Biżuteria Handmade

ep316-feat

Sezon trzeci w końcu dobiegł końca. Fabuła obfitująca w liczne problemy natury człowieczeństwa, kwestionowanie istnienia ludzkiego oraz ciągła walka o byt i przetrwanie, została spięta i zamknięta w jedną, można powiedzieć w miarę spójną całość dzięki epizodowi „Welcome to the Tombs„. Jednakowoż czy materiał zaprezentowany wczoraj pokrył się w choć w minimalnym stopniu z treściami rozpuszczanymi przez AMC oraz obsadę?  Każdy zdaje sobie sprawę jaką bańkę oczekiwań twórcy stworzyli na tydzień przed premierą odcinka. Liczne zdjęcia które miały gwarantować rozmach, wywiady mówiące o ogromnym dramatyzmie i tragizmie, kilka video pokazujące bardzo stanowcze zamiary względem fabuły i zwiastujące swoisty progres zalały wręcz Internet jak i pozostałe media, sprawiając iż wyobraźnia widzów zaczęła pracować na pełnych obrotach dzięki czemu pomysły na finał prześcigały jeden drugiego. Można by rzec, że czekał nas idealny oraz wymarzony „happy end” trzymający w napięciu przez te 45 min. Muszę powiedzieć, że po części to napięcie zostało zachowane, niemniej jednak odcinek 16 będący jednocześnie finalnym jest – podobnie jak najnowsza gra od Activision – idealnym przykładem na niespełnione obietnice twórców, co wywołuje sporą dozę irytacji jak i swoistego zawodu. Poza tym mnie, jako powiedzmy to sobie zatwardziałego widza seriali i czytelnika komiksu, bolą takie zagrania, ponieważ widzę jak marnowany jest potencjał historii jaką dysponuje AMC. A można by rzec, że gotowego materiału zepsuć nie można.

 

TWD_GP_316_1116_0124

Przechodząc teraz do meritum, czyli rozkładamy epizod na czynniki. Na pierwszy ogień pójdzie fabuła, która jest niestety najsłabszym pierwiastkiem całości i to w głównej mierze ona oraz jej irracjonalne zagrania dobiły już nie tylko finał, ale i cały sezon. Wszystko zaczęło się dość dynamicznie dzięki temu, iż Woodbury szło na wojnę, Rick szykował się do przyjęcia ataku, a dodatkowo w międzyczasie, w postaci migawek mieliśmy wątek Andrei i Miltona, co chyba było jednym z najbardziej emocjonujących elementów. Wszystko pięknie, ładnie więc można by rzec „szykuje nam się zacny odcinek”. Niestety nic z tego. Po około 10 tudzież 15 minutach każdy nawet najdrobniejszy element stacza się w zatrważającym wręcz tempie po równi pochyłej, by już w połowie epizodu sięgnąć dna. Wielki dramatyzm, osaczenie, alienacja, bezcelowość tak rzewnie zapowiadane, kompletnie nie miały miejsca w ‚Welcome to the Tombs”. Rozemocjonowanie oraz zaintrygowanie zniknęło tak szybko jak się pojawiło, a co najważniejsze zostało zastąpione uczuciem załamania ze względu na to co zaprezentowano. Wielce zapowiadana walka między „woodbury team” a „prison team”, która miała zostać okupiona śmiercią 27 osób zakończyła się tym, że Woodbury uciekło z pola walki, niczym (tutaj cytując jednego z użytkowników filmwebu) Francuzi przed Niemcami. Wielka armia o mocnym wejściu, która poniekąd została wyszkolona przez wojaka Martineza poległa na całej linii wywołując salwy śmiechu. Kulminacyjny moment całego odcinka, zamiast zostać zapamiętanym niczym pamiętny atak na farmę, zostanie wyparty z podświadomości ze względu na każdy możliwy powód. Później niestety nie jest lepiej i choć rozwiązanie historii Andrei faktycznie chwyta za serce na parę chwil, to w finalnym rozrachunku wywołuje falę kolejnego zdenerwowania, ponieważ (tutaj przepraszam za spoiler, jednakże nie da rady go ominąć) definitywne pozbycie się jej z serialu, pokazuje jakimi impotentami w kwestii rozwoju bohaterów twórcy są. Fabuła utwierdza w przekonaniu, że twórcy z AMC na czele nie potrafią udźwignąć ciężaru jaki niesie ze sobą potencjał komiksu. Za wszelką cenę próbują odciąć się od pisarskiego pierwowzoru nieudolnie wprowadzając tragizm, który z założenia ma trzymać widza przez telewizorem. Jednakowoż efekt jest odwrotny. Coraz więcej osób zaczyna się zastanawiać na przyszłością serialu i jawnie dyskredytują pomysły reżysera, snując ciemne wizje stabilności „The Walking Dead” na rynku seriali.

walkingdead_032813_1600-1

Kończąc jednakże tamtą niemałą dygresję wróćmy do głównej treści recenzji. Fabuła została już omówiona, więc teraz czas na drugi ważny element odcinka, czyli bohaterów. Zdjęcia dokładnie określa, kto grał pierwsze nuty w „Welcome to the Tombs”. Rick, Andrea oraz Gubernator to trójka, której zadaniem było napędzanie epizodu, jednakże teraz pytanie, czy wywiązali się z powierzonego im zadania? Część tak, część nie lecz to już wyjaśnię w dalszym toku wypowiedzi.

Na pierwszy ogień niech pójdzie Rick. Głównodowodzący obrony ostatniego przyczółku człowieczeństwa miał za zadanie koordynować każdego z osobna tak aby zapewnić więzieniu wiktorię. Czy tak się stało? Owszem, jednak czy obrona ta była taka jaka być powinna? Zaimplementowano jakieś kolce, przebito kilka opon w autach i przepędzono Gubernatora, który niestety ale ciągle żyje. Czy taki był plan Ricka? Rozumiem, że chciał oszczędzić więzienie w jak najmniej naruszonym stanie (no ale jeden punkt oparcia w postaci wieżyczek stracił) jednakże główny antagonista zwiał przez co zagrożenie nie zostało  zażegnane. Dodatkowo grupa żyje w ciągłym strachu mimo tego, iż jest gotowa do walki, co naprawdę nie rokuje dobrze na przyszłość. Dodatkowo całe postępowanie Ricka spowodowane było ciągłym pojawianiem się ducha Lori, co pokazuje, że racjonalne myślenie to u niego przeszłość. Odniosłem wrażenie, że Grimes żyje mrzonkami i chwyta się tego czego tylko może by jakoś przetrwać do dnia następnego. Za wszelką cenę chce pozbyć się mar, ale niestety sposoby jakich do tego używa pozostawiają wiele do życzenia ponieważ o ile „leczy” samego siebie, o tyle krzywdzi innych i stawia ich w jeszcze większym zagrożeniu, co pokazuje, że bycie liderem dla niego jest odpowiedzialnością zbyt wielką, przy czym nie potrafi on z niej zrezygnować.

Drugi z wielkiej trójki czyli Gubernator. Też wiele dobrego o nim powiedzieć nie można. Niemniej jednak zacznę od tych pozytywów. Niestety jest ich niewiele, a prawdę mówiąc wyróżnić można tylko jeden, a mianowicie Philip Blake w końcu jest takim Philipem na jakiego wszyscy czekali. Bezwzględny, zaparty, widzący tylko swoje racje i swój chory świat. Cienka granica pomiędzy tlącym się jeszcze człowieczeństwem, a czystym szaleństwem uległa całkowitemu zatraceniu i została zastąpiona przez czyste szaleństwo. Jednakowoż, jak to stare przysłowie mówi coś za coś. Brak barier w działaniu doprowadził do samounicestwienia Gubernatora. Wystrzelanie całej swojej potencjalnej armii zamknęło przed nim wszelkie możliwości dalszej egzystencji. Wizja jego wspaniałego świata upadła. Dodatkowo akcja w wiezieniu pokazała go jako swoistego tchórza, wysyłającego swoich ludzi do obrony własnego tyłka, co natomiast jest zaprzeczeniem wyobrażenia, jakie stworzyli w okół niego twórcy. Gubernator lubujący się w chaosie, chowa się za kobietą. Czysty absurd.

Na sam koniec Andrea. O niej wiele nie ma co pisać, choć jako jedyna z całej trójki trzymała w niemałym napięciu. Tutaj obnażono całą prawdziwą naturę Andrei. Z jednej strony współczująca i potrafiąca zrozumieć ból innych, z drugiej natomiast ciągle walcząca o swoje mimo bezcelowości i beznadziejności sytuacji. Emocjonalna, ale jednocześnie silna, przybita ale jednak waleczna. Ponadto ciągle zachowała człowieczeństwo. Niemniej jednak zdenerwowało mnie to, iż traciła cenne minuty na rozmowy z dogorywającym Miltonem. Aczkolwiek sytuacja naprawdę niecodzienna. Boli jedynie jej śmierć, ponieważ jest to, a raczej była to postać z przeogromnym potencjałem, który został w miarę rozwinięty w drugim sezonie, ale kompletnie zapomniany w trzecim. Liczyłem na jej powrót do więzienia, co znacznie ożywiłoby zastygłą już sytuację w grupie Ricka. Do tego interesująca byłaby jej relacja z Michonne, która niewątpliwie wprowadziłaby sporo dynamizmu. O chęci zemsty na Gubernatorze nie chcę już mówić. Usunięciem jej twórcy pogrzebali gros ciekawych wątków i aż serce się kraja myśląc o tym. Została ona zastąpiona mdłym Tyreesem, co jest czystym kuriozum. Umiejętności Laurie Holden również nie zostały wykorzystane. A tak a propos Holden, to naprawdę wielka strata dla serialu. Uważam, że należała do wąskiej grupy naprawdę dobrych aktorów.

Na koniec tak jeszcze skrobnę o Michonne. Jak nigdy dotąd, tak tutaj pokazała prawdziwe emocje. Ewidentnie było widać żal, że pozostawiła Andreę w rękach socjopaty od którego sama przecież uciekła, a co za tym idzie zawiodła jedyną osobę na której jej zależało i która popychała ją dalej.

TWD-GP-316-1130-0639-jpg_191249

Odrobinę należy też skrobnąć o samym montażu. Ernest Dickerson po raz kolejny pokazał, że tak jak on to nikt inny nie potrafi kręcić odcinka. Reżyserka stoi na bardzo wysokim poziomie, są gładkie przejścia między scenami, dominuje stabilność przez co odnosi się wrażenie spójnej całości. Do tego idealnie dobrana muzyka, która była niczym miód na uszy. Stanowiła ona najjaśniejszy punkt całego odcinka.

walking-dead-welcome-to-the-tombs

Niestety czas teraz i ponarzekać, choć wiem, że wcześniej też wyraziłem sporą dozę irytacji. Pierwszy i zarazem największy zgrzyt to początek socjopatycznych zapędów Carla, gdzie to każdy człowiek z bronią w ręku jest zagrożeniem. Do tej pory był to bohater marginalizowany do granic możliwości, którego kwestie ograniczały się do dwóch zdań. Nie wiemy do się dzieje w jego psyche, jak odbiera świat, jak postrzega ludzi, po czym bach i w finalnym odcinku mamy bezwzględnego Carla mordującego wszystko co się rusza, mimo tego, że parę odcinków wcześnie optował za pozostawieniem w grupie obcej sobie kobiety mogącej być zagrożeniem.

Następnym absurdem to sama śmierć Andrei. Kobieta która dała radę hordzie zombie w osamotnionym biegu przez las, gdzie to przy każdorazowym wystrzale ściągała sobie uwagę kolejnych grup trupów, która to przebiegła do więzienia kilkanaście km i miała kilka starć z zombie przy użyciu samego scyzoryka, która chce walczyć i chce żyć, została uśmiercona w jeden z najbardziej irracjonalny i bezsensowny sposób niczym Dale w sezonie drugim. Mam uwierzyć, że kobieta przyjmująca kilkanaście kg żywej wagi raz „x”, nie dała rady Miltonowi, który nie oszukujmy się ale jest chucherkiem? Coś tutaj jest nie bardzo. Pokazuje to, iż AMC usilnie stara się dodać tragizmu. Dodatkowo samo umiejscowienie ugryzienia to śmiech na sali. Jak wiadomo Andrei ubyło to i owo w obszarze ramienia i nieznacznego kawałka odcinka szyjnego. Wszystko byłoby piękne i ładne, ale obszar ten był przykryty mocną skórzaną krótką, co jak wiadomo uniemożliwia zombie „wgryz”. Sam Milton miał podobne odzienie. To natomiast świadczy o sporej niekonsekwencji twórców. 

Na sam koniec wisienka na torcie, czy rozwiązanie kwestii śmierci 27 osób. Wydaje mi się, że więcej nie ma co się tutaj rozpisywać. Coś co miało być najważniejszym elementem odcinka, stało się największym kuriozum, już nie odcinka ale całej serii.

the-walking-dead-s3-e16-welcome-to-the-tombs-_preview

Reasumując, odcinek finalny mający być największą „bombą” sezonu okazał się największym niewypałem. Rzekoma inność oraz dziwność poszły w las i zostały zastąpione absurdami goniącymi jeden drugiego. Zażenowanie oraz irytacja towarzyszyły mi z wielką zaciekłością i nawet na moment nie chciały ustąpić. Jestem naprawdę i szczerze zawiedziony takim obrotem spraw, co natomiast wymusza na mnie wystawienie oceny nie większej niż 5/10.  „Welcome to the Tombs” pokazał jakim nieudolnym showrunnerem oraz scenarzystą był Mazzara i jak dobrą historię pogrzebał na wieki.

Reżyseria: Ernest Dickerson

Scenariusz: Glen Mazzara

Premiera: 30 marzec 2013 (USA), 2 kwietnia 2013 (PL)

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts