Biżuteria Handmade

the-Walking-Dead-Season-6-comic-con-poster1

       „Druga kwarta szóstego sezonu. Jezu kiedy to było!?„- zapewne wielu czytelników Strefy zacznie się nad tym głowić widząc niniejszy wpis. I wiecie co? Kompletnie się Wam nie dziwię, a to dlatego że ostatni odcinek S6 został wyemitowany tak dawno, że nawet ja nie pamiętam kiedy to było. Można by rzecz, zamierzchłe czasy. Pytanie zatem, dlaczego do tego wracam? Po co to rozgrzebywać i na nowo się w tym babrać? Odpowiedź jest banalnie prosta! Po pierwsze, zgodnie z zapowiedzią realizuję kwartalne podsumowania sezonu, a po drugie wielkimi krokami zbliża się do nas premiera „No Way Out” więc uznałem, że wgryz w odcinki 5-8 byłby fajnym przypomnieniem tego w jakim punkcie fabularnym pozostawili nas twórcy TWD. Zdaję sobie sprawę z tego, że zapewne nie wywołam już burzliwych dyskusji toczących się kilometrami, ale jeżeli znajdzie się choć jedna osoba która poświęci na ten cykl odrobinę swojego czasu, to będzie to dla mnie pewnego rodzaju sukces. By więcej się nie rozwodzić, na tym zakończę i biorę się do roboty.

TWD S06E05

       Kiedy niedawno wróciłem pamięcią do poprzednich sezonów „The Walking Dead” i zacząłem analizować ich dokonania, rozwiązania czy też strukturę, doszedłem do jednego dość zaskakującego wniosku – ten serial prześladuje chyba jakieś fatum. Każda kolejna seria, począwszy od epizodu czwartego zaczęła notować typowe pikowanie w dół, spadając z poziomu rewelacyjnego, na pułap co najwyżej rozczarowujący. Niestety w przypadku S6 obserwujemy dokładnie to samo zjawisko. Jego druga kwarta w sposób tak znaczący odstaje od tego co zostało wypracowane na przestrzeni „First Time Again” do „Here’s not Here„, że aż sam zachodzę w głowę co stało się tego powodem. Sytuacja fabularna była przecież idealna ku temu by utrzymać stabilność w storytellingu, a tu zonk ponieważ już w „Now” widzowie doświadczają bolesnego zderzenia ze ścianą o tytule „amatorszczyzna„. Momentalnie ekran zalewa wszechobecna nuda, odcinki zaczynają ciągnąć się aż do niestrawności, fabuła ponownie wypychana jest głupotami usilnie jeszcze potęgowanymi na ekranie, a praktycznie cała obsada jak jeden mąż zaczyna grać od niechcenia. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie oglądanie tego było naprawdę ciężkim do przełknięcia kawałkiem TWD, gdyż w trybie natychmiastowym przeszliśmy od bogato zastawionego szwedzkiego stołu oferującego multum kąsków, do pustych lad ogołoconego straganiku, który jedynie marką chce utrzymać obumierające zainteresowanie.

TWD S06E07

       Szczerze powiedziawszy, to nie wiem co stało się powodem aż tak dużego rozjazdu pod względem jakościowym pomiędzy pierwszą, a drugą kwartą sezonu. Jak już wspomniałem wyżej, sytuacja fabularna była tak miodna i lukrem spływająca, że tylko wyjątkowo „kompetentna” osoba byłaby w stanie odwrócić ją o 180 stopniu. Zamieniono silnie ugruntowaną epickość przejawiającą się nie tylko poprzez szybkie tempo akcji ale również złożoność dramaturgiczną, na zabijającą znużeniem miałkość i monotonię. Przyznam się szczerze, że Scott M.Gimple mnie tu zadziwił, bo o ile rozumiem duży rozjazd sezonu piątego, o tyle osiągnięcie takie efektu w motywie alexandryjskim charakteryzującym się jakby nie patrzeć ciągłością wątkową, to nie lada sztuka. Nie ma wątpliwości co do tego, że miał on pomysł na sezon szósty i przynajmniej częściowo starał się go zrealizować, aczkolwiek albo brak doświadczenia albo przytłoczenie rozmiarami molocha jakim jest komiksowy materiał z ataku hordy na Alexandrię zrobiło swoje. Ewidentnie widać, że nie potrafił on zapanować nad chaosem, wskutek czego poszczególne elementy składowe zostały zrealizowane zupełnie po łebkach, a niektóre innowacje w ogóle sypały się już w posadach. Po scenariuszach poszczególnych odcinków widać, że nawet sami scenarzyści nie mieli zbytnio pojęcia jak ugryźć temat tak by uratować go przed kompletnym fiaskiem.

TWD S06E08

       Z faktem, że druga kwarta ostro pikowała w dół raczej mało kto będzie polemizował. To po prostu widać na ekranie i czuć po samej emisji. Niemniej nie oznacza to, że każdy z odcinków przypadających na tą część sezonu prezentował jednakowo kiepski poziom. Prawdę powiedziawszy, dwa z pięciu można uznać za umiarkowanie udane, natomiast dwa pozostałe za kompletny niewypał. By nie pozostawiać gołosłownym, krótkie podsumowanie każdego z nich:

  • Now” – to zdecydowanie najlepszy epizod z caluteńkiej kwarty. Nadanie mu czystko refleksyjnego charakteru, stanowiącego podsumowanie dramatycznych wydarzeń z ataku wilków i uwolnienia się zombie z kamieniołomu, pozwoliło na tymczasowe podtrzymanie zainteresowania widza. Scenarzysta potrafił zadowalająco wykorzystać drzemiący w konkluzji potencjał i choć nie obyło się bez tanich schemacików (kłótnia Spencera z matką), całość okazała się w miarę strawna. Na pewno na uwagę zasługuje tutaj świetne rozwinięcie postaci Deanny, która jak dla mnie uciągnęła większość epizodu na swoich barkach, przykuwając po prostu uwagę. Jej lawirowanie pomiędzy wyrzutami sumienia, poczuciem odpowiedzialności, a uświadomieniem sobie jak bardzo iluzoryczną egzystencją żyła, okazało się centralnym punktem epizodu. Przeszła przez wiele skrajnych emocji wyrażających się albo w nagłym napadzie nadziei, albo w obezwładniającej depresji, co też swój finalny wydźwięk miało w jej pierwszej konfrontacji face to face z zombie. Wcisnęła wtedy guzik, dzięki któremu w końcu uświadomiła sobie co to znaczy żyć. Niemniej, nie udało się jednak całkowicie zamaskować narastającej nudy i najzwyczajniej w świecie ciągnącego się odcinka. Osobiście przyłapałem się na tym, że kilkakrotnie sprawdzałem która jest godzina bo byłem już tym wszystkim zmęczony. Całości zdecydowanie nie pomogła bardzo nieumiejętnie przedstawiona panika ludności Alexandrii czy też szereg mdłych monologów, z czego najgorszy w wykonaniu Jessie, choć sama postać generalnie na plusika. Również wyprawa Maggie i Aarona nie zrobiła na mnie dużego wrażenia ze względu na swój przesadyzm co do obrzydliwości, aczkolwiek położenie uczuciowe Green i to jak przeżywa to co dzieje się w jej życiu potrafiło wsiąść na uczucia widza
  • Always Accauntable” –  cóż to ja tu mogę powiedzieć… Daryl chyba za cel honoru obrał sobie zebranie na swojej liście wszystkich najgorszych odcinków serii, co też robi konsekwentnie począwszy do sezonu 4. Tego nawet obecność Abrahama i Sashy nie była w stanie uratować przed porażką. Złe było dosłownie wszystko. Koszmar najgorszego sortu, który na domiary złego został wykorzystany do wprowadzenia jednego z najbardziej zaskakujących komiksowych postaci czyli Dwighta. To była masakra, to była rzeź, to była tragedia. 40 minut tułającego się po lesie Dixona, który jest brany na sumienie przez dopiero co spotkanego typka jawnie mającego co do niego niezbyt poprawny stosunek. Do tego dodajmy politowania godny suspens związany ze spotkaniem grupy Negana i najżałośniej wykonaną scenę w historii TWD jaką jest szarpanina Abe’a z zombie. Szczerze powiedziawszy, nie wiem co jeszcze można by o tym materiale napisać poza tym, że został on naprawdę źle zagrany przez dwójkę wiodących aktorów jakimi byli Norman Reedus oraz Austin Amelio. Ogólnie rzecz biorać odcinek jest jedną wielką porażką w której absurd, absurd absurdem pogania, przy czym to wszystko polane zostało toną lukrowej infantylności, wzbogaconej posypką z zażenowania oraz konsternacji
    TWD S06E06
  • Heads Up” – najbardziej sztywny i bez życia odcinek TWD jaki kiedykolwiek widziałem. Teatr kukiełek, które bezwiednie robią to co ich mistrz im każe, nie mając żadnego wpływu na otaczającą ich sytuację. Hermetycznie upakowana akcyjka, idąca od punktu A do punktu B na podstawie twardo rozplanowanych założeń. Pusta wydmuszka, nie angażująca emocjonalnie, w której nawet aktorzy sprawiają wrażenie pozbawionych życia. Jednym słowem, cmentarzysko. Tak jak powiedział to kiedyś mój redakcyjny kolega Larone, postaci zachowują się jak komputerowe NPC, których reakcja zależna jest od wcześniejszej reakcji innego obiektu. Zero naturalizmu, zero swobody, zero ducha czy jakiejkolwiek chęci. Wszystko jakby zamarło w bezruchu, czekając na nadchodzącą tragedię. Epizod był przez to zimy i naprawdę nieangażujący w nawet najmniejszym stopniu, a w zestawianiu z materiałem, w którym najważniejszym i centralnym momentem było dowiedzenie się co z Glennem sprawia, że mogłoby go w ogóle nie być. Późniejsze dywagacje z Enid, pogawędka Tobina i Ricka, rozwodzenie się nad Judith- jeszcze nigdy nic mnie tak nie usypiało jak to. Chwilowym ożywieniem okazała się bardzo dynamiczna akcja przechodzenia Spencera nad morzem trupów, ale to jednak niewielki ułamek z całości. Efektowności odmówić mu nie można, ale jest to efektowność zdecydowania za mała by rzutować na finalny odbiór odcinka.
  • Start to Finish” – odcinek mógł być wielki ale okazał się lekkim niewypałem i to nie dlatego, że jego założenia były złe tylko dlatego, że wykonanie leży i kwiczy. Twórców ewidentnie przygniótł rozmach ponieważ od samego początku naginają niektóre akcje tak mocno jak tylko to możliwe. Nie będę wypisywał błędów bo jest to zarezerwowane na inną część wgryzu, niemniej powiem że sporo ich się tu znalazło. Niestety, w dużym stopniu uniemożliwiło mi to czerpanie pełni radości z prezentowanego materiału, aczkolwiek nie mogę mu odmówić wielkości i dynamizmu. Działo się sporo. Naprawdę sporo. Czuć było chaos, czuć było tragedię, czuć był ogarniający Alexandrię paraliż. Całość dodatkowo minęła pod przepięknie przeprowadzonym zgonem Deanny, która moim zdaniem odeszła tak jak powinna odchodzić każda inna postać tego serialu. Umarła pozostawiając ogromny odzew na fabułę, wywołując spory impakt na widza oraz przede wszystkim w sposób, który pozwala na zapamiętanie jej w pełnym kolorycie. Ogromna warstwa znaczeniowa, stanowiąca jednocześnie spowiedź z dokonanych rzeczy i górnolotnych planów zrobiła duże wrażenie, a podkreślenie przy tym niedawnej zmiany własnego światopoglądu pogłębia wrażenie kompletności charakteru Deanny. Jej końcowa scena jest tak silna i wysycona emocjami, że… Do tego ten niemy krzyk. Jak dla mnie fenomen sam w sobie.                                                                                                                                                                                                

TWD S06E08(2)

       Nie wiedzieć mi czemu, w drugiej kwarcie sezonu szóstego w sposób bardzo znaczący siadło aktorstwo. Nie wiem co było tego przyczyną, ale obsada tak jakby straciła zapał to pracy. Stali się niemrawi, bez polotu i jakichkolwiek przejawów chęci. Czyżby odczuli jak słaby materiał kręcą? Nie wiem, nie wnikam. Bądź co bądź przeżyłem małe rozczarowanie. Andrew Lincoln bez żadnego przekonania wygłaszał każde kolejne monologi Ricka, Danai Gurira została całkowicie odepchnięta na bok, a to co jej dali w ogóle nie pozwalało rozwinąć jej skrzydeł, Steven Yeun w swoim głównym popisie jakim było „Heads Up” cały czas sprawiał wrażenie jakby nie wiedział co on w ogóle ma robić, a Alexandra Breckenridge kompletnie nie mogła odnaleźć się w dramatycznych momentach swojej postaci (aluzja do jej kiczowatego monologu z „Now„). Konfrontacja ideologiczna w wykonaniu Lenniego Jamesa oraz Mellisy McBride też do mnie nie przemawiała, czego powodem może nie był brak chęci duetu aktorskiego, ale słabości ich partii z półfinału. Koszmarnie wypadła również Christian Serratos, która w swoim monologu z epizodu 7 była tak sztywna, że nawet kłoda drewna miałaby więcej życia.  Na poziomie zadowalającym utrzymali się natomiast Merrit Wever, Alana Masterson oraz Austin Nichols, którzy w miarę rozsądnie podeszli do swoich partii. Jeżeli zaś chodzi o najlepsze trio to są to zdecydowanie Lauren Cohan, Ross Marquand oraz górująca nad caluteńką obsadą, fenomenalna w swojej roli i czująca się jak ryba w wodzie Tovah Feldshuh. To był kunszt, to był talent, to było cudo. Skradła dla siebie obydwa odcinki, w których wystąpiła. Mój zachwyt nad jej osobą, a także jej grą po dzień dzisiejszy nie ma końca. Widać było, że ona to czuje i rozumie jak ugryź temat, aby wydobyć z niego kwintesencję. Osobiście chłonąłem jej grę jak gąbka wodę. Tovah pokazała co to znaczy gra z klasą.

TWD S06E05(2)

       Druga kwarta sezonu szóstego niestety nie obyła się bez błędów logicznych, których jest dość sporo jak na raptem czteroodcinkowy wycinek. Twórcy albo nie zwrócili na nie uwagi, albo nie chcieli zwrócić, albo popełnili je celowo. Bądź co bądź, są one jednak obecne, przy czym zostały tak zaakcentowane że ciężko ich nawet nie dostrzec:

  • Rick w odcinku „Now” obwieszcza ludziom, że Alexandria ma stać się cmentarzyskiem. Ludzie mają zachowywać się tak jakby społeczeństwo wymarło, po to by horda stopniowo się rozchodziła. Co on jednak robi? Wykrzykuje swoje monologi wołając w ten sposób zombie na obiad, obserwuje okolicę stojąc na platformie przy samym centrum kilkutysięcznej grupy trupów, a jeszcze w międzyczasie wali młotkiem w ogrodzenie
  • Od momentu przybycia Ricka do obsady nie są podejmowane żadne kroki by zrobić coś z problemem hordy pod drzwiami. Jest natomiast czas na niekończące się dywagacje o byle czym, które można prowadzić zawsze i wszędzie i z kim popadnie
  • Ludzie Negana strzelają do Daryla z kałachów z kilku różnych kierunków, a tego nawet kula nie drasnęła
  • Odcięcie jednemu z ludzi Negana ręki w terenie i późniejsze jego odejście jak gdyby nigdy nic
  • Wieża przewracająca się wbrew prawom fizyki
  • Deanna, która została ugryziona w miejscu, do którego żaden z zombie by nie sięgnął ze względu na swój wzrost znacząco przewyższający Monroe
  • Maggie będąca cudem postrzelona w prawe udo podczas ataku hordy na Alexandrię
  • zombie, które raz zachodząc Ricka i spółkę zewsząd, a raz znikają
  • Carol i Morgan, którzy mimo tego że stoją w odcinku „Heads Up” przy prowizorycznym więzieniu, w odcinku „Starts to Finish” znowu do niego biegną
  • Carol, która jak ostatnia łamaga przewraca się na prostej drodze
  • Zombie, które mimo tego co mówił Rick, spokojnie pałętają się po salonie w domu Jessie nie przejmując się odgłosami na górze

TWD S06E07(2)

       Podsumowując, druga kwarta sezonu szóstego to mocne rozczarowanie. Na tyle mocne, że raczej nigdy do niej nie wrócę gdyż nie ma do czego. Naprawdę nie wiem co się stało, że w tak nagły i nieoczekiwany sposób stabilna pozycja wątku alexandryjskiego posypała się na łeb na szyję. Jest to dla mnie rzeczą zaskakującą ponieważ takiego obrotu sprawy nie doświadczyłem w przypadku żadnego innego serialu. Na sam koniec zwyczajowa ocena w postaci noty, która w tym konkretnym przypadku wynosi nie więcej jak 4/10. Jeżeli zaś chodzi o oceny poszczególnych odcinków to prezentują się one następująco:

  1. S06E05 – 6/10
  2. S06E06 – 2/10 
  3. S06E07 – 4/10 
  4. S06E08 – 6/10

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts