro w tym roku większość produktów sygnowanych tym tytułem okazało się względnym fiaskiem? 

 

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts