Biżuteria Handmade

US-INTRO

W „US” bohaterowie dosłownie i w przenośni wracają na dawne tory, zmierzając do nowej ziemi obiecanej – Terminus. Epizod posłużył raczej za ekspozycję do finałowego odcinka, choć przyznać trzeba, że w kwestii głównej linii fabularnej wydarzyło się całkiem sporo. Chciałoby się jednak napisać: „za wczas”, bo sezon się kończy, a akcja dopiero teraz nabrała właściwego tempa.

 

Naszym ekipom wreszcie udało się połączyć w większą grupkę i choć odnalezienie się potrwało sporo czasu, do pełni szczęścia i tak brakuje nam jeszcze kompani Ricka, Carol i Tyreese’a z Judith. Samo spotkanie nowych i starych bohaterów zostawiło po sobie pewien niedosyt, bo pomyśleć tylko, ile nowych relacji może pojawić się w grupce uzupełnionej o Abrahama, Rosite i Eugene’a. Szczególnie, że dwie ostatnie postacie niespodziewanie zaczęły wreszcie otwierać buzie dając nam małe próbki swoich osobowości. Z Rosity wyszła pewna siebie, zdecydowana dziewczyna, z Eugine’a nadal jeszcze niejednoznaczny, niezamykający się mądrala, który nie widzi problemu w bezpośrednim powiedzeniu Tarze, że och wybaczcie – „gorąca z niej laska”. Ciężko jest jeszcze powiedzieć, czy bohater rzeczywiście kieruje się jakimiś zasadami moralnymi, przez które nie był w stanie zostawić na pastwę losu Glenna i Tary, czy po prostu miga się od podróży do Waszyngtonu. Pomijając już kwestię intencji, dało się już całkowicie tą kompanię polubić – są zabawni, choć miejscami ciamajdowaci i nieco naiwni, ale przy tym jak najbardziej sympatyczni. Taka stereotypowa drużyna – osiłek, mądrala i ponętna towarzyszka, która nie da sobie w kaszę dmuchać. W każdym razie miło było oglądać ich na ekranie. Przeprawa Glenna i Tary przez tunel nie wywołała dreszczy, kończąc się w sposób w miarę przewidywalny. W dodatku zombiaki poruszały się jakoś strasznie niemrawo.

TARA

Terminus wygląda na podejrzaną miejscówkę. To taka całkowicie odrealniona ziemia obiecana dla ocalałych, zamieszkała przez miłych ludzi o hipisowskim usposobieniu (bo chyba musi być ich tam więcej) jak pani w końcówce epizodu (swoją drogą, była trochę straszna w tej swojej gościnności). Zbyt piękne by było prawdziwe, ale czym się Terminus okaże zobaczymy dopiero w finale (aha, skojarzenia z 2 epizodem gry również pojawiły się w mojej głowie).

W kwestii krótkiego fragmentu z grupą Ricka. I tym razem nieco twórcy przysłodzili w scenach z Mich i Carlem, których relacje coraz bardziej się zacieśniają. Ostatnio odnoszę tylko wrażenie, że odbywa się to w leciutko nachalny sposób. Jak mówi schemat, po radosnych chwilach należy obawiać się tragedii. 

Daryl

Właściwie najciekawszym wątkiem odcinka okazały się przeprawy Daryla i jego nowego stadka. Stary wilk, powinien czuć się wśród facetów w skórach jak w rodzinie, ale przyjmuje raczej postawę buntownika nie dającego osaczyć się zasadami. Potem co prawda, cały wątek wpadł w niezbyt dobrze wróżący motyw, w którym na pierwszy plan wysuwają się góra dwie postaci (mędrzec Joe),  co sugeruje, że pozostała anonimowa zbiorowość, nie zdąży się już w tym sezonie rozwinąć (przewiduję prawdopodobną rzeź). Co do samego Dixona, nie dziwi specjalnie, że się do zasad stosować nie chciał. Ostatnio może rzeczywiście przestał stawiać na swoim, ale w konfrontacji z obcymi wróciła jego dawna nieufność. Awanturę o królika, choć zaowocowała ostatecznie fajną sceną sądu z klawymi tekstami Joe’ego, początkowo posłużyła jedynie za wyjaśnienie zasad panujących w wesołej kompanii. Prymitywnie, ale skutecznie. Główną siłą wątku była jednak możliwość, spojrzenia na świat z innej perspektywy. Od jakiegoś czasu mierzyliśmy się z wyraźnie zarysowaną granicą dobra i zła (Rick/Gubernator). Chodzi mi tutaj o kwestię zabitego przez Ricka przyjaciela, nowych towarzyszy Dixona. Wcześniej rzeczywiście poznaliśmy ich jako bandę nieokrzesanych dzikusów, którzy stanowili zagrożenie, zarówno dla Szeryfa, jak i jego podopiecznych. Teraz jednak perspektywa odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni i dowiedzieliśmy się jak to jakiś okrutny człowiek, z zimną krwią zamordował bezbronnego członka ekipy.  Nie trudno było oczywiście powiązać te wszystkie wydarzenia, ale ta swego rodzaju przypadkowość, sprawia także, że serial ogląda się ciekawej, z nadzieją na to, że czyny bohaterów będą miały w przyszłości swoje konsekwencje.

 

US-outro

 

Larone

Na Strefie zajmuje się głównie newsami, artykułami i recenzjami odcinków serialu TWD. W przeszłości udzielał się amatorsko w paru innych projektach. Kiedy najdzie go ochota, bawi się w krytyka filmowego (choć chyba podchodzi do kina zbyt optymistycznie). Poza Strefą: gorliwy widz serialowy, niestety nigdy nie zobaczył do końca Miasteczka Twin Peaks. Choć za popcornem nie przepada, gdyby mógł, większą część życia przesiedziałby w kinie. Dlaczego pisze na Strefie? Bo lubi :)

More Posts