Biżuteria Handmade

the-Walking-Dead-Season-6-comic-con-poster1

       Witam wszystkich po tej jakże długaśnej przerwie od mojego ostatniego wgryzu. Ile to już minęło? 5 tygodni, 7 tygodni, a może 12? Bądź co bądź sporo, więc czas najwyższy wrócić na salony by choć na chwilę o sobie przypomnieć. Zanim jednak przejdę do zasadniczej treści, na wstępie parę informacji. Wiem, że po premierze epizodu „First Time Again” sporo osób dopytywało się, co stało się z cotygodniowym cyklem „wgryzów w odcinek„. Niestety, z racji bardzo napiętego grafiku, musiałem całkowicie zreorganizować ilość uwagi poświęconej Strefie, która koniec końców zmalała do naprawdę niewielkiego procentu w porównaniu do tego, co było dotychczas. Z tego też względu, seria recenzji z formy cotygodniowej uległa zmianie do kwartalnej. Czy ten format się sprawdzi? Tego niestety nie wiem, choć mam nadzieję że spotka się on z Waszym pozytywnym przyjęciem, a sama zmiana w żadnym stopniu nie odbije się na merytorycznej stronie tego co mam do powiedzenia. Zdaję sobie sprawę, że od początku sezonu szóstego minęło już sporo i wiele rzeczy zapewne zostało powiedziane, aczkolwiek może uda mi się poruszyć coś co Was mimo wszystko zainteresuje. Z newsów parafialnych to by było na tyle, więc bez zbędnego przedłużania najwyższa pora zaczynać.


First Time Again       Sezon szósty „The Walking Dead” rozpoczął się dokładnie tak jak się tego spodziewałem, czyli z wielką pompą. Wszystkiego było w przesycie, wszystkiego było w nadmiarze, wszystkiego było po prostu do potęgi entej. Hordy zombie zalewały ekran, trup kład się gęsto, a bohaterowie zostali w sposób tak klaustrofobiczny przygnieceni wszelkiej maści mniejszymi bądź większymi tragediami, że aż brakło im tchu. Twórcy się po prostu wykosztowali, serwując swoim widzom istny szwedzki stół, z którego mogli czerpać tyle ile dusza zapragnie. Tak bogato nie było najprawdopodobniej od czasów pierwszej serii w reżyserii Franka Darabonta. Czy jest to zjawisko pozytywne? Cóż, można powiedzieć że tak i nie. Pierwsza kwarta definitywnie minęła nam pod hasłem intensywnego dynamizmu oraz tempa. Gwałtowność i szybkość to dwa przymiotniki, które najtrafniej moim zdaniem opisują ten okres serialu. Zainteresowanie ponownie skoczyło do maksimum, zaangażowanie w treści znowu nabrało kolorytu, a reakcje emocjonalne na przedstawiane sceny na nowo przybrały na różnorodności. Był strach, było napięcie, było zdziwienie, było trochę refleksji. Mieliśmy ponadto ogromne ilości pomieszanych ze sobą relacji, które koniec końców dały sporą dawkę ciekawych konfrontacji ideologicznych pomiędzy naszymi bohaterami, a Aleksandryjczykami. Zgranie ze sobą dramatu i akcji na medal. Gimple świetnie poradził sobie z kontynuacją pozytywnych aspektów wątku Alexandryjskiego, a dzięki podkręceniu korby dostaliśmy praktycznie trzy tygodnie nieustannego rollercoasteru. Najbardziej zdziwiło mnie jednak to, jak sprawnie utrzymano w ryzach tak wielką wielowątkowość treści. Obawiałem się, że rozwali się to już na początku, ale finalnie zostałem pozytywnie zaskoczony. Była horda, było przejęcie władzy przez Ricka, był atak Wilków itd. Rzeczy do analizy aż nadto. Niemniej, jak wspominałem jest w tym i negatywny aspekt. Bardzo dobry początek od razu zapalił lampkę, że sezon szósty może pójść schematem sezonu 5, co też na nasze nieszczęście się stało. Od odcinka czwartego czyli „Here’s not Here” każdy kolejny prezentował naprawdę niezadowalający poziom oscylujący wokół poprawnego, słabego czy nawet rozczarowującego. Ewidentnie widać, że dynamizm pierwszej kwarty miał nas wbić w niewyobrażalną euforię, która po prostu przysłoniłaby szykujący się spadek. Jest to czyste mazzarowskie zagranie, którego jak z całego serca NIE-NA-WI-DZĘ. Kiedy moje przewidywania okazały się trafne, poczułem jedną wielką niestrawność, która przy spoilerach z finału sięgnęła zenitu. Aczkolwiek, to nie jest recenzja dotycząca przyszłej kwarty więc na tym niewielkim przedsmaku poprzestanę.

Zombie

       Ogólnikowo pierwsza kwarta prezentuje się zaskakująco dobrze, ale czy jej „trzewia” też są takie „ałsom” i „emejzing„? Okazuje się, że niekoniecznie. Odcinki generalnie wywołują dobre reakcje, ale nie wszystkie ich elementy okazały się czymś dobrym. Tam czegoś nie dociągnięto, tam zawaliła reżyserka, tam coś uciekło. Gdyby to jeszcze były drobnostki to można by przymknąć na nie oko, ale generalnie są to raczej większe niedociągnięcia scenariuszowe, które przy materiale tak dużego kalibru nie powinny mieć miejsca. W tym momencie zrobię krótki przegląd każdego z epizodów, zwracając uwagę na ich najbardziej widoczne plusy i minusy:

  • First Time Again” – jak pewnie część z Was pamięta, moja pierwsza reakcja na ten odcinek to było 10/10. Nie omieszkałem zamieścić swojej opinii w forumowym dziale, niemniej przyznaję się że było to zrobione pod wpływem emocji. Dopiero po zastanowieniu zorientowałem się, że to jednak materiał raczej poprawny, a nie wywalający skalę jakości poza przyjęte normy. Przede wszystkim, był on ubogi treściowo. Przez praktycznie 45 minut nie obserwowaliśmy nic innego poza chaotycznie ganiającymi bohaterami, starającymi się przeprowadzić kilkudziesięciotysięczną hordę zombie. Nie twierdzę, że nie robiła wrażenie bo robiła (jej wielkość i przytłaczający monumentalizm) ale czy wymagała ona poświęcenia aż takiej uwagi? Wydaje mi się, że niekoniecznie, szczególnie z tego względu że niektóre ujęcia zostały aż nadto i niepotrzebnie przeciągnięte (np. Michonne przyglądająca się przez szczelinie nadciągającym zombie co też jest zresztą sporą nielogicznością w jej zachowaniu czy też czyszczenie sklepiku w wykonaniu Glenna, Nicholasa i Heatha).  Wydłużenie całego epizodu do 60 minut nie było dobrym posunięciem, ponieważ w większości mieliśmy do czynienia z zapychaczami. O wiele lepiej zaprezentowała się natomiast warstwa z przeszłości. Wykreowanie mini antagonisty w postaci Cartera i realizacja przy jego osobie części pomniejszych wątków komiksowych było fajnym mrugnięciem w stronę czytelnika. Ciekawie też rozrysowały nam się refleksje po wydarzeniach z „Conquer„, szczególnie w przypadku Deanny czy też targanego sprzecznymi emocjami Rona po zgonie Peta i w świetle jego pochówku poza murami Alexandrii. Plusem była również czarno-biała stylistyka, ale by zrównoważyć powiem, że efekty komputerowe w tym epizodzie był jedną wielką porażką.
  • JSS” – był to odcinek wyreżyserowany przez Jennifer Lynch więc nie było fizycznej możliwości, aby stał się on zły. Reżyserka idealnie objęła horror związany z atakiem Wilków, serwując nam zarówno zaskoczenie, jak i przerażenie, wrażenie mordu, bezwzględności czy typowego zdegenerowania. Tam ujęcie na przewrócony rower w kałuży krwi, gdzieś indziej poćwiartowane korpusy, z drugiej strony bez cienia zahamowania zabijani Alexandryjczycy. Przyznam się szczerze, że widok rozpłatanych ciał i ziejące z tego gore mocno wbiło mi się w pamięć. Szaleństwo biło z każdej minuty epizodu i trzymało za gębę do samego końca. Na ogromny plus Carol ze swoim mottem „musimy zabijać jeśli chcemy przeżyć, choć jesteśmy już tym psychicznie zmęczeni„, przerażona Deanna przysłuchująca się z furgonetki horrorowi w miasteczku, czy też sama Jessie i jej pierwsze zabójstwo. Najazd kamery na twarze zwraca nam uwagę na wyeksponowanie obecnego „ja” bohaterów, co z perspektywy dramatu jest prostym, acz skutecznym sposobem pogłębienia treści. Aczkolwiek, nie byłbym sobą gdybym do czegoś się nie przyczepił. W mojej ocenie, sam punkt rozpoczęcia ataku to jedno wielkie fiasko. W ASZ żyje 40 parę osób i żadna z nich nie dostrzega grupki wyjętej ze scenerii bandy, która rozłazi się gdzie może. Choć wszyscy mają broń nikt do czasu Carol z niej nie strzela. Najśmieszniejsza była jednak Maggie, która stojąc na zewnątrz w ogóle nie przejęła się biegnącymi Wilkami, w tym jednym z koktajlami Mołotowa. O podkładających się ofiarach nawet nie chcę wspominać.

JSS

  • Thank You” – to jest jeden z tych epizodów, o których mówię że są kompletne od A do Z. Nie ma w nim rzeczy słabej, nie ma w nim rzeczy wielce rozczarowującej i o dziwo mimo wielkiego rozmachu, nie ma w nim nielogiczności. Jest to tym bardziej zaskakujące, ponieważ odpowiadała za niego Angela Kang, która niestety jako scenarzysta się nie sprawdziła. Cóż mogę powiedzieć, obława kilkutysięcznej hordy zombie przeciwko niewielkiej grupce robiła piorunujące wrażenie. Poczułem się dokładnie tak samo jak w czasach kiedy oglądałem przemarsz hordy przez autostradę. To napięcie, ta niepewność, ta kwintesencja zagrożenia i miałkość postaci względem tak rażącej i miażdżącej siły…. No istny cud, miód i orzeszki. Ba, w tym materiale nawet typowe dodatki miały swoje pięć minut by zabłyszczeć. Śmierć Davida w świetle jego silnej chęci spotkania się z ukochaną przytłaczająca, poświęcenie Annie godne podziwu, a już zgon Nicholasa to….Kopara na ziemi. Sceny kiedy zombie zalewają każdą ulicę, każdy kąt, każdy zakamarek, rzuty kamery na tą bezwiednie idącą masę kierującą się czystą rządzą mordu- coś NIESAMOWITEGO. Jedyną skazą na wizerunku całego odcinka jest niestety absurdalne zachowanie Daryla, który jak zwykle nie potrafi niczego wykonać dobrze i pozostawia swoich kompanów z kilkutysięczną grupą trupów, robiąc sobie w międzyczasie wycieczkę krajoznawczą.
  • Here’s not Here” – no i właśnie w tym momencie zaczynają nam się schody. I to bardzo poważne schody. Klątwa czwartego epizodu TWD jak widać trwa nadal, bo to kolejny czwarty odcinek serii, który w sposób przeogromnu odstaje od swoich trzech poprzedników, jednocześnie rozpoczynając złą passę półsezonu. Całość jest mdła, nudna, pretensjonalna i śmieszna zarazem. Historia Morgana została pokazała w najgorszy sposób ze wszystkich możliwych. Jestem w stanie zrozumieć ideę, jaka przyświecała Gimple ale jeżeli chciał zrobić z Jonesa postać moralną to zdecydowanie nie tędy wiedzie droga. Oglądanie jego nauk akido było rzeczą iście komiczną, a rozciągnięcie tego procesu na całe 60 minut okazało się jedną wielką torturą. Całość przedstawiona została w niezbyt atrakcyjnym kolorycie, motywacje protagonisty ani ziębiły ani grzały, a samo abstrakcyjne zachowanie też niezbyt dobrze podparte. Czy to był właśnie materiał, którego wszyscy oczekiwali? Wydaje mi się, że nie. Gimple przyczynił się raczej to przerysowania Morgana niż nadania mu rzetelnego, realnego rysu charakterologicznego. Jestem szczerze zawiedziony. Do tego końcówka okraszona została idiotycznym zgonem Eastmana. Tak na dobrą sprawę, jedynymi wartymi uwagi aspektami jest świetne aktorstwo Lenniego Jamesa oraz Johna Carolla Lyncha, którzy idealnie zgrali się w duecie. Odcinek również obfitował w liczne odniesienia do poprzednich treści, a wyłapywanie tego było kawałkiem ciekawej rozrywki.

Heres not Here

       „The Walking Dead” jest serialem, którego najważniejszym (w założeniu oczywiście) aspektem jest rozwój postaci. Przyznam się szczerze, że po sezonie piątym oczekiwałem w tej materii wiele i o dziwo wiele dostałem. Materiał pierwszej kwarty w sposób sprawny panuje nad bezmiarem postaci, świetnie operując pomiędzy nimi i odnajdując się w zarysowanych korelacjach. Pod względem rozwojowym, prym wiodą przede wszystkim Carol oraz Deanna. Jedna próbuje połączyć swój bezwzględny makiawelizm z próbą odseparowania się od ciągłego mordu, a druga przejść przez górę zmian jaka zaszła w jej światopoglądzie w niespełna tydzień od przyjęcia Ricka. Przetwarzanie gorzkich lekcji dotyczących rządzenia czy przetrwania jest dla Deanny bardzo trudnym procesem, szczególnie z tego względu że musi przyznać się do własnych popełnionych błędów. Do tego nakłada się to na śmierć Rega, która wymusza indywidualizację dalszego działania, nakierowaną na wpasowanie do nowej scenerii, w której Monroe przestaje być już centrum życia Alexandrii normalizującym egzystencję każdego mieszkańca. Bardzo cieszy również fakt, iż Gimple nareszcie sięgnął po zapomniane twarze takie jak Tara, Rosita, Eugene czy Gabriel, którzy mogą pokazać co nieco ze swojej strony. Pierwsza wdaje się w zaskakujący romans z miejscową lekarką i od czasu do czasu wprowadza komiczne rozprężenie, druga zaczyna wygłaszać swoje monologi odnośnie celowości życia, trzeci próbuje znaleźć cel egzystencji, a czwarty odkupić własne grzechy. Z drugiej jednak strony odseparowano przez to Aarona, Sashę i Abrahama, więc mamy takie gorzko-słodkie efekty. Nowe nabytki ASZ to natomiast duże pozytywy. Heath jako jeden z niewielu jest mocną przeciwwagą dla grupy Ricka, a Denise rozbraja swoją ciapowatą nieporadnością w nowych, wyjątkowo wymagających warunkach. Spośród wszystkich rozczarowują najmocniej Rick oraz Morgan, którzy zaczęli podążać po prostu niezrozumiałą dla mnie drogą. Girmes z odcinka na odcinek coraz mocniej idiocieje, nie potrafiąc zrozumieć że jest teraz liderem całej Alexandrii, a nie jedynie małej grupki. Jego egoizm i próba wyznaczenia muru między sobą, a resztą są męczące. Człowieku, albo rządzisz ze wszystkimi plusami i minusami, albo dajesz sobie spokój. Ot, całe rozwiązanie. Morgan natomiast to śmieszne przerysowanie na miarę Gubernatora, które jest jednocześnie ogromnym zawodem. Osoba na którą czekaliśmy tyle lat okazują się po prostu irytująca i nie do zniesienia.

Maggie

        Bardzo mocną stroną początku sezonu szóstego jest niewątpliwie aktorstwo. Ekipa skompletowana przez AMC jest niemalże tak silna, jak ta którą mieliśmy w początkowych sezonach TWD. Po odrzuceniu słabych ogniw, pozostały same silne nazwiska, które wywindowały grę na szczyty. Warsztaty każdego z osobna zaskakują swoim bogactwem, wyczucie zawsze jest na najwyższym poziomie, a wzajemne dogranie stale kończyło się idealnym rozemocjonowaniem sekwencji. Oczywiście wiadomym jest, że prym w tym wszystkim wiedzie Andrew Lincoln, ale taka Tvoah Feldshuh w ogóle mu nie ustępuje, potrafiąc skraść scenę dla samej siebie i wyczarować istną magię. Ethan Embry czy John Caroll Lynch to świetne występy gościnne jakich zresztą TWD jeszcze nie miało. Corey Hawkins wprowadził natomiast odrobinę hollywoodzkiej dobitności. Od pierwszej minuty czuć było, że to aktor z bardzo wysokiej półki. Również Merritt Wever dobrze się odnalazła w stylistce, mimo tego że grywała w serialu „Siostra Jackie„, więc mamy w jej przypadku do czynienia ze sporą zmianą gatunku.

Denise

       Podsumowując, pierwsza kwarta szóstego sezonu TWD to naprawdę kawałek ciekawego i dobrego kina. Choć może nie dorównuje jakości sezonu pierwszego, to jednak spokojnie możne jej odcinki zestawić z najlepszymi S2 czy S3. Wiadomym było, że zacznie się na wysokim pułapie, ale osobiście nie spodziewałem się że aż tak wysokiego. Żałuję jedynie, że była to chwilowa, raptem trzytygodniowa przygoda z tego typu materiałem, po której szybko przyszedł spadek i powrót do gimple’owskiej tendencyjności. Najgorsze jest to, że nawet sami aktorzy dopatrują się słabego charakteru drugiej kwarty, więc o czymś to świadczy.

Na koniec typowa ocena. Pierwsza kwarta zyskuje ode mnie notę 8/10. Choć trafiły się dwa niezbyt powalające odcinki, to jednak niektóre elementy składowe w połączeniu z generalnie zachowaną logiką i ciągiem przyczynowo-skutkowym, warunkują podwyższenie oceny. Jeżeli natomiast miałbym oceniać poszczególne odcinki to:

  1. S06E01 – 6/10
  2. S06E02 – 8/10
  3. S06E03 – 9.5/10 
  4. S06E04 – 4.5/10 

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts