Biżuteria Handmade

WHAWGO-wgryz           Dziewiąty odcinek piątego sezonu „The Walking Dead„, został określony przez Andrew Lincolna oraz Grega Nicotero mianem najlepszego epizodu w historii serialu. Ich zachwyty, jakie skierowali pod adresem najnowszego materiału, zdawały się praktycznie nie mieć końca. Osobiście uwierzyłem im na słowo, co zaowocowało tym, iż do poniedziałkowego seansu podchodziłem z wyjątkowo pozytywnym nastawieniem oraz sporymi oczekiwaniami. Pomyślałem sobie: „Tak, to musi być w końcu przełom. Przecież ta tragiczna passa nie może trwać wiecznie!„. Szkoda jednie, że rzeczywistość ponownie pokazała swoją nieprzychylność, sprawnie weryfikując wcześniejsze zapewnienia. Jak się okazało, „What Happened and What’s Going On” zamiast zachwytu wywołało znużenie, a wcześniej obiecywany wysoki poziom nie przekroczył nawet poprawnego.

WHAWGO3       Odcinek S05E09 jest niczym innym jak idealnym przykładem przerostu formy nad treścią. Twórcy tak bardzo starali się uwznioślić i zawoalować zaplanowaną fabułę, że aż nadto skupili się na otoczce, rozcieńczając sedno sprawy. Oczywiście cieszę się, że tak dużą uwagę przykłada się do epizodów otwierających i zamykających, ale tutaj mamy taki nadmiar różnorakich chwytów artystycznych, że zaczęło to po prostu męczyć. Przyznam się szczerze, że w pewnym momencie po prostu zastopowałem seans i obejrzałem ostatnie show Madonny na Grammy bo dłużej nie dawałem już rady. Owszem, inwersje czasowe, klatkowe kadrowanie czy szybkie przejścia między scenami na zasadzie migawek tworzyły nieco surrealistyczny klimat, niemniej z czasem przyczyniły się do nadania całości mocno pretensjonalnego tonu, opartego na wymuszonym procesie niepotrzebnego udramatyzowania. Osobiście odniosłem wrażenie, jakoby Scott M.Gimple nie był do końca pewien siły tego co stworzył, co zaowocowało wypchaniem scenerii nadprogramowymi ozdobnikami, w niemalże każdej dostępnej sekundzie czasu antenowego. Jednym słowem, istny filmowy barok, pełen wywołującego niestrawność kiczu i przesadzenia.

WHAWGO2        Wracając teraz do wspomnianego wyżej sedna, czyli głównego tematu odcinka. Na otwarcie półsezonu scenarzyści postawili na dywagacje dotyczące człowieczeństwa, oparte na ogólnym postępowaniu bohaterów i ich światopoglądzie, z jednoczesnym wplataniem w to całego procesu ich zmian charakterologicznych. Na pierwszy rzut oka widać, iż polecieli po ambicjach, celując w dość ciężkie tony. Przyznam się szczerze, że ta idea bardzo mi się podobała, ponieważ ostatnimi czasy, jako widzowie, nie mieliśmy wielu okazji do zagłębienia się w najbardziej prywatne zakamarki natury postaci. Mówiąc krótko, liczyłem na wiele. Czy to jednak dostałem? Niekoniecznie, a cały szkopuł leży w wyborze Tyreese’a na centralny element epizodu. Niestety, Ty jest scenariuszowym potworkiem, który męczy od samego początku swojej aktywności. Jest on tak słaby pod względem charakterologicznym, iż kompletnie nie nadaje się do mocno zawiłych tematów egzystencjalnych. Jego ogólna postawa na łożu śmierci oraz monologi godne romantycznych kanonów, w ogólne do mnie nie przemawiały, a to tylko dlatego, że po przeanalizowania całości życia Tyreese’a, nie byłem w stanie brać tego co mówi na poważnie. Akurat w jego przypadku, moralność była rzeczą praktycznie archaiczną bo jak powszechnie wiadomo, naginał ją na wszelkie możliwe sposoby, tylko po to by jemu było najlepiej. Pytam się zatem, jak mam uznać jego słowa za ważne znaczeniowo, skoro nijak się one mają do jego ogólnego postępowania? Śmiało mogę powiedzieć, że Tyreese zabił potencjał tego tematu, wywołując raczej uczucie groteskowego politowania, niż prawdziwego rozżalenia. Tekst, że ludzie jego pokroju (w domyśle moralni) mogą żyć, jest tylko i wyłącznie pustym frazesem bez wyrazu, który niewielkim echem odbijał się na moim odbiorze odcinka.

WHAWGO5       Skoro już jestem przy śmierci Tyreese’a, to przydałoby się skomentować formę jaką ona przyjęła. Mówiąc szczerze, brak mi słów by opisać to w co zabawili się scenarzyści. Użycie słowa monumentalizm nie odda w pełni tego, co działo się na ekranie. Wszystko zostało maksymalnie rozbuchane, powiększone i przekoloryzowane do granic możliwości. Zrobili z Ty jeszcze większego męczennika niż z Ricka, coś jest dość ironicznie biorąc pod uwagę to, że temu bohaterowi daleko było to typu niosącego krzyże narodów. Pompa z jaką celebrowano jego ostatnie chwile wywołała u mnie niemały śmiech. Kiedy Hershel, Lori, Merle, Andrea, czy Mika z Lizzie umierali w prawdziwym koszmarze, będąc torturowanymi, zamordowanymi na oczach rodziny czy brutalnie zaszlachtowanymi oraz pozostawionymi często gęsto bez scen pochówku ważnych z perspektywy widza (choćby tylko po to, by powiedzieć ostatnie słowo do swojego ulubionego bohatera), Tyreese dostaje bite trzydzieści minut na niekończący się monolog, który później zwieńczony jest obezwładniającą sceną pełną slow motion i innych ozdobników, w tym płomienną przemową Ojca Gabriela. Nie wiem jak Wy, ale ja tego po prostu nie kupuję i już na pewno nie jestem w stanie zrozumieć intencji twórców. Sentymentalizm w przypadku takich postaci? Przepraszam, u mnie to nie przechodzi.

WHAWGO4       Jedynym aspektem, który w scenie śmierci Tyreese’a zasługuje na uwagę są halucynacje. Wykorzystanie zmarłych postaci jakie analogie aniołów i demonów okazały się strzałem w dziesiątkę. Gubernator jako ucieleśnienie głównego zła (tak na dobrą sprawę, David Morrissey skradł dla mnie ten odcinek), rozliczającego Ty ze wszystkich popełnionych grzechów był po prostu fenomenalny, a wtórujący mu Martin pogłębiał uczucie ich tragizmu. Ciut gorzej, ale nadal dobrze wypadli siostry Samules z Bobem, które w małym stopniu wymazywały negatywizm Tyreese’a. Jedyną sprawą, która mnie zastanawiała to obecność Beth. Kompletnie nie jestem w stanie znaleźć argumentu, który mógłby umotywować fakt jej pojawienia się, a to głównie dlatego, że miała ona nikły związek z Tyreesem. Czy Karen nie byłaby odpowiedniejszym wyborem? No chyba, że twórcy intencjonalnie chcieli nas katować miauczeniem Emily Kinney i niezbyt przyjemnym bzdęgoleniem na gitarze. Muszę tutaj również wspomnieć o niezwykle ciekawym zabiegu w postaci audycji radiowych. Pomijając rewelacyjny brytyjski akcent wspomnianego wyżej Andrew Lincolna, zrobienie w taki sposób krótkiego podsumowania brutalności grupy, wywarło naprawdę pozytywne wrażenie. Fragment, który mówił o mordzie dokonanym z użyciem maczet od razu przywołał z pamięci rzeź Terminusów.

WHAWGO1       Jeżeli chodzi o pozostałe kwestie odcinka, to było dobrze ale bez wielkich cudów. Nie chcę się tutaj zbytnio rozwodzić, więc zrobię niewielkie podsumowanie z krótkim komentarzem:

  • Odcinek był zdecydowanie sztucznie przedłużany. Temat, który mógł zostać ujęty w maksymalnie 20 minut, rozciągnięto do 40 tylko dlatego, że co rusz wracano do wcześniej wykorzystanych sekwencji.
  • ShireWilt dawało ciekawą bazę pod wątki survivalowe, aczkolwiek ponownie zmarnowało potencjał, stawiając na ciągnące się dialogi dotyczące słuszności zabicia Dawn. Jakby nie można tego wpleść w formie dodatku do pełnionych czynności…
  • Za ogromny plus uważam Michonne, która w końcu zaczyna się poważnie uzewnętrzniać, pokazując ludzkie oblicze. Jest miejsce na płacz, na załamanie, brak sił. Cieszą mnie najbardziej jej manifesty, które mówią nam o tym jak duży wpływ na jej postępowanie miała Andrea. Nareszcie z jej ust padają zdania dotyczące szansy, nadziei, możliwości, a o tym przecież cały czas mówiła Blondyna. Pokazuje to również, że relacje pomiędzy tą dwójką miały przyszłość i podstawę. Szkoda tylko, że skończyły się tak jak się skończyły.
  • Drugim ogromnym plusem był całkowity brak Daryla oraz Carol. Niestety, twórcy tak obrzydzili mi te postaci, że każda ich obecność jest dla mnie katorgą. Jedną z przyczyn jest również ich słaby rozwój, więc każda sekunda wolności jest jak powiew świeżej bryzy.
  • Zastanawiam się, dlaczego nikt nie zainteresował się rozczłonkowanymi zwłokami. Czyżby takie widoki już nikogo nie ruszały, a już tym bardziej ciekawiły? A co tam, przecież Gubernator i Terminus to tylko niewielka rysa w życiorysie…

michonne       Reasumując, odcinek „What Happened and What’s Going On” jest ogromnym rozczarowaniem. Nie do takiego poziomu odcinków otwierających przyzwyczaili mnie twórcy i nie takiego poziomu zresztą oczekuję. Zastanawiam się, gdzie się podziała jakość storytellingu, którą zaprezentowano nam w „After„, „The Suicida King” czy „Nebrasce„. Czy czasy zachwytu bezpowrotnie już odeszły ustępując miejsca brakowi pomysłu? Choć nie dziwię się Scottowi M.Gimple, że robi czystki w ekipie, to jednak muszę przyznać, że sposób jaki sobie obrał pozostawia wiele do życzenia.

Na koniec opinia wyrażona w postaci oceny. Tym razem jestem zmuszony wystawić ocenę 5/10. W życiu nie podejrzewałem, że nadejdzie taki czas, w którym odcinkowi otwierającemu dam notę niższą niż 8.

tomb2525

Obecnie jeden z głównych redaktorów Strefy The Walking Dead odpowiedzialny za takie elementy jak artykuły dotyczące produkcji serialu, recenzji wszystkich dzieł składających się na uniwersum „Żywych Trupów” jak i wpisów uzupełniających poszczególne działy tematyczne strony.

Większej „publiczności” znany jako ten najbardziej zapalczywy oraz rozeznany w dziedzinie „The Walking Dead” tworzący „nic nie wnoszące do tematu elaboraty” :-D

W życiu prywatnym zainteresowany w głównej mierze biologią, chemią oraz po części fizyką. Nie pogardzi jednak dziedzinami czysto humanistycznymi takimi jak literatura, sztuka, muzyka czy właśnie sam film, z naciskiem na mocne wpływy dramatu.

More Posts