Biżuteria Handmade

conquer -intro

Szczerze mówiąc, czuję się trochę finałem oszukany, bo patrząc na jego tytuł można było spodziewać się jakiegoś dosłownego podboju (w końcu Wolves not far). Jak się jednak okazało miał on raczej wymiar symboliczny – Rickowi i reszcie, wreszcie udało się podbić Alexendrię dla zasad, pasujących do post apokaliptycznych realiów. Jak to w podręcznikowych finałach bywa Conquer pozwoliło nam odpowiedzieć sobie na pytanie: czy poruszane we wcześniejszych odcinkach tematy miały w ogóle sens i do czego doprowadziły? Chęć jak najbardziej efekciarskiego domknięcia kolejnego rozdziału historii widać było bardzo mocno. Scott M Gimple pragnął najwyraźniej byśmy zachłysnęli się z wrażenia, w ostatnich piętnastu minutach finału i zalał nas prawdziwą falą punktów kulminacyjnych. Jednak, o ile mniejsze wątki skończyły się w sposób w miarę satysfakcjonujący, to jednocześnie przykryły i zniszczyły najważniejszą z mojego punktu kwestię niereformowalnego Pete’a. 

Bolało mnie też odsunięcie na bok „hordy” wilków, choć może finały polegające na konfrontacji z wrogimi, zewnętrznymi grupami, trochę się nam już przejadły. Do pewnego momentu, stopniowe podawanie informacji na temat nowych antagonistów było naprawdę fajne, ale liczyłem że wydłużony czas antenowy pozwoli na ich pełny udział w ostatecznych wydarzeniach. W ramach rekompensaty do ekipy dołączył nasz stary znajomy. Przy ostatnim spotkaniu z Grimesem to właśnie Morgan wyglądał na osobę potrzebującą wizyty u psychiatry. Tym razem, sytuacja nieco się odwróciła – nie dość, że Jones odzyskał wewnętrzny spokój i gdzieś poduczył się kung fu, to zastał Ricka w nieco zatrważającym stanie. Nie zdziwiłbym się gdyby oświadczył, że ostatnie miesiące spędził w klasztorze na bliskim wschodzie – scena w której wymachiwał kijkiem w starciu z Wilkami powodowała raczej uśmiech politowania na twarzy, niż zachwyt nad ninja umiejętnościami Jonesa. Więcej emocji przyniosła ze sobą poprzedzająca tę akcję, spokojnie zaaranżowana rozmowa z młodym Wilkiem, który niczym polujące zwierzę zakradł się do obozującego Morgana. Było w tym coś innego, niebezpiecznego i wciągającego. Szczególnie że po złowrogiej literce W na czole napastnika od razu wiedzieliśmy z kim mamy do czynienia, w przeciwieństwie do osaczonego Morgana. 

wilki

Widać, że twórcy pracują nad tym, by odróżnić od siebie kolejnych antagonistów. I mimo, że scenarzyści zawsze dopisują do wrogich grup jakieś charakterystyczne tło, historię czy motywację, to zwykle udaje się im zrobić to bez przesadnego przerysowania i kiczu. Przykładem jest chociażby właśnie zakładające pułapki, brutalne stado Wilków. Jak dla mnie już sama scena ich pojawienia się miała swój specyficzny klimat (nawet jeśli to grupa psycholi – a dlaczego by nie? Wierzę jednak, że jest jeszcze coś czego nam o nich nie powiedziano). Podoba mi się także w jaki sposób, powolutku rozbudowywane zostaje post apokaliptyczne uniwersum TWD. Tak jak mieszkańcy Terminus do swojego kanibalizmu dorobili swego rodzaju kult czy ideologię, tak Młody Wilk opowiedział nam „legendę” o pochodzeniu jego grupy. I choć ostatecznie nie pojawiła się ona w odcinku w takim stopniu, w jakim bym chciał, to i tak zastawiona przez jej członków pułapka doprowadziła do rozwoju nie najgorszej akcji z udziałem Daryla i Aarona ( ci z kolei mogliby wykazać się trochę większą ostrożnością). Aaron w symboliczny sposób dołączył także do dyskusji na temat obecności nowych twarzy w obozie Alexandryjczyków. Trudno było nie dostrzec w przywołanej przez niego historii Davidsona, analogii do trwającego w trakcie odcinka konfliktu starzy vs nowi Alexandryjczycy. Podobnie z późniejszą rozmową w samochodzie, tyczącą się powodu, dla którego Aaron zdecydował się zaprosić grupę Ricka do Alexandrii (a którym okazało się zachowanie Daryla). Słuchało się tego całkiem przyjemnie. Myślałem już, że kryzysowa sytuacja w jakiej Daryl znalazł się wraz z kumplem, pozwoli Dixonowi dopełnić rodzinną tradycję i po chwilowym chilloucie w samochodzie (tym razem z papierosem zamiast Whisky) wyskoczy w objęcia zombiaków. Najwyraźniej towarzysze scenarzyści albo dalej będą chcieli ślizgać się na temacie alienacji, albo przewidzieli dla Daryla jeszcze coś innego (może poduczą super ciosów łańcuchem?).

śpioch

A wracając za „bezpieczne mury” Alexandrii – nie sposób nie powiedzieć czegoś o początkowo irytującym zachowaniu Michonne. Wiemy, że Grimes ostro przeholował, z jakiegoś powodu nie podzielił z Mich swoimi tajemnicami. Spróbujmy także spojrzeć na sytuację z jej perspektywy – widzi Ricka duszącego Alexandryjczyka, a następnie mierzącego z broni do obozowej liderki. Uspokojenie nadgorliwego szeryfa, było zapewne dobrym posunięciem, ale dalsze czynienie mu wyrzutów, było trochę natrętne. Dobrze chociaż ostatecznie wyraziła zrozumienie i lojalność – jak dla mnie to całkiem ludzkie zachowanie – była zła na Ricka, gotowa go powstrzymać dla jego dobra, ale nigdy zdradzić w prawdziwym stopniu. Próbowałem także zrozumieć i poczuć nić porozumienia z podłamaną Sashą. Niestety dziewczyna nadawała na zupełnie innych emo częstotliwościach. W przeciwieństwie do bohaterki będę, więc optymistą i pozwolę sobie zauważyć, że jej początkowo nudne zachowanie doprowadziło do jednego z bardziej udanych spięć odcinka (sasha vs gabriel). Nic nie zmieniło się także w moim odbiorze Carol – to dalej postać przerysowana i groteskowa. Co gorsza nie jest to nawet problem scenariusza – sama Melissa McBride wybiera sobie sposób gry, każący sądzić, że Carol to prawdziwa, rasowa psychopatka. Przykro mi, ale jej intrygi i lawirowanie między stronami, dla zatarcia pozorów przed resztą przyjaciół, zakrawały raczej o śmieszność. Podobała mi się za to włożona w usta Peletier słuszna i prosta obserwacja na temat „zdziecinniałych, lubiących wysłuchiwać bajek Alexandryjczyków”. W końcu aż do finałowego odcinka w swojej cywilizacji nie spotkali się jeszcze z niekontrolowanym złem, którego istnienia, ze strachu nie byli w stanie wcześniej zaakceptować. Złem wynikającym z braku ograniczenia ludzkiej natury, które pojawia się kiedy znikają zasady (znów Jądro ciemności się kłania). W dodatku w świecie cywilizowanym, w który wierzyła Deanna, obowiązywały normy i wartości, za których przestrzeganie lub łamanie czekały odpowiednie sankcje. „Zbrodnia” (zabicie/unieszkodliwienie Pete’a) w normalnym świecie była dewiacją. Tyle, że właśnie ta straszna dla Deanny dewiacja jest zjawiskiem relatywnym – zależnym od tego jakie normy i wartości ustanowi sobie społeczność. A nietrudno chyba zauważyć, że w świecie zombie te normy i wartości znacznie się zmieniły. Musiało jednak dojść do poważnego zagrożenia i tragedii by zajarana swoją utopijną ideą Monroe i reszta dała się wreszcie przekonać. Niestety właśnie to nieco inne niż w komiksie, psychologiczne „zniuansowanie” kongresmen ostatecznie nie wyszło scenarzystom na dobre.  Główną motywację Monroe – nieustępująca wiara w cywilizację – po prostu ciężko jest w chwili obecnej sensownie obronić, a przez to cała postać wypada ostatecznie nieco głupio. Natomiast ostrożność w stosunku do grupy Ricka, po tym do czego dopuścił się jej lider, była już bardziej zrozumiała. W końcu położenie Deanny, stojącej przed wydaniem wyroku w paru ciężkich sprawach (jedynie kwestia Pete’a mogła zostać rozwiązana szybciej i lepiej) nie było zbyt ciekawe. Kobieta mogła polegać jedynie na tym co przekazali jej inni, w tym zaślepiony ojciec Gabriel. Każdy przekonywał, że jego racja to święta racja, ale to właśnie Monroe musiała ocenić czy grupa Ricka stanowi zagrożenie. Chyba tylko Maggie, wydawała się zdawać sobie sprawę z tego tego jak różne wersje walczą ze sobą w głowie pani kongresmen. Można by zastanawiać się dlaczego Greenówna nie zdradziła się ze swoją wiedzą na temat zdania Ojca Gabriela odnośnie reszty grupy. Skoro pozornie do niczego jej ta wiedza nie doprowadziła to niektórzy zapytają po co w ogóle pojawił się pomysł z podsłuchaniem rozmowy? Maggie mogła dzięki temu bez mówienia na głos postępować, zgodnie z własnymi, pełniejszymi od innych poglądami – lepiej zrozumiała Gabriela, Deanne nie tracąc ich zaufania (nikt nie lubi i nie ufa „podsłuchiwaczom”). Po prostu czasem lepiej nie wypuszczać wszystkich asów z rękawa. Bardziej odpowiadało mi zachowanie Ricka. Bez płaczu i błagania przyznał się do błędu, a kiedy inni bawili się w pozory demokracji „przy grillu”, jako jedyny zrobił to co dobry stróż prawa robić powinien (zamknął bramę itd.) – zbieżność tych sytuacji przeszkadzała trochę kiedy człowiek zaczął się nad nią zastanawiać, ale na ciepło nie sprawiała żadnego problemu. W samej końcówce przypływ adrenaliny u Szeryfa sprawił, że wyglądał i zachowywał się trochę jak po wypaleniu jakiegoś nielegalnego specyfiku.

Odpowiedzialny za wprowadzenie na teren Alexandrii zombiaków Gabriel, jakbyśmy już mówiąc delikatnie tej postaci nie lubili, poczynił kolejny krok – przeszedł od ostrzeżeń do czynów. Ojciec kreowany był na typowego, aczkolwiek jak zawsze nieprzewidywalnego szaleńca – zbyt tchórzliwego by poświęcić się jako ofiara za własne grzechy, ale wystarczająco szalonego by odgrywać się za swoje poczucie winy na innych, wytykać im ich własne postępki oraz potrzebę wymierzenia kary. Jego nieco demoniczny wyraz twarzy w trakcie spotkania z Sashą, muzyka, zwiastująca, że już za chwilę poznamy odpowiedzi na najważniejsze pytania, robiły wrażenie. Żal tylko, że ostateczna konfrontacja skończyła się jak się skończyła. Bardziej  pod tym względem podobał mi się prowadzony równolegle finał walki Glenn kontra Nicholas.

Już w momencie kiedy, „Największy Dupek Apokalipsy” dał susa przez płot można było domyślić się jak rozwinie się cała sytuacja (skojarzyła mi się trochę z planem Shane’a). Mimo to, dostarczono nam przy okazji trochę unikalnych wrażeń, które nieco rozmyły się przez przeplatanie tej sekwencji „walki” innymi spokojniejszymi fragmentami fabuły. Zagadką pozostaje ja Rhee przetrwał całą te serię niefortunnych zdarzeń (postrzał, zombiaki, pojedynek)? Mały niesmak czułem głównie przy scenie postrzału – potem wiedziałem już, że czeka nas typowa scena z gatunku – „ostateczna walka”. Pochwalam za to decyzję Glenna o pozostawieniu Nicholasa przy życiu. Nie tyle ze względów moralnych, co pragmatycznych. Byłoby głupio gdyby w towarzystwie Azjaty zginęła kolejna osoba z Alexandrii. W takim wypadku będą mogli osądzić zdrajcę na nowych warunkach, uwzględniających karę śmierci. Pochwalę także samego Stevena Yeuna, który pokazując wzburzenie swojego bohatera, do samego końca trzymał nas w nerwowej atmosferze.

bang

 

Na rzecz uczłowieczenia i urealnienia serialowej wersji wściekłego Pete’a, scenarzyści starali się wcześniej lepiej wyjaśnić dlaczego dopuścił się strasznego czynu morderstwa. Jego złość podsycono „romansowaniem” jego żony z Szeryfem czy wizytą psychopatycznej Carol, naskakującej na ambicje lekarza. Dziwne tylko, że od razu po spotkaniu Peletier, Pete momentalnie zamienił się w swoją komiksową, oszalałą robo-wersję powtarzając słowa: To nie jest mój dom. Chcieli przedstawić to pewnie w sposób wiarygodny i dobrze umotywować bohatera, ale… nie tędy droga. Wyszło trochę głupio.

Nagromadzenie punktów kulminacyjnych w ostatnich 15 minutach finału, z jednej strony dostarczyło maaaasę ekscytacji, z drugiej było to trochę za dużo do przetrawienia jak na jeden raz. Zaowocowało to także zmarnotrawieniem całej głównego wątku patologicznej rodziny (miasteczkowa narada, w trakcie której stężenie tandety i cukierkowatości osiągnęło poziom „tęczy i jednorożca”, obniżając poziom odcinka). Bo istotnie, napięcie siadło dosyć mocno, właśnie w ostatnich, związanych z tym tematem minutach odcinka. Śmierć Rega nie szokowała tak jak powinna (znowu po macoszemu próbowano nam wcisnąć, że to taka fajna postać do rany przyłóż, żebyśmy za chwilę opłakiwali jej niesprawiedliwy zgon). Wrażenia nie robił też szybki wyrok na lekarzu. Przez chaos na ekranie i dziwne rozłożenie najważniejszych punktów odcinka, kompletnie zmarnowano dramatyczny potencjał tej sceny, która właściwie powinna być najmocniejszym ogniwem epizodu. Jednakowoż muszę  przyznać, że mimo tej realizacyjnej niedoskonałości, jak zawsze udało się stworzyć wrażenie schyłku i domknięcia rozdziału starej Alexandrii, należącej do „słabych” ludzi. 

Finał dostarczył sporo emocji, rozwiązał większość wątków, zostawiając „wilczy bilet” na następny sezon. Zadanie spełnione, ale naprawdę – ktoś tam w AMC ma problem w odpowiednim rozłożeniu materiału. Wiemy że w podręcznikowym finale musi być duuużo emocji, duuużo krwi, zbiegów okoliczności, trzeba też pozamykać wątki i nawiązać do wcześniejszych (gdzieś w tle przewijał się nawet głos Boba, zakończono też zapomniany nieco temat spięcia między Abrahamem i Eugenem – scena bardzo na plus), ale bez przesady! Szczerze widziałbym ten odcinek nieco inaczej, a niektóre motywy zostawił na kolejny sezon (skoro bohaterowie zostają w Alexandrii nie było koniecznością finalizować ich wszystkich). Poza tym realizacja stała na wysokim poziomie z paroma mniejszymi wpadkami (jak komiksowo/realistyczny Pete). Trochę akcji, ale też niezłych dialogów, właściwie większość wartości dodały finałowi wątki poboczne, a nie te główne na które powinniśmy liczyć najbardziej. Wszystkie razem złożyły się na kryzysową sytuację, którą śledziło się z zainteresowaniem. Niemniej jednak nowy cliffhanger nawet nie umywa się do tego z finału 4 sezonu. Dlatego na następny będę czekał z nieco mniejszą niecierpliwością…

c-intro

 

PS. Pamiętacie jak Norman Reedus sugerował by na finał zaopatrzyć się w chusteczki? Chyba powinniśmy poprosić go o zwrot wydanych na nie pieniędzy…

Larone

Na Strefie zajmuje się głównie newsami, artykułami i recenzjami odcinków serialu TWD. W przeszłości udzielał się amatorsko w paru innych projektach. Kiedy najdzie go ochota, bawi się w krytyka filmowego (choć chyba podchodzi do kina zbyt optymistycznie). Poza Strefą: gorliwy widz serialowy, niestety nigdy nie zobaczył do końca Miasteczka Twin Peaks. Choć za popcornem nie przepada, gdyby mógł, większą część życia przesiedziałby w kinie. Dlaczego pisze na Strefie? Bo lubi :)

More Posts