Biżuteria Handmade

Piękny, upalny dzień lipca. Pierwszy dzień końca świata, jaki znamy.
Warszawę opanowuje tajemniczy wirus. Mieszkańcy stolicy jeden po drugim zamieniają się w spragnionych ludzkiego mięsa zombie. I wyruszają na żer.
Komandos na urlopie, fan heavy metalu, pracownik korporacji na skraju załamania nerwowego, nastolatka z czarnym pasem w karate, młody policjant i jego atrakcyjna żona. Łączy ich jedno – chcą przetrwać. Za wszelką cenę.

InfekcjaPascalCover-1

 

„Infekcja. Genesis” – drugie wydanie debiutanckiej powieści Andrzeja Wardziaka to propozycja dla tych, którzy lubią krwawe, trzymające w napięciu historie. Warszawa zostaje opanowana przez żywe trupy, nigdzie nie jest już bezpiecznie. Kilkoro bohaterów stara się przetrwać w tej ekstremalnej sytuacji. Mają jeden cel – nie dać się pożreć zombie. Czy uda im się ujść cało?
Druga część powieści, zatytułowana „Infekcja. Exodus” ukaże się nakładem Wydawnictwa Pascal pod koniec sierpnia.

Nas już nie trzeba dłużej namawiać na tę pozycję, która dla polskiego fana zombie jest obowiązkowa. Jeżeli nadal macie wątpliwości, specjalnie dla Was mamy dwa fragmenty książki. Obserwujcie nas uważnie, wkrótce książka będzie do wygrania  w naszym konkursie!

 

(…) Już miał ru­szyć z po­wro­tem, gdy na­gle ką­tem oka do­strzegł ruch w otwartej sali. Od­wró­cił się po­wo­li, czu­jąc, jak jego cia­ło prze­ni­ka chłód. Przed nim zma­te­ria­li­zo­wa­ła się Mo­ni­ka. Wy­glą­da­ła zde­cy­do­wa­nie go­rzej niż rano, gdy przy­szła z go­rącz­ką i skar­ży­ła się na za­wro­ty gło­wy. Jej twarz była te­raz sina, a ubra­nie wy­glą­da­ło tak, jak­by ktoś ją przy­wią­zał do sa­mo­cho­du i prze­cią­gnął po to­rze prze­szkód. Jed­nak dla Jac­ka naj­gor­sze były jej oczy – małe, prze­krwio­ne punk­ci­ki wpa­tru­ją­ce się w nie­go wście­kle, nie­mal­że prze­wier­ca­ją­ce go na wskroś. I smród. Dziew­czy­na cuch­nę­ła krwią, fe­ka­lia­mi i… mię­sem. Wie­dział, że sto­ją­ca przed nim po­stać nie jest tą samą, z któ­rą co­dzien­nie miał przy­jem­ność współ­pra­co­wać. Ster­czał przed nim ktoś zu­peł­nie inny, a ja­kiś pier­wot­ny, głę­bo­ko za­ko­rze­nio­ny in­stynkt pod­po­wia­dał mu, że ten ktoś z pew­no­ścią nie ma przy­ja­znych za­mia­rów. A to zna­czy, że ge­ne­ral­nie rzecz bio­rąc, na­le­ży spier­da­lać.

– Mo­ni­ka…? – spy­tał jed­nak nie­śmia­ło, a jego sło­wo roz­dar­ło ci­szę ni­czym pio­run nie­bo­skłon w środ­ku nocy. Ser­ce wa­li­ło mu jak osza­la­łe. Jej re­ak­cja była bły­ska­wicz­na – wzrok na­brał ostro­ści i ich spoj­rze­nia się spo­tka­ły. Przez uła­mek se­kun­dy Ja­cek za­uwa­żył w nich prze­ra­że­nie, ni­czym prze­błysk resz­tek świa­do­mo­ści. Na­stęp­nie na po­wrót za­la­ła je fala krwi i sza­leń­stwa. Po­tem wszyst­ko po­to­czy­ło się bły­ska­wicz­nie. Dziew­czy­na rzu­ci­ła się na nie­go z wy­cią­gnię­ty­mi rę­ka­mi. W pierw­szej se­kun­dzie Ja­cek nie wie­dział, jak za­re­ago­wać, a gdy pod­jął de­cy­zję o uciecz­ce, było już za póź­no (…)

 

Parę me­trów od niej stał Adam. A wła­ści­wie coś, co go przy­po­mi­na­ło.

Wpa­try­wał się w nią tę­pym, wście­kłym wzro­kiem. Jego pra­we ra­mię za­koń­czo­ne było ster­czą­cym, krwa­wią­cym ki­ku­tem. Bra­ko­wa­ło mu też jed­ne­go ucha, a wy­gry­zio­na w po­licz­ku dziu­ra uka­zy­wa­ła szczę­kę. Bia­ły T-shirt był po­dar­ty i po­pla­mio­ny krwią, na le­wej sto­pie bra­ko­wa­ło buta, ale skar­pet­ka dziel­nie tkwi­ła na po­ste­run­ku. Kaja pa­trzy­ła na ten strzęp czło­wie­ka i czu­ła, jak po raz ko­lej­ny w cią­gu ostat­nich paru mi­nut pęka jej ser­ce. „To nie­moż­li­we” – po­my­śla­ła. „To wszyst­ko jest po­nad ludz­kie siły. Po­win­nam do­stać za­wa­łu i by­ło­by po spra­wie. Za ja­kie grze­chy mu­szę się mę­czyć i oglą­dać te wszyst­kie rze­czy?”. Wie­dzia­ła, że to nie jest ten sam czło­wiek, któ­re­go zna­ła. Zwią­zek za­czy­nał faj­nie się ukła­dać, jak to nie­któ­rzy mó­wią – za­czy­nał mieć ręce i nogi. Te­raz nie dość, że jed­nej ręki bra­ko­wa­ło, to i per­spek­ty­wy na przy­szłość wy­da­wa­ły się śred­nio obie­cu­ją­ce. Ech, umrze jako sta­ra pan­na. Ale przy­naj­mniej nie jako dzie­wi­ca. Za­wsze to ja­kieś po­cie­sze­nie.

Wpa­try­wa­ła się w oczy swo­je­go nie­daw­ne­go chło­pa­ka i za­sta­na­wia­ła się, jak wy­glą­da sy­tu­acja poza cen­trum. Je­że­li tu nie po­ja­wi­ły się żad­ne służ­by po­rząd­ko­we, nie li­cząc kil­ku do­ga­sa­ją­cych obec­nie ra­dio­wo­zów, to sy­tu­acja mu­sia­ła być na­praw­dę po­waż­na. Po­my­śla­ła o swo­im ojcu. Pan po­rucz­nik do­brze by wie­dział, jak się te­raz za­cho­wać. Pew­nie zo­stał już po­in­for­mo­wa­ny o tym ca­łym cyr­ku. On, jego prze­ło­że­ni, sztab kry­zy­so­wy, pani Ha­lin­ka ze skle­pu osie­dlo­we­go i wszy­scy świę­ci. Pew­nie się o nią mar­twi. I słusz­nie, cho­le­ra. Niech się bar­dzo mar­twi i niech zor­ga­ni­zu­je ja­kiś ra­tu­nek. Po­win­ni na­mie­rzyć jej te­le­fon, nie­waż­ne, że bez­u­ży­tecz­ny ga­dżet nie ma za­się­gu. Oni po­tra­fią, nie ta­kie za­baw­ki mają. Tyl­ko coś się chło­pa­ki dłu­go ogar­nia­ją. Kur­czę, gdy­by cho­ciaż mo­gła się po­łą­czyć z in­ter­ne­tem. Mo­gła­by wy­słać SMS-a, e-ma­ila albo wrzu­cić coś na Fa­ce­bo­oka. O tak, Kaja Pe­te­lic­ka jest w miej­scu: Cen­trum, na: Kiosk Kol­por­ter, z: Zom­bie, bie­rze udział w wy­da­rze­niu: Apo­ka­lip­sa. Kil­ku­dzie­się­ciu czy­ha­ją­cych na jej ży­cie zom­bie z pew­no­ścią by klik­nę­ło „Lu­bię to!”.

Nie­ste­ty, nic z tego. Musi cze­kać.

„Cóż, ni­g­dzie mi się nie spie­szy” – po­my­śla­ła. „Mogę grzecz­nie cze­kać na ra­tu­nek. Jak­bym mia­ła ja­kieś inne wyj­ście”.

Na­gle po­czu­ła za sobą ruch. Wie­dzia­ła, że to na da­chu kio­sku. Od­wró­ci­ła się gwał­tow­nie i ze­rwa­ła się na rów­ne nogi, go­to­wa do od­par­cia ata­ku. Za­ci­snę­ła drob­ne dło­nie w pię­ści, ro­biąc jed­no­cze­śnie wy­krok i uno­sząc ręce do gar­dy. Spod spode­nek spły­wał jej pot, któ­re­go nie czu­ła, le­żąc, a któ­ry nada­wał jej szczu­płym no­gom bla­sku.

Dziec­ko, któ­re parę mi­nut wcześ­niej sko­na­ło w jej ra­mio­nach, te­raz pod­no­si­ło się do po­zy­cji sie­dzą­cej. Kaja pa­trzy­ła na tę sce­nę z fa­scy­na­cją, jak­by pierw­szy raz wi­dzia­ła eg­zo­tycz­ne zwie­rzę czy po­kaz sztucz­nych ogni. De­li­kat­nie prze­krzy­wi­ła gło­wę, jak zdzi­wio­ny pies nie do koń­ca ro­zu­mie­ją­cy, co się do nie­go mówi. Bo ona też nie ro­zu­mia­ła tego, co się przed nią roz­gry­wa­ło. Nie ro­zu­mia­ła i nie chcia­ła ro­zu­mieć.

Z twa­rzy chłop­ca opadł ręcz­nik. Wpierw my­śla­ła, że wszyst­ko z nim okej – że go­rącz­ka mi­nę­ła, że wca­le nie umarł. Mia­ła na­dzie­ję, że zda­rzył się cud i ma­lec ozdro­wiał. Cud może i się zda­rzył, ale nie do koń­ca taki, ja­kie­go ocze­ki­wa­ła­by dziew­czy­na. Zro­zu­mia­ła to w mo­men­cie, gdy chło­piec otwo­rzył oczy. Dwa małe, czar­ne punk­ci­ki wpa­try­wa­ły się w nią, prze­szy­wa­jąc na wy­lot i za­glą­da­jąc pro­sto do jej du­szy. Kaja wie­dzia­ła, że dzie­ciak stał się jed­nym z nich.

W tym mo­men­cie czas na­gle jak­by przy­spie­szył. Chło­piec wy­cią­gnął ręce w stro­nę swo­jej przy­szłej, acz, jak miał po­ka­zać czas, nie­do­szłej ofia­ry, otwie­ra­jąc usta i sy­cząc dzi­wacz­nie, ni­czym wście­kły kot pre­zen­tu­ją­cy swo­je uzę­bie­nie. Kaja wie­dzio­na in­stynk­tem i na prze­kór wszel­kie­mu po­czu­ciu mo­ral­no­ści i współ­czu­cia, bły­ska­wicz­nie kop­nę­ła go w sam śro­dek twa­rzy. Gło­wa mu co praw­da nie od­pa­dła, ale całe cia­ło po­le­cia­ło ład­ny metr do tyłu i spa­dło wprost w gąszcz wy­cią­gnię­tych w górę rąk.

Kaja cięż­ko od­dy­cha­ła, czu­jąc, jak w jej cie­le sza­le­je ad­re­na­li­na. Wie­dzia­ła, że zro­bi­ła do­brze. Albo ona, albo ta mała gni­da. Pro­sty ra­chu­nek. Co nie zmie­nia fak­tu, że zo­sta­ła te­raz zu­peł­nie sama.

Angel

Ojciec założyciel, pomysłodawca i administrator Strefy. Odpowiedzialny za aspekty techniczne, kontrolę jakości i czuwanie nad wszystkim co wpływa na stronę (czasem musi nawet odprawić obrzędy odganiające deszcz). Prowadzi Strefowy Fanpejdż na Facebook’u. Czasem skrobnie jakiegoś niusa odnośnie serialu. Często i gęsto spoileruje na forum.

Prywatnie miłośnik żeglarstwa, podróży i filmów (zombie/post-apo/katastroficzne).
Podobno nie lubi seriali.

More Posts - Website

Follow Me:
Facebook